Na dnie piwnicy i rozpaczy

 

Niecierpliwym ruchem zrzuciwszy z twarzy róg derki usiłował Adaś rozejrzeć się i zrozumieć, gdzie się znajduje. Ciemno było jak w piekle, kiedy diabli śpią. Ciemno, duszno i zimno tym najgorszym zimnem, co kapie stęchłą wilgocią i pokryte jest zielonymi liszajami pleśni. Dobrze, że mu dali tę derkę. Zimno dręczyło jego ciało, ale i dusza w nim na poły skostniała. Zabrnął w awanturę ponurą i złą; przygoda, co miała być romantyczna i bogata, haniebnie pociemniała, gdy się na nocnej scenie ukazali niecni ludzie. Jeszcze ten chudy, z latającą grdyką, jest jaki taki: złośliwy, sprytny, lecz nie zabójca. Fałszywy malarz natomiast jest grubołapym zwierzem, kąśliwym i złym. Co oni z nim zrobią? Być może, że "Latająca Grdyka" nie dopuści do ostateczności, lecz pociecha jest złudna. W każdym razie trzeba będzie mocno pocierpieć o głodzie i chłodzie. O, gdyby panna Wanda mogła zobaczyć w tej chwili, co się odbywa w tej stęchłej ciemnicy!... Zamgliłyby się fiołkowe oczy...
Zimne, dręczące znużenie zaczęło mącić myśli Adasia. Leżał na boku dotykając głową muru lub ziemi. Nie umiał sobie z tego zdać sprawy. Nogi miał związane ciasno. Cieszył się, że mu rąk nie wyłamano i nie związano na plecach. Nie mógł nimi poruszać, poruszał jedynie palcami, które ścierpły.
- Nic nie wymyślę - rzekł sobie z rozpaczą.
Zamknął oczy i starał się usnąć. W tej chwili dopiero poczuł, jak jest śmiertelnie znużony; więcej go umęczyła rozmowa z tymi obwiesiami niż wszystko inne. A jutro historia się powtórzy. Obwiesie będą węszyli przez cały dzień, lecz niczego nie wywęszą i będą się starali wydrzeć cokolwiek z niego, choćby rozpalonymi obcęgami.
- Spać... spać... - mówił do siebie. - Do jutra daleko...
Przez chwil kilka walczył z widzeniami, co go zaczęły nachodzić tłumnie i roiły się w gęstej, zawiesistej ciemnicy, wreszcie jednak usnął niezdrowym, męczącym snem. Leżał na jakiejś słomie. Wstrząsały nim dreszcze, biegające po zdrętwiałych nogach. Musiał jednak spać przez kilka godzin, kiedy bowiem otworzył oczy, ujrzał od razu, że na wysokości człowieka, w pewnym oddaleniu przecieka przez jakąś szparę blade światło, jak woda, co się sączy przez szczelinę w kadzi.
"Tam muszą być drzwi! - pomyślał. - Szpara jest pod drzwiami... Kiedy mnie tu nieśli, wydawało mi się, że schodzą po kilku schodkach, więc drzwi są wyżej, a ja leżę w jakiejś piwnicy. Piwnica, a może lodownia, znajdować się musi poza domem, bo niesiono mnie przez wolną przestrzeń... Pachnie tutaj zgnilizną starej kapusty... Dobrze, że nie ma szczurów. Och, jak mi ręce zdrętwiały!"
Usiłował przewrócić się na prawy bok, uczynił to jednak tak niezręcznie, że aż krzyknął z bólu.
W tym momencie wzdrygnął się i poczuł, że zimny pot oblał jego czoło: zdawało mu się, że usłyszał jęk. Wstrzymał oddech i zaczął nasłuchiwać.
- Kto tam? - zapytał zdławionym głosem. Odpowiedział mu nowy jęk, już bardzo wyraźny, z mrocznego pobliża.
- Na Boga! Kto tam? - powtórzył gorączkowo. Zaszemrały jakieś ciche słowa, jakby z największym wymówione trudem.
Adaś skupił się w sobie, rzucił się gwałtownie całym ciałem jak wyjęta z wody ryba i uderzył głową zapewne o pustą beczkę, bo zadudniło. Głos szemrał za tą beczką. Trzeba było po-czołgać się cokolwiek dalej, aby go zrozumieć. Wreszcie Adaś usłyszał słowa jakby obolałe:
- Kto do mnie mówi?
- Francuz! - zaszeptał Adaś ze zdumieniem. Widmo w mroku przemówiło po francusku. Adaś zaczął szeptać gorączkowo:
- Mówi więzień... Taki sam jak pan... Będę mówił pańskim językiem, chociaż zapewne źle... Wiem o panu wszystko... Czy pan nie słyszał, jak mnie tu w nocy przynieśli?
- Nie... Ja mam gorączkę... Jestem bardzo chory... Mam zwichniętą rękę.
- Jak długo pan tu jest?
- Nie wiem... Może dwa, może trzy dni...
- O łotry! - mówił Adaś zdławionym głosem. - Czy karmią pana?
- Tak... codziennie... Aleja chcę pić, pić.
- Nie mogę pana poratować, bo jestem związany...
- Kim pan jest? - pytał Francuz raczej jękiem niż słowami.
- Jestem młodym człowiekiem, który jest wplątany w awanturę z listem Kamila de Berier...
W mrocznym kącie zaległa cisza. Nie było słychać nawet jęku. Francuz, widać, stał się nagle ostrożny i mógł myśleć, że to zasadzka.
- Przysięgam panu, że mówię prawdę! - rzekł Adaś gorąco. - Wiem o panu, ale pan zapewne wie coś i o mnie. Przyjechałem niedawno do Bejgoły.
- Z tą młodą panną i siwym człowiekiem? - spytał ciemny szept. - Tak... Widziałem pana... To pan chciał ująć w lesie mego... mego...
- Tak, to ja.
- Teraz oni ujęli pana... W jaki sposób?
- Wszystko jedno. Niech pan raczej mówi o sobie.
- Przekleństwo! - jęknął Francuz i zamilkł.
Adaś namyślał się przez chwilę, po czym zaczął mówić powoli, najprostszymi zdaniami, aby go tamten w pełni zrozumiał.
- Ponieważ panu trudno mówić, więc ja będę mówił za pana. A pan niech sprostuje nieścisłości. Pan wie, że w domu Gą-sowskich znajduje się coś, co zostawił napoleoński oficer. Chciał pan kupić dom, ale go nie sprzedano. Pan źle zrobił, że się pan z nimi nie porozumiał. Czy pan słyszy?
- Słyszę... Proszę mówić dalej.
- Wynalazł pan tych ludzi, aby panu pomogli. Pomagali panu dopóty, dopóki nie dowiedzieli się, że to nie jakaś marna robota, lecz poszukiwanie bogactwa. Czy tak?
- Tak, nie mogę pojąć, w jaki sposób się dowiedzieli?
- Jeden z nich porwał podstępnie stary pamiętnik, w którym jest o tym mowa.
- Ach! - wykrzyknął Francuz. - Teraz rozumiem... Teraz rozumiem...
- Co z panem uczynili?
- Napadli mnie nocą podczas snu i odebrali mi list Kamila de Berier.
- Pan się bronił?
- Tak... Wyłamali mi ręce... Jedną zwichnęli... Związali...
- Kim są ci ludzie?
- Męty. Wynająłem ich.
- W jakim języku porozumiewał się pan z nimi?
- Po rosyjsku. Ja znam jako tako rosyjski język, bo robiłem w Rosji handlowe interesy. Bywałem kiedyś dawno w Łodzi... Jeszcze przed wojną... Znałem tego chudego, bo był lokajem u mojego przyjaciela. Ten chudy przyprowadził mi swoich
dwóch przyjaciół... Przeklinam ten dzień... Och, przeklinam ten dzień...
Francuz umilkł, jak gdyby gryzł swoją własną rozpacz. Adaś słyszał ciężki oddech nieszczęśliwego człowieka i zamilknął również, nie chcąc go męczyć pytaniami.
"Awanturnik... - myślał Adaś. - Awanturnik, który ciężko za to zapłaci. Ale to jeszcze chyba nie koniec. Nie będą go tu trzymali, związanego... Ani jego, ani mnie... Potrzymają czas jakiś, aby im nie przeszkadzano w poszukiwaniach. Jeżeli znajdą, wypuszczą nas... Jeżeli jednak nie znajdą? - Zimny dreszcz przemknął po nim. - Jeżeli nie znajdą, gotowi zemścić się w ten sposób, że sami odjadą, a nas tu zostawią. Wreszcie nas tu ktoś odnajdzie, ale kiedy i kto? Dom stoi pustką... Ktoś się nim pewnie opiekuje i zajmie się domem, lecz na myśl mu nie przyjdzie, aby zajść do opuszczonego lochu. Może zresztą tutaj zabłądzi, ale wtedy znajdzie... - Groza przejęła Adasia na myśl, co znajdzie. - Trzeba się będzie ratować, ratować za wszelką cenę. Ale jak? Co począć ze związanymi rękami i związanymi nogami? A przecie trzeba będzie ocalić tego biedaka, co tam leży za pustą beczką. Czy ten długo wytrzyma w tej udręce?"
- Panie! - szepnął Adaś. - Niech mi pan powie... Natężył słuch w tej chwili i ostrzegł go przejmującym głosem:
- Niech pan nic nie mówi... Cicho! Ktoś tu idzie! Uczyniła się cisza, bo obaj wstrzymali oddech. Adaś udając, że śpi, patrzył zachłannym spojrzeniem w tę stronę, w której sączyło się światełko. Drzwi zaskrzypiały ochrypłym skrzypieniem, jakby wzięte na tortury, i wielkie światło pogodnego dnia wlało się do piwnicy. Adaś obejrzał ją jednym spojrzeniem: był to loch, wygrzebany w ziemi, bardzo ciasny i głęboki; sterczało w nim kilka spleśniałych beczek i leżała zbutwiała słoma.
W ramach drzwi ujrzał zarys ludzkich kształtów. "Chudy człowiek! - przemknęło mu przez myśl. - Może go ruszyło sumienie? Czemu on takie zachowuje ostrożności?"
Żywy szkielet wyjrzał bacznie poza drzwi, przymknął je i bez szelestu zszedł do piwnicy.
- Dzień dobry ci, młodzieńcze! - rzekł bardzo cicho. - Żyjesz?
- Żyję - rzekł Adaś krótko.
- To dobrze. Nie mam wiele czasu... Śpieszę się. Powiem ci szybko, o co idzie, a ty natychmiast odpowiedz. Przyszedłem tu do ciebie w tajemnicy przed tamtymi. Ja mam dobre serce. Pamiętasz, że to ja cię ocaliłem, kiedy cię chciano udusić?
- Pamiętam.
- Powinieneś mi być wdzięczny... I powinieneś z samej wdzięczności zaprzestać oporu. Słuchaj! Ja cię natychmiast wypuszczę, byłeś mi powiedział o wszystkim, co wiesz... Tamci nawet nie będą o tym wiedzieli. To źli ludzie!
"Aha! - pomyślał Adaś. - Zdrajca wśród zdrajców!"
- Mój towarzysz - mówił chudy gorączkowym szeptem -pojechał z listem do Wilna i powróci dopiero jutro.
- A ten drugi, garbaty? - zapytał Adaś z udanym przejęciem.
- W tej chwili jest dość daleko stąd, na folwarku, gdzie trzyma psy. Niedługo tu się zjawi, aby cię nakarmić. A potem pójdzie z twoim listem do twoich przyjaciół. Zrobilibyśmy tak: ja rozluźnię więzy i zostawię drzwi otwarte... Umkniesz wieczorem... Mnie tu też przez cały dzień nie będzie i umyślnie wrócę dopiero późno w nocy. Co o tym myślisz?
Adaś milczał przez dłuższą chwilę.
- A co będzie z Francuzem? - zapytał.
- Z Francuzem? Z jakim Francuzem?
- Był przecie z wami jakiś obcy...
Chudy rzucił niespokojnym spojrzeniem w mroczny kąt, skąd nie dochodził żaden szmer, po czym spojrzał uważnie na Adasia.
"Jest przekonany, że Francuz umarł... - pomyślał Adaś. -Och, co za opryszek!"
- Istotnie... Był z nami pewien Francuz, ale odjechał - rzekł żywy szkielet. - Co cię zresztą obchodzi Francuz? Dbaj o własną skórę. Gadaj prędko: powiesz czy nie powiesz?
- A jeżeli nie powiem?
- Zginiesz marnie. Jeżeli jednak powiesz, daję ci słowo uczciwego człowieka...
- Rozumiem. Dobrze... powiem panu o wszystkim, o czym wiem sam. Czy naprawdę mnie pan wypuści?
- Tak... tak... wieczorem... - mówił tamten z radością, której nie mógł ukryć. - Na razie rozwiążę ci nogi i trochę rozluźnię więzy na rękach, aby nie zwrócić uwagi. Wieczorem drzwi będą otwarte. Mów, mów prędko!
Adaś zamyślił się głęboko i rzekł:
- Wierzę panu. Niech pan rozluźni sznury! Chudy człowiek uczynił to bez namysłu. Adaś poczuł z niezmierną ulgą, jak krew zaczyna krążyć po zdrętwiałych nogach.
- Och! - westchnął z radością.
- Teraz gadaj!
- Gadać nie będę... Niech pan sięgnie ręką do lewej kieszeni na moich piersiach. Znalazł pan?
- Tak! - szepnął tamten zdumiony. - Kartka... Jak ja mogłem jej nie zauważyć? Co jest na niej napisane?
- Wyjaśnienie znaków z francuskiego listu. Pański towarzysz pojechał szukać tego rozwiązania w Wilnie. A pan już je ma! - mówił Adaś i dodał w myśli: "Ale mądrzejszy z tego nie będziesz, nieboszczyku na urlopie".
Człowiek złożony ze skóry i kości zbliżył się do drzwi i uważnie odczytał kartkę.
- Co to znaczy? - zapytał ostrym szeptem.
- Tego jeszcze sam nie wiem. W tym cała tajemnica...
- Znowu o drzwiach? - mówił tamten patrząc podejrzliwie. - Kto to jest ten pan Rozbicki tutaj podpisany?
- Mądry człowiek, co mi te znaki wyjaśnił...
- Ach, a ty nie wiesz, jaki w tym jest sens?
- Gdybym wiedział, nie byłoby mnie tutaj - odrzekł Adaś znowu zaniepokojony.
- Rozumiem... rozumiem... Mądry jesteś ptaszek. Umiałeś jednak znaleźć wyjaśnienie półsłówek z francuskiego listu, potrafisz pewnie odgadnąć, w jakim celu zostały napisane. Ty wiesz, gdzie są owe drzwi.
- Nie wiem! - krzyknął Adaś.
- Nie wiesz? W takim razie jeszcze nie wiesz, ale będziesz wiedział. I wtedy powiesz mnie, tylko mnie...
- Pan mnie nie wypuści?
- Posiedź tu, robaczku, posiedź! I myśl. Ty umiesz myśleć... W nocy cię odwiedzę...
- Pan dał słowo uczciwego człowieka...
- A któż ci, żółtodziobie, powiedział, że ja jestem uczciwym człowiekiem? - zaśmiał się tamten.
Nieoczekiwanie rzucił się na Adasia i skrępował mu nogi.
- Bądź zdrów i myśl! - rzekł wstępując na schody.
- Panie! - zawołał Adaś. - Niech mnie pan przynajmniej oprze o ścianę.
- To mogę zrobić. Chcesz siedzieć? I owszem, i owszem, będziesz lepiej myślał. Patrz wciąż na te drzwi, może odgadniesz, gdzie są tamte.
Adaś, oparty o zimną ścianę, zapadł w milczenie. Zły był na siebie, że mógł chociaż przez chwilę łudzić się jakąś nadzieją i wierzyć temu chudzielcowi.
- Czego on chciał? - zaszemrał głos spoza beczki.
- Zdradził wspólników i chce szukać na własną rękę.
- Znajdzie? - zapytał Francuz z niepokojem.
- Niczego nie znajdzie. Ani pan, ani ja, ani on - mówił Adaś niecierpliwie.
- Ja już nie będę szukał... Mam dość...
- I słusznie. Wie pan o tym, że tajemnica zapisana była na drzwiach. Pan nawet nie wiedział na których. Na drzwiach z małego domku, w którym umarł de Berier.
- Och,och!
- Tak. Ja dowiedziałem się o tym i oni wiedzą, ale drzwi nie ma. Zniknęły.
- Teraz?
- Nie, nie teraz... Zapewne bardzo dawno, sądząc po śladach. Czy pan sobie wyobraża, że je będzie można odnaleźć po stu kilkunastu latach?
- List się jednak znalazł...
- List łatwiej przechować. A jak go pan znalazł?
- Przypadkiem... W starej książce kupionej u antykwariusza. Wyobrażam sobie, jak się odbywała jego wędrówka. Sprawdziłem, że brat Kamila de Berier padł pod Waterloo. Żołnierz, który przyniósł list, szukał go na próżno. Nie wiedząc, co począć z listem, szukał zapewne jakichś krewnych de Berierów, ale oficer nie miał krewnych. Żołnierz zachował list jako drogą pamiątkę. List wetknięty za jakiś obraz, potem w książkę, przeleżał przeszło sto lat. Zwyczajna historia... Znalazłem go i pomyślałem, że można będzie zdobyć majątek... Jak już panu powiedziałem, przeklinam ten dzień... Straciłem wiele pieniędzy i nie wiem jeszcze, czy nie stracę życia. Chciwość mnie zgubiła... Czy ten chudy człowiek mówił co o mnie?
- Mówił, że pan odjechał.
- Łotr! O, gdybym ja mógł odjechać... Mój przyjacielu, czy nie mógłby mi pan podać wody? Przy mnie stoi dzbanek...
- Spróbuję! - rzekł Adaś ze współczuciem. - Och! Znowu ktoś idzie...
- Myślę, że nas nakarmią... Niech się pan teraz nie rusza... Tak, to on...
Garbaty człowiek zszedł do lochu niosąc dzbanek z mlekiem i chleb. Drzwi pozostawił na ścieżaj otwarte, więc się w piwnicy uczyniło widno.
Spojrzał z litością na chłopca i rzekł:
- Jeżeli nie będziesz próbował robić żadnych awantur, rozwiążę ci ręce, abyś mógł jeść sam.
- Niech pan najpierw da pić tamtemu - poprosił Adaś błagalnym głosem. - Tamten umiera z pragnienia.
- Wszystko mi jedno, od którego zacznę.
Po chwili słychać było, jak nieszczęśliwy Francuz chłepce mleko.
- Encore! Encore! - zwołał.
- Czego on chce?
- Prosi, aby mu dać jeszcze - objaśnił Adaś szybko.
- Dla ciebie zabraknie.
- Mnie może pan dać wody...
Dzbanek jednakże był brzuchaty i mleka wystarczyło.
- Pan jest, jak mi się zdaje, dobrym człowiekiem - mówił Adaś przymilnie. - Niech pan przez jakiś czas nie zamyka drzwi. Tutaj się można udusić.
- Mogę nie zamykać... Usiądę na progu...
- A czy mógłby pan tamtemu człowiekowi dać pod głowę moją derkę?
- A ty czym się okryjesz?
- Ja jestem młody.
- Jak chcesz...

Francuz westchnął głośno.

- Dziękuję... - szepnął. - Bardzo dziękuję...

Garbus usiadł na progu i stróżował.

- Wieczorem was się wyprowadzi - rzekł po chwili. - Ale wtedy spuszczę psy. Czekaj, chłopcze, cierpliwie wieczora... Możesz poruszać palcami i podniesiesz chleb do ust, więc z głodu nie umrzesz.

- A on? Co z nim?

- On nie chce jeść, tylko pić. Naleję mu wody na miskę, aby jej mógł dosięgnąć... Trudno... Ale ja już muszę iść.

- A kiedy pan wróci?

- Mówiłem ci już - późnym wieczorem.

Kiedy drzwi zamknięto, rzekł Adaś:

- To jakiś niezły człowiek. Kim on jest?

- Nie wiem dobrze - odrzekł rzeźwiejszym głosem Francuz.

- Prowadził nam gospodarstwo. Oni go z sobą przywiedli...

Czy dowiedział się pan czego?

- Niczego się nie dowiedziałem, bo to jakiś podrzędniejszy diabeł.

- I nie ma pan żadnych nadziei?

- Prawdę mówiąc, żadnych...

- Nie wydostaniemy się stąd?

- Chyba cudem... Pan nie może się poruszyć, ja jestem związany, a drzwi zaparte mocno.

- Pan może krzyczeć...

- To się na nic nie zda. Kto mnie usłyszy? Nie ma co! Wybrał pan doskonałą miejscowość na swoją główną kwaterę. Czy tu nikt w pobliżu nie mieszka?

- W tym domu nikt. Dzierżawca tej ziemi mieszka daleko stąd, obok wsi... Za kościołem... Dom był opuszczony i wynajmowano go tylko na lato.

- A ze wsi nikt tu nie przychodzi?

- Boją się psów.

- Doskonale się wszystko składa! - zawołał Adaś z goryczą.

- Będziemy dziękowali Bogu, jeśli ujdziemy z życiem.

- A może im wszystko wyjawić i za tę cenę...

- Ale co wyjawić? Gdzie są skarby? Może pan o tym wie, bo ja nie wiem...

- Nieszczęście... nieszczęście... Żeby ktoś dał znać policji... Ale to złudna nadzieja... Niech ich pan prosi! Niech im pan powie, że wyrzekam się wszystkiego i ucieknę stąd pierwszym pociągiem.

- Pieniędzy panu nie zabrali?

- Zabrali, ale niewiele. Mam pieniądze zaszyte w kołnierzu i czeki na warszawski bank.

- A te czeki panu zostawili?

- Nie wiedzą o nich, bo ukryte są w domu. W sieni na półce stoi jakiś garnek... W tym garnku je ukryłem wraz z dokumentami.

- To też wyborny schowek - mruknął Adaś. Po chwili jednak dodał miękkim głosem: - Bardzo pana przepraszam za moje rozdrażnienie... Niech mi pan przebaczy... I niech pan źle o mnie nie myśli...

- Ja nie tylko źle nie myślę - rzekł łagodnie Francuz. - Ja pana podziwiam, młody człowieku... A tej derki nigdy panu nie zapomnę. Uczynił mi pan wielkie dobrodziejstwo. To przecie pańskie okrycie?

- Nie - odrzekł Adaś cicho. - To ten człowiek przyniósł...

- Być może... być może... Ja niczego z polskiej mowy nie rozumiem, ale wiele potrafię odgadnąć...

Zamilkli obaj, gdyż obaj byli wyczerpani.

Adaś zamknął oczy i trwał nieruchomo. Nie spał, lecz nawiedziły go senne widzenia, co się z ciężkiego uprzędły mroku. Zdawało mu się, że pan profesor Gąsowski wciąż wygląda przez okno zatroskany i marszczy w zgryzocie pięknie sklepione czoło; że panna Wanda krąży po domu niespokojna i szuka, wciąż kogoś szuka... Ach! Cóż to? Skąd się w Bejgole wzięła jego matka? Widzi ją wyraźnie, jak załamuje ręce, jak podnosi je potem ku górze zrozpaczonym ruchem i zaczyna szlochać. Wzdrygnął się i otworzył oczy.

"Coś mi się majaczy... - pomyślał. - Przecie nie mam gorączki... Mama jest nad morzem i o niczym nie wie. Gdyby się dowiedziała, załamałaby naprawdę ręce".

Nie wiedział, która godzina, i nie mógł tego dojść w żaden sposób; sądząc po wyzłoconej smużce światła, co pełzła pod

drzwiami, dzień słoneczni się jeszcze w całej okazałości.

"A ten śpi - pomyślał pochwyciwszy słuchem ciężki i nie-

równy oddech. - To zresztą najrozsądniejsze zajęcie. Spróbuj-

my jednak zająć się czym innym".

Usiłował sięgnąć zgrabiałymi palcami do więzów na przegubie nóg. Poczuł pod palcami sznurek, lecz węzeł był zmotany tak mocno, że marzyć nie było można o jego rozplataniu.

"Aleksander Macedoński, co przeciął mieczem węzeł gordyjski, nie byłby w tym położeniu dowcipniejszy ode mnie. Och, Adamie! Nie jesteś w tej chwili mądrzejszy niż praojciec Adam w pierwszym dniu stworzenia. Tylko że w raju nie pachniało skisła kapustą, a tu straszliwie pachnie... A może to nie kapusta? Może to moja kapuściana głowa? Zaraz... zaraz... Jak to mówią u Moliera? Nie mogę sobie przypomnieć... Ten Francuz by wiedział, ale śpi... Pomyślałby, że oszalałem ze strachu, gdybym zaczął mówić o Molierze... Ach, już wiem: ťA lichoż mi kazało na ten statek włazić! Przygoda - piękna rzecz! Wyborna rzecz!Ť Pod warunkiem, że bandyci są uprzejmi i nie rwą się do duszenia. Będę miał dość przygód na długi czas... I ja, i ten biedaczysko, Francuz... To jakaś pomylona okolica, w której się dzieją przedziwne awantury. Gilewicze wiedli boje z Niemczewskimi o kawał starego żelaza, a Gąsowscy mają utrapienie ze skarbem".

W tej chwili Francuz westchnął ciężko i boleśnie.

"Pewnie mu się przyśniła Francja... Nieszczęśliwa figura! Ja siedzę tu zaledwie parę godzin i mam dość, a on siedzi ze trzy dni. Dobrze, że głos ludzki usłyszał... Która to może być godzina? Myślę, że już południe... Do nocy daleko, a noc będzie zajmująca".

Zajmował umysł dziesiątkami pytań, na które szukał odpowiedzi. Wreszcie i to go znużyło, więc się skulił jak młody psiak i trwał w bezmyślnej nieruchomości. Odrętwiał na młodym ciele i na młodej duszy. Miał wrażenie, że wolna jego dusza wyleciała na boży świat przez szparkę pod drzwiami, a on został - sierota! - na wszystko nieczuły. Nie słyszał nawet sennych westchnień towarzysza.

Jakieś zmącone głosy obudziły go z odrętwienia: wielkie, jednostajne szumy, po których - jak po moście - dudniły zwaliste, potężne poryki.

Otrząsnął z siebie resztki snu na jawie i spojrzał przytomniej w stronę drzwi.

"Światło zgasło? - pomyślał. - Co to się dzieje?"

Szpara pod drzwiami rozbłysła nagłym, oślepiającym blaskiem, a zaraz potem głuchy grzmot oznajmił się światu, jak lew oznajmia rykiem, że wychodzi na łowy.

"Burza... Zdaje się, że grad wali o drzwi... Czy to tak od burzy pociemniało, czy też zapadł już wieczór?"

- Co się stało? - zapytał Francuz.

- Pioruny biją... Żadnemu jednak nie przyjdzie na myśl, aby rozwalić te przeklęte drzwi. Jakaś straszna burza... Cieszmy się jednakże! Mamy dach nad głową.

Zaczęli nasłuchiwać szumnych, jednostajnych pogłosów, z których od czasu do czasu wystrzelał piorun ognistą fontanną. Ulewa musiała być niezwykła, gdyż nawet w tej podziemnej, zacisznej kryjówce słychać było ogromne jej pluskanie.

Znowu błysnęło potężnie.

- Oho! - zawołał Adaś strwożony. - Będzie nam mokro...

Woda podpływa szczeliną pod drzwiami. Zaczęła się sączyć najpierw małymi strużkami, jakby ktoś

sobie rzewnie popłakiwał, potem coraz pośpiesznej i obficiej.

Uczynił się z niej mały ponik, co zaczął kaskadą toczyć się po schodach i rozlał się po ubitej ziemi w lochu.

- Jeszcze tego tylko brakowało... - mruknął Adaś. - Panie! - zawołał. - Woda nas zalewa!

- Nic nie czuję - odrzekł Francuz.

- Bo pan leży w kącie! Zaraz pan poczuje! Ależ leje!

O takiej straszliwej awanturze na niebiosach opowiadają w "kraju białej róży", w Finlandii: "Oho! Starsi z nieba wyszli, a dzieci się bawią!" Zabawa zaczynała być straszna. Każda błyskawica oświetlała mętną kałużę w piwnicy, coraz to szybciej rosnącą. Adaś przegiąwszy się dotknął palcami ziemi i poczuł wodę. Równocześnie krzyknął Francuz:

- Woda! Co robić?

- Nic... Czekać... Czy pan może wstać?

- W żaden sposób.

- Niech się pan przynajmniej oprze o ścianę... Och! Piorun uderzył gdzieś w pobliżu.

Burza ryknęła wszystkimi głosami, zbełtanymi i splątanymi.

Szumy i poszumy, świsty i poświsty, bulgotania i mlaskania słychać było razem i na przemiany. Wiatr nie huczał, lecz jadowicie chichotał radując się zniszczeniem. A ponad wszystkimi głosami górowało jakby bolesne wycie. Jak mówi Słowacki:

"I słychać jęk szatanów w sosen szumie".

"Jeżeli to tak długo potrwa, potopimy się jak szczury w norze..." - pomyślał Adaś zaniepokojony.

Zdawało się jednak, że wściekłość nawałnicy zelżała odrobinę. Tylko ulewa huczała nieprzerwanym, mokrym hukiem. W tej chwili zadygotało w Adasiu serce: czy to ludzkie głosy słychać za drzwiami?

Wstrzymał oddech i zaczął nasłuchiwać. Ktoś uderzał gwałtownie we drzwi. Równocześnie ktoś krzyknął donośnie:

- Hej! Czy jest tam kto?

Głos obcy, świeży i donośny.

Adaś chciał się zerwać, lecz nie mógł tego uczynić, więc się tylko sprężył, zachwycił powietrza i począł wrzeszczeć:

- Jest! Jest! Na pomoc! Ratunku!

- Co się stało? - zawołał Francuz.

- Ludzie... Jacyś ludzie... Niech pan woła ratunku... Niech pan pomoże...

Francuz zaczął krzyczeć bez dalszych pytań.

Za drzwiami musiano ich usłyszeć, gdyż jakieś głosy poczęły gadać z gorączkowym pośpiechem.

- Rozbijcie drzwi! - wrzasnął Adaś.

Zdaje się, że tamci wpadli sami na ten pomysł, gdyż nie upłynęło dziesięć minut, a grube drzwi wyleciały z należytym trzaskiem. Najpierw rozchlapaną strugą wlała się do piwnicy woda, potem zbiegło do niej kilka postaci, ociekających deszczem.

- Kto tu?! - krzyknęła jedna z nich.

- Więźniowie! - zawył Adaś w obłędzie radości. - Prędko, prędko!

Ciemno było na burzliwym świecie i ciemno było w lochu, więc ten, co szedł na przedzie, zapalił elektryczną latarkę i błysnął nią po całej piwnicy.

I nagle wydał wrzask: przerażenia, zdumienia, radości, trwogi, zachwytu, oszołomienia. Nie był to głos ludzki ani zwierzęcy. Przyroda nie słyszała do tej chwili takiego głosu. I nikt by go nie zdołał powtórzyć. Największy muzyk nie mógłby go odtworzyć. Głos ten, schwytany na płytę, rozsadziłby ją z hukiem. Potrzaskałby wszystkie aparaty, gdyby go nadano przez radio.

- Adaś! - zdumiał się ten straszliwy głos.

- Jezus Maria! - odkrzyknął Adaś. - Kto mówi?

- Burski! Staszek Burski! - zawyła figura oświetlając własną gębę, aby ją Adaś mógł ujrzeć i uwierzyć. - Co to znaczy?

- Dowiesz się... Pan Bóg cię tu przysłał... - mówił Adaś śmiejąc się i płacząc równocześnie. - Prędko, prędko! Tnij więzy!

Cztery postacie, co spadły wraz z burzą, oniemiały na chwilę, gdyż radosne zdumienie odebrało im głos. Teraz zawyły wdzięcznie wszystkie razem.

- Co się stało? - zawołał drżącym głosem Francuz.

- Jesteśmy ocaleni! - zakrzyknął Adaś. - Tam jest jeszcze jeden... Staszek, prędko, u Boga Ojca! Uwolnij tamtego!

Ponieważ jednej latarki było za mało, więc usłużne błyskawice raz po raz oświetlały mokrą norę. Po pięciu minutach było po wszystkim. Burski otoczył ramieniem słaniającego się Adasia i prowadził go po schodach.

- Co z tamtym? - cichszym i ostrożnym głosem pytał Adaś.

- Nie może iść! - odpowiedziano mu z kąta. - Trzeba go będzie nieść... Może są gdzie jakie nosze?

- Nie wiem! Nie ma czasu na szukanie... Prędko, prędko!

Weźcie go, jak możecie, i nieście. Staszek! Ja muszę na chwilę do tego domu... Pomożesz mi?

- O przyjacielu! - zdławionym z radości głosem odrzekł Staszek Burski, ten, co w szkole siedział z Adasiem na jednej ławce i raz miał piękne pismo.

Cichym głosem wydał jakieś polecenie swoim towarzyszom i ręką wskazał im kierunek.

- Dogonimy was! - szepnął. - Jazda... W nogi!

Czterech dorodnych dryblasów chwyciło Francuza na ramiona i wilczym krokiem pobiegłszy zapadli w mrocznym gąszczu.

- Śpieszmy się... Boję się psów... - mówił Adaś, zadyszany. - Podtrzymaj mnie, bo jeszcze nie czuję nóg. O Staszku, o drogi Staszku! Sam nie wiesz... Ale o tym potem...

Podpełznęli ku tylnym drzwiom głuchego i milczącego domu.

- Pchnij te drzwi!

Burski rozpędził się i uderzył ramieniem w mizerne drzwi, które rozwarły się szeroko jak ziewająca gęba.

- Latarkę! - szepnął Adaś. - Ja nie mogę, szukaj ty... Czekaj no... Tu powinien sterczeć jakiś garnek. Jest! Sięgnij ręką do środka. Znalazłeś co?

- Tak... Małe zawiniątko... Zdaje się, że papiery...

- Dawaj! Teraz prędko do tej izby na lewo... Szukaj na łóżku pod siennikiem. Czujesz ręką papiery?

-Są!

- Dawaj, bracie! - szepnął Adaś.

Ukrył w zanadrzu sponiewierany rękopis księdza Koszyczka.

- Nic więcej? - szepnął Burski.

- Już wszystko! Teraz uciekajmy. Ale dokąd?

- Do nas, do obozu.

- To wy tu macie obóz?

- Za wodą.

- Ach, to wy! Boże drogi!... Dobrze, na razie do obozu... Czy to daleko?

- Mamy łódź.

- Łódź? Cudownie!... Prowadź, Stasiu. W łodzi cię uściskam. Oj, nie zajdę daleko...

Staszek Burski chwycił jego lewą rękę i zarzucił ją sobie na szyję. Prawą swoją ręką objął go mocno i tak wlókł po trosze, a potem niósł.

- Do wody niedaleko... Oni tam już są... Tylko czy łódź wytrzyma?... - mówił zdyszanym głosem.

Nagle Adaś zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać.

- O Boże! - jęknął. - Psy!... Prędko... Prędko, jeśli nam życie miłe!



 

Dodaj do swoich materiałów