+ Pokaż spis treści

Polska w latach 1989-1999

Narodziny Trzeciej Rzeczypospolitej

 

"Wasz prezydent nasz premier"

 

Niezwykle trudno jest precyzyjnie powiedzieć, od którego momentu należałoby liczyć początek Trzeciej Rzeczypospolitej. Czy można przyjąć, że rozpoczęła się ona wraz z pamiętnymi wyborami z 4 VI 1989 r., czy też po utworzeniu 12 IX 1989 r. rządu Tadeusza Mazowieckiego, czy w grudniu 1990 r. w chwili wyboru Wałęsy na prezydenta, czy może - jak chcą jeszcze inni - dopiero wraz z pierwszymi wolnymi wyborami parlamentarnymi z 27 X 1991 r.? Zdania są w tej kwestii podzielone, przy czym - co jest zrozumiałe - na wybór tej lub innej daty w znacznym (decydującym?) stopniu wpływają poglądy i sympatie (oraz antypatie) polityczne. Nie rozstrzygając tej kwestii na pewno można stwierdzić, iż Okrągły Stół i będące jego wynikiem wybory czerwcowe zainicjowały w Polsce przemiany ustrojowe.

 

W tym czasie sprawą najpilniejszą był wybór władz Sejmu i Senatu, a w następnej kolejności prezydenta PRL. 23 czerwca utworzony został Obywatelski Klub Parlamentarny grupujący wszystkich posłów i senatorów solidarnościowych. Przewodniczącym OKP został Bronisław Geremek.

 

4 lipca marszałkiem Sejmu został wybrany reprezentujący ZSL Mikołaj Kozakiewicz. Była to kandydatura do zaakceptowania przez wszystkie główne siły polityczne w Sejmie, przy czym zapewne nie bez znaczenia był fakt, że Kozakiewicz był jednym z dwóch posłów wybranych z listy krajowej. W Senacie, gdzie 99% senatorów należało do OKP, sprawa wyboru władz nie wymagała międzypartyjnych ustaleń - marszałkiem został Andrzej Stelmachowski.

 

Nieporównanie trudniejsza była kwestia wyboru prezydenta. Dla wielu osób było jasne, ze gdy przy Okrągłym Stole "strona koalicyjno-rządowa" wysunęła pomysł, aby utworzyć urząd prezydenta wyposażonego w szeroki zakres kompetencji, to jako o kandydacie na to stanowisko myślano o Jaruzelskim. OKP ogłosił, że "z braku warunków demokratycznych" nie będzie w wyborach prezydenckich zgłaszana kandydatura Wałęsy . Jednak wcale nie było pewne, czy mimo to Jaruzelski zostanie wybrany, tym bardziej, że wśród znacznej części opozycji rozpowszechniony był pogląd, iż prezydentem powinien zostać ktoś inny z kręgów dotychczasowej koalicji. Wałęsa np. nie ukrywał, że wolałby na tym stanowisku widzieć Kiszczaka niż Jaruzelskiego. 3 lipca Michnik opublikował w "Gazecie Wyborczej" głośny artykuł pt. "Wasz prezydent, nasz premier", w którym sugerował, że w zamian za poparcie w wyborach prezydenckich OKP powinien otrzymać fotel premiera i misję utworzenia rządu. Początkowo propozycja ta zarówno w szeregach "Solidarności", jak i PZPR przyjęta została z rezerwą, niemniej po kilku tygodniach powrócono do niej.

 

19 lipca miał miejsce kilkugodzinny maraton wyborczy. Jedynym kandydatem do prezydentury był Jaruzelski. Spory proceduralne mieszały się z akcentami o charakterze jednoznacznie politycznym. Wreszcie odbyło się głosowanie jawne i imienne, w którym wzięło udział 544 członków Zgromadzenia Narodowego. Głosów nieważnych, które - jak się okazało - umożliwiły wybór Jaruzelskiego oddano 7, głosów ważnych 537. Kilku członków Zgromadzenia Narodowego należących do OKP przekazało pisemne oświadczenia zawiadamiając, że nie wezmą udziału w wyborach, w których jest tylko jeden kandydat i jest nim gen. Jaruzelski. Ostatecznie za kandydaturą tą padło 270 głosów, przeciw były 233 osoby, a 34 wstrzymały się od głosu. Jaruzelski został wybrany prezydentem najniższą możliwą większością głosów i nie ulega wątpliwości, iż było to zasługą części posłów i senatorów z OKP, którzy chcieli zakończyć czym prędzej przeciągający się kryzys prezydencki.

 

Zgodnie ze złożoną zawczasu obietnicą dziesięć dni później, Jaruzelski zrezygnował z funkcji I sekretarza KC. 29 lipca na stanowisku tym zastąpił go dotychczasowym premier Mieczysław Rakowski, który z kolei złożył dymisję z funkcji szefa rządu l sierpnia. Jednym z ostatnich posunięć gabinetu Rakowskiego było uwolnienie cen na artykuły żywnościowe, co w następnych tygodniach i miesiącach spowodowało, wraz z uchwaloną przez Sejm indeksacją płac, galopującą inflację.

 

Na przełomie lipca i sierpnia wiele mówiło się w Polsce o tym, że nowy rząd miałby utworzyć gen. Kiszczak. Choć był on przedstawiany jako jeden z konstruktorów układów Okrągłego Stołu, kandydaturze tej na ogół nie dawano zbyt dużych szans w Sejmie, jako że Kiszczak był także jednym z głównych konstruktorów i realizatorów stanu wojennego.
 

Tadeusz Mazowiecki (fot. wikimedia)W tej niezwykle trudnej sytuacji do działania przystąpił Wałęsa, który wraz z braćmi Jarosławem i Lechem Kaczyńskimi w ciągu kilkunastu dni doprowadził do odwrócenia sojuszy: ZSL i SD odstąpiły od koalicji z PZPR zawiązując nową z "Solidarnością". 17 sierpnia doszło w Warszawie do spektakularnego spotkania Wałęsy z przywódcami ZSL i SD. Jeszcze tego samego dnia przyjął ich prezydent Jaruzelski. Dwa dni później misję sformowania gabinetu powierzył Mazowieckiemu, któremu od razu poparcia udzieliła KKW NSZZ "Solidarność". 24 sierpnia Sejm oficjalnie powołał go na stanowisko prezesa Rady Ministrów.

Po trzech tygodniach niezwykle nerwowych i wyczerpujących konsultacji, 12 IX 1989 r. Mazowiecki przedstawił skład koalicyjnego gabinetu, który Sejm zatwierdził 402 głosami "za" przy 13 głosach wstrzymujących się. Nikt nie głosował "przeciwko" rządowi, który tworzyło 11 osób reprezentujących "Solidarność", 4 ZSL, 4 PZPR, 3 SD.

Pracowita jesień 1989 r.

Rząd cieszył się ogromnym poparciem i autorytetem w społeczeństwie, które zmuszone jednak było znosić coraz większe trudności ekonomiczne. Szczególnie dokuczliwa była galopująca zwyżka cen, która jesienią przybrała rozmiary hiperinflacji. Zadania jej opanowania i przygotowania w krótkim czasie gruntownej reformy gospodarczej podjął się wicepremier i zarazem minister finansów Leszek Balcerowicz. Przedstawiając w Sejmie w grudniu 1989 r. główne kierunki i zamierzenia tej reformy proponował Polakom w miejsce życia udawanego życie udane.

Leszek Balcerowicz (fot. wikimedia)Reforma gospodarcza była niewątpliwie zadaniem najtrudniejszym przed jakim stanął nowy rząd, lecz nie był to bynajmniej problem jedyny. Rychło okazało się, że państwo znajduje się w gorszym stanie niż przedstawiciele opozycji mogli przypuszczać w najczarniejszych wizjach. Praktycznie wszystkie jego "segmenty": obronność i oświata, kultura i służba zdrowia, budownictwo i nauka, transport i rolnictwo, bankowość i górnictwo, bezpieczeństwo publiczne i hutnictwo, ekologia i sport, wymiar sprawiedliwości i przemysł lekki, administracja państwowa i ubezpieczenia społeczne wymagały gruntownej i w zasadzie natychmiastowej przebudowy. Komuniści - nie tylko zresztą w Polsce - oddali władzę, gdy dalsze jej sprawowanie było praktycznie niemożliwe, a w każdym razie niezwykle utrudnione. Wypada też dopowiedzieć, że kto inny doprowadził kraj do takiego opłakanego stanu, kto inny zaś państwo zadłużone za granicą na dziesiątki miliardów dolarów, zdewastowane ekologicznie, posiadające przestarzały i w znacznym stopniu zdekapitalizowany przemysł, archaiczne rolnictwo, nieefektywny system ubezpieczeń społecznych, niewymienialną walutę i pozbawione sprawnego systemu bankowego, zaczął reformować i wyprowadzać z cywilizacyjnej zapaści. Trudno też nie zauważyć, że nie w każdym przypadku i nie w całości sojusznikiem solidarnościowych reformatorów było społeczeństwo, przez 45 lat komunistycznych rządów w znacznym stopniu zdemoralizowane, odzwyczajone od efektywnej i rzetelnej pracy oraz samodzielnego myślenia, pozbawione w skali masowej przedsiębiorczości i indywidualnej zaradności.

Kiedy jednak rząd Mazowieckiego powstawał sprawą najtrudniejszą i zarazem wymagającą jak najszybszego uregulowania były stosunki Polski z jej sojusznikami z Układu Warszawskiego. Wraz z utworzeniem pierwszego od ponad 40 lat niekomunistycznego rządu, Polska zdecydowanie wysunęła się na czoło reform w Europie Środkowo-Wschodniej. W dniu, w którym Jaruzelski desygnował Mazowieckiego na stanowisko premiera, dyktator Rumunii Nicolae Ceausescu podjął starania mające na celu zorganizowanie "braterskiej pomocy" państw Układu Warszawskiego, czyli mówiąc wprost zbrojnej interwencji w Polsce. Dwa dni później Biuro Polityczne KC PZPR tajnymi kanałami przekazało do Bukaresztu swoją odpowiedź, w której odrzucało rumuńską interpretację wydarzeń w Polsce. Zresztą gwarantami tego, że przemiany w PRL nie będą realizowane nazbyt prędko i nie będzie się to dokonywało w sposób gwałtowny, mieli być: prezydent Jaruzelski - będący zwierzchnikiem sił zbrojnych oraz generałowie Kiszczak (wicepremier i zarazem minister spraw wewnętrznych w rządzie Mazowieckiego) oraz Florian Siwicki (minister obrony narodowej w tym samym gabinecie).

Od pierwszych chwil urzędowania bardzo rozważną (zdaniem niektórych "radykałów" zbyt rozważną) politykę prowadził bezpartyjny minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski. W październiku odwiedził Polskę minister spraw zagranicznych ZSRR Edward Szewardnadze. Niektórzy uważają, że ostatecznie udzielił on wówczas radzieckiego przyzwolenia na przeprowadzanie w Polsce ewolucyjnych zmian.

Jesienią 1989 r. - poza wspomnianą już historyczną wizytą kanclerza Kohla - dwa wydarzenia z dziedziny stosunków międzynarodowych poruszyły polską opinię publiczną. Najpierw Wałęsa odbył triumfalną podróż po Ameryce, której kulminacyjnym momentem było wygłoszenie przez niego 15 XI 1989 r. przed połączonymi Izbami Kongresu Stanów Zjednoczonych przemówienia, które nagromadzone zostało 10-minutową owacją na stojąco. Kongresmeni zresztą wielokrotnie oklaskami przerywali mowę Wałęsy, który był trzecią w historii osobą (wcześniej byli to markiz Marie Joseph de La Fayette oraz Winston Churchill) nie pełniącą w danym momencie żadnych oficjalnych funkcji państwowych, która dostąpiła zaszczytu przemawiania przed połączonymi Izbami Kongresu. Było to niewątpliwie apogeum popularności Wałęsy w Stanach Zjednoczonych.

Wracając z USA lider "Solidarności" zdążył jeszcze na lotnisku zamienić kilka zdań z wylatującym właśnie do Moskwy premierem Mazowieckim. Wizyta Mazowieckiego w Związku Radzieckim z wielu powodów miała znaczenie historyczne. Oto po raz pierwszy po wojnie jechał do Moskwy polityk reprezentujący wyłącznie polską rację stanu i przemawiający we własnym imieniu. 24 listopada Mazowieckiego przyjął na Kremlu Gorbaczow; rozmowa trwała blisko dwie godziny i wedle słów Mazowieckiego była "bardzo bezpośrednia, szczera, życzliwa" - przy czym po raz pierwszy od lat w stosunkach polsko-radzieckich słowa te naprawdę coś znaczyły.

Ważniejsze może jednak były inne punkty wizyty Mazowieckiego w ZSRR: wzruszające pierwsze spotkanie z nowo "odkrytą" Polonią w ZSRR, spotkanie w polskiej ambasadzie z radzieckimi intelektualistami, na które przybył m.in. Sacharow, wreszcie pamiętna wieczorna Msza św. w Katyniu. Okazywało się, że wzajemne relacje polsko-radzieckie mogą naprawdę mieć charakter partnerski a nie wasalny, jak niestety wyglądały one przez wiele poprzednich lat.

W pierwszych miesiącach urzędowania gabinet Mazowieckiego cieszył się ogromnym kredytem społecznego zaufania, a sam premier wielką społeczną sympatią. W grudniu 1989 r. uczucia sympatii dla premiera deklarowało prawie 90% osób pytanych o to przez Centrum Badania Opinii Społecznej. Nigdy żaden polski premier nie cieszył się i prawdopodobnie już nie będzie się cieszył takim zaufaniem i poparciem społecznym.

Niemniej z dzisiejszej perspektywy widać, że już wtedy zaczynały pojawiać się pierwsze oznaki rozłamu w "Solidarności". Jako próbę ich tuszowania można odczytywać zorganizowaną w grudniu Konferencję Ruchu Obywatelskiego: "Etos Solidarności", której największym osiągnięciem było zapewne to, że trzej przywódcy obozu reform: Geremek, Mazowiecki i Wałęsa zasiedli jeszcze obok siebie w zgodnej harmonii. Już niedługo miało się jednak okazać, że "solidarnego" frontu nie da się utrzymać na dłuższą metę. Żeby zaś ludziom łatwiej było znosić trudy i wyrzeczenia będące efektem wprowadzanej w życie gospodarczej reformy 29 XII 1989 r. Sejm dokonał szeregu zmian w Konstytucji między innymi przywracając tradycyjną nazwę państwa: Rzeczpospolita Polska i jego dawne godło: orła w koronie.

27 I 1990 r. na XI Zjeździe PZPR rozwiązała się partia, która przez ponad czterdzieści lat utożsamiana często była i sama utożsamiała się z państwem. W następnych miesiącach proces zmian wyznaczany m.in. likwidacją cenzury, zmianami organizacyjnymi, strukturalnymi i personalnymi w MSW, MSZ i MON uległ przyspieszeniu.

"Wojna na górze"

Niemniej właśnie po samolikwidacji PZPR nasiliła się krytyka pod adresem rządu Mazowieckiego, a zwłaszcza samego premiera, że nie przyspiesza procesu przemian. Zarzucano mu, że kurczowo trzyma się ustaleń zawartych przy Okrągłym Stole, a przecież w ciągu następnych miesięcy zarówno sytuacja międzynarodowa wokół Polski, jak i jej polityczne położenie wewnętrzne uległy zmianie. Nasiliły się głosy, że gen. Jaruzelski powinien opuścić Belweder, choć nie od razu widziano tam zamiast niego Wałęsę. Z inicjatywą prezydencką Wałęsy wystąpili jego dwaj ówcześni bliscy współpracownicy Jarosław i Lech Kaczyńscy. Jeszcze przed II Krajowym Zjazdem NSZZ "Solidarność", który obradował w kwietniu 1990 r. i na którym Wałęsę ponownie wybrano na przewodniczącego Związku, Kaczyńscy proponowali, aby skrócić kadencję Jaruzelskiego i żeby Zgromadzenie Narodowe powierzyło prezydenturę właśnie Wałęsie. Pomysł ten spotkał się z dezaprobatą ze strony Mazowieckiego i Geremka, którzy uważali, że wybory prezydenta powinny mieć charakter powszechny i odbyć się później. Ich zdaniem byłoby ze wszech miar niekorzystne organizować wybory prezydenckie w momencie, gdy rząd realizował dotkliwą dla społeczeństwa reformę gospodarczą, od nazwiska jej głównego, architekta nazwaną reformą Balcerowicza.

W obozie "solidarnościowym" początkowo dawało się zauważyć pewną niechęć do tworzenia partii politycznych; liczne były głosy za utrzymaniem jedności ponad różnicami. Optowali za tym zwłaszcza ci działacze, którzy odegrali kluczową rolę w rozmowach Okrągłego Stołu. Zarzucano im więc dążenie do zmonopolizowania we własnych rękach całego ruchu "solidarnościowego". Nakładały się na to osobiste uprzedzenia i personalne animozje. Gdy wiosną 1990 r. zaczął się rysować rozłam w "solidarnościowym" obozie, duża część społeczeństwa nie rozumiała istoty sporu, nie dostrzegała ideowych różnic dzielących obie strony konfliktu, który szybko zyskał miano "wojny na górze". Znacznie częściej i chętniej dawano posłuch głosom mówiącym, iż jest to po prostu "walka o stołki".

Następowała w przyspieszonym tempie dewaluacja autorytetów. Kościół katolicki, który w poprzednich latach jako instytucja cieszył się tradycyjnie wysokim autorytetem i stopniem społecznego poparcia, zaczął to poparcie tracić. Z drugiej strony wielu dawnych opozycjonistów, w latach osiemdziesiątych związanych z Kościołem i cieszących się poparciem i zaufaniem hierarchii, teraz traciło to poparcie przy wtórze oskarżeń - czasem słusznych, czasem niesłusznych - o antyklerykalizm. Część kleru ogarnęła atmosfera triumfalizmu, a równocześnie część działaczy wywodzących się z obozu "solidarnościowego" zaczęła "licytować się w katolicyzmie" i tworzyć partie odwołujące się do bliżej nie zdefiniowanych i nie określonych "wartości chrześcijańskich". Niektórym z tych partii ich przeciwnicy zarzucali, że ich programy, a zwłaszcza język politycznego dyskursu, miały niewiele wspólnego z duchem Ewangelii.

Tak jak w praktyce nierzadko bezrefleksyjnie szafowano określeniem "chrześcijański", tak równie często nadużywano pojęcia "prawica". Posługiwano się tym określeniem nawet wtedy, gdy dana partia w kwestiach społecznych głosiła jak najbardziej lewicowy program lub też jej przywódcy przez szereg lat głosili przywiązanie do ideałów demokratycznej lewicy (Jan Olszewski). Następowała stopniowa brutalizacja języka publicznego. Po likwidacji cenzury wiosną 1990 r. część publicystów i polityków uznała, że w tej nowej sytuacji można i należy wszystko mówić publicznie, nawet wtedy, gdy nie ma się pewności, czy i na ile dana informacja jest prawdziwa. Przyzwyczajeni do cenzurowanej w PRL prasy ludzie nierzadko czytali te wypowiedzi ze zdumieniem, a czasem po prostu z niesmakiem. Wielu nie potrafiło pojąć, jak pod adresem zasłużonych w walce z komunizmem ludzi ich niedawni koledzy mogą wypisywać takie obrzydliwości. Wszystko się relatywizowało, rosła społeczna frustracja, a nowe elity, pochłonięte w znacznym stopniu wewnętrznymi walkami, coraz bardziej alienowały się i odrywały od realnych problemów dnia codziennego milionów Polaków.

Pierwsze sygnały narastającego zniechęcenia ludzi do polityki pojawiły się przy okazji wyborów samorządowych przeprowadzonych 27 V 1990 r. Po raz pierwszy w powojennej Polsce społeczeństwo mogło wziąć udział w prawdziwie wolnych wyborach i okazało się, że frekwencja wyborcza wyniosła zaledwie 42 procent. W tych wyborach większej roli nie odegrały ciągle jeszcze słabe partie polityczne. Najwięcej głosów (41%) zdobyli kandydaci Komitetów Obywatelskich związanych z "Solidarnością", ale niewiele mniej (38%) różni niezależni, wśród których - zwłaszcza na prowincji - znalazło się wielu byłych notabli PZPR.
 

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się jednak, że procesu podziału ruchu "solidarnościowego" nic nie było w stanie zahamować. Jeszcze jesienią 1989 r. powstała bodaj pierwsza partia wywodząca się z tego nurtu: Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, na którego czele stanął Wiesław Chrzanowski. W maju następnego roku bracia Kaczyńscy, coraz wyraźniej lansujący Wałęsę na prezydenta pod hasłem przyspieszenia dokonujących się reform, powołali do życia Porozumienie Centrum. W lipcu grono zwolenników premiera Mazowieckiego, oskarżając Wałęsę o anarchizowanie sceny politycznej, stworzyło Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna, na czele którego stanęli Bujak i Frasyniuk.

 

Wybory prezydenckie

 

Latem 1990 r. podział w dawnym obozie "solidarnościowym" stal się faktem. W obliczu zbliżających się wyborów prezydenckich członkowie i sympatycy "Solidarności" podzielili się (zostali podzieleni?) na tych, którzy popierali na ogół bezkrytycznie i bezrefleksyjnie Wałęsę, i tych, którzy w taki sam sposób popierali Mazowieckiego. Praktycznie nikt już nie zastanawiał się nad tym, który z tych dwóch ludzi i dlaczego ma większe predyspozycje do sprawowania najwyższego w państwie urzędu. Zamiast tego pojawiły się epitety, wzajemne pomówienia, insynuacje - istny festiwal złej woli! To wtedy właśnie dokonano manipulacji wokół pojęcia "gruba kreska", którego Mazowiecki użył w swoim sejmowym expose. Premier utrzymywał, że posłużył się nim, aby odkreślić "dorobek PRL" i nie brać odpowiedzialności za to, co było wcześniej. Jego przeciwnicy polityczni twierdzili, że chodziło mu o to, żeby pozostawić w spokoju partyjną nomenklaturę i zaakceptować jej - dokonujące się często z naruszeniem prawa - bogacenie się w szybkim tempie. Według nich "gruba kreska" oznaczać też miała - w myśl tajnych porozumień z Magdalenki - wyrzeczenie się ścigania zbrodni i przestępstw popełnionych przez władzę przed 1989 r.

 

Z kolei zwolennicy Mazowieckiego każdą niemal wypowiedź Wałęsy wyśmiewali i interpretowali w karykaturalny wręcz sposób. Gdy Wałęsa mówił o przyspieszeniu i posługiwał się w kampanii prezydenckiej symbolem siekiery, która miała przeciąć właśnie "grubą kreskę", dowodzili, iż przewodniczący "Solidarności" destabilizuje scenę polityczną, jest nieodpowiedzialny i dąży do zaprowadzenia w Polsce rządów dyktatorskich. Wzajemne oskarżenia i pomówienia spowodowały, że już nigdy potem nie udało się w pełni przezwyciężyć obustronnych pretensji i urazów.

 

Stan Tymiński (fot. wikimedia)Powszechnie spodziewano się, że walka o prezydenturę rozegra się między Mazowieckim i Wałęsą. Tymczasem w pierwszej turze wyborów 25 XI 1990 r. Wałęsa zdobył ponad 40% (choć zapowiadał, iż od razu uzyska większość bezwzględną), ale Mazowiecki z 18 procentami został wyprzedzony przez do niedawna nie znanego Stanisława (Stana) Tymińskiego, który dzięki wysuwanym w kampanii populistycznym i demagogicznym hasłom zebrał 23% głosów i to on miał być rywalem Wałęsy w drugiej turze. 9 grudnia nie było już jednak niespodzianki i przy 53 procentach frekwencji wyborczej Wałęsa uzyskał 75 procent głosów, Tymiński zaś 26 procent. 22 grudnia Wałęsa został zaprzysiężony jako pierwszy w historii Polski prezydent wybrany w wyborach powszechnych. Insygnia władzy przejął jednak nie od ustępującego z urzędu Jaruzelskiego, lecz od przybyłego z Londynu prezydenta na obczyźnie Ryszarda Kaczorowskiego.

 

Wybory parlamentarne 1991 r.

 

W styczniu 1991 r. (po dymisji Mazowieckiego) powstał nowy gabinet, na czele którego stanął Jan Krzysztof Bielecki z Kongresu Liberalno-Demokratycznego, niewielkiej partii założonej przez gdańskich liberałów mocno zaangażowanych w kampanię prezydencką Wałęsy. Można powiedzieć, że w zakresie polityki wewnętrznej przed rządem Bieleckiego stanęły dwa zadania: kontynuować przemiany ustrojowe i reformę gospodarczą zainicjowane przez rząd Mazowieckiego oraz "doprowadzić" kraj do wyborów parlamentarnych. Ostatecznie odbyły się one 27 X 1991 r. przy zadziwiająco niskiej frekwencji (43,2 procent). Widać było coraz bardziej, że społeczeństwo jest w swej masie coraz bardziej zagubione, zmęczone i zdezorientowane niejasnymi rozgrywkami politycznymi.

 

Na zły stan nastrojów społecznych i pogłębiającą się dezorientację Polaków niemały wpływ miało postępujące stopniowo rozdrobnienie sceny politycznej. Podziały między poszczególnymi partiami były często zupełnie nieczytelne i niejednokrotnie sprowadzały się do personalnych animozji. Na pewno też na systematycznie rosnącą społeczną frustrację nie bez wpływu pozostawały prasowe doniesienia o rozmaitych aferach gospodarczych, w trakcie których rodziły się bajeczne fortuny rozmaitych oszustów, spekulantów i pospolitych złodziei. Ponieważ nie towarzyszyły temu doniesienia prasowe o procesach i wyrokach skazujących, gdyż w praktyce takich nie było, a większość osób bogacących się w tak nieuczciwy sposób żyła sobie w najlepsze na wolności, niejednokrotnie w niejasnych okolicznościach opuściwszy uprzednio Polskę, u wielu narastało przeświadczenie, iż lepiej "kombinować", niż rzetelnie pracować. Równocześnie zaczął powstawać niedobry klimat wokół rodzącej się warstwy biznesmenów, których (wszystkich bez wyjątku) populistyczni politycy i publicyści zaczęli uważać za złodziei i malwersantów. Sytuacja taka - rzecz jasna - nie sprzyjała siłom reformatorskim, natomiast była wręcz wymarzona dla partii o niespokojnych, demagogicznych programach. W sytuacji narastającego bezrobocia i poszerzania się obszarów ubóstwa mogły one przed wyborami składać obywatelom najbardziej nieprawdopodobne obietnice w zamian za wyborcze poparcie.

 

Nie omieszkała też z tego skorzystać wywodząca się z PZPR Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej, która stworzyła wokół siebie Sojusz Lewicy Demokratycznej. Uzyskał on 12% miejsc w parlamencie, ustępując jedynie nieznacznie kierowanej przez Mazowieckiego Unii Demokratycznej (12,3%). Przyjęcie ordynacji proporcjonalnej zaowocowało ogromnym rozdrobnieniem Sejmu, w którym znaleźli się przedstawiciele 29 ugrupowań. Sytuację dodatkowo komplikował fakt, że szereg partii z góry wykluczało możliwość wchodzenia w koalicje z niektórymi ugrupowaniami.

 

Rząd Olszewskiego i "teczki bezpieki"

 

Jan Olszewski (fot. wikimedia / prezydent.pl)Budowanie koalicji negatywnej (do obalania rządu) nie nastręczało najmniejszego problemu, natomiast proces budowania koalicji pozytywnej, która dysponowałaby większością głosów umożliwiającą sformowanie gabinetu koalicyjnego, trwał blisko dwa miesiące i zakończył się tuż przed świętami Bożego Narodzenia powołaniem rządu, na czele którego stanął Jan Olszewski z Porozumienia Centrum.

 

Wiosną 1992 r. rząd Olszewskiego znalazł się w konflikcie z prezydentem Wałęsą. Spowodowane to było głównie tym, że Jarosław Kaczyński, który był głównym promotorem prezydentury Wałęsy, po odejściu z prezydenckiej kancelarii z równą gwałtownością zaczął krytykować Wałęsę za sposób sprawowania władzy. Zaczęły się mnożyć konflikty personalno-prestiżowe i w efekcie w końcu maja Wałęsa wycofał swoje poparcie dla rządu Olszewskiego. Na dalsze zaognienie sytuacji wpłynęła tzw. sprawa teczek i agentów służb specjalnych. 28 maja Sejm upoważnił ministra spraw wewnętrznych Antoniego Macierewicza do przygotowania listy osób aktualnie piastujących odpowiedzialne stanowiska państwowe a w przeszłości współpracujących z UB i SB. 4 czerwca rano Macierewicz przekazał przedstawicielom najwyższych władz oraz przewodniczącym klubów poselskich dwie listy osób, o których informacje "znajdowały się w zasobach archiwalnych MSW".

 

W atmosferze wzajemnych oskarżeń i pomówień padających także z trybuny sejmowej, w czasie nocnej debaty bezpośrednio transmitowanej przez telewizję Sejm odwołał Olszewskiego. Następnego dnia na stanowisko premiera, na wniosek prezydenta Wałęsy, powołał lidera Polskiego Stronnictwa Ludowego zaledwie 32-letniego Waldemara Pawlaka. Ten jednak w ciągu miesiąca nie zdołał sformować gabinetu i musiał zrezygnować z misji tworzenia rządu.

 

Tymczasem atmosfera w kraju pogarszała się. Z różnych stron padały rozmaite oskarżenia. Olszewski i jego zwolennicy zarzucali Wałęsie, że podjął działania przypominające zamach stanu, prezydent i jego stronnicy to samo zarzucali premierowi i ministrowi Macierewiczowi. Związki i współpracę z SB, bez przedstawiania wiarygodnych dokumentów, zarzucano ludziom zasłużonym w walce z systemem komunistycznym. Jest oczywiste, że klimat wzajemnych pomówień i podejrzliwości sprzyjał jedynie dalszemu niszczeniu autorytetów, a takie pojęcia, jak "lustracja" czy "dekomunizacja", już na stałe weszły do słownika politycznego. Wkrótce zresztą stosunek do nich stał się jedną z głównych linii politycznych podziałów. Inna linia podziału, zarówno klasy politycznej, jak i społeczeństwa, przebiegała według stosunku do kwestii aborcji. Tutaj także nie stroniono od najcięższych i najbardziej obraźliwych wzajemnych oskarżeń. Z jednej strony była więc mowa o "ciemnogrodzie" i "fundamentalizmie katolickim", ba, "wrogach wolności", z drugiej o "mordercach dzieci nienarodzonych" lub w przypadkach skrajnych o "zwolennikach ludobójstwa".
 

Gabinet Suchockiej i wybory 1993 r.

 

11 VII 1992 r. Sejm powołał koalicyjny rząd, na czele którego (po raz pierwszy w historii Polski) stanęła kobieta - wywodząca się z Unii Demokratycznej Hanna Suchocka. Nowy gabinet, a zwłaszcza pani premier, cieszył się sporą popularnością. Przyszło mu jednak od pierwszych dni rozwiązywać liczne problemy, a przede wszystkim musiał stawić czoło kolejnej fali strajkowej. Ewolucyjnej transformacji gospodarczej kraju towarzyszyły bowiem dość częste i nierzadko gwałtowne protesty tych wszystkich, którzy na zachodzących zmianach relatywnie tracili. Dotyczy to szczególnie robotników z wielkich zakładów przemysłowych (stoczniowców, górników, hutników, metalowców itd.), którzy odegrali ogromną rolę w ruchu "Solidarności" i w jakimś stopniu byli sprawcami zmian zachodzących w Polsce po 1989 r. a dla których później - w obliczu zakrojonych na szeroką skalę redukcji pracowników - po prostu nierzadko brakowało pracy. Jednocześnie w porównaniu z innymi grupami społecznymi relatywnie malały ich zarobki. Społeczne niezadowolenie starały się dla własnych celów wykorzystywać zarówno rozmaite ugrupowania radykalne, jak i siły polityczne wywodzące się z PZPR-owskiego układu politycznego.

 

Gabinet Suchockiej przetrwał rok. Gdy w maju 1993 r. parlament na wniosek posłów "Solidarności" (którzy zresztą wcześniej byli konstruktorami tegoż rządu) uchwalił wotum nieufności, prezydent Wałęsa rozwiązał Sejm i rozpisał nowe wybory. Do czasu wyborów, które odbyły się 19 września, gabinet Suchockiej dalej sprawował swe obowiązki.

 

Tymczasem Polska po raz kolejny stała się widownią nieodpowiedzialnych przedwyborczych obietnic. Tym razem jednak wybory miały odbyć się według zweryfikowanej ordynacji. Aby uniknąć rozdrobnienia politycznego, które cechowało Sejm pierwszej kadencji, wprowadzono tzw. progi wyborcze: 5 procent dla partii politycznych i 8 procent dla koalicji. Znaczyło to, że aby znaleźć się w parlamencie i posiadać tam swoją reprezentację, dana partia musiała zebrać co najmniej 5 procent głosów. Zadanie to przerastało możliwości większości ugrupowań. Ostatecznie w Sejmie znaleźli się przedstawiciele tylko 6 koalicji lub partii. Bezapelacyjne zwycięstwo odniosły siły polityczne powszechnie określane mianem postkomunistycznych: SLD zdobył 20,4% głosów, a PSL 15,4%. Oprócz nich w Sejmie zasiedli posłowie Unii Demokratycznej, Unii Pracy (częściowo o "solidarnościowym" rodowodzie), Konfederacji Polski Niepodległej i utworzonego przez Wałęsę parę miesięcy wcześniej Bezpartyjnego Bloku Wspierania Reform. Polityczna prawica poniosła druzgocącą klęskę. Jej przedstawiciele nie potrafili porozumieć się przed wyborami, a i po wyborach nie widać było woli stworzenia jednolitego ugrupowania centroprawicowego.

 

Bilans rządów solidarnościowych 1989-1993

 

Zdecydowane zwycięstwo wyborcze SLD i PSL oznaczało, że koalicję rządową będą tworzyć siły polityczne - mniej czy więcej słusznie -uznawane za postpeerelowskie. Tym samym kończył się czteroletni okres rządów umownie nazywanych solidarnościowymi. Ich bilans nie mógł być jednoznaczny. Z jednej strony Polska zmieniła się w praktyce nie do poznania: począwszy od sklepów, które zapełniły się bogactwem towarów nigdy nie spotykanym w czasach Polski Ludowej, kończąc na bogatym i niecenzurowanym życiu umysłowym, które symbolizowała prasa najróżniejszych odcieni. Normą stał się system demokratyczny, niezawisłość sądownictwa, szeroko rozumiane wolności obywatelskie, jawność życia publicznego. We wrześniu 1993 r. ostatni żołnierze radzieccy opuścili Polskę. Jednocześnie władze RP coraz wyraźniej deklarowały, iż ich celem jest pełne członkostwo Polski w NATO i Unii Europejskiej, z którą zawarto układ o stowarzyszeniu. Zresztą kapitał zagraniczny w coraz większym zakresie inwestował w Polsce. Towarzyszyła temu zwykle modernizacja produkcji i podnoszenie jej opłacalności. Za sukces solidarnościowych reformatorów należy także uznać zduszenie hiperinflacji i podjęcie procesów prywatyzacyjnych w kraju.

 

Z drugiej jednak strony ceną zapłaconą za te niewątpliwe osiągnięcia było systematycznie rosnące bezrobocie, które niebezpiecznie zbliżało się do liczby trzech milionów osób bez pracy. Towarzyszyła temu pauperyzacja znacznych grup społecznych i niemal powszechne przejściowe obniżenie stopy życiowej oraz społeczna frustracja obejmująca znaczne kręgi społeczeństwa wynikała z nieumiejętności znalezienia się w nowej sytuacji społeczno-gospodarczej. Dotyczyło to zwłaszcza ludzi starszych i mniej wykształconych zamieszkałych na wsi i w małych miastach. Także część młodzieży nie widziała dla siebie żadnej przyszłości. W efekcie zaczęły nasilać się (a w każdym razie uzewnętrzniać) zjawiska patologiczne takie jak narkomania, alkoholizm czy wreszcie przestępczość, także ta zorganizowana o charakterze mafijnym, czemu z pewnością sprzyjało przenikanie na grunt polski organizacji przestępczych zza wschodniej granicy.
 

Do negatywów czterolecia rządów solidarnościowych z pewnością można też zaliczyć nadmierne rozdrobnienie sceny politycznej wynikłe nie tyle z różnic ideowych i programowych, lecz zwykle z ambicji poszczególnych polityków. Szczególnie widoczne to było wśród centroprawicy. Konsekwencją tego stanu rzeczy było również nieuchwalenie nowej Konstytucji RP. Trudno było bowiem zdobyć powszechną akceptację dla takich lub innych rozwiązań systemowych. Ciągłe niemal walki toczone między przedstawicielami tzw. klasy politycznej niepokoiły, męczyły i irytowały dużą część społeczeństwa. Powodowało to, że rosła stale liczba osób zobojętniałych na rozwój wydarzeń lub takich które skłonne były dawać posłuch rozmaitym działaczom populistycznym obiecującym tyleż interesujące co nierealne rozwiązania ekonomiczne. Wszystko to razem w połączeniu z licznymi doniesieniami o aferach gospodarczych i politycznych powodowało, że nie malała, lecz chyba narastała społeczna frustracja. Mało kto jednak tęsknił za PRL-em, choć hasło: "Komuno wróć" pojawiało się nie tylko w kabaretach satyrycznych.


Proponowane pozycje literatury przedmiotu:

     

  • Balcerowicz Leszek, 800 dni. Szok kontrolowany, Warszawa 1992.     
  • Bereś Witold, Skoczyłaś Jerzy, Generał Kiszczak mówi... prawie wszystko, Warszawa 1991.     
  • Domarańczyk Zbigniew, 100 dni Mazowieckiego, Warszawa 1990.     
  • Dudek Antoni, Pierwsze lata III Rzeczypospolitej 1989-1995, Kraków 1997.     
  • Kowalski Sergiusz, Narodziny III Rzeczypospolitej, Warszawa 1996.     
  • Kozakiewicz Mikołaj, Byłem marszałkiem kontraktowego..., Warszawa 1991.     
  • Kuczyński Waldemar, Zawierzenia zausznika. Warszawa 1992.     
  • Kuroń Jacek, Moja zupa, Warszawa 1991.     
  • Kurski Jarosław, Wódz, Warszawa 1991.     
  • Odwrotna strona medalu. Z Jarosławem Kaczyńskim rozmawia Teresa Bochwic, Warszawa 1991.     
  • Rakowski Mieczysław F., Jak to się stało. Warszawa 1991.     
  • Rok 1989. Bronisław Geremek odpowiada, Jacek Żakowski pyta. Warszawa 1990.     
  • Tajne dokumenty Biura Politycznego i Sekretariatu KC. Ostatni rok władzy 1988-1989, oprac. Stanisław Perzkowski, Londyn 1994.     
  • Wałęsa Lech, Droga do wolności. 1985-1990 decydujące lata, Warszawa 1991.

 

Teksty źródłowe:

 

Przemówienie sejmowe wicepremiera i ministra finansów Leszka Balcerowicza z 17 XII 1989 r. (fragmenty)


Nasza propozycja to gospodarka oparta na mechanizmach rynkowych, o strukturze własnościowej, występującej w krajach wysokorozwiniętych, otwarta na świat. Gospodarka, której reguły dla wszystkich są jasne. Trzeba zerwać z fałszywą grą, w której ludzie udają, że pracują, a państwo udaje, że płaci. Alternatywa, którą proponujemy - to życie udane zamiast udawanego (...)
Trzeba jasno powiedzieć: wyczekiwanie nie poprawi tych warunków, a tylko pogorszy je. Gospodarka polska jest ciężko chora. Konieczna jest operacja - głębokie chirurgiczne cięcie. Już obecnie galopująca inflacja odbiera sens wielu działaniom oraz uniemożliwia skuteczne przejście do nowego systemu gospodarowania. Pozostawienie tej sytuacji bez zmian oznaczałoby przyzwolenie dla takiej hiperinflacji, przy której ceny wzrastałyby z dnia na dzień. Oznaczałoby to całkowite załamanie gospodarki. (...)

Przemiana, której dokonujemy, jest przełomowa, ma unikalny w dziejach charakter. Przypadł nam los pionierów, świat patrzy na Polskę z uwagą. Decydując się na ten krok zdajemy sobie sprawę z jego niepowtarzalności i niebezpieczeństwa, ale też w pełni jesteśmy przekonani o realności zadania, o jego społecznej słuszności. Szansy, która stoi przed nami nie można zmarnować.