+ Pokaż spis treści

Mazurski rejs

Rok szkolny 2015/16
[-]

Mazurski rejs


"Gdyby tak ktoś przyszedł i powiedział
- Stary, czy masz czas?
Potrzebuję do załogi jakąś nową twarz"

Jerzy Porębski "Gdzie ta keja?"



I właściwie tak to się zaczęło. Od długich miesięcy snute plany w końcu zaczęły przybierać bardziej realne kształty. Zapadła decyzja - może to nie cały tydzień, to jeszcze nie wakacje, ale od czegoś trzeba zacząć - wybieramy się na Mazury złapać trochę wiatru w żagle i poczuć go we włosach. Załoga złożona była w znakomitej większości z uczniów ostatniej klasy naszego gimnazjum - z pewnym importem z klasy licealnej. Dowodzenia podjął się zakorzeniony w żeglarstwie - i w naszej szkole - Andrzej Wegner wraz z Basią Wegner - swoją żoną - równie mocno zakorzenioną w samym żeglarstwie.


Rejs się zbliżał, emocje rosły, aż wreszcie spotkaliśmy się 25 maja w autobusowej części Dworca Wschodniego, by wyruszyć do Krainy Wielkich Jezior.


Aby można było poczuć atmosferę wyjazdu przedstawiamy poniżej zapis Dziennika Rejsowego spisanego przez samego Komandora.



Załoga:


jacht "Maksiu" - Twister 780

Andrzej Wegner - Kapitan - Komandor rejsu

Matylda, Natalia, Oliwia, Konrad, Piotrek


jacht "Oleńka" - Twister 780

Basia Wegner - Kapitan

Inga, Jagoda, Ola, Wiktor, Yash

Port macierzysty: AZS Wilkasy, jezioro Niegocin

Odwiedzane porty: Sztynort, zatoka Zimny Kąt, LOK Giżycko



ŚRODA, 25 maja : dzień 1


Po blisko sześciogodzinnej podróży (tak, autobus miał opóźnienie...) zaokrętowaliśmy się na jachtach o wdzięcznych nazwach "Oleńka" i "Maksiu". Wieczór miało nam zająć podstawowe szkolenie i ćwiczenie węzłów. Jeszcze długo w noc słychać było pokładowe rozmowy. Nie przeszkadzał delikatny deszcz towarzyszący nam od popołudnia.


Załogi zasypiały w poczuciu rozpoczynającej się przygody.


CZWARTEK, 26 maja : dzień 2


9,5 nm

7,5 h

wiatr: N/NNW, 1-2 B


Dzień drugi zwany właściwie pierwszym. Planowany kurs - na północ - do Sztynortu. Przed załogami pierwsze poważne zadania i dłuuugi żeglarski dzień. Niestety prognoza kierunku wiatru sprawdza się w rzeczywistości - wiatr wieje nam wbrew, z północy. Ale najpierw, zanim podejmujemy wyzwanie - odbijamy od kei w Wilkasach, wychodzimy na jezioro Niegocin i nieopodal, zacumowani na kotwicach szykujemy się do operacji kładzenia masztu.


I tu zaczynają się przygody. Trudno powiedzieć, czy to błąd załogi, czy raczej przygotowania jachtu przed rejsem. W każdym razie opuszczanie płetwy sterowej na Oleńce skończyło się pozbawieniem jej fału... W efekcie w "raczej-chłodnej" wodzie skąpał się Komandor, wyciągając ster ponad linię wody tak, aby urwaną linę przymocować.


Przebycie kanału obyło się bez przygód godnych opisania w owym dzienniku. Za kanałem, już na jeziorze Kisajno, po ponownym podniesieniu masztu rozpoczęliśmy żeglugę pod wiatr, ku północy. Jeszcze tylko mały, rutynowy postój przy jednej z wysp... Och, nie... tym razem chodzi o filtr paliwa w jednym z silników. Na szczęście operacja jego oczyszczenia nie zajęła dużo czasu...


Długo jeszcze bujaliśmy się przez Kisajno, aby w okolicach godziny 20 dotrzeć do krótkiego kanału prowadzącego do Sztynortu. To dość popularny port w północnej części Mazur, jak się okazało - szczególnie w takich dniach. Dwa jachty naszej armady niemal "zginęły" w tłumie kilkuset jednostek cumujących przy czternastu pomostach.


Plany na wieczór, poparte wielką chęcią - ciepła kolacja - i byle szybko na rozpoczynający się wkrótce koncert szantowy. Tu jednak zaczął z naszych żeglarzy "wychodzić-cały-dzień". I nawet kilka osób przespacerowało się w kierunku sceny, nawet zdołali zdążych na kilka ostatnich utworów. Okazało się jednak, że zdecydowanie bardziej potrzebowaliśmy spokojnego odpoczynku na naszych oswojonych już pokładach.


To był długi dzień, to był dobry, żeglarski dzień. Jeszcze tylko kilka szant przy własnej gitarze, tak "na-dobranoc"... Dobranoc...


PIĄTEK, 27 maja : dzień 3


5 nm

4 h

wiatr: SSE, 0-1 B


Żegluje się tak, jak Neptun pozwala... A ten pozwolił się nam wyspać. Znaczy, tak Komandor powiedział. No, ale wczorajsze wysiłki trzeba było zrekompensować, więc pobudka naj nie goniła. W Sztynorcie jeszcze uzupełniliśmy zapasy przed południem oddaliśmy cumy z zamiarem żeglugi na południe, do zatoki Zimny Kąt. I tak, jak wczoraj szliśmy pod wiatr, ku północy, tak dziś - ku południu, znów mając wiatr od dziobu... Jakaś Klątwa-Komandora, czy co...?


Do godziny 15 zaawansowanie naszej żeglugi było tak skromne, że podjęliśmy decyzję o dokończeniu jej przy wspomaganiu silnikami. Cóż - bywa.


Zimny Kąt to niewielka zatoka jeziora Kisajno i bardzo przyjemne miejsce na biwak pośród drzew. Tam spotykamy zaprzyjaźnioną załogę.


Dziś w planach - ciepły posiłek z grilla. Nie wiadomo jednak, czy zbliżająca się burza i wzmagający się wiatr pozwolą zrealizować plany... Burza szczęśliwie "nie-mogła-się-zdecydować", czy nadejść na dobre... niestety grill był podobnie niezdecydowany. Koniec końców jednak udało się - choć załoga bliska była poważnego buntu.


Po posiłku znalazł się jeszcze czas na chwilę z piłką do siatkówki, jednak kiedy okazało się, że Komary już są, całość znów przeniosła się pod pokład jednego z jachtów. Szanty jeszcze długo brzmiały, burza przeszła bokiem i za rufą podziwialiśmy piękny Zachód... choć zasypialiśmy znacznie później...


SOBOTA, 28 maja : dzień 4


6 nm

5,5 h

wiatr: SE, 1-2 B


Jak to dobrze, że nie trzeba wstawać przed świtem... ani nawet jakoś zaraz po nim. Wyspani i najedzeni odbiliśmy przed południem, by kierować się dalej na południe - w kierunku Giżycka. Wiatr niby to wbrew, ale jednak pozwolił na dobrą żeglugę. Cały dzień nie dostarczył właściwie żadnych większych przeżyć - poza samym wiatrem, piekącym Słońcem... i pełnymi żaglami. Przebyliśmy pozostały odcinek Kisajna i dotarliśmy do wejścia na kanał Giżycki. Oczywiście znów operacja na maszcie, która poszła jeszcze sprawniej, niż poprzednio. Ten kanał od przebywanego dwa dni wcześnie odróżnia to, że biegnie przez środek miasta. Byłoby to dużą atrakcją, która jednak niknie przy obrotowym moście - jednym z charakterystycznych punktów Giżycka.


Popołudnie po przejściu na jezioro Niegocin zapowiadało się bardzo żeglarsko... jednak podjęliśmy decyzję o zawijaniu do portu - ani się obejrzeliśmy, a zrobiła się już na to pora. Na nocleg wybraliśmy nowy basen Portu LOK. Zanim mogliśmy zjeść coś ciepłego trzeba było uzupełnić nasze zapasy - co odbyło się przy udziale całej załogi.


A wieczorem sprawdziliśmy, co pamiętamy z naszych żeglarskich węzłów, było trochę współzawodnictwa... A cały wieczór długo jeszcze rozbrzmiewał - a jakże - szantami...


NIEDZIELA, 29 maja : dzień 5


6 nm

3,5 h

wiatr: ESE, 2-3 B


Dla niektórych dzień ten zaczął się jeszcze przed Świtem. A właściwie w jego trakcie, bo gdy kilkoro z nas wstawało - podziwiać wschodzące Słońce - było już praktycznie zupełnie jasno.


Od samego śniadania czuć było zbliżający się koniec... Ale w końcu przed nami jeszcze długi dzień i ładny kawałek żeglowania przy najciekawszych jak dotąd wiatrach i najbardziej upalnym Słońcu. Jezioro Niegocin zachęcało nas do jak najszybszego wyjścia na wodę. Po kilku pierwszych zwrotach, gdy oswoiliśmy się z wiatrem i lekką falą, Komandor ogłosił manewry pod hasłem Bitwa Morska... Znaczy... nawet nie do końca ogłosił, tylko zwyczajnie do nich przystąpił podpływając do drugiego jachtu i aplikując mu przy pomocy swojej załogi solidną porcję wody. Nie pozostało to bez odpowiedzi. I tak przez kolejne półtorej godziny trwały ataki, uniki, wymyki, dynamiczne zwroty i strategiczne dościganie raz jednej, raz drugiej załogi. Całość zakończyliśmy planowanym wpłynięciem na płyciznę, gdzie Ci, którym mało było jeszcze wody mogli dokonać ostatecznego zamoczenia.


...i nie pozostało nam nic innego, jak podnieść kotwice i skierować się do portu macierzystego... Tam już tylko ostateczny klar i wyokrętowanie...
 


Żeglarstwo zmienia ludzi. Dało się to też odczuć wśród naszych załóg. Nic już nie będzie, jak wcześniej. Przeżyliśmy kilka cudownych żeglarskich dni, zżyliśmy się. Chyba każdy podczas powrotnej podróży, oprócz zmęczenia, czuł ukłucie żalu, że to już koniec. Może nie każdy da to poznać po sobie od razu, ale sentymentalny nastrój pozostał w członkach załogi jeszcze długo po wyjściu z autobusu na dworcu w Warszawie.


"Teraz możemy gnać nawet na Horn..."