Któż to z płaskiego nie chce jeść talerza?

- Na Boga! Co się stało? - spytała z trwożnym zdumieniem pani Gąsowska, kiedy nagle w połowie śniadania cichy zawsze pan profesor począł się drzeć jak opętany.
Wszyscy spojrzeli na niego z zatroskaniem, można było bowiem przypuścić, że czcigodny historyk postradał nagle zmysły. A on na nic nie zważając potężnym wrzaskiem trwożył przyrodę utkwiwszy spojrzenie w jeden punkt. Ponieważ śniadanie spożywano na ganeczku przed domem, więc wszyscy zwrócili oczy w stronę bramy, tam bowiem rozkrzyczany profesor ujrzał coś, o czym całemu oznajmiał światu.
- Adaś idzie! - zawołała panna Wanda i porzuciwszy dary boże pobiegła jak sarna.
- Ona go jeszcze pocałuje... - szepnęła ze strachem pani Gąsowska widząc serdeczne powitanie.
- A cóż by w tym było złego? - rzekł profesor głosem już jako tako ludzkim. - Hej, chłopcy, prędzej tu do nas!
- "Ach, co widzę - tu śniadanie!" - mówił Adaś, z radosnym rżeniem wygłaszając wiersz Papkina z "Zemsty". - Staszek, do roboty!
Najpierw jednakże odbyło się powitanie wzruszające i rozrzewniające, zanim młodość poczęła pożerać razowy chleb, który wydaje zapach na ziemi najpiękniejszy. Pani Gąsowska patrzyła z rozczuleniem dobrej kobiety, która by wszystką młodość świata pragnęła przytulić do serca. "Były matematyk" pomrukiwał z zadowoleniem grzejącego się na słońcu niedźwiedzia, tym zaś bliższe prawdy było to porównanie, że w głębokiej misie złocił się na stole miód, złota krew lata... Fiołkowe oczy panny Wandy pociemniały i zwilgotniały.
"Czemu ta dziewczyna ciągle płacze? - pomyślał profesor. -
Dziwnym stworzeniem jest kobieta! Smutno jej było - płakała, teraz znowu płacze, bo jej wesoło. Jest to ponad rozumne pojęcie, że dwa odmienne uczucia kobieta umie tym samym wyrażać sposobem..."
Adaś opowiadał nadzwyczajne historie, słuchano go zaś w głębokim milczeniu.
- Mamy wielkie nowiny! - ogłaszał donośnym głosem. - Bardzo wielkie nowiny... Udało mi się poczynić niezwykłe odkrycie... Żadnej w tym nie ma mojej zasługi, gdyż więcej zdziałał przypadek. Nie jestem jeszcze pewny, lecz prawie pewny! Jeśli moje obliczenia nie zawiodły, mogę powiedzieć, że wielka tajemnica napoleońskiego oficera została wyjaśniona.
- Mów ciszej, młodzieńcze! - ostrzegł go "były matematyk".
Adaś jednakże w zapale nie zwrócił wcale uwagi na roztropną przestrogę, gdyż mówił coraz głośniej:
- Znalazłem nowe dokumenty, o których istnieniu nikt nie wiedział.
- Gdzie je znalazłeś? - zapytał profesor.
- Podczas mojej wędrówki. Nie będę opowiadał jak i gdzie, bo to nie ma znaczenia. Proszę państwa! Ja wiem, w którym miejscu oficer napoleoński zakopał to, co przyniósł ze sobą spod Moskwy.
- Nie może być! - zawołał profesor. - A może wiesz, co ze sobą przyniósł?
- Tego wiedzieć nie mogę. Dzisiaj o zmierzchu będziemy o wszystkim wiedzieli.
- Czemu dopiero o zmierzchu?
- Jasny dzień nie sprzyja podobnym sprawom. O zachodzie słońca poproszę panów, aby zechcieli udać się ze mną. Panie, niestety, będą musiały pozostać. Czeka nas robota gruba i ciężka.
Rzuciwszy rozpaloną pochodnię w łatwopalną słomę wyobraźni, skłonił się wdzięcznie i mrugnąwszy lewym okiem na adiutanta, Staszka Burskiego, zniknął z pola widzenia. Powiódł przyjaciela do swojej izdebki na tajną naradę.
- Widziałeś co? - zapytał cicho.
- Patrzyłem za każdy krzak i za każde drzewo, ale nikogo nie widziałem.
- Nadaremnie zrywałem sobie gardło - mówił Adaś w zamyśleniu. - Do wieczora jednak daleko... Jak myślisz? Czy wiedzą już, że tu jesteśmy?
- Trudno na to odpowiedzieć. Nasza warta w obozie też niczego nie zauważyła, ale to nie jest żaden dowód. Jestem pewny, że jeżeli dotąd nas nie wyśledzili, wyśledzą nas w najbliższym czasie. To nie jest wielka sztuka... Uf! Ale jestem
śpiący!
- Ja też. Noc była pracowita... Spać jednak nie będę, bo mam pełną głowę i muszę myśleć. Ty możesz się przespać, ale śpij z otwartymi oczami.
- To dobre dla zająca! - westchnął Staszek. - Dokąd się wybierasz?
- Znikam, bo mi będziesz chrapaniem przeszkadzał w zamyśleniu.
Adaś znikł dlatego przede wszystkim, że nie mógł spokojnie usiedzieć. Przygotowywał "wielką scenę", w zawiłym i mrocznym dramacie na wiele się ważąc. Trzeba mu było dla tej sceny romantycznego oświetlenia: tajemniczego mroku i ogromnych cieniów, więc czekał wieczora. Przekonany był, że obmyślił wszystko i że wszystko przewidział, wciąż jednak powracał myślą do tego, co się ma rozegrać, zatrwożony, że mógł w podnieceniu przeoczyć coś, co zepsuje cały dramat.
Dzień mu się dłużył okropnie. Patrzyli na niego wszyscy jak na czarodzieja, lecz nikt już o nic nie pytał. Ciekawość płonęła we wszystkich oczach, tak że każda z osób, zebranych w Bejgole, mogłaby spojrzeniem podpalić skład prochu. Jedynie we wzroku profesora tliła się - obok ciekawości - odrobina żalu, że wierny jego druh i towarzysz awantury nie powierzył mu tajemnicy.
Wreszcie słonce - "oko dnia pięknego" - zaczęło zachodzić srebrzystą mgłą, potem czerwienieć i gasnąć. Wietrzyk zaszemrał w listowiu. Wieczór zaczął padać jak czarny śnieg.
Zamyślony Adaś ożywił się jak wódz, co odpoczywał przed bitwą, a teraz ducha natęża i pręży. Zgromadziwszy wszystkich oznajmił sucho i twardo:
- Idziemy na wyprawę... Pan Gąsowski weźmie rydel, pan profesor łopatę.
- Wezmę łopatę! - nie wiadomo dlaczego oświadczył profesor.
- Burski poniesie latarnię, lecz niech jej teraz nie zapala, aż mu dam znak. Ja będę szukał drogi... Potem porobię obliczenia... Proszę o ciszę i spokój! Rozmawiać nie wolno! Pójdziemy w rozsypce, aby gromadą nie zwracać uwagi. Ja idę pierwszy, Burski na samym końcu. Nie! Jeszcze nie możemy pójść. Pan profesor musi zmienić strój!
- Czemu?
- Nie można być odzianym biało, skoro się idzie na nocną wyprawę. Pana profesora można by w tym białym odzieniu dojrzeć wśród najgłębszej ciemności.
- Oczywiście - szepnął profesor i podreptał do swego pokoju, skąd powrócił po chwili jako widmo czarne i piekielne.
- Idziemy! - wydał rozkaz Adaś. - Panie niech zamkną dom i czekają bez lęku. Nie otwierać nikomu, tylko nam, i to wtedy, gdy panie usłyszą trzykrotny głos żaby. Burski wybornie udaje żabę.
- W imię Ojca i Syna! - jęknęła w trwodze pani Gąsowska.
- Będziemy nasłuchiwały - rzekła panna Wanda.
Szli chyłkiem przez ścieżyny parku jak mroczni i milczący Indianie. Adaś wiódł ich przez opętane drogi, pomiędzy chaszcze i gęsto rosnące tarniny, o które czasem pan Gąsowski zaczepiał brodą. Odpoczywali często, a wtedy Adaś czujnie nasłuchiwał. W pewnej chwili zbliżył się do Staszka, kroczącego wilczym chodem w tylnej straży, i szepnął:
- Słyszałeś co?
- Zdaje mi się, że coś słyszałem...
- Z której strony?
- Z lewej... Jakby ktoś rów przesadził... Nie boisz się?
- Czego? Nic się przecież stać nie może. Chodźmy!
Przez dziurę w płocie (mieli ich do wyboru siedemdziesiąt siedem) przeleźli na niewielką łączkę, na której było prawie widno.
- Baczność, panowie! - rzekł Adaś głośniej niż dotąd. - Jesteśmy u celu. Teraz będziemy szukali. Staszek, zapal latarnię!
Wydobył z zanadrza jakiś pożółkły papier i zbliżywszy go do latarni przyglądał mu się długo i ze zmarszczonym czołem.
- W której stronie jest droga? - zapytał zwracając się do pana Gąsowskiego.
- O dwadzieścia kroków stąd, za tymi drzewami... Ot, tam!
- Dobrze. Musimy mierzyć w stronę drogi od tego wzgórka.
Zajrzał znów do dokumentu i rzekł:
- Od tego wzgórka należy odliczyć ku północnej stronie dziesięć kroków. Muszą to być kroki duże, męskie, gdyż takimi odległość tę odmierzano. Niech pan profesor odliczy dziesięć kroków! Ku północy! Tak, dobrze...
Profesor, niezmiernie przejęty swoją rolą, zaczął kroczyć z powagą sekundanta, co przed pojedynkiem wytycza metę śmierci. Wszyscy szli za nim w milczeniu.
- Dziesięć! - oznajmił profesor. - Nie pomyliłem się!
Adaś sprawdzał coś przez dłuższą chwilę w swoim papierze, po czym rzekł:
- A teraz jedenaście kroków ku zachodowi w najprostszej linii!
- Jedenaście ku zachodowi w prostej linii! - powtórzył profesor bezbarwnym głosem jak sternik okrętu, który musi powtórzyć komendę oficera.
Widma szły za nim, skupione i do głębi przejęte. Gromadka znalazła się tuż przed zwartą ścianą drzew. Adaś udając, że patrzy w dokument, chyłkiem przebiegł spojrzeniem mrok pod drzewami.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmił głosem bardzo drżącym. - Tu będziemy kopali. Niech pan Gąsowski świeci, a ja z Burskim zabierzemy się do roboty.
- A co ja? - zapytał profesor z żalem.
- Pan profesor będzie patrzył dokoła i da nam natychmiast znać, gdyby dojrzał coś podejrzanego.
- Gwizdać?
- Wszystko jedno! Staszek, kop!
Dwa rydle poczęły krajać ziemię z niespokojnym pośpiechem. Po chwili pot zaczął się lać ze szlachetnych młodzieńczych czół.
- Niżej światło! - zawołał Adaś.
Pan Gąsowski pochylił skwapliwie latarnię.
- Jest co? - zapytał.
- Jeszcze nic... "To" musi być zakopane głęboko. Panie profesorze, nic podejrzanego?
- Spokój i cisza! - odrzekł profesor.
- Kopmy!
Pracowali z zawziętym, milczącym uporem. Dół był już głęboki, lecz na nic jeszcze nie natrafiono.
- Jest coś! - krzyknął nagle Burski zduszonym głosem. - Ostrożnie!
Pan Gąsowski wetknął latarnię w dół, a Adaś padłszy szybko na ziemię wetknął tam głowę.
- Coś jest, coś jest! - oznajmił z głębokim wzruszeniem. - Staszek, właź!
Burski wskoczył do dołu i zniknął w nim razem z głową. Musiał się z czymś mocować, gdyż słychać było pracowite postękiwanie.
- Masz? - zawołał Adaś.
- Mam - odpowiedział głos z brzucha ziemi. - Jakaś żelazna skrzynka!
- Nadzwyczajne! - huknął pan Gąsowski.
Burski podał coś Adasiowi i wygramolił się z dołu.
- Stara, żelazna skrzynka! - rzekł Adaś. - Udało się! Proszę bliżej z latarnią... Strasznie stara, lecz doskonale zachowana.
- Otworzyć, otworzyć! - wołał pan Gąsowski.
- Nie da się, bo na głucho zabita!... Bez narzędzi nie damy rady... Ależ ciężka! Panowie, zabieramy skrzynkę i...
- Baczność! - wrzasnął przeraźliwie pan profesor.
- Ręce do góry! - wrzasnął równocześnie głos inny.
- Och! - krzyknął Adaś niezmiernie zdumiony podnosząc powoli ręce do góry.
- Rzucić to! - rozkazał głos obcy, chrapliwy i drżący ze wzruszenia.
Dzielny pan profesor dojrzawszy nieludzko chudą postać z rewolwerem w ręce chwycił rydel i zamierzył się nim na zbrojne widmo, co wyszło z leśnego mroku.
- Rzucić to natychmiast, bo strzelę! - mówił chudzielec groźnie.
- Proszę usłuchać, panie profesorze - zawołał Adaś. - Jesteśmy bezbronni! Ten pan ma nas w swojej mocy...
Patrzył czujnie na chudego człowieka, co się zbliżył powoli, wodząc czarnym okiem rewolweru po struchlałej gromadce. Stanąwszy przed Adasiem, mówił powoli, jadowicie barwiąc słowa:
- O wszystkim pamiętałeś, chłopaczku, tylko o mnie zapomniałeś... A ja ciebie strzegłem jak źrenicy oka! Bardzo ci dziękuję za piękną robotę! Doskonale to zrobiłeś! Chwalisz się tylko zbyt głośno i trąbisz jak jerychońska trąba!... Ale poza tym jesteś mądry! Ho, ho. Nie wiedziałeś, kiedy cię pytałem, co znaczy 10 i 11 we francuskim liście, a teraz wiesz... Dziesięć kroków i jedenaście kroków... Nie ruszaj się! Szkoda by było takiej mądrej głowy. Posuń nogą tę skrzynkę w moją stronę.
- Nie mogę, za ciężka... - odrzekł Adaś zdławionym głosem.
- To dobrze, że ciężka... Więc ty sam trzy kroki w tył! I ten brodaty! Prędzej!... Nie mam czasu na rozmowy...
Adaś kroczył w tył, wpatrzony bystrze w lufę broni.
Chudy człowiek zbliżył się tygrysim ruchem i porwawszy skrzynkę ujął ją lewą ręką i umieścił pod pachą. Prawą wciąż wodził po osłupiałym zgromadzeniu.
- Mógłbym ci w łeb strzelić - mówił głucho - abyś mnie kiedyś później nie wytropił. Twoje szczęście, że hałas jest niepotrzebny. No i wdzięczny ci jestem! A nie szukaj mnie, bo nie znajdziesz... Żegnam was, panowie! Pan znowu chwyta za rydel? - zaśmiał się niemiło, zwróciwszy się do profesora. - Bardzo dzielny z pana staruszek.
- Łotrze! - krzyknął pan profesor.
Tamten dał niespodzianie susa i przepadł wśród drzew.
- Gońmy go! - wrzasnął pan Gąsowski.
- Ani kroku! - zawołał Adaś zdławionym głosem. - Ani kroku! Czy panu życie niemiłe? Zresztą...
Nie dokończył, bo zaczął nasłuchiwać. W niewielkiej odległości zgrzytliwym głosem zawarczał motor.
- ...Zresztą on ma auto. Niewysokiej widać marki, bo kicha i szczeka, ale jedzie. Niechże sobie jedzie na złamanie karku.
- Ależ skarb, skarb! - zahuczał "były matematyk". - Chłopcze! Czy z przestrachu straciłeś zmysły? Czemu się śmiejesz, u stu diabłów! I ty też? - krzyknął spojrzawszy na Staszka.
- A cóż mamy robić? - spytał Adaś spokojnie.
- Gonić go!
- Jak? Na nogach?
- Damy znać... Niech go chwytają!...
- A ja marzę o tym, aby on uciekł na kraniec świata i aby go nigdy nie schwytano. Ja panu wszystko wyjaśnię... Niech się pan zechce uspokoić...
Pan profesor, jedyny Bayard armii, przysłuchiwał się, równie zdumiony, tej rozmowie. Nie rozumiał dziwacznego postępowania swego beniaminka, ale ani przez chwilę nie wierzył, by Adaś "stracił zmysły ze strachu".
"Coś w tym tkwi!" - pomyślał. A potem rzekł głośno:
- Uspokój się, bracie, i wracajmy do domu.
- Z pustymi rękami? - krzyknął "były matematyk".
- Mamy łopaty... - bąknął profesor.
Powrót odbywał się w mrocznym milczeniu. Gromadka wlokła się ospale jak niedobitki Konrada Wallenroda z wyprawy lub jak szczątki cesarskiej armii po przebrnięciu przez czarne topiele Berezyny. Pan Gąsowski czasem przystawał i chwytając się zrozpaczonym ruchem rąk za głowę pomrukiwał lwim pomrukiem.
Staszek zakwakał jak stara żaba, co była primadonną w ża-
biej operze. Panie ujrzawszy chmurami zasnute oblicza przelękły się i już dobra pani Gąsowska chciała się też chwytać za głowę, kiedy Adaś rzekł szybko:
- Wszystko w porządku, proszę pani!
Uśmiechnął się równocześnie, lecz tak był roztargniony, że zamiast do dobrej mamy, uśmiechnął się do ślicznej córki.
- I cóż nam teraz powiesz, bohaterski młodzieńcze? - zapytał pan Gąsowski, który gryzł to pytanie jak kwaśne jabłko podczas powrotnej drogi.
- Niech państwo zechcą usiąść! - poprosił wdzięcznie Adaś.
- Historia jest dość długa, a tylko wielki Tacyt umiał opowiadać historię stylem zwartym i nad podziw treściwym.
- Wie o tym ode mnie! - rzekł z dumą profesor. - Mów, dobry Piotrusiu, jak umiesz!
- Sprawa jest taka - rozpoczął Adaś. - Znalazłem owe słynne drzwi u księdza Kazury...
- To święty człowiek! - szepnęła pani Gąsowska.
- ...znalazłem i drzwi, i Francuza. I znalazłem napis na drzwiach... Jeśli ten napis, o którym powiem późnej, nie jest napisanym okrzykiem człowieka bredzącego w gorączce, znajdę drogę do kryjówki.
- Przecie jużeśmy ją znaleźli przed godziną... - huknął pan Gąsowski.
- Ech! - zaśmiał się Adaś. - Ta była fałszywa... Bo ja urządziłem komedię, proszę pana... Dość zresztą niebezpieczną... A musiałem ją urządzić, wiedziałem bowiem, że byłem śledzony. Gdybym poszedł prosto do prawdziwej kryjówki, odebrano by nam prawdziwą rzecz znalezioną. Za wszelką cenę musiałem się pozbyć tych, co za mną szli krok w krok. Gdy wilki gonią człowieka, człowiek rzuca im byle ochłap, aby się wilki zatrzymały. Uczyniłem podobnie. Widziałem wśród gratów na strychu starą, okutą skrzynkę, napełnioną szpargałami. Zabrałem ją w nocy, o czym wiedział tylko pan profesor...
- Ha! - zawołał pan profesor pomalowawszy to słówko podziwem, zdumieniem i prawdą.
- ...Ze Staszkiem Burskim napełniliśmy skrzynkę starym żelaziwem, przytwierdziliśmy wieko gwoździami, wbitymi na amen, i zakopaliśmy ją dokładnie w tym miejscu, gdzieśmy ją dzisiaj wieczorem odkopali.
- Zdumiewające! - zagrzmiał pan Gąsowski.
- Myślałem tak: opryszki pilnują każdego mego kroku, niechże więc wiedzą, co czynię, byle nie wiedzieli wszystkiego. Dlatego dzisiaj rano tak głośno opowiadałem podczas śniadania o znalezieniu skarbu. Któryś z nich musiał to słyszeć i czekał wieczora. Urządziłem przedstawienie, głęboko przekonany, że z zarośli podglądają nas jakieś oczy... Gdyby panowie byli wtajemniczeni, nie odegraliby swoich ról z taką wyborną naturalnością, z jaką to uczynili, i sprytny opryszek mógłby się spostrzec, że urządzamy komedię. Dlatego nie powiedziałem wam ani słowa. I te wszystkie hokus-pokus z zaglądaniem do starego niby dokumentu i z liczeniem kroków były komedią. Umyślnie liczyłem kroków dziesięć i jedenaście, gdyż opryszki znały te liczby z listu napoleońskiego oficera, więc podsłuchującemu wydały się prawdopodobne.
- Świetnie, świetnie! - wołał profesor.
- Wcale nie świetnie, panie profesorze... - rzekł Adaś. - Odważyłem się na awanturę, byłem bowiem przekonany, że ci ludzie ujrzawszy wykopaną skrzynkę zakradną się w nocy do domu i dopiero wtedy ją zabiorą, tym łatwiej, że zostawiłbym nie domknięte okno, a skrzynkę ukryłbym tak, że znalazłby ją nawet ślepy. Nie przewidziałem jednak zuchwałej odwagi tego chudego człowieka, co nas zaskoczył. Komedia mogła się łatwo zamienić w tragedię, gdyby ten pan strzelił w podnieceniu, dlatego tak usilnie prosiłem pana Gąsowskiego o spokój.
- Młodzieńcze, ty nie zginiesz własną śmiercią! - zawołał "były matematyk" patrząc na Adasia ze szczerym podziwem.
- Bardzo też i pana, i pana profesora przepraszam za tę awanturę - mówił Adaś z uśmiechem. - Nie było innej rady, aby się pozbyć prześladowców, chociaż na pewien czas, obawiam się bowiem, że zbadawszy cenny łup wpadną w szał.
W tym mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie im namyśl komedia. Skrzynka jest stara, żelaziwo zardzewiałe. Pomyślą raczej, że i oni, i my zostaliśmy oszukani; że zawartość skrzynki dawno już znikła i ktoś zabrawszy skarby napełnił ją żelastwem. Skrzynkę zbadają dzisiejszej nocy i albo jutro powrócą, albo dadzą wszystkiemu spokój. Ponieważ nie jestem pewny, więc przez dwa, trzy dni nie będziemy zaczynali niczego. Udawajmy, że jesteśmy pogrążeni w rozpaczy...
- Kiedy mnie się chce śmiać! - rzekł pan profesor.
- Śmiać się wolno, ale w kułak, drogi panie profesorze. Niepokoi mnie bowiem sprawa inna jeszcze.
- Jaka, jaka?
- Owych ludzi było trzech, a my widzieliśmy tylko jednego.
Gdzie są tamci? Przynajmniej jeden, naprawdę groźny, ów fałszywy malarz. Być może, że tamten szuka Francuza, być też może, że szedł jak cień za tym chudym zwietrzywszy zdradę... Nie wiem! Dlatego proszę o spokój i rozpłakaną ciszę przez dwa dni. Ja tymczasem będę rozważał, gdyż czeka mnie trudne zadanie. A na koniec chcę bardzo serdecznie przeprosić panią, że śmiałem bez pozwolenia zabrać ze strychu ową skrzynkę... Zdaje mi się, że niewiele była warta, ale to wszystko jedno. I chociaż pan profesor pozwolił...
Pan profesor zmarszczywszy brwi począł sobie przypominać usilnie, kiedy wydał to pozwolenie, dobra zaś pani Gąsowska zachodziła w głowę, dlaczego ten przyjemny chłopak prosząc o przebaczenie mamy znowu patrzy na córkę, co jednakże wcale nie zdziwiło córki.
Nakazany przez Adasia smutek, cętkowany rozpaczą, zasnuł dom jak dym z zepsutego pieca. Profesor rozmawiał szeptem z bratem, który zaniechawszy matematyki coraz częściej zaczął spoglądać na gwiazdy, słuszną tym budząc we wszystkich obawę, że zleciawszy z jednego konia będzie usiłował wgramolić się na drugą kobyłę, tym razem astronomiczną. Panna Wanda jedynie nie mogła się nagiąć do pogrzebowego nastroju i trapiła pana profesora rozmowami na temat Adasia: a jaki on mądry, a jaki przystojny, a gdzie on może być, o czym on myśli? Pan profesor odpowiadał, jak umiał, zdumiony był jednakże niewypowiedzianie, kiedy uparta dziewczyna przyparła go do muru i bystrze patrząc mu w oczy mówiła:
- Czy stryjaszek wszystko wie o swoich uczniach?
- Odnoszę wrażenie, że oni wiedzą o mnie sto razy więcej, ale coś niecoś wiem... O cóż idzie?
- O nic... Ja tak sobie... A o Adasiu stryjaszek co wie?
- A cóż mogę wiedzieć więcej, niż wiemy wszyscy?
- No tak... A czy stryjaszek nie wie przypadkiem... Mnie to wcale a wcale nie obchodzi i tylko tak sobie pytam, bo mi się nudzi... Czy stryjaszek nie wie, czy on się w kimś kocha?
- Czy się kocha? A skądże ja mogę wiedzieć? Przecie mnie tego nie powie!
- Pewnie, że nie, bo o takich sprawach się nie mówi... Ale czy w szkole był kiedy smutny?
- Nie zauważyłem...
- A nie wzdychał?
- Dziewczyno, przestań męczyć starego człowieka!
- A czy nie pisał wierszy?
- Wierszy? On? To rozumny chłopak.
- A czy nie zamyślał się tak, że nie wiedział, co się dzieje dokoła niego?
Pan profesor podniósł obie ręce w stronę nieba.
- Stryjaszek nic a nic na tym się nie rozumie! - rzekła panna Wanda z goryczą. - Ja wiedziałabym wszystko od pierwszego dnia.
- Skoroś taka ciekawa, to go sama zapytaj, bo właśnie nadchodzi z tym drugim Ajaksem. Czemu uciekasz? Sfiksowała dziewczyna? - mruknął zdumiony.
Adaś nie "nadchodził", tylko nadbiegł powiewając z daleka białą płachtą gazety, przeto wyglądał jak perlamentarz białą chorągwią wzywający wroga, aby nie strzelał.
- Ciekawe wiadomości, panie profesorze! - wołał z daleka.
- Na Boga! Chyba nie o nas napisali! - zatrwożył się profesor.

- Nie o nas, tylko dla nas!

Zwołana naprędce "rada familijna" dowiedziała się, że w marnym jakimś zajeździe wileńskim doszło do zbrojnej rozprawy między dwoma dżentelmenami, których starano się pogodzić w komisariacie policji państwowej. Wyszło na jaw przy tej miłej sposobności, że są to osobistości szeroko znane i że władza zbrojna tęskniła za nimi jak słowik za wiosną, więc ich przyjęto radośnie i na czas długi przytulono do policyjnego serca. Powszechny podziw wzbudziło to, że owi dwaj mężowie, z których jeden usiłował zakatrupić drugiego, wiedli bój o starą skrzynkę, napełnioną zardzewiałym żelaziwem.

- Szatańskie zdarzenie! - rzekł pan Gąsowski.

Adaś odetchnął.

- Teraz możemy szukać w spokoju! Jeszcze dzisiaj zaczniemy.

Tego dnia jednakże nie można było przystąpić do wielkiego dzieła, około południa bowiem ujrzano zmierzającą ku domowi dziwną postać: jak gdyby apostoł kroczył w pyle drogi.

Odziany w biały, płócienny kitel szedł powoli, podpierając się laską wysoką, jakby pielgrzymią. Brak było tylko uwiązanej u szczytu laski tykwy na wodę, aby pozór pielgrzyma wędrującego do Jerozolimy był zupełny.

- Do nas idzie - rzekła pani Gąsowska. - Znam tę postać...

- Ksiądz Kazuro! - zawołał radośnie Adaś.

- Pokój temu domowi, młodziankowie święci! - mówił starowina, bardzo znużony. - W imię Ojca i Syna! A ty tu skąd? - zdumiał się ujrzawszy Adasia. - I ten drugi miedzianek święty też tutaj?

Witali go niezmiernie czule i usadowili za stołem, aby odpoczął.

Ksiądz Kazuro opowiadał dziwne rzeczy.

- Od wczoraj wędruję - mówił - bo mam wielkie zmartwienie. Wyobraźcie sobie, że ten święty młodzianek przyniósł do mnie chorego Francuza...

- My o wszystkim wiemy, księże dobrodzieju! - huknął pan Gąsowski.

Staruszek spojrzał na niego z zachwytem.

- Ależ pan ma głos, młodzianku święty, aż miło słuchać. Gdybym miał w kościele organy, musiałbyś co niedzieli śpiewać u mnie na chórze... Potężny głos!... Może to jednak lepiej, że nie śpiewasz, bobyś mi kościół tym głosem rozwalił. Ale o czym to ja mówiłem? Aha! Otóż temu Francuzowi naprostowaliśmy rękę. Krzyczał tak, że się cała wieś zbiegła, ale od razu ozdrowiał. Nazajutrz przychodzę ja rano, aby pogadać z nim na migi, bośmy doskonale rozmawiali, a Francuza nie ma. Tylko pod lichtarzem karteczka i banknot. Sto złotych! Młodziankowie świeci! Jak długo żyję, nie widziałem takiego banknotu. Wytłumaczyła mi panienka z Wiliszek, panna Niemczewska, że Francuz napisał na karteczce: "Dla biednych kochanego księdza proboszcza". Ładnie napisał, ale teraz mam zgryzotę. Wielką zgryzotę!

- Jakąż to, księże dobrodzieju?

- Te pieniądze spadły mi z nieba, bo właśnie trzeba było ratować jedną wielką nędzę. I ot co! Mam pieniądze i nic nie mogę zrobić.

- Nie rozumiem! - rzekł pan Gąsowski.

- A to takie jasne, młodzianku święty!

Rzewny ten tytuł dziwnie nie przystawał do brodatego męża, do którego czarnej brody powinno się mówić raczej: "krwawy Herodzie!" Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, każdy bowiem zachodził w głowę, skąd się wywodzi zgryzota dobrego człowieka?

- Od wczoraj chodzę po całej okolicy - mówił ksiądz - i usiłuję zmienić ten olbrzymi banknot. Byłem w siedmiu dworach, u siedmiu znakomitych dziedziców. Wszędzie mi powiadają:

"Może by się udało w jesieni, kiedy sprzedamy zboże!" A czy ja mogę czekać do jesieni, kiedy mi nędza nad uchem płacze? Powiadam im: "Zbierzcie do kupy, co który ma, młodziankowie święci, a potem się policzycie!" Zebrali razem w siedmiu dziewięć złotych i parę groszy. Czysta rozpacz! Więc przywędrowałem tutaj, może wy zmienicie?

- Doskonale! - zagrzmiał pan Gąsowski. - Mój brat, profesor, zawsze przyjeżdża z gotówką. Pawle! Zmień księdzu proboszczowi sto złotych.

Pan profesor bardzo poczerwieniał: zaczął kręcić się niespokojnie.

- Dziwna rzecz... - zaczął bąkać niepewnie. - Roztargniony jestem... zapomniałem...

Pani Gąsowska chciała coś rzec, może o tym komorniku, co tu był niedawno, ale pan profesor spojrzał na nią tak srodze, że umilkła. Adaś, patrzący na to spod oka, zawołał gromko:

- Staszek!

- Jestem...

- Niech jeden harcerz weźmie pieniądze, a dwóch niech idzie jako straż i co tchu do miasteczka. Szostak musi pójść jako znawca, aby nie dali jakiejś fałszywej monety.

- Rozkaz! - wrzasnął Burski. - Proszę o pieniądze, księże proboszczu.

- To nie tak łatwo, młodzianku święty! - rzekł uradowany ksiądz Kazuro. - Najpierw muszę zdjąć but, za pozwoleniem pani dobrodziejki, bo ja dla ostrożności schowałem je w bucie.

Wspólnym wysiłkiem ściągnięto mu z lewej nogi przenośny bank i Staszek pogonił do obozu.

- Uważaj, młodzi anku święty! - wołał za nim zaniepokojony ksiądz. - Przecie to majątek!

Pół dnia trwała podróż i powrót wyprawy, co przyniosła z triumfem całą kopalnię srebra. Ksiądz Kazuro nie chciał pozostać ani chwili dłużej.

- Głodni czekają - rzekł cicho.

Prosił tylko, aby mu starodawnym obyczajem zaszyto pieniądze w płótno i opasawszy się tym wężem żegnał się czule.

- Młodzianku święty! - mówił do Adasia. - A gdybyś napotkał drugiego takiego Francuza, to go przynieś do mnie.

- Będę się starał! - odrzekł Adaś z wielką powagą.

Nie ukrywał radości.

- Złych ludzi wzięto na przechowanie - mówił na wielkiej naradzie - Francuz zaś odżegnywał się od wszystkiego. Pole jest wolne. Teraz możemy zaczynać. Obawiam się naprawdę, że napoleoński oficer nie był, biedaczysko, przy zdrowych zmysłach.

Opowiedziawszy, w jaki sposób znalazł drzwi i napis, ukryty pod żelaziwem zamku, oznajmił zdumionym słuchaczom:

- Napis ten jest nową wskazówką, lecz niezwykłą i dziwną. Odczytałem na drzwiach takie słowa:

W wielkim domu znajdziesz dwie malowane brody.

Nie patrz poza siebie.

Patrz przed siebie i czytaj w brodzie.

Kiedy wygłaszał te słowa powoli i dobitnie, wszystkie spojrzenia, jak na komendę, utkwiły w czarnej brodzie pana Gąsowskiego. A pan Gąsowski, też jakby urzeczony, podniósł ją ręką i spojrzał na nią ze zdziwieniem. Nagle ocknąwszy się

uderzył pięścią w stół.

- Co to wszystko znaczy? Czy kpisz, młodzieńcze?

- Niechże mnie Bóg broni! - rzekł Adam z pośpiechem. - Ale tak istotnie brzmi napis.

- Dwie brody?

- Tak. Dwie malowane brody. To przecie przypadek, że i pan ma czarną brodę.

- Oczywiście, że przypadek... Ale co to znaczy?

- Właśnie zaczynam nad tym rozmyślać. Czy państwo pozwolą, abyśmy się nad tym dziwacznym napisem zastanowili wspólnie?

- My niczego nie wymyślimy! - wtrąciła dobra pani Gąsowska.

- Ale on wymyśli! - zawołał profesor. - Piotrusiu, rusz głową!

- Ruszam, ruszam, ale bardzo niezdarnie. Czytajmy jednak słowo po słowie: "W wielkim domu znajdziesz..."

Gdzie jest wielki dom? To jasne! Oficer leżał w małym domku, więc kieruje kroki brata do "wielkiego domu", do tego, w którym znajdujemy się w tej chwili. O innym nie może być mowy. Ksiądz Koszyczek opowiada, że oficer przez czas pewien zajmował bawialnię. Myślę przeto, że tam należy podążać za myślą oficera. Dobrze by było, abyśmy się tam przenieśli...

- Wybornie! - rzekł profesor.

Zajęli miejsca w mrocznym pokoju i siedzieli w milczeniu, jakby w teatrze. Adaś stojąc rozważał:

- Mamy znaleźć w tym domu dwie brody... Dobrze! Najprostsze byłoby przypuszczenie, że w owym czasie mieszkali tu jacyś dwaj brodaci mężowie. Takich tu jednak nie było!

- Skąd wiesz?

- Ksiądz Koszyczek nie wspomina o tym, a sam przecie brodaty nie był. Nic nie mówił o dwóch ludziach, których by z pewnością wspomniał. Zresztą to były "malowane" brody.

A któż... O nieba! Jedną już mam! Patrzcie, państwo, na to malowidło! Wszakże to "malowana" broda!

Brodaty rycerz na portrecie spojrzał na niego nienawistnym, zimnym spojrzeniem.

- O, jaki on mądry! - szepnęła panna Wanda do Staszka, który zrobił minę na temat: "A pani o tym nie wiedziała?" Zdumieli wszyscy i patrzyli z zachwytem na łopatę brody groźnego rycerza.

- Ale to dopiero Jeden! - mówił Adaś gorączkowo, stojąc przed malowidłem. - Jak brzmią następne słowa: "Nie patrz poza siebie!" Przeto druga broda musi być w tyle.

Odwrócił się szybko i krzyknął:

- Jest i druga!

- Gdzie? Gdzie?

- W lustrze! Lustro jest na wpół umarłe, wiec ledwie ją można dostrzec, przed stu laty jednakże widać ją było doskonale. Na tę brodę brat oficera nie ma zwracać uwagi... Oczywiście! A co ma robić? "Patrz przed siebie i czytaj w brodzie!" Więc czytajmy i my!

Pochwycił stare, pokraczne krzesło, stanął na nim i zbliżył twarz do malowanej brody.

- Nic nie widać... Proszę pani! Trochę ciepłego mleka i jakiś gałganek!

Panna Wandzia, szybko jak Iris, "posłanka bogów", pobiegła i wróciła z tą alchemią.

Adaś zaczął trzeć ostrożnie, nie zwracając uwagi na piekielne spojrzenia rycerza. Zdawało się, że rycerz zgrzytał zębami.

- Czy nie ma w domu powiększającego szkła? - wołał Adaś.

- Ja mam szkło powiększające! - zawołał pan Gąsowski. - Kiedy jeszcze byłem matematykiem...

Machnął ręką nie dokończywszy i podreptał szybko.

Po chwili Adaś badał brodę przez szkło.

- Ciemno! - mówił nie odwracając głowy. - Otwórzcie okna i niech ktoś odgarnie dzikie wino... Tak... Teraz lepiej... Widać litery... Jakiś napis wśród skrętów brody...

- Możesz odczytać?

- To dziwne! - oznajmił Adaś. - Litery i nielitery... Napis i nienapis. Ach! Słowa są pisane odwróconym sposobem!

- Sztuczka dla kmiotków! - pouczał pan Gąsowski. - Byli jednak i geniusze, co z ostrożności używali tej dziecinnej metody. Pismo Leonarda da Vinci trzeba odczytywać w lustrze.

- Ja mam przy sobie lusterko... - rzekła panna Wanda. - Przypadkiem...

Adaś odczytywał w nim z trudem, dodając literę do litery.

- Niech pan notuje, panie profesorze!

Wszyscy słuchali z zapartym tchem, a Adaś dyktował.

- To wszystko! - ogłosił zeskakując z krzesła.

- A cóż to znaczy? Mów prędzej, Adasiu!

- Tłumaczę dosłownie:

Znajdziesz w domu tego, co powróci wkrótce z Egiptu i nigdy nie jadał na uczcie z płaskiego talerza.

- Co takiego?! - huknął pan Gąsowski.

- Mało to dwóch zagadek, znalazła się na pociechę trzecia -

mówił zatroskany profesor. - Któż ją zdoła odgadnąć?

- Jak to: kto? - zawołała panna Wanda, niemal za zgorszeniem. - Pan Adaś!

Adaś spojrzał na nią, jakby się przed nim niebo otwarło, a ona siedziała na chmurze.

- Coraz bardziej jestem przekonany - rzekł - że napoleoński oficer niezbyt dobrze rozumiał, co czyni. Chociaż, czy ja wiem? Dotąd wszystko było na podziw ostrożne i bardzo dowcipnie ukryte. Te malowane brody wymyślił doskonale.

Musiał jednak bardzo wierzyć w domyślność swego brata, skoro go tak wodził po bezdrożach. Może być, że dla Francuza byłoby to łatwe. Ja przyznam się, że nie umiem myśleć tak lotnie. Panie profesorze, co pan myśli o tej nowej zagadce?

- Myślę, że jest ze wszystkich najtrudniejsza. Łatwiej było się domyślić cytaty z Danta i przy tak wspaniałej przemyślności jak twoja odnaleźć dwie brody. Ale teraz ani w ząb!

Wielka troska jak czarny ptak przelatywała z czoła na czoło, a wszystkie były zmarszczone. Dobra pani Gąsowska nie zajmowała się jednak rozwiązaniem zagadki; ją trapiło co innego.

- Żeby tylko Adaś nie rozchorował się z wysiłku - mówiła do córki. - Mnie pękłaby głowa.

- Jemu nie pęknie! - odpowiedziała panna Wanda w zamyśleniu i nagle nie zapowiedziawszy "wielkiej sceny" rzuciła się matce na szyję. - Och, mamusiu, mamusiu! - szeptała równocześnie gorąco i łzawo.

- Co ci się stało, moje dziecko? - zdumiała się matka. - Czy

to przypadkiem nie z żołądka?

Nie było to jednak z żołądka, tylko z serca, na co medycyna nie zna lekarstwa. Adaś byłby to przejrzał w jednej chwili. Adaś był jednak całkowicie stracony dla świata. Przyczaił się

w jakimś ciemnym kącie i zapadł się w siebie.

- Adaś rozmyśla! - ogłosił Staszek szeptem całemu domowi.

- Nie przeszkadzajmy mu!

- Chyba mój brat mu przeszkodzi - odrzekł profesor. - Nie widziałeś gdzie mojego brata?

- Jest u siebie... Słyszałem, jak pan Gąsowski zamykał drzwi na klucz.

"O, to niedobrze!" - pomyślał pan profesor.

Zaniepokojony, że na "byłego matematyka" nowe padło opętanie, pośpieszył czym prędzej i nasłuchiwał chwilę pod drzwiami. Usłyszał plusk wody, co go niepomiernie zdumiało. Zastukał i pytał:

- Co ty tam wyprawiasz, Iwonie? Kąpiesz się?

- Zostawcie mnie w spokoju! - zagrzmiało spoza drzwi. - Robię to, co mi się podoba.

Profesor wzruszył ramionami i wałęsał się aż do obiadowej pory. Gdy wszedł do jadalni, zakrzyknął i cofnął się: za stołem

siedział jego brat, lecz jakże odmieniony. Quantum mutatus! 16 Przed kilkoma godzinami czarna, kruczoczarna jeszcze broda osiwiała, chociaż snuły się po niej brunatne pasma, których nie można było usunąć naprędce.

- I cóż cię tak dziwi? - dawnym basem rzekł pan Gąsowski, głosu bowiem odmienić nie zdołał. - Znudziło mi się być czarnym, więc posiwiałem. "Malowane" brody dobre są do zagadek.

- Ja się nie dziwię! - rzekł dobrotliwie profesor. - Ja się cieszę... Jesteś bardzo przystojnym człowiekiem, mój stary!

- Stary? To za wiele powiedziane...

- Nie w tym sensie, nie w tym sensie! - zaśmiał się brat.

Bohaterski czyn pana Gąsowskiego zdumiał wszystkich prócz Adasia. Zdawało się, że Adaś jest nieprzytomny. Jadł nie wiedząc, co je, i nie zauważył, że pokaźna mucha, znudzona życiem, rzuciła się do jego zupy, aby umrzeć. Adaś zjadł zupę, zjadł muchę i patrzył przed siebie szklanym wzrokiem. Gdy postawiono przed nim płaski talerz, przyjrzał mu się z obudzoną nagle ciekawością.

-"...Nigdy nie jadał na uczcie z płaskiego talerza..." - gadał sam do siebie. - Panie profesorze! - rzekł głośno. - Coś mi świta...

- Ejże! - uradował się profesor.

- Kto nie jadł na uczcie z płaskiego talerza?

- Zabij mnie...

- Lis zaprosił raz na ucztę bociana...

- I dał mu jedzenie na talerzu! - krzyknął profesor.

- Lis nie mógł jeść z flaszki, a bocian z talerza. Bocian!

- Tak mi się zdaje...A kto "wkrótce powróci z Egiptu"? - Panie profesorze! Francuzi przyszli do Bejgoły wśród zimy... Siedzieli tu długi czas... Zbliżała się wiosna... Bociany wracają z Egiptu... Jeszcze nie powróciły, ale kiedy oficer malował swoje znaki na brodzie, miały powrócić lada chwila... "Znajdziesz w domu tego..."

- Dokąd pędzisz, Piotrusiu?

Adaś chwycił widelec, wybiegł z pokoju, a wszyscy za nim. On przez drzwi, oni za nim. On na zajazd przed domem, oni za nim.

Na twarzy miał czerwone wypieki, a oczy błyszczące.

- Oto jest dom tego, co nie jadł nigdy z płaskiego talerza! - wolał wymachując widelcem.

Wśród gęstych zarośli sterczał odwieczny dąb, strzaskany kiedyś przez piorun; pozostał po nim jedynie niewysoki, gruby pień, potężny i nieozdobny jak dorycka kolumna. Na jej ściętym szczycie umieszczono koło od wozu na bocianie gniazdo.

- Jak długo pamięta pan to gniazdo, panie profesorze? - pytał Adaś gorączkowo.

- Od najwcześniejszych moich dni... To gniazdo było tutaj zawsze... W tej chwili jest puste, bo małe brodzą już po łąkach. Więc ty myślisz?

- Nie może być inaczej!

Odwrócił się szybko i wskazał ręką.

- Patrzcie, państwo! Ten pień sterczy naprzeciwko okien bawialni. Oficer leżący na łóżku i rozmyślający nad wyborem schowka patrzył przez okna przez długie zapewne godziny... Dojrzał to gniazdo...Wtedy niewątpliwie zrodził się w jego głowie ten pomysł. Musi wyjść z domu potajemnie ze swoim ciężarem. Do lasu by może nie doszedł, bo ma nogi obolałe, a to gniazdo jest blisko. Może się uda... Dokoła pnia rosną chaszcze, nikt tu nie zachodzi... I udało mu się. Panie profesorze! Jestem najpewniejszy, że znaleźliśmy schowek, najzupełniej pewny!

- Drabinę! Dawajcie prędko drabinę! - wołał siwobrody pan Gąsowski.

Adaś powstrzymał go ruchem ręki.

- Wydaje mi się, że drabina będzie niepotrzebna...

- Gniazdo jest dość wysoko...

- Tak. Skoro jednak nam potrzebna by była drabina, nie mógłby się bez niej obejść i oficer. Ksiądz Koszyczek pisze, że oficer nie chodził, lecz że się niemal czołgał. Jakże by mógł przywlec gdzieś z daleka ciężką drabinę i jakże by mógł wleźć na nią z ciężarem? Nie! Oficer nie wchodził na drabinę - mówił Adaś bardzo powoli, pilnie oglądając pień dębu. - A jeżeli nie wchodził na drabinę, a tutaj wybrał schowek, wynalazł zapewne taki, do którego mógł łatwo sięgnąć ręką. Co to jest? - zapytał wskazując palcem.

- To ja kazałam zamazać gliną - rzekła pani Gąsowska. - Był otwór w pniu.

- Otwór w pniu? Więc pień jest albo zmurszały, albo go piorun wypalił. Staszek, masz nóż?

Pożyteczne harcerskie narzędzie: fiński nóż, łatwo wykruszyło zaschłą na słońcu glinę.

Adaś obnażył ramię i wetknął je w otwór. Grzebał długo palcami w rozkruszonym na miał miąższu drzewa. Przymknął

oczy, jakby spojrzenie ich zagłębił w ciemną czeluść.

- Jest! - wyrzekł zdławionym głosem.

Z trudem dobywał coś, co było ciężkie, z trudem przesunął przez otwór skórzany mieszek, oblepiony zbutwiałym próchnem.

- Oddaję to w ręce pani - rzekł głosem bardzo zmęczonym.

Pan Gąsowski pochwycił porzucony na ziemi nóż i rozdarł nim skórę mieszka.

- Och, och! - wykrzyknął.

W słońcu zamigotały siedmioma kolorami diamenty i ciemną czerwienią błysnęły wielkie rubiny.

Wszyscy patrzyli w zalękłym milczeniu.

- Setki tysięcy ludzi zginęło dla takiego jak ten łupu - rzekł po chwili bardzo cicho profesor. - Te rubiny nasycone są ludzką krwią...

Adaś, niezwykle znużony, nie patrzył na te bogactwa, co były jak stężałe łzy. I panna Wanda zaledwie rzuciła na nie okiem. Dwie młode istoty patrzyły sobie w oczy i nagle zaczęły się uśmiechać ku sobie radośnie. Oczy fiołkowe pełne były blasków.

"Fiołki są piękniejsze od wszystkich diamentów świata! - pomyślał Adaś. - A czyste serce czerwieńsze od wszystkich rubinów..."

Był to bowiem chłopak mądry i bardzo przenikliwy.



 

Dodaj do swoich materiałów