"Partyzanci"


      Od początku lat sześćdziesiątych coraz częściej krążyły w Warszawie plotki na temat dążącej do zaprowadzenia "rządów silnej ręki" grupy "partyzantów". Trudno dziś powiedzieć, kto pierwszy użył tej nazwy: czy powstała ona w kręgu politycznych przyjaciół Mieczysława Moczara, czy też narzucono im ją z zewnątrz? Faktem pozostaje, iż przyjęła się ona na określenie grupy partyjnych i państwowych działaczy niższego i średniego szczebla, którzy zaczęli się skupiać wokół wiceministra (od grudnia 1964 r. ministra) spraw wewnętrznych gen. Moczara i bliskiego mu gen. Grzegorza Korczyńskiego. Ze względu na ich oraz niektórych ich przyjaciół okupacyjną przeszłość w szeregach GL i AL, cała grupa zyskała miano "partyzantów".


Mieczysław Moczar (fot. wikimedia)      Dla realizacji własnych celów Moczar starał się wykorzystywać ZBoWiD. Formalnie jego prezesem został we wrześniu 1964 r., ale już wcześniej odgrywał w tej organizacji decydującą rolę. Usiłował tam tworzyć swoistą "narodową jedność" kombatantów z AL i AK, umiejętnie wykorzystując wspólnotę kombatancką tych, którzy - dla Ojczyzny - młodość tracili walcząc po lasach z hitlerowcami oraz fakt powojennych represji, które dotknęły nie tylko AK-owców, ale też część byłych partyzantów AL. Otwierała się w ten sposób droga do "partyzanckiej" współpracy i część byłych żołnierzy i oficerów AK. decydowała się na nią. Jednocześnie w Warszawie opowiadano o dokonywanej w MSW czystce według kryterium rasowego. Niektórzy wykonawcy tej akcji mówili przy okazji o "aryzacji" lub "dejudeizacji" resortu. Równolegle z "czystką rasową" w MSW prowadzono analogiczną akcję w korpusie oficerskim Wojska Polskiego. Pod naciskiem radzieckim powołano do życia specjalną komisję, która miała nadzorować i koordynować tę akcję, chociaż na ogólną liczbę 40-45 tyś. oficerów Ludowego Wojska Polskiego było wówczas raptem 250-300 osób pochodzenia żydowskiego. Jednakże czystka nie ograniczała się do nich; liczne ofiary tej akcji były oskarżane jedynie o przyjaźń z oficerami żydowskiego pochodzenia.

      Cel "rasowej czystki" w MSW i MON, której organizatorami byli "partyzanci" był co najmniej potrójny. Po pierwsze, eliminacja polityczna ostatnich "puławian" i ludzi pozostających w orbicie ich wpływów. Przy okazji "ludzie Moczara" mogli zyskać pewną ilość eksponowanych stanowisk w armii i aparacie bezpieczeństwa, a także w aparacie partyjnym. Po drugie, można było osłabić, a później nawet właściwie rozbić, uważane przez "partyzantów" za "liberalne", zaplecze Gomułki i w konsekwencji doprowadzić do przynajmniej częściowej izolacji I sekretarza. Po trzecie wreszcie (a może to właśnie było najważniejsze?), podejmując tę akcję wychodzono naprzeciw radzieckim żądaniom w tym względzie.

      Między innymi dzięki zręcznie prowadzonej polityce paszportowej Moczar stale rozszerzał i umacniał swoje wpływy wśród dziennikarzy, pisarzy, ludzi kultury i nauki. Rozumiał również rolę radia i telewizji i starał się tam wprowadzić jak najwięcej "swoich ludzi". Wspólnie z Korczyńskim zaczęli też skupiać wokół siebie młodych działaczy partyjnych, zwłaszcza o orientacji nacjonalistycznej. Ludzie ci zbyt młodzi, by uczestniczyć w czasie wojny w walce z okupantami, nazywani byli niekiedy "patriotami" i stanowili naturalne wręcz zaplecze dla formułującego się "ruchu partyzanckiego". Moczar mógł rozbudzać ich aspiracje, obiecując łatwe awanse kosztem starych komunistów - głównie żydowskiego pochodzenia - którzy powinni już odejść ze sceny politycznej.

      Oficjalnie "partyzanci" deklarowali lojalność wobec Gomułki, lecz w kontaktach nieoficjalnych nierzadko swym rozmówcom dawali do zrozumienia, że jest on przemęczony i nie obejmuje wszystkich spraw i powinien ustąpić miejsca komuś młodszemu, energiczniejszemu, bardziej zdecydowanemu. Z czasem sugerowano, że takim człowiekiem na miarę potrzeb jest właśnie Moczar, o którym coraz częściej mówiono po prostu "Generał".

      "Partyzantów" przedstawiano (a może sami się tak przedstawiali?) jako "narodowych komunistów". Na swoistą ideologię tej grupy w pierwszej kolejności składały się skłaniający się w stronę szowinizmu nacjonalizm, antysemityzm, silny syndrom autorytarny, antyinteligenckość i swoisty kult siły. Zresztą "partyzanci" stosunkowo długo kryli się ze swymi rzeczywistymi celami i dążeniami. Nie jest też do końca pewne, czy ambicją Moczara było obalenie Gomułki i zajęcie jego miejsca, czy też "tylko" zapewnienie sobie pozycji "pierwszego po pierwszym sekretarzu".

      5 VI 1967 r. rozpoczęła się na Bliskim Wschodzie wojna sześciodniowa. Tydzień później w ślad za Związkiem Radzieckim PRL zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem.

      19 czerwca w przemówieniu bezpośrednio transmitowanym przez radio i telewizję Gomułka nawiązał do pełnych aplauzu reakcji osób żydowskiego pochodzenia na zwycięstwa Izraela mówiąc, iż "każdy obywatel Polski powinien mieć tylko jedną ojczyznę - Polskę Ludową". Użył przy tym na określenie ludności żydowskiej wyrażenia "piąta kolumna", co przez "partyzantów" zostało potraktowane jako znak do rozpoczęcia kampanii antysemickiej, a w dalszej perspektywie także i czystki. Jeszcze w czerwcu w wielu instytucjach odbywały się zebrania pracownicze i partyjne, w trakcie których potępiano agresję Izraela na kraje arabskie i "odcinano się" od "syjonizmu". Ci, którzy tego nie chcieli robić, a jednocześnie - słusznie lub nie - uznawani byli za Żydów, byli usuwani z partii, a niedługo potem także z pracy.

"Dziady"

Kazimierz Dejmek (fot. wikimedia/sejm.gov.pl)      Na przełomie lat 1967 i 1968 sytuacja w kraju stawała się wybuchowa. Systematycznie wyczerpywała się cierpliwość i odporność społeczna. Rolę detonatora dokonującego się procesu odegrała sprawa "Dziadów" Adama Mickiewicza wystawionych w warszawskim Teatrze Narodowym przez Kazimierza Dejmka. Niedługo po premierze w Warszawie pojawiła się plotka - do dziś nie wiadomo, czy i na ile prawdziwa - w myśl której ambasada ZSRR miała zażądać zdjęcia ze sceny "antyradzieckiej inscenizacji". Jednocześnie zaczęły krążyć opowieści o "prowokacyjnych" oklaskach w najbardziej antyrosyjskich momentach.

      W takiej atmosferze władze podjęły decyzję, że przedstawienie ostatni raz zagrane będzie 30 I 1968 r. W czasie tego spektaklu, na który przybyła spora grupa studentów, burzliwymi oklaskami nagradzano "odpowiednie" fragmenty. Rozlegały się też okrzyki: "Precz z cenzurą!". Po zakończeniu spektaklu grupa studentów Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i Uniwersytetu Warszawskiego sformowała pochód, który udał się pod pomnik Mickiewicza, by tam złożyć wiązankę kwiatów. W ostatnim przedstawieniu i zorganizowanej po nim ulicznej manifestacji, w której udział wzięło około 300 osób, uczestniczyła m.in. grupa "komandosów", z Modzelewskim i Michnikiem na czele. Milicja interweniowała właściwie już po zakończeniu uroczystości pod pomnikiem Mickiewicza, pałkami rozpędzając zgromadzonych. Zatrzymano 35, głównie młodych osób.

      W pierwszej połowie lutego zbierano w środowisku studenckim oraz w niektórych placówkach naukowych i kulturalnych podpisy pod dwuzdaniową petycją adresowaną do Sejmu, w której protestowano przeciwko zdjęciu ze sceny "Dziadów". Tylko w samej Warszawie protest ten podpisało ponad 3 tyś. osób.

      29 II 1968 r. odbyło się Nadzwyczajne Walne Zebranie Oddziału Warszawskiego ZLP zwołane w trybie, który nie był praktykowany od 1922 r., a mianowicie w wyniku zgromadzenia przez jego inicjatorów 1/3 podpisów członków Oddziału Warszawskiego. Zebranie było poświęcone głównie sprawie "Dziadów", ale wielu pisarzy wypowiadało się w ogóle na temat polityki kulturalnej państwa i roli cenzury. Przyjęto rezolucję, w której potępiano decyzję zakazującą wystawiania dejmkowskich "Dziadów" i arbitralną politykę kulturalną.

Studencki Marzec '68

      4 marca została oficjalnie ogłoszona decyzja ministra oświaty i szkolnictwa wyższego Henryka Jabłońskiego o relegowaniu z UW dwóch studentów. W świetle obowiązujących wówczas przepisów była ona bezprawna. "Komandosi" zdecydowali się więc na zorganizowanie na dziedzińcu UW wiecu, w trakcie którego zebrani zaprotestowaliby przeciwko usunięciu z uczelni wspomnianych studentów i zarazem poparli rezolucję pisarzy z 29 lutego. Termin wiecu wyznaczono na godz. 12.00 8 marca 1968 r. Gdy zebrani studenci przyjęli przez aklamację rezolucje i powoli zaczynali się rozchodzić na dziedziniec UW wjechały autokary z napisem "Wycieczka", z których wysypali się cywile. Otoczyli oni studentów i rozpoczęła się przepychanka z czasem przekształcająca się w szamotaninę. Przybyli mężczyźni wiekiem, wyglądem zewnętrznym, strojem i sposobem bycia wyraźnie różnili się od studentów. Później informowano, iż był to "aktyw robotniczy" lub że byli to członkowie Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej. Po pewnym czasie na teren UW wkroczyły zwarte oddziały MO w hełmach i z pałkami w rękach, które wraz z uzbrojonymi w pałki cywilami z niezwykłą brutalnością zaatakowały rozchodzących się studentów. Szereg osób zostało dotkliwie pobitych, a starcia trwały do godzin wieczornych.

      Następnego dnia odbył się wiec protestacyjny w auli Politechniki Warszawskiej, w trakcie którego potępiono brutalność milicji i ORMO i protestowano przeciwko kłamliwej i obraźliwej dla studentów interpretacji wydarzeń zaprezentowanej w prasie. Tego dnia, jak i 11 marca znów doszło na ulicach Warszawy do gwałtownych starć młodzieży z milicją. W następnych tygodniach fala studenckich wystąpień przewaliła się przez kraj. W niemal wszystkich cywilnych uczelniach studenci uchwalali rezolucje, w których solidaryzowali się z kolegami z Warszawy i protestowali przeciwko brutalności sił porządkowych. Wszędzie studenci występowali pod hasłami wolnościowymi w obronie fundamentalnych zasad prawa. Często towarzyszyły temu uliczne starcia pomiędzy młodzieżą (nie zawsze studencką), a siłami porządkowymi. Miały one miejsce w Krakowie, Lodzi, Gdańsku, Poznaniu, Wrocławiu, Lublinie, Szczecinie i Katowicach. W wielu innych miastach (Toruń, Olsztyn, Bydgoszcz, Białystok, Opole) odbywały się w uczelniach wiece, na których uchwalano rezolucje, ale nie doszło tam do ulicznych zamieszek. Do demonstracji ulicznych doszło natomiast w niektórych miastach, gdzie nie było wtedy szkół wyższych: Bielsko Biała, Legnica, Radom czy Tarnów. W sumie był to ruch, który objął łącznie dziesiątki tysięcy młodych ludzi.

      20 marca fala studenckiego protestu powróciła tam skąd wypłynęła, to znaczy do Warszawy. W dniach 21-23 marca miały miejsce strajki okupacyjne w Uniwersytecie i Politechnice Warszawskiej. Zwłaszcza ten drugi miał niezwykle dramatyczny przebieg, gdyż władze chciały go złamać za wszelką cenę, nawet siłą.

      Trwałym dorobkiem studenckiego nurtu "wydarzeń marcowych" okazała się być "Deklaracja Ruchu Studenckiego" uchwalona 28 III 1968 roku w UW w czasie ostatniego marcowego wiecu. Wykraczano w niej poza wąsko rozumianą sferę spraw studenckich, upominając się o nową organizację młodzieżową, a także żądając zniesienia cenzury, przeprowadzenia reformy gospodarczej, która oparłaby życie gospodarcze na zasadzie rachunku ekonomicznego i samorządności przedsiębiorstw. Opowiadano się za stworzeniem niezależnych związków zawodowych, pełną niezawisłością sądownictwa, a także powołaniem Trybunału Konstytucyjnego. "Deklaracja" była nie tylko jednym z najważniejszych dokumentów marcowego ruchu studenckiego, ale może przede wszystkim jego ideowym testamentem, do którego w jakimś stopniu nawiązywały potem kolejne generacje studentów.

      Władze odpowiedziały na wiec z 28 marca i uchwaloną na nim "Deklarację" kolejną falą aresztowań. Między innymi aresztowano członków Studenckiego Komitetu Delegatów Wydziałowych. Rozwiązano też lub zawieszono kilka wydziałów i kierunków studiów i w efekcie ponad 1600 osób przestało być studentami UW, przy czym wielu niedawnych studentów zostało od razu karnie wcielonych do wojska.

Kampania antysemicka

      11 III 1968 r. w prasie oraz wypowiedziach niektórych działaczy partyjnych pojawiły się akcenty antysemickie. Oczywiście nie była to kampania otwarcie antyżydowska, lecz - jak wtedy mówiono - "antysyjonistyczna". W praktyce celem partyjnych "patriotów" stały się jednak przede wszystkim osoby żydowskiego pochodzenia. Na pierwszy ogień poszli ludzie, którzy w tym czasie mieli dzieci na studiach. Mogły one (ale wcale nie musiały) uczestniczyć w studenckich wystąpieniach. Niemniej posłużono się pretekstem i stosując na szeroką skalę odpowiedzialność rodziców za dorosłe dzieci rozpoczęto czystkę w różnych ogniwach aparatu partyjnego, administracji państwowej, instytucjach "frontu ideologicznego", wojsku, kulturze, nauce. W aparacie bezpieczeństwa "rasową czystkę" przeprowadzono w praktyce już wcześniej. Trudno precyzyjnie określić, ile osób w ciągu kilku kolejnych miesięcy 1968 r. straciło pracę, ile wyrzucono z PZPR, ale nie ulega wątpliwości, że skala tego zjawiska była bardzo znaczna.


     Akcji tej towarzyszyła fala antysemityzmu ("antysyjonizmu") w środkach masowego przekazu na niespotykaną skalę. Równocześnie w mediach prowadzono nagonkę antyinteligencką, w której ludzi o znanych nazwiskach i trwałym dorobku dla polskiej kultury i nauki nierzadko atakowały "różne miernoty i beztalencia". W takim klimacie w ciągu kilku lat po Marcu wyemigrowało z Polski ponad 15 tyś. osób żydowskiego pochodzenia.


      Aparat partyjny w sposób cyniczny manipulował nastrojami społecznymi z różnym skutkiem starając się przeciwstawić studenckim protestom "spokojną pracę klasy robotniczej", która rzekomo miała solidaryzować się w pełni z partyjnym kierownictwem. Bicie młodzieży nie spotykało się na ogół z poparciem i akceptacją, nierzadko zaś wywoływało reakcje odwrotne, 11 marca posłowie Koła "Znak" (Konstanty Lubieński, Tadeusz Mazowiecki, Stanisław Stomma, Janusz Zabłocki i Jerzy Zawieyski) złożyli interpelację do premiera w sprawie brutalnych interwencji milicji i ORMO 8 i 9 marca w Warszawie. Na interpelację 10 kwietnia odpowiedział w Sejmie Cyrankiewicz. Przez dwa dni posłowie z niebywałą brutalnością atakowali autorów interpelacji, odmawiając im nawet czystości intencji.


      Antysemicka czystka spotkała się też z protestami ze strony niektórych działaczy partyjnych i państwowych. Na znak protestu do dymisji podali się m.in. przewodniczący Rady Państwa Edward Ochab oraz minister spraw zagranicznych Adam Rapacki. Cała ta "antysyjonistyczna" akcja spotkała się też z jednoznacznym potępieniem na Zachodzie. Polska znów miała złą prasę, przy czym niektóre oskarżenia - trzeba to wyraźnie powiedzieć - były po prostu niesprawiedliwe, a czasem wręcz krzywdzące dla wielu Polaków. Przypisywanie bowiem wszystkim skłonności antysemickich jest tak samo bezzasadne, jak utrzymywanie, że takich postaw i zachowań w ogóle w Polsce nie ma i nigdy nie było. Moczar i "jego ludzie" potraktowali "wydarzenia marcowe" jako okazję do pozbycia się politycznych przeciwników w PZPR i zajęcia ich miejsca.


      Gomułka, którego pozycja w 1968 r. przejściowo uległa osłabieniu, utrzymał swoje stanowisko głównie ze względu na postawę zajętą wobec Praskiej Wiosny. Należał on do osób najenergiczniej nakłaniających Breżniewa do zbrojnej interwencji Układu Warszawskiego w Czechosłowacji. Nie ulega przy tym wątpliwości, że w owym czasie dla dziejów Europy nieporównanie ważniejsze były wydarzenia w Czechosłowacji. Rok 1968 był w ogóle rokiem studenckich ruchów kontestacyjnych w wielu krajach świata. Niemniej z wyjątkiem Czechosłowacji ze względu na ich charakter raczej nie powinno łączyć się ich ze studenckim Marcem w Polsce, choć np. w czasie wystąpień we Francji w maju 1968 r. nie brak było odniesień i nawiązań do protestów polskich studentów. W Polsce i Czechosłowacji młodzież akademicka upominała się o elementarne prawa, o które ich koledzy na Zachodzie nie musieli walczyć (np. wolność słowa), gdyż należały one do kanonu obowiązujących tam zasad.


Grudzień 1970 - układ z RFN i podwyżka cen


      7 XII 1970 r. podpisany został w Warszawie "układ między PRL a RFN "o podstawach normalizacji ich wzajemnych stosunków". Dla Gomułki, który przywiązywał szczególną wagę do stosunków polsko-niemieckich i kwestii uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, był to jeden z najważniejszych dni w całej politycznej karierze. Jak się wydaje, uznał on, iż podobnie patrzy na to ogół Polaków. Doszedł więc do przekonania, że jest to najlepszy moment do przeprowadzenia znacznej podwyżki cen na szereg artykułów pierwszej potrzeby, w tym zwłaszcza na żywność. Podwyżka ta miała być jednym z elementów wprowadzanej właśnie ograniczonej reformy gospodarczej. Kierownictwo partyjno-państwowe nie wzięło natomiast pod uwagę, że ogłoszona na niespełna dwa tygodnie przed świętami Bożego Narodzenia, przed którymi zawsze i tak rosły wydatki polskich rodzin, może odegrać rolę detonatora społecznego wybuchu.


      14 grudnia zastrajkowała Stocznia im. Lenina w Gdańsku. W niedługim czasie do strajku zaczęły przyłączać się inne zakłady pracy, a po południu doszło w Gdańsku do pierwszych starć ulicznych. Milicjanci użyli armatek wodnych i gazów łzawiących, natomiast demonstranci posługiwali się kamieniami i butelkami z płynami łatwopalnymi. Między innymi usiłowali podpalić gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR. W ciągu dnia do Gdańska przybyło trzech członków Biura Politycznego: Kliszko, Kociołek, Loga-Sowiński, wiceminister obrony narodowej Grzegorz Korczyński oraz grupa wyższych oficerów MSW. Obecność tylu działaczy partyjnych i państwowych nie sprzyjała koordynacji działań, które niekiedy były wzajemnie sprzeczne. Nie ustalono też wzajemnej podległości, choć nieformalnym szefem był Kliszko pozostający w stałej łączności z Gomułką, który w Warszawie pod wpływem jego opinii podejmował najważniejsze decyzje.


Eskalacja konfliktu


      15 grudnia w Gdańsku i w Gdyni trwał strajk. W obu miastach wydarzenia miały jednak zdecydowanie odmienny przebieg. W Gdyni powstał Główny Komitet Strajkowy, który uzyskał od władz miejskich siedzibę w Zakładowym Domu Kultury. Tam spisywano robotnicze postulaty i tam też członkowie Komitetu urzędowali aż do czasu aresztowania późnym wieczorem. W Gdyni aż do 16 grudnia włącznie w zasadzie panował na ulicach spokój. Nie było tam starć ulicznych manifestantów z milicjantami.


      Zupełnie inaczej rozwinęły się wydarzenia w Gdańsku, gdzie 15 grudnia rano pochód liczący kilka tysięcy osób skierował się pod gmach Komendy Miejskiej MO. Manifestanci pragnęli uwolnić aresztowanych poprzedniego dnia robotników. Do pochodu przyłączyły się grupy z innych zakładów pracy. Część demonstrantów była uzbrojona w żelazne pręty i butelki z płynami łatwo palnymi, niektórzy mieli hełmy i zrobione przez siebie tarcze. Wiele osób rzucało wyrwanymi z bruku kamieniami. Ze swej strony milicjanci ciskali w tłum petardy i granaty łzawiące, a w końcu użyli też broni palnej.


      Z każdą chwilą rosła determinacja, ale i agresja po obu stronach. Coraz więcej było rannych, pojawiły się też pierwsze ofiary śmiertelne. Tłum szacowany już na ok. 20 tyś. osób, po odrzuceniu spod budynku Komendy MO zgromadził się pod ewakuowanym zawczasu gmachem KW PZPR, który w niedługim czasie został podpalony. Gwałtowne walki uliczne toczyły się niemal w całym śródmieściu Gdańska.


      Tymczasem niewątpliwie kluczowa dla dalszego biegu wydarzeń na Wybrzeżu decyzja została podjęta tego dnia w Warszawie. O godz. 9.00 w gmachu KC zebrała się grupa osób zajmujących najwyższe stanowiska w partii i państwie. I sekretarz podjął "decyzję w sprawie użycia broni przez siły porządkowe", którą następnie telefonicznie Cyrankiewicz przekazał gen. Korczyńskiemu.


      W konsekwencji do Gdańska wprowadzono znaczne siły WP wyposażone m.in. w czołgi i transportery opancerzone. W mieście wprowadzono godzinę milicyjną, a wejścia do portu i stoczni blokowały pododdziały WP. Następnego dnia, gdy robotnicy próbowali wyjść pochodem ze Stoczni Gdańskiej, zostali ostrzelani przez żołnierzy. Padli zabici i ranni. Dziś w miejscu tym wznosi się monumentalny pomnik upamiętniający tamtą tragedię. Jednak jeszcze bardziej dramatyczny i krwawy przebieg miały wydarzenia następnego dnia w Gdyni i w Szczecinie. To wówczas zginęło najwięcej osób; najwięcej odniosło też rany. Ostry konflikt społeczny systematycznie przekształcający się w robotnicze powstanie zaczął się rozszerzać na inne regiony kraju, przy czym niekontrolowany praktycznie rozwój wydarzeń w Polsce "zaniepokoił towarzyszy radzieckich". Gomułka wyjaśniał potem, że minister obrony narodowej Związku Radzieckiego, marszałek Andriej Greczko rozmawiał z gen. Wojciechem Jaruzelskim i poinformował go, iż Biuro Polityczne KC KPZR "w ciągu ostatnich dni zajmowało się kilkakrotnie sytuacją w Polsce". Do Gomułki telefonował Breżniew pytając jak wygląda sytuacja i czy nie ma obaw, że wydarzenia rozprzestrzenią się na cały kraj?


      Zaniepokojenie Breżniewa rozwojem sytuacji w Polsce było jak najbardziej autentyczne. Opisywane wydarzenia miały wszak miejsce zaledwie w dwa lata po zbrojnej interwencji Układu Warszawskiego w Czechosłowacji i proklamowaniu tzw. doktryny Breżniewa.


      18 grudnia padły ostatnie strzały i ostatnie ofiary w tragedii rozgrywającej się na Wybrzeżu. Jej bilans jest przerażający. Wedle oficjalnych - z pewnością zaniżonych - danych śmierć poniosło łącznie 45 osób, rannych było 1165. Podpalono 19 obiektów użyteczności publicznej, w tym budynki KW PZPR w Gdańsku i Szczecinie.


Polityczne przesilenie i generacyjna zmiana warty


      Już od paru dni część działaczy partyjnych i państwowych szczebla centralnego podjęła kroki (naturalnie w tajemnicy) mające na celu doprowadzenie do zmiany na stanowisku I sekretarza KC. Coraz więcej osób w kierownictwie zdawało bowiem sobie sprawę z tego, iż odejście Gomułki jest jednym (chociaż nie jedynym) z warunków uspokojenia sytuacji w kraju. W tych poufnych rozmowach uczestniczyło przynajmniej kilka osób. W konsekwencji tej misternej rozrywki politycznej w krótkim czasie doprowadzono do wymiany znacznej części kierownictwa partyjno-państwowego. 20 XII 1970 r. VII plenum KC - pod nieobecność chorego Gomułki - nowym I sekretarzem KC wybrało dotychczasowego I sekretarza KW w Katowicach Edwarda Gierka. W ten sposób zakończył się nader dramatyczny tydzień, choć do ostatecznego rozwiązania głębokiego kryzysu polityczno-społecznego było jeszcze dość daleko. Równocześnie zakończył się czternastoletni okres rządów Gomułki, który w potocznej pamięci symbolizowały: ekonomiczna stagnacja, ograniczone społeczne aspiracje, a może przede wszystkim zawiedzione nadzieje. Polacy na ogół nie żałowali Gomułki, żałowali jedynie, że jego odejście zostało okupione tak krwawymi ofiarami.


      Wraz z Gomułką i ludźmi z jego najbliższego otoczenia ze sceny politycznej odchodzili starzy działacze, nierzadko jeszcze z przeszłością KKP-owską, którzy w młodości swoje przywiązanie do komunizmu poświadczali działalnością konspiracyjną (w czasie wojny także walką zbrojną), a nierzadko dłuższym lub krótszym pobytem w więzieniu. Na ich miejsce przychodzili młodsi działacze ukształtowani już w Polsce Ludowej, przeważnie w szkole politycznego myślenia spod znaku ZMP. Dla nich już nie "rewolucyjną czujność" czy "walka klas", lecz pragmatyzm był hasłem dnia.


      Jednocześnie brutalne stłumienie studenckiej rewolty w 1968 r., któremu towarzyszyła kampania antysemicka i antyinteligencka oraz masakra na Wybrzeżu, pokazały, że władza nie jest w stanie prowadzić poważnego dialogu ze społeczeństwem. Jeśli w pojęciu komunistów ich własne interesy były w jakimkolwiek stopniu zagrożone lub choćby tylko podważone, to - jak pokazały to wydarzenia z lat 1968 i 1970 - nie wahali się oni odwoływać do pałek, a nawet i czołgów.