+ Pokaż spis treści

Priam wykupuje zwłoki Hektora od Achillesa


Priam prosi Achillesa o zwrot ciała Hektora (fot. wikimedia)"Śpieszcie się, gnuśne syny, niegodna krwi moja!
Oby, zamiast w Hektorze, w was Grek oręż zbroczył!
Biedny ja ojciec! Jaki wyrok mię przytłoczył!
Miałem syny waleczne, lecz wszystkie poległy,
Dzielny Mestor i Troił, z wozu walczyć biegły,
I Hektor, bóg wśród ludzi: świat się nad nim durniał
I nie ludzkim go synem, lecz boskim rozumiał.
Mars ich wziął, a zostawił dla mojej sromoty
Kłamcę, skoczki, żarłoki, wydzierce, niecnoty.
Nie zaprzęźecieź wozu, nie włożycie sprzętów,
Abym mógł jak najprędzej jechać do okrętów?"
Rzekł. Oni, wolą ojca w takiej słysząc grozie,
Wynoszą wóz i skrzynią ładują na wozie;
Taki wóz muły ciągną (dzieło jeszcze nowe).
Skrzętni, biorą ze ściany jarzmo bukszpanowe,
Które zdobi i pierścień, i pukiel okrągły.
Wzięli także na dziewięć łokci lejc przeciągły,
Do końca dyszla koniec lejca jest przypięty,
Pierścień zaś jarzma ćwiekiem dyszlowym ujęty.
A gdy lejcami pukiel po trzykroć okrążą,
Pod kątem węzeł z drugich końców lejca wiążą.
Potem szacowne sprzęty wynoszą z komnaty,
Przeznaczone dla ciała Hektora opłaty,
I zaprzęgają muły z twardymi kopyty:
Od Mizów Pryjam zyskał ten dar znakomity.
Konie prowadzą, które tyle ojciec sobie
Podobał, że swą ręką sypał obrok w żłobie.
Myśląc starzy, by swego zamiaru dosięgli,
Sami je pod wspaniałym przysionkiem zaprzęgli.
Wtedy Hekuba, ciężkim ściśniona kłopotem,
Wino słodkie w naczyniu trzymająca złotem,
Staje przed jarzmem koni. i męża nakłania,
Aby się nie ruszyli bez bogów wezwania.
"Wezwij - mówi - Jowisza, gdyś jechać się zaciął,
By cię zdrowym powrócił spośród nieprzyjaciół.
Pomimo mnie twój umysł tej wyprawy żąda.
Więc boga, który z Idy na Troję pogląda,
A czarną straszy chmurą ziemnego mieszkańca,
Proś, aby ci na wieszczbę swego dał posłańca,
Niech po prawicy ptaków król skrzydła roztoczy.
Jeśli taki obaczysz znak na własne oczy,
Możesz jechać z ufnością między greckie straże;
Jeśli Jowisz posłańca swego nie pokaże,
Choć ten zamysł u ciebie mocno przedsięwzięty,
Zaklinam cię, mój mężu, nie jedź na okręty."
"O małżonko - rzekł starzec - spełnię radę twoje
I troski trwożliwego serca zaspokoję.
Dobrze jest podnieść ręce do boga z pokorą,
Może te modły skutek pomyślny odbiorą."
Zaraz kazał lać słudze wodę na prawicę;
Przyszła, niosąc nalewkę razem i miednicę.
Umyty, bierze złotą czarę z rąk małżonki
I między wspaniałymi pałacu przysionki
Leje wino, i ręce ku niebu podnosi:
"Boże, którego z Idy świat wielmożność głosi!
Nie miej nędznego człeka płaczu w poniewierce,
Prowadź mię do Achilla i zmiękcz jego serce.
Niechaj ptak, co powietrznych krajów berło trzyma,
Przeleci po prawicy przed mymi oczyma.
Gdy tą pomyślną wieszczbą raczysz mię ucieszyć,
Będę mógł do naw greckich z ufnością pośpieszyć."
Skłonił się na wezwanie jego bóg przychylny
I zaraz Pryjamowi przysłał znak niemylny,
Orła, ptaka łowczego. A jak rozłożyście
Dwa obszerne podwoje zamykają wniście
Domu opatrzonego w dostatki bogacza,
Tak on szeroko skrzydła ogromne roztacza.
Po prawicy przeleciał nad wieżami miasta.
Na to we wszystkich radość i nadzieja wzrasta.
Siadł król na świetnym wozie, dobrze sobie tuszył
I z brzmiącego przysionku z pośpiechem wyruszył.
Z wozem czterokołowym idą muły przodem,
Idej nimi kieruje; tuż równym zawodem
Pojeżdżą Pryjam, biczem zacinając konie.
Zebrani przyjaciele jego w licznym gronie
Odprowadzają, cała zapłakana rzesza,
Jak gdyby na śmierć jechał. Król w pole pośpiesza,
A lud wraca do miasta, z nim zięcie i syny.
Jowisz postrzegł ich obu w pośrodku równiny,
Ulitował się starca nieszczęsnego doli,
Więc głosi Merkuremu wyrok swojej woli:
"Synu, wszak w tobie ludzi największa otucha,
Ty na ich prośby chętnie nadstawujesz ucha;
Śpiesz na ziemię, Pryjama nie odstępuj krokiem,
Tak prowadź, by go żaden Grek nie dostrzegł okiem,
Póki pod Achillesa namiotem nie stanie."
Zlecił. Merkury pełni ojca rozkazanie.
Zaraz do nóg przywiązał skrzydła złote, wieczne,
Na których ziemi, morza krańce ostateczne
Równy wiatrom przelata. Wziął laskę; ta ludzi
Jednych, gdy chce, usypia, drugich ze snu budzi.
Z tą puszcza się Merkury bystrolotnym biegiem
I staje nad obszernym Hellespontu brzegiem:
W okazałej postaci idzie, jak król młody,
Gdy mu pierwszy włos kryje kwitnące jagody.
Pryjam z woźnym za Ila grobem chwilę stoją,
Gdzie i konie, i muły w brodach Ksantu poją.
Już i noc czarnym cieniem kraj ziemski powleka,
Wtem woźny idącego postrzega człowieka:
"Synu Dardana - rzecze - radź o sobie pilnie,
Idzie człowiek, obudwu zgubi nieomylnie.
Uciekajmy lub chwyćmy pokornie za nogi,
Może się nam da zmiękczyć i cios cofnie srogi."
Na ten głos zadrżał Pryjam, członki mu zdrętwiały
I z bojaźni na głowie zjeżył się włos biały.
Wtem zbliża się Merkury, za rękę go chwyta,
Słodkimi zabezpiecza słowami i pyta:
"Dokąd się wyprawujesz, ojcze, tak niewcześnie,
Gdy noc wszystkich żyjących pogrążyła we śnie?
Nie uważasz, o starcze, że tu niedalecy,
Sprzysięgli na twą zgubę, znajdują się Grecy?
Niechże postrzeże który, że skarby prowadzisz,
Niech na ciebie napadnie, jak sobie poradzisz?
Już niemłody, niewiele możesz ufać dłoni,
Ten też starzec zapewne ciebie nie obroni.
Ja ci nic złego nie chcę i drugich w tej dobie
Odeprę, widzę bowiem obraz ojca w tobie."
"Prawda, że niebezpieczną przedsiębiorę drogę -
Rzekł król. - Wszystkiego, synu, obawiać się mogę.
Lecz widzę, że mój jeszcze los bogów dotyka,
Gdy mi dają takiego w tobie przewodnika.
Jaki kształt, jaki umysł, jak ślachetne lice!
O, nie z ziemi, lecz z nieba są twoi rodzice!"
"Nie mylisz się, bogowie mają cię na pieczy.
Ale mi powiedz szczerze, gdzie wieziesz te rzeczy?
Prowadziszli te skarby, że się wam nie szczęści,
Do obcych ludzi, chcąc je ocalić choć w części?
Czyli, gdy śmiercią syna chciał los cię zasmucić,
Wszyscy myślicie Troję z bojaźni porzucić?
Jaki rycerz! Najśmielszych on w boju wyścigał
I całą moc Achiwów na swych barkach dźwigał."
Jak zacna krew, młodzieńcze, w żyłach twoich płynie
Rzekł Pryjam - gdy z tym czuciem mówisz o mym synie!"
Bóg na to: "Ty mię, starcze, doświadczasz w tej porze
Takie czyniąc pytania o wielkim Hektorze.
O, nieraz ja go w polu Marsowym widziałem,
Szczególniej, gdy nadludzkim uniesień zapałem
Rżnął Greki, na okręty śmiałym wpadał krokiem.
Myśmy na to zdumionym poglądali okiem.
Gniewny na króla Pelid wstrzymał nas od boju,
Któremu ja w rycerskim towarzyszę znoju,
W jednej przybyłem nawie. Ojciec mój bogaty,
Poliktor, i długimi obciążony laty,
Sześciu miał synów; innych trzyma dom spokojny,
Mnie jednego z Achillem los wysłał do wojny.
Wyszedłem nieprzyjaciół obrotów dociekać.
Już Grecy dłużej szturmu nie myślą przewlekać,
Jutro idą; bezczynność umysły ich zżyma,
Ledwie królów powaga ten zapał utrzyma."
"Gdy w tobie towarzysza Achilla oglądam -
Rzekł Pryjam - mów rzetelnie, co ja wiedzieć żądam:
Jestli mój syn u floty, powiedz mi otwarcie,
Czy go w sztuki podawszy dał psom na pożarcie?"
A Merkury: "Rzuć, starcze, troski nadaremne,
Nie tknęły się go ptaki ni bestyje ziemne.
Dwunaste słońce nocne rozpędza pomroki,
Jak leżą przy namiocie nie uczczone zwłoki.
Jednak ani robactwo dotąd ich nie jadło,
Ani żadne skażenie na członki nie padło.
Skoro światu Jutrzenka twarzy swej udziela,
Włóczy go koło grobu swego przyjaciela,
Ale ciału nie szkodzi. Zdziwisz się, jak świeży,
Jak piękny, bez żadnego oszpecenia leży.
Wszystkie rany zamknięte, z krwi cały obmyty;
Wielą bowiem razami twój syn był przebity.
W szczególnej on zostaje u bogów obronie,
Kochali go za życia, kochają po zgonie."
Rzekł, a starzec z radosnym czuciem odpowiada:
"Dobrze czyni, kto bogom winne dary składa.
Nigdy mój syn (ach, smutna wzięła go potrzeba!)
Nie zapomniał w swym domu o mieszkańcach nieba,
Oni na łonie śmierci względni nań wzajemnie.
Lecz proszę, chciej tę piękną czarę wziąć ode mnie.
Bądź mi wsparciem, bogowie błogosławią cnocie,
Jedź i postaw mię w samym Achilla namiocie."
Na to Merkury: "Starcze, kusisz wiek mój młody.
Ale żadne nie mogą skłonić mię powody
Wziąć z darów dla Achilla jaki upominek.
Miałby złe bardzo skutki takowy uczynek.
I jażbym z jego krzywdą bogacić się życzył?
Tobie choćby do Argów będę przewodniczył,
Morzem, lądem, jak zechcesz; a przy takiej straży,
Nikt się na ciebie ręki podnieść nie odważy."
Po tej rozmowie lekkim skokiem na wóz wsiada,
Bierze bicz z ręki starca, lejcem żywo włada,
A i w muły, i w konie wlewa zapal nowy.
Widzą przed sobą wieże i głębokie rowy.
Tam ucztę gotowały straż mające Greki;
Im słodki sen Merkury spuszcza na powieki.
Już wrzeciądze odjęte, już otwarta brama,
Z bogatymi darami wprowadza Pryjama.
Otóż namiot Achilla: w górę go wywiodły
Wierne Ftyjoty, ściąwszy niebotyczne jodły;
Lud mieszkanie rycerza balami ukrzepił,
A dach, zebraną trzciną na łąkach, zasklepił.
Z gęstych go palów parkan otaczał dokoła,
Rygiel drzwi ledwie mężów trzech podważyć zdoła;
Pelid się tylko nad nim bynajmniej nie silił,
Sam i łatwo go zamknął, i łatwo odchylił.
Merkury, co go twórcą korzyści świat głosi,
Wtenczas ciężką zaporę dla starca podnosi,
Wyprowadza wiozącego upominek drogi,
Skacze z wozu i takie daje mu przestrogi:
Jam Merkury, przyszedłem z rozkazu Jowisza,
Abym ci w twojej drodze był za towarzysza;
Odchodzę, od Achilla nie chcąc być widziany.
Nie zgadza się z godnością, ażeby niebiany
Miały tak oczywiście śmiertelnym pomagać.
Ty chwyć nogi rycerza, nie przestawaj błagać,
Przez ojca i przez matkę, pięknym kształtną włosem,
I przez syna, by nad twym zlitował się losem."
Gdy tak razem ostrzeże starca i pocieszy,
Merkury do Olimpu wyniosłego śpieszy.
Pryjam wysiadł na ziemię, został Idej czuły,
Aby pilnował z wozem rumaki i muły.
Do mieszkania Achilla starzec prosto zmierza.
Zastaje towarzysze z dala od rycerza,
Sam tylko Automedon wierny, Alcym drugi,
Szczep Marsa, blisko stali dla jego usługi.
Stół nakryty, dopiero najadł się i napił.
Wszedł Pryjam cicho, ukląkł, za nogi oblapił
I rękom srogim, które w podziemne otchłanie
Tylu wtrąciły synów, dał pocałowanie.
Jako gdy kto zabije gwałtownie człowieka,
Przed zemstą prawa w obce krainy ucieka,
Wszystkich zdumi w dom wszedłszy, gdzie schronienia żąda,
Tak Pelid na Pryjama zdumiony pogląda.
Zdziwieni towarzysze patrzają po sobie,
Gdy starzec zaczął, w ciężkiej pogrążon żałobie:
"Pomnij na ojca twego, boski Achillesie,
W równym on ze mną wieku, w ostatnich lat kresie.
Może niesprawiedliwi cisną go sąsiedzi,
Nie ma, kto by złe odparł, pod którym się biedzi.
Jednak słysząc, że żyjesz, wolny od rozpaczy,
Krzepi się tą nadzieją, że syna obaczy,
Gdy z Troi do ojczystej powrócisz krainy.
Lecz ja najnieszczęśliwszy, miałem dzielne syny,
Z których podobno żaden żywy nie zostaje.
Pięćdziesiąt ich liczyłem, nim przyszły Danaje:
Z tych wyszło dziewiętnastu z łona jednej matki,
W innych dały niewiasty swych uczuć zadatki.
Większą liczbę Mars krwawy w polu poobalał.
Ostatni, co ich bronił i miasto ocalał,
Hektor, zginął od ciebie, walcząc za ojczyznę.
Po niego tu przychodzę, uczcij mą siwiznę,
Masz okup wielkiej ceny, masz drogie ofiary,
Szanuj bogi, Achillu, nie gardź mymi dary.
Przypomnij ojca, obu nas ciężar lat gniecie.
Możeż być kto ode mnie biedniejszy na świecie?
Jam usta - tegom wreście nieszczęśliwy dożył! -
Na ręce synów moich zabójcy położył!"
Rzekł. Na wspomnienie ojca rycerz czule wzdycha,
Więc z wolna rękę starca od siebie odpycha.
Ten Hektora wspomniawszy, w nim państwa nadzieje,
Leżąc u nóg Achilla rzęsiste łzy leje.
Tamten na dwie osoby swą czułość rozdziela,
Już płacze ojca, znowu płacze przyjaciela.
Spoinę ich narzekania i płacz pomieszany
Smutnym echem namiotu powtarzały ściany.
Pofolgowawszy sercu łzami obfitemi,
Wstał i podając rękę podniósł starca z ziemi:
Wzruszyła go poważna głowa, broda siwa.
Na koniec się do niego w tych słowach odzywa:
"O nieszczęśliwy starcze, coś ty nędzy zażył!
Jakżeś się sam przez obóz grecki przejść odważył?
Ażebyś przed obliczem rycerza się stawił,
Który-m cię tylu synów walecznych pozbawił?
Gdyś to zrobił, z żelaza kute serce w tobie.
Lecz siądź, uspokójmy się obadwa w żałobie,
Na co się mamy dręczyć! Próżne nasze smutki,
Żadne z nich dobre dla nas nie wynikną skutki.
Smutek dostali ludzie od bogów podziałem,
Oni się tylko cieszą szczęściem doskonałem.
Dwoiste pod Jowisza tronem jest naczynie,
Z jednego złe, z drugiego dobre dla nas płynie.
Czyje losy z obudwu naczyń Jowisz miesza,
Tego na przemian smuci, na przemian pociesza.
Komu ze złego czerpa, ten skazan na nędzę,
W ohydzie, wzgardzie smutną ciągnie życia przędzę,
Błąka się, pod ciężarem zgryzoty, się trudzi,
Równie znienawidzony od bogów i ludzi.
Dla Peleja bogowie szczodrzy od początku,
Zdziwią wszystkich skarbami, wielkością majątku
I przemożnym się berłem nad Ftyjoty chlubił,
Choć śmiertelny, boginią za żonę poślubił.
Ale mu niebo w innym uskąpiło względzie:
Tronu jego potomstwo po nim nie osiędzie.
Jednego spłodził syna, i ten prędko zginie.
Oto pędzę dni smutne w dalekiej krainie,
Żadnym nie będąc wsparciem dla starego ojca,
Tu siedzę, twój niszczyciel, twych synów zabójca.
I na ciebie bogowie wylali swe dary.
Co tylko dzierży Lesbos, gdzie rządził Makary,
Frygija i Hellespont, toś wszystko posiadał,
Nadto świetne i liczne potomstwo bóg nadał.
Lecz twoje szczęście w jednej nie trzyma się mierze,
Wre bój przy murach miasta, giną wam rycerze.
Znoś więc! Żaden od nędzy nie wyjęty człowiek;
Przytłum w sercu boleści i otrzyj łzy z powiek.
Bo nie odzyskasz syna, który już w Erebie,
Nie cofniesz go, a płaczem gubisz jeszcze siebie."
"Nie wyciągaj, bym siedział - rzekł mąż równy bogu -
Póki Hektor niegrzebny przy twym leży progu;
Oddaj ciało niezwłocznie, o tę łaskę proszę,
Chciej przyjąć liczne dary, które ci przynoszę.
Obyś ich użył, miłą obaczył ojczyznę,
Gdyś mi życie zachował, uczcił mą siwiznę:
Przez ciebie jeszcze słońca cieszę się widokiem."
Pelid na niego patrząc zapalonym okiem:
"Nie chciej mię gniewać, starcze, nie bądź mi natrętny
Nimeś przyszedł, Hektora oddać byłem chętny:
Matka, co na morskiego starca łonie wzrosła,
Tetys mi od Jowisza ten rozkaz przyniosła.
Ale widzę, Pryjamie, i nic mię nie zwodzi,
Że cię z bogów kto przywiódł do achajskich łodzi.
W sile wieku tu człowiek wejść się nie odważy,
Aniby mógł oszukać oka czujnej straży,
Ani namiotu mego wrzeciądza odchylić.
Nie wzbudzaj we mnie gniewu, przestań mi się kwilić,
Żebym cię stąd nie wypchnął; tak, winny dwa razy,
Zgwałciłbym ludzkość, złamał Jowisza rozkazy."
Drżący król "woli jego poddać się nic zwłóczył.
Z prędkością lwa z namiotu Achilles wyskoczył,
Lecz nie sam: Automedon, Alcym za nim śpieszy,
Ich przyjaźnią po stracie Patrokla się cieszy.
Konie i muły z jarzma wyprzągłszy, prowadzą
Woźnego do namiotu i na krześle sadzą;
A z wozu ładownego biorąc sprzęt bogaty,
Przeznaczony dla ciała Hektora opłaty,
Dwa zostawują płaszcze na jego pokrycie
I szatę, którą zdobi prześliczne wyszycie.
Brankom ciało myć kazał i maścić na boku,
Chcąc ojcu bolesnego oszczędzić widoku;
Mógłby jęczyć, w nim wzbudzić gniew przez swoje żale
I zabiłby go, z wzgardą boga, w tym zapale.
Miękka dłoń dziewic myje ciało i namaszcza,
Okrywa piękną szatą i obwodem płaszcza;
Pelid je na pogrzebne łoże dźwignął z ziemi
I na wozie położył z towarzyszmi swemi,
A wzywając Patrokla wpośród jęków wielu:
"Nie miej mi tego za złe, miły przyjacielu,
Jeśli się w piekle dowiesz o moim uczynku.
Wziąłem okup za ciało w drogim upominku,
Ale mam obowiązki przyjaźni w pamięci
I większą część tych bogactw Achill ci poświęci."
Powróciwszy, naprzeciw Pryjama usiądą
I co uczynił, tymi stówy opowiada:
"Masz syna, byłem twemu powolny życzeniu,
Rano go przy Jutrzenki obaczysz promieniu.
Teraz przyjmij posiłek, uśmierz serca mękę.
I Nijobe ściągnęła do pokarmu rękę,
Chociaż dwunastu dzieci żałowała straty.
Sześć miała cór, sześć synów, jakby świeże kwiaty.
Synów jej brzmiąca Feba zabiła cięciwa.
Córy strzałą Dyjana obaliła mściwa
Za to, że matka śmiała równać się Latonie:
Bogini dwoje - rzekła - poczęła w swym łonie,
A ona mogła licznym potomstwem się chlubić.
Lecz płód Latony łatwo mógł jej dzieci zgubić.
Przez dziewięć dni leżały wśród własnej posoki
Niegrzebne, Jowisz w twarde lud zmienił opoki.
Dziesiątego dnia bogi złożyły ich w grobie.
Po łzach matka pokarmu nie przeczyła sobie,
Choć tak srodze bolała, że w Sypil pustyni,
Gdzie mieszkające nimfy, każda w swej jaskini,
Na brzegach Acheloju lekkim tańczą skokiem,
Zmieniona w skałę, jeszcze łzy leje potokiem.
My, zacny starcze, ból nasz zwyciężmy nareście:
Napłaczesz się dość syna, gdy już będzie w mieście,
Tam niech nic nie tamuje biegu łzom rzęsistym."
Wstaje prędko i owcę rżnie z runem srebrzystym;
Odarli towarzysze, na sztuki posiekli
I przyprawiwszy mięso na rożnach upiekli.
Kładą na stół: chleb, który w pięknych koszach mieli,
Automedon rozdaje, Pelid mięso dzieli.
Przygotowana uczta do smaku przypadła.
A kiedy już dość mieli napoju i jadła,
Stary Pryjam nie spuszczał z Achillesa oka,
Dziwi go kształt nadludzki i postać wysoka.
Żądza poznania starca w Achillu taż sama,
Zadziwia go powaga i mądrość Pryjama.
W zadumieniu wzajemnym przepędzili chwilę.
"Pozwól - pierwszy rzekł Pryjam - niech się snem zasilę.
Odtąd, jak zginął Hektor z tobą w pojedynku,
Nie tylko nie użyłem żadnego spoczynku,
Alom na ziemi leżąc w popiele się taczał,