+ Pokaż spis treści

Pozytywizm w kulturze polskiej

Przyczyny ideowego kryzysu romantyzmu


Dość dokładnie da się wskazać datę, która oznacza zmierzch polskiego romantyzmu i świt pozytywizmu. Jest to rok 1864, czyli moment upadku powstania styczniowego. Żeby jednak dokładnie zrozumieć przyczyny zmian światopoglądowych wśród polskich środowisk opiniotwórczych, trzeba się cofnąć do początków naszego romantyzmu, a konkretnie do poprzedniego wielkiego niepodległościowego zrywu. Powstanie listopadowe - choć przegrane - dzięki swojej specyfice dało dość mocne argumenty ideologom romantycznym. Wielu twierdziło (i nie było to pozbawione podstaw!), iż przegrane zostało ono niejako na własne życzenie, a przyczyną była niedostateczna wiara w zwycięstwo ówczesnego dowództwa i zbytnie liczenie się z przeważającymi siłami wroga. Mówiąc ostrzej - powstanie przeintelektualizowano, a Polakom zabrakło ducha! Wtórowały temu głosy emigracyjnej i krajowej lewicy, według której rebelia 1830 roku nie mogła skończyć się szczęśliwie, bo była po prostu zbyt szlachecka, a za mało ogólnonarodowa. Rzucenie hasła demokratycznych, antyfeudalnych reform miało ponoć zachęcić do walki nieprzebrane tłumy chłopów i tym samym stać się cudownym remedium na braki kadrowe przyszłego polskiego powstańczego wojska.

Choć nie wszyscy romantycy przemawiali jednym głosem, to właśnie ta opcja polityczna (reprezentowana przez rewolucyjne stronnictwo "Czerwonych") zaczęło zyskiwać wyraźną przewagę na początku lat 60. XIX wieku. Nie jest przypadkiem, że właśnie wtedy po raz pierwszy w historii na serio zachwycano się poezją Juliusza Słowackiego - nieżyjącego od dziesięciu lat wieszcza - równie intensywnie chłoszczącego elitę narodu za pasywność, co padającego na kolana przed duchowymi wartościami tkwiącymi rzekomo w zrewoltowanym ludzie.

I tak mimo rozlicznych ostrzeżeń nocą z 22 na 23 stycznia 1863 roku "poszli nasi w bój bez broni", jak mówiła jedna z powstańczych piosenek. Był to zryw typowo romantyczny: członkowie Rządu Narodowego mieli po dwadzieścia kilka lat, a na stutysięczną, stacjonującą w Królestwie Polskim, rosyjską armię rzuciło się około sześciu tysięcy Polaków, z których mniej więcej co dziesiątemu udało się zaopatrzyć w broń palną. Chociaż szumnie za pomocą dekretu uwłaszczeniowego zachęcano do boju chłopów, całe przedsięwzięcie ani przez moment nie chciało się pozytywnie rozwinąć. Powstanie styczniowe przybrało formę rozpaczliwych walk partyzanckich, bardziej przypominających polowanie z nagonką, a nie regularną wojnę (na jednego Polaka przypadało przeciętnie dziesięciu Rosjan). Trudno nawet określić dokładny moment przegranej, gdyż cały rok 1864 był stopniową agonią poszczególnych oddziałów. Coraz więcej wygłodzonych i obdartych bojowników padało lub wycofywało się w poczuciu całkowitej klęski. Kiedy ustały walki, Rosjanie w ramach wprowadzonego i praktycznie nigdy nie odwołanego stanu wyjątkowego przystąpili do intensywnych represji. Kilkadziesiąt tysięcy osób zesłano na Sybir, na szereg majątków szlacheckich nałożono dotkliwe kontrybucje, język polski przestano traktować jako urzędowy.

Ofensywa pozytywistów


Adam Asnyk (fot.: wikimedia)Choć po powstaniu styczniowym na emigrację udał się tłum porównywalny z tym po powstaniu listopadowym, "polski Paryż" przestał odgrywać jakąkolwiek ideologiczną rolę, a centrum naszej kultury paradoksalnie przeniosło się do rusyfikowanej Warszawy. Przedstawiciele nowego - tzn. urodzonego w latach 40. XIX wieku - pokolenia, mający często za sobą bolesne powstańcze przeżycia (na przykład Prus był ranny i aresztowany; najstarszy z pozytywistów - Asnyk -wsławił się członkostwem w Rządzie Narodowym) gremialnie zrezygnowali z kontynuacji romantycznych myśli politycznych. Sztandarowym pismem młodych stał się "Przegląd Tygodniowy", a rychło dołączyły do niego następne: "Niwa", "Ateneum", "Nowiny", "Prawda". Dokładnie przedyskutowano przegrane powstanie oraz perspektywy odzyskania niepodległości. Analiza tych wystąpień nie należy do zadań łatwych. Cenzura zdecydowanie alergicznie reagowała nawet na same słowa nawiązujące do walki o wolność, a zatem każdy mający trochę oleju w głowie publicysta posługiwał się tzw. mową ezopową (czyli językiem pełnym subtelnych i trudnych do szybkiego wyłapania aluzji). Mimo to da się wyciągnąć kilka istotnych wniosków.

Bolesław Prus (fot.: wikimedia)Obojętności w kwestiach niepodległościowych raczej nie tolerowano. Kiedy w 1882 roku główny ideolog warszawskiego pozytywizmu uznał w artykule "Wskazania polityczne", że własne państwo nie jest Polakom niezbędnie potrzebne do szczęścia, gdyż naprawdę liczy się tylko dostatek i mądrość narodu, opinia publiczna zareagowała bardzo ostro, mocno chwiejąc autorytetem zasłużonego twórcy. Częstszą postawą było zatem nieafiszowanie się z tego typu skrajnymi poglądami przy jednoczesnym traktowaniu zrywu 1863 roku jako nieporównywalnej z niczym politycznej głupoty. Takie wynurzenia jednak także wywoływały niekiedy negatywne emocje: kiedy Bolesław Prus opublikował swoją antypowstańczą "Omyłkę", przeciw wymowie dzieła zaprotestowała sama Maria Konopnicka. Stosunkowo najmniej kontrowersyjny był trzeci typ postawy, zaprezentowany w "Nad Niemnem" Elizy Orzeszkowej, gdzie autorka, odcinając się od "opluwających pamięć 1863 roku", potraktowała cały zryw jako zjawisko nadzwyczaj pożyteczne, bo uczące Polaków solidaryzmu klasowego i demokratyzmu.

Wszystkie powyższe opcje łączyło wszakże jedno: nikt nie uważał, aby natychmiastowe chwytanie za broń miało jakikolwiek sens. Nawet najbardziej radykalni patrioci odsuwali walkę o niepodległość w bliżej nieokreśloną przyszłość, uznając, iż powtórka 1863 roku może oznaczać jedynie wzmożone prześladowania ze strony okupanta. Naród należało najpierw wzmocnić - tzn. po prostu oświecić i wzbogacić - a dopiero potem namyślać się, czy jeszcze dopominać się wolnej Polski. Wykształceni w propozytywistycznie nastawionej warszawskiej Szkole Głównej "młodzi" przejęli z Zachodu większość pomysłów i korzystając z teorii Spencera uznali, że społeczeństwo polskie jest chore, bo nieorganiczne. Aby je wyleczyć, należało wcielić w życie szereg postulatów, z których najważniejsze trzy brzmiały:
 

  1. Eliza Orzeszkowa  (fot.: wikimedia)Praca u podstaw - hasło to miało zobowiązać elitę narodu do niesienia oświaty i innej pomocy niższym warstwom społecznym, gdyż zdaniem "młodych" chłopi oraz miejska biedota mimo posiadania rozlicznych praw nie potrafili sobie poradzić w nowej niefeudalnej cywilizacji. Warto podkreślić, że pozytywiści zachęcali nie tyle do dawania jałmużny, ale do uczenia, jak pożytecznie dla siebie i innych pracować.
  2. Emancypacja kobiet - pomijając teoretyczne rozważania dotyczące sensu równouprawnienia płci, warto zauważyć, iż w warunkach polskich powyższe hasło wynikało z palącej potrzeby chwili, gdyż powstanie styczniowe ze zrozumiałych względów spowodowało znaczny ubytek mężczyzn w tzw. wieku produkcyjnym. Duża część kobiet, nie mająca możliwości zaistnienia w normalnych rodzinach, skazana była na rozpaczliwe "klepanie biedy". Aby włączyć je do społeczeństwa organicznego, pozytywiści zachęcali płeć piękną do kształcenia się w kierunku innym niż praca w gospodarstwie domowym, przedsiębiorców zaś do wyzbycia się przekonania, iż niektóre zawody mogą wykonywać jedynie mężczyźni. Trzeba w tym miejscu nadmienić, że nie chodziło tu ani o fedrowanie w kopalni, ani o dźwiganie skrzyń na dworcu; tradycyjnie męskim zawodem był w tych czasach na przykład sprzedawca.
  3. Równouprawnienie mniejszości narodowych. Pozytywistom współpraca zawsze jawiła się jako bardziej płodna od konfrontacji albo obojętności, a zatem postulowali włączenie w nasz organizm społeczny także przedstawicieli innych nacji. W praktyce dotyczyło to przede wszystkim Żydów, których gorąco namawiano do asymilacji, polegającej na spolonizowaniu się przy zachowaniu odrębności wyznania (w tym celu wydawano nawet specjalne pismo "Izraelita", zachęcające starozakonnych do aktywnego poznawania naszej kultury). Z równym zapałem apelowano do Polaków o wyzbycie się wzgardliwego stosunku do Żydów i robienie z nimi korzystnych dla obu stron interesów.

Program literacki


Piotr Chmielowski (fot.: wikimedia)Rozprawienie się z estetyką epoki minionej nie sprawiło pozytywistom najmniejszych trudności, gdyż w latach 60. i 70. najwięksi poeci romantyczni już nie żyli, można więc było bez ujmowania im czci uderzyć z całą mocą w dużo mniej zdolnych epigonów (por. np. artykuł Artura Wiślickiego "Orlandy cierpienia"). Wyśmiano zatem wymuszone poetyzowanie i, posiłkując się zasadami utylitaryzmu Milla, ogłoszono szumnie, iż pisarze nie są "wybrańcami bogów", ale takimi samymi jak wszyscy inni pracownikami, w związku z czym ich produkty powinny czemuś pożytecznemu służyć (por. np. artykuł Piotra Chmielowskiego "Utylitaryzm w literaturze").

Tak rodziła się literatura tendencyjna, prawie niepodzielnie panująca w pierwszej fazie polskiego pozytywizmu (tzn. mniej więcej do ponad połowy lat 70.). Tworząc nowelę, opowiadanie lub powieść tendencyjną, autor powinien mieć jakiś społeczny cel (czyli w praktyce zachęcać Polaków do realizacji postulatów warszawskiego pozytywizmu) i do tego dostosować wszystkie elementy dzieła. W efekcie końcowy produkt takiej pisarskiej pracy zachowywał nieomal wszystkie cechy utworu realistycznego, a różnice sprowadzały się do następujących elementów:

  1. Inna konstrukcja postaci - w ramach której indywidualizm spalono na ołtarzu typowości. Bohater utworu tendencyjnego miał zatem niespecjalnie złożoną psychikę, za to dość wyraźnie wyeksponowane czarne lub białe cechy charakteru (albo był pozytywistycznym wzorcem osobowym - inteligentnym, zacnym i pozbawionym uprzedzeń klasowych "homo faber" - albo też złą czy zagubioną jednostką, nie czyniącą nic pozytywnego).
  2. Umoralniające elementy fabuły - tzn. takie, w ramach których postacie realizujące nowoczesne postulaty odnosiły życiowe sukcesy, ci zaś, którzy do nich nie dorastali, borykali się z najprzeróżniejszymi kłopotami.
  3. Większa rola narratora - nie tylko opowiadającego losy bohaterów, ale też tak rozbudowującego swe wyjaśniające oraz oceniające komentarze, iż często nie różniły się one od artykułów z ówczesnych pism społeczno-obyczajowych.


Powyższe różnice sprawiają, że dość trudno uznać literaturę tendencyjną za prostą odmianę realizmu, gdyż wydarzenia w utworze tego typu są prawdopodobne tylko teoretycznie i tyle mają wspólnego z realnym życiem, co reakcje lwa w cyrku z zachowaniem tego drapieżnika na wolności w Afryce.