+ Pokaż spis treści

Jan Kasprowicz

Biblioteka
[-]

Jan Kasprowicz - Wybór poezji


Z chałupy


I

Chaty rzędem na piaszczystych wzgórkach;
Za chatami krępy sad wiśniowy;
Wierzby siwe poschylały głowy
Przy stodołach, przy niskich obórkach.

Płot się wali; piołun na podwórkach;
Tu rżą konie, ryczą chude krowy,
Tam się zwija dziewek wieniec zdrowy
W kraśnych chustkach, w koralowych sznurkach.

Szare chaty! nędzne chłopskie chaty!
Jak się z wami zrosło moje życie,
Jak wy, proste, jak wy, bez rozkoszy...

Dziś wy dla mnie wspomnień skarb bogaty,
Ale wspomnień, co łzawią obficie -
Hej! czy przyjdzie czas, co łzy te spłoszy?!...

Poezje 1888


II

Tam, za wioską - weź, Ojcze nasz, dzięki! -
Jak pszeniczne kołyszą się ławy!
Żyto, jęczmień i owies złotawy
Jak zginają ziarniste swe pęki!

Wiatr od pola się rozgrał - czyż w jęki? -
Z dróg się mgliste podnoszą kurzawy;
Nad drogami, śród pokrzyw i trawy,
Skrzypią krzyże, godła łez i męki.

O Ty Boże! o Chryste! o Panie!
Płonny owoc ta ziemia nam płodzi -
Tłuste kłosy, bo tłuste uprawy:

Nie na darmo ten wiatr tak zawodzi
I tak smętne poszumy na łanie -
Tu kłos każdy to chłopski pot krwawy.

                                                Poezje 1888




W chałupie

W okna chałupy, zwrócone
Ku chmurnej stronie zachodu,
Bije i bije szaruga.
A kropla deszczu za kroplą
Wsiąka przez szybę stłuczoną,
Którą zapchano szmatami.
Snadź to ostatki sukmany,
Bo skrawek, zewnątrz wiszący,
Tedy owedy drucianym
O szkło zaskrzypi haczykiem.
Wicher szparami wciąż wieje,
Że liść geranii i laku,
Co w poszczerbionych doniczkach
Na zgniłej stoją poręczy,
Gnie się i razem z szarugą,
Ze skrawkiem starej sukmany
I z kroplą deszczu, sączącą
Zlewa swe dreszcze w dysonans
Nędzy.

Na stole, w łyżce blaszanej
Podpartej cegły odłamem,
Pali się knotek, zasycan
Kawałkiem świeżej okrasy,
I rzuca mdławe światełko
W zmrok zadymionej izdebki.
W kącie, przy ścianie zapadłej,
Na butwiejącej przyciesi
Łyżnik o barwie brunatnej
I o zębatej fasadzie:
Na nim talerze gliniane,
Dzbanek i garnki z żelaza,
W połowie sadzą pokryte.
Na ziemi woda we wiadrze
O zardzewiałych obręczach
I drwa, rąbane na jutro,
Tworzą z łyżnikiem i knotkiem,
Z garnkiem i miską dysonans
Nędzy.

Na ławie, wąskiej a długiej,
O nogach górą zwężonych,
Ślady spożytej wieczerzy:
Kartofel łokciem zgnieciony,
Szare łupiny, solnica
I na dnie misy czerwonej
Resztki zgęstniałej polewki.
W małym piecyku żelaznym
Tleją się jeszcze iskierki,
Przez szpary kręgów złocistym
Zabłysną czasem promykiem
I żółte światło poleją
Na mąką zaschły żurownik
I na zmoczone pończochy,
Które się suszą u brzegu.
Oto je podmuch w tej chwili
Rozszerzył w język płomienny,
Gwiżdżąc w kominie dysonans
Nędzy.

Przy piecu starsza kobieta:
Włos czarny, krótko ucięty,
Zza błękitnego zawoju
Na skroń się białą wysuwa,
Powieki na dół spuszczone,
Broda na piersi obwisła
I ręce skryte pod fartuch.
Tedy owedy, gdy wicher
Głośniej zadzwoni o szyby,
Budzi się z drzemki i oko
To rzuci ku drzwiom zamkniętym,
To znów, gdy słoma zachrzęści,
Błyśnie z ukosa w kąt izby,
Aż czoło w fałdy się zwęża.
Oko niebieskie, ostatnią
Paląc się jeszcze pięknością,
Tworzy z tołubem wybladłym
I z lic bruzdami dysonans
Nędzy.

Pod strzępem kołdry, na słomie,
Zasłanej zgrzebnym płachciskiem,
Szesnastoletnia śpi dziewka,
Łokieć wsunęła pod głowę,
Że aż koszula opadła
Z wypełniającej się piersi.
Ze stołu spływa żółtawy
Tłuszczowej lampy promyczek
I koralowe policzki
Okrasza jeszcze różowiej .
Czasem się w lekkim uśmiechu
Rozszerzą wargi czerwone:
Śni o paniczu z fabryki,
Co ją ukradkiem pochwycił
I udo przycisnął kolanem.
Patrzaj! ten uśmiech i sen jej,
I pierś namiętnie wydęta
Łączą się w smutny dysonans
Nędzy.





Krzak dzikiej róży w ciemnych smreczynach


                  I

W ciemnosmreczyńskich skał zwaliska,
Gdzie pawiookie drzemią stawy,
Krzak dzikiej róży pąs swój krwawy
Na plamy szarych złomów ciska.

U stóp mu bujne rosną trawy,
Bokiem się piętrzy turnia śliska,
Kosodrzewiny wężowiska
Poobszywały głaźne ławy...

Samotny, senny, zadumany,
Skronie do zimnej tuli ściany,
Jakby się lękał tchnienia burzy.

Cisza... O liście wiatr nie trąca,
A tylko limba próchniejąca
Spoczywa obok krzaku róży.

                  II

Słońce w niebieskim lśni krysztale,
Światłością stały się granity,
Ciemnosmreczyński las spowity
W bladobłękitne, wiewne fale.

Szumna siklawa mknie po skale,
Pas rozwijając srebrnolity,
A przez mgły idą, przez błękity,
Jakby wzdychania, jakby żale.

W skrytych załomach, w cichym schronie,
Między graniami w słońcu płonie,
Zatopion w szum, krzak dzikiej róży...

Do ścian się tuli, jakby we śnie,
A obok limbę toczą pleśnie,
Limbę, zwaloną tchnieniem burzy.

                  III

Lęki! wzdychania! rozżalenia,
Przenikające nieświadomy
Bezmiar powietrza!... Hen! na złomy,
Na blaski turnie, na ich cienia

Stado się kozic rozprzestrzenia;
Nadziemskich lotów ptak łakomy
Rozwija skrzydeł swych ogromy,
Świstak gdzieś świszcze spod kamienia.

A między zielska i wykroty,
Jak lęk, jak żal, jak dech tęsknoty,
Wtulił się krzak tej dzikiej róży.

Przy nim, ofiara ach! zamieci,
Czerwonym próchnem limba świeci,
Na wznak rzucona świstem burzy...

                  IV

O rozżalenia! o wzdychania!
O tajemnicze, dziwne lęki!...
Ziół zapachniały świeże pęki
Od niw liptowskich, od Krywania.

W dali echowe słychać grania:
Jakby nie z tego świata dźwięki
Płyną po rosie, co hal miękki
Aksamit w wilgną biel osłania.

W seledyn stroją się niebiosy,
Wilgotna biel wieczornej rosy
Błyszczy na kwieciu dzikiej róży.

A cichy powiew krople strąca
Na limbę, co tam próchniejąca
Leży, zwalona wiewem burzy..

                                                Krzak dzikiej róży.Poezje 1898




Dies irae


Trąba dziwny dźwięk rozsieje,

ogień skrzepnie, blask ściemnieje,

w proch powrócą światów dzieje.

Z drzew wieczności spadną liście na

Sędziego straszne przyjście,

by świadectwo dać Psalmiście...


A ty, psalmisto Pański, nastrój harfę swoją

już na ostatni ton!


Grzech krwią czarną duszę plami...

Bez obrońcy staniem sami -

któż zlituje się nad nami?


Kyrie elejson!...

O Boże! Ty bądź naszą łaską i obroną!

Kyrie elejson!


O Głowo, owinięta cierniową koroną,

gasnącym wieki wieków spojrzyj na nas okiem!

O spojrzyj na nas z tej głuszy,

która swym tchnieniem głębokiem

ogarnia światów bezmiary,

a którą ty wypełniasz swych bólów ogromem,

o Głowo, owinięta cierniową koroną.

Żałobna drogo nieochybnej kary,

broczącej we łzach i przy jęków wtórze

w ten pozbawiony końca

Pańskiego gniewu dzień,

w którym w pożarach spokojnego słońca

szatańskim chichotem płoną

świeże, niezwiędłe róże

grzechu i winy!


Na ich purpurze

osiadł posępny i siny

tej Konieczności cień,

z której przepastnej głębiny,

z łona, pełnego niweczących tchnień,

nad boskiej woli złomem

wyrosły zabójcze kwiaty

w Pańskiego gniewu nieskończony dzień...


A Ewa jasnowłosa, matka gwiazd i ziemi,

upaja się ich wonią, schylona nad niemi.

Kyrie elejson!

Przez ciebie w proch nicości wracają Twe światy,

o Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!


Od twego drzewa oderwany liść,

pędzi duch ludzki i naprzód, i wstecz,

niby garść kurzu, porwana cyklonem:

przed nim i za nim płomienisty miecz

iskrzy się ostrzem czerwonem;

przed nim i za nim wstają z swych cmentarzy

upiory wieków, naznaczone sromem

winy i grzechu,

i klną, i bluźnią, i płaczą,

jęczą i syczą, i dyszą

nieustającą rozpaczą,

od szaleńczego zamierają śmiechu

w ten Pańskich gniewów nieskończony dzień...


O Głowo, owinięta cierniową koroną,

Ty, co rozpierasz swej męki ogromem

pierś Konieczności! O Głowo,

której źrenice, jako dwie pochodnie

dogasające, płoną

nad krętą, pustą, nieskończoną drogą

i gasną, gasną, a zgasnąć nie mogą,

zawrzyj, swe oczy nad nami,

nie patrz na boleść i zbrodnię!...


Jedno jest tylko w przestworzach widomem,

jedno w zachodniej płomienieje zorzy

nad płomiennymi falami

wiekuistego Żywota

i nigdy w ciemnię grobu się nie złoży,

i nigdy ciężkich stóp swych nie poruszy,

by iść i iść, i iść

poza granice duszy -

jedno jest tylko Jednem,

grzmiącym miedzianą surmą archanioła

ponad pokoleń pokoleniem biednem

w Pańskiego gniewu nieskończony dzień:

wielki, wszechmocny Ból.


O Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

Niech łaska Twoja winy nam odpuści...

A ty swe skronie tul

do zimnych opok, do strzaskanych grani,

do sterczących smutnie nad gardłem czeluści,

i płacz...


Surma jęczy, surma woła!

Giną w chmurach wirchów czoła;

wałem mżących mgieł dokoła

nieznany oddech miota,

jakieś potworne, dzikie kształty tworzy

i po dolinach rozpędza ich stada,

i znów je skupia w przepastnej otchłani,

i ku niebiosom wyrzuca ich kłąb,

i w jakieś czarne rozsnuwa całuny

ten niewidzialny, dreszcz budzący Tkacz,

i ciężką, mokrą tą przędzą pokrywa

wszystko, co jest...

O biada!...


Biada!... Pierś światów, przed chwilą tak żywa,

kona pod strasznym ciężarem...

Olbrzymy świerków padają strzaskane;

las się położył na skalisty zrąb;

węże kosówek, wyprężywszy ciała

w kurczach śmiertelnych, drętwieją bezwładne;

wrzos na granitów podścielisku szarem

spełznął na wieki;

kozice stromą oblepiły ścianę

i patrząc trwożnie w bezmierny, daleki,

w ten nieskończony chaos mgieł i cieni,

runęły w żlebny grób...

Rozkrzyżuj silne ramiona

i paznokciami wpij się w twardy głaz,

i odwróć oczy od onej przestrzeni,

w której rozsadza horyzontów krańce

ta Głowa, w cierń uwieńczona!


Nie patrz, gdzie siadła jasnowłosa Ewa,

wygnana z raju na wieczysty czas,

mająca zbrodnię u swych białych stóp,

wieczyście żarta płomienistą żądzą

winy i grzechu...

O duszo, pełna miłości,

a którą nieustanne szarpią niepokoje!

Pańskiego gniewu zwalił się już dzień!

Trombita Sądu nad tobą rozbrzmiewa

piorunną mocą archanielskich tchnień

w Pańskiego gniewu nieskończony dzień...


Niechaj mnie sądzą,

niechaj mnie karzą -

tak, mnie, Adama, com na barki swoje

zabrał z Ogrodu to nadludzkie brzemię

przygniatającej winy

i wieki wieków pnę się z tym ciężarem

ku wiekuistej wyży,

i zbladłą nie śmiem odwrócić się twarzą

tam, ku tym zmrokom, co zaległy ziemię,

tam, ku piekielnej przełęczy,

na której siadła jasnowłosa Ewa

z padalcem grzechu u swych białych stóp...


Miliardy krzyży,

opromienione okręgami tęczy,

z padolnych Styksów powstają głębiny

w Pańskiego gniewu nieskończony dzień

i rosną, rosną w jakiś straszny las,

co wierzchołkami swych bolesnych drzew

przeszywa wszystkie mgły

i wszystkie blaski, które lśnią nad mgłami,

wypływające z Wszechmocy Istnienia.


O Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

Twojego gniewu nadszedł wielki czas,

głos już zagrzmiał hiobowy,

niebios walą się posowy,

z owiniętej cierniem Głowy

rzeką i morzem płynie ciepła krew,

w rzekę i morze krwi jej ból się zmienia...


W świątyni bożej zamilkł święty śpiew,

już się zasłona rozdarła na dwoje,

mur się już wali i skała już pęka...

A krew w tych morzach, w tych czerwonych rzekach,

ścięła się w ciemny lód...


Kyrie elejson!


Ogromna, niesłychana, wiekuista męka,

z nie przygasłymi oczyma,

milcząca, cicha i jak zmierzch pobladła,

na wklęsłych skroniach siadła,

na wpółotwartych powiekach

i na wydętych piersiach tych olbrzymich ciał,

które do krzyży przybiła

nielitościwa Dłoń...

W kleszczach je swoich trzyma,

wpija się w kąty ust,

ramiona w kabłąk gnie

dręcząca wieki niezmożona siła

i jak śmiertelny szał,

zastygły, skamieniały w godzinie konania,

swoim ciężarem się wgniata

w zwiędłe, z przepasek odsłonięte brzuchy

i biodra spłaszcza, kolana rozsuwa

i pokrzywione, czarne palce nóg,

pokrytych siecią fioletowych żył,

w zamarłych karczach wydłuża...

O grozo świata!

O widma, płynące w dal! -

W ten przestwór ślepy i głuchy,

w wilgotny, mgławy pył,

w te ciemne wnętrza bezsłonecznych brył -

w potworne gmachy nadszczytowych chmur!


Jeszcze nie zapiał kur,

a na piekielnej przełęczy,

nad dnem Styksowych otchłani,

siedzi pod złomem niebotycznej grani

pramatka Grzechu, jasnowłosa Ewa,

z gadziną zdrady u swych białych stóp.


Kyrie elejson!

Straszny przed nami otworzyłeś grób...

I płyną, płyną te milczące krzyże

razem z ruchomym, wielkim trzęsawiskiem,

które swą rdzawą kałużą oblewa

męczeńskie drzewa.

Wszystko, co było dalekiem i bliskiem,

co opadało w niedojrzaną głąb

i w niedojrzane wznosiło się wyże,

teraz tym wielkim, grząskim bagnem płynie

w Pańskiego gniewu ostatniej godzinie...

Kyrie elejson!

Światy pochłania nieprzebyty muł,

światy, od bożych odepchnięte bram.


A spod korzeni jadowitych ziół,

spod kęp sitowia i trzciny, i traw,

z rowów, przepadlisk, wądolców i jam,

pokrytych opałowym szkliwem zgniłych wód,

zaczyna wypełzywać żmij skłębiony płód:

czarne pijawki, zielone jaszczury

wiją się naprzód wpław

i oplatają kręgami śliskiemi

męczeńskich krzyży smutne miliardy,

z bagnistej wyrosłe ziemi,

zapadłe w bagnisty kał...


I oto głowy swoje, dziwne, ludzkie głowy,

świecące trupim tłuszczem zżółkłych, łysych czół,

o szczękach otulonych kłębem czarnych bród,

kładą na łonach tych pomarłych ciał...

I skośne, mętne oczy podnoszą do góry

ku ich schylonym skroniom...

I biodra opasawszy w lubieżnym uścisku,

zwilgotniałymi usty

szepczą im słowa rozpusty...


O Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

W królestwie Śmierci staje nagi szał.

W niedoścignionym błysku

tchnienie żywota przenika

to, co od wieków zagasło...

W Pańskiego gniewu ostatniej godzinie

krew świeża płynie

z odrywających się od krzyży rąk,

z odrywających się od krzyży nóg...

I Głowa, owinięta cierniową koroną,

ta Głowa, która przestwór wypełnia bezbrzeżny,

podnosi ciężkie powieki i patrzy...


Jakaż to orgia dzika!

Jakiż to chaos mąk!

Kyrie elejson!

Idą na się zmartwychwstali,

ogniem wojny świat się pali,

tłumy w krwawej brodzą fali!

Adamie potępiony, zwróć się z strasznych dróg!

Zawiśnij na swym krzyżu, sterczącym w niebiosa,

i nie patrz, gdzie w spokoju Ewa jasnowłosa,

piekielny zająwszy próg,

do rozpustnego przytula się gada!

O biada! -


Idą na się zmartwychwstali -

w oku mściwy skrzy się gniew,

rozpaczy kurcz wypręża rozchylone wargi,

kroplisty pot oblewa policzki zapadłe,

kudły włosów zlepia gęsta krew.

Z wyciem hyjen, z rykiem lwów,

z psów szczekaniem, z rżeniem koni,

które cugli nie zaznały,

łkając, jęcząc, grożąc, klnąc,

poszarpane miecąc skargi,

pędzi tuman ludzkich żądz.


Ten upada, ten się broni,

temu dłoń ścisnęła krtań,

ten się w swojego brata paznokciami wrył,

a tamten zęby szczerzy, poszarpawszy ramię,

a ten olbrzyma ręką pochwycił dwie nogi

i rozdarł na dwie szczypy tułów Heraklowy,

i w ciemną rzucił bezdeń, w Sądu straszną noc...

A z parą szklanych, martwych kul,

rozsadzających oczodoły,

biegnie bez końca, bez końca, bez końca,

gnając przed sobą bratobójczy huf,

niemy i głuchy Strach...


Zakryj błędne źrenice, ścigany Adamie!

Nad tobą tam! u szczytu

złocistowłosa Ewa!

Jej grzechu ciężar zgniótł cię, stanąłeś w pół drogi!

Zakryj błędne źrenice i na wieki wieków

rzuć się w przepastny żleb!...


Enoch i Eliasz z proroczymi księgi

przyszli obwieścić szalonemu światu

Pańskiego gniewu moc.

Lecz nim zdołali rozedrzeć swój płaszcz,

nim głos wytrysnął z przepełnionych łon,

padli w zamęcie spadających gwiazd,

zgaśli jak słońca,

na to wzniecone w przedpoczątkach bytu,

ażeby zgasły... Amen.



Szum się wielki stał dokoła,

kiedy surma archanioła

na Ostatni Sąd zawoła.

Głos rozlega się ponury,

jak grzmot leci złotopióry,

z dolinami równa góry.

Drży strwożona światów dusza,

a on głębie mórz wysusza.

kości wieków w grobach rusza.

Gwiazdy z orbit wytrąciła

archanielskiej trąby siła,

już rozwarła się mogiła.

Idą na się zmartwychwstali,

ogniem buntu świat się pali,

tłumy w krwawej broczą fali.

Z wyciem hyjen, z rykiem lwów,

łkając, jęcząc, grożąc, klnąc,

pędzi tuman ludzkich żądz...


A On,

potężne Łono przepotężnych łon,

Jasność jasności,

Zmrok zmroków,

Łaska łask i gniewów Gniew,

stanął nad skonem Żywota

i rękę położywszy na głowie Boleści,

na niezmierzonej, cierniem opasanej Głowie,

wypełniającej wszechświatów przestwory,

rozpoczął Sąd.

Biją pioruny,

a nad pioruny idzie Jego zew!

Ogrom bytu błyskawic wszystkich nie pomieści,

a Jego światłość złota

strzela nad pełnię, nad ogniste łuny

błyskawicowych potoków...


Czym jestem wobec Ciebie, ja, com z rajskich włości

zabrał z sobą, wygnaniec, tę łamiącą winę

i teraz ginę,

od Wschodu do Zachodu tułacz nieszczęśliwy,

pod nieuchronnych wyroków

w początkach dnia i nocy wzniesionym obuchem?!

Stopę swoją złożyłeś na pokoleń grzbiecie

i sądzisz! Kyrie elejson!

Płaczów i jęków słuchasz nie słyszącym uchem

i sądzisz! Kyrie elejson!

Na mękę wieków patrzysz nie widzącym okiem

i sądzisz! Kyrie elejson!

Niewiasta z rozpaczliwym krzykiem rodzi dziecię,

Ty duszę jego grzechu oblewasz hyzopem

i sądzisz! Kyrie elejson!

Wicher idzie po rozdrożach westchnieniem głębokiem,

ku Twojej wyży

modlitwy niesie krwawe, przybite do krzyży,

Ty sądzisz! Kyrie elejson!

A kto mnie stworzył na to, ażebym w tej chwili,

odziany potępienia podartą żałobą,

kawałem kiru, zdjętym z mar Twojego świata,

wił się i czołgał przed Tobą,

i martwym, osłupiałym z przerażenia okiem

strasznego Sądu wyławiał płomienne,

świat druzgocące rozkazy?

A kto mi kazał patrzeć na te czarne głazy,

rozpadające się na gruz pod mocą

Twojego gniewu, przeraźliwy Boże -

na głazy te, gdzie straszny owoc Twego drzewa,

złocistowłosa Ewa,

do piersi pierś padalca tuli obnażoną?...


O Głowo, przepasana cierniową koroną!...

Któż się nad dolą zlituje sierocą,

nad moją dolą,

której, Boże, Twe ręce, z kajdan nie wyzwolą?

Kyrie elejson!

Patrzaj!... Kyrie elejsonl

Ona swą białą dłoń

kładzie na jego skroń -

na trupią, zapadniętą, zżółkła skroń zleniałą...

Kyrie elejsonl

I podczas gdy swe Sądy sprawiasz Ty, o morze

niewyczerpanych gniewów,

ona swym okiem patrzy w jego oczy -

omdlewającym okiem!

Kyrie elejson!

Jej nagie uda drżą,

palcami rozczesuje złoto swych warkoczy

i falą złocistych włosów

osłania jego nagość i pieści, i pieści

ustami czerwonymi bladość jego ust.

Kyrie elejson!

Wężowe jego kręgi opasują biodra

rozlubieżnionej Boleści,

a ona, wyprężywszy swe rozpustne ciało,

nienasyconym oddycha pragnieniem.

Kyrie elejson!

Na łonie jej spoczęła czarna, lśniąca broda

rozpalonego Szatana,

co świat umierający okrył swoim cieniem,

a ona,

w zbrodniczych pieszczot rozdawaniu szczodra,

zamknęła w drżące go biodra,

w nabiegłe żądzą ramiona...

Kyrie elejson!

Mą duszę pali wieczna, nie zamknięta rana!

Któż mi lekarstwo poda?

Ojcze rozpusty! Kyrie elejson.

Nic, co się stało pod sklepem niebiosów,

bez Twej się woli nie stało!

Kyrie elejson!

O źródło zdrady! Kyrie elejson!

Przyczyno grzechu

i zemsty, i rozpaczy szaleńczego śmiechu!

Kyrie elejson!


Sądź, Sprawiedliwy!

Krusz światów posady,

rozżegnij wielki pożar w tlejącej iskierce,

na popiół spal Adama oszukane serce

i płacz!

Z nim razem płacz, kamienny, lodowaty Boże!

Niech Twa surma przeraźliwa

echem płaczu się odzywa

nad pokosem Twego żniwa...


Dwujęzycznego smoka,

Szatana o trzech grzbietach zwalczył w wielkim boju

archanioł pański, Michał, i zginął w otchłani. Amen.


I stał się koniec świata... O chwilo spokoju!

Zgasł płomienny głos proroka

i wieczności noc głęboka

nieprzejrzaną jest dla oka.


A ja, wygnaniec z Raju, tułacz nieszczęśliwy,

zesłany, aby konać, na te ziemskie niwy,

i patrzeć, jak pod złomem niebotycznej grani,

usiadła matka Śmierci, Ewa jasnowłosa,

pieszcząca węża Grzechu, posyłam w niebiosa,

opadło nad wieczności tajemniczym mrokiem,

to moje wiekuiste, nieprzebrzmiałe: Amen!

Amen!


W umarłych bytów milczeniu głębokiem,

słychać jedynie Amen, moje straszne Amen.


O Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

Kyrie elejson!


Przede mną przepaść, zrodzona przez winę,

przez grzech Twój, Boże!... Ginę! ginę! ginę!

Amen.

A cóż powstanie ponad nicościami,

gdzie ongi były światy

i Ja, w chęć życia bogaty,

a dziś w umarłych postawiony rzędzie?


Niech nic nie będzie!

Amen!


Bo cóż być może, jeślim ja zaginął?...

Na wszystko mrok nicości nieprzebyty spłynął

Amen.


                                                Ginącemu światu 1902






Święty Boże, Święty Mocny


O niezgłębione, nieobjęte moce!


Skrzydłami trzepocę

jak ptak ten nocny,

któremu okiem kazano skrwawionem

patrzeć w blask słońca...


Święty Boże! Święty Mocny!

Święty a Nieśmiertelny!...


A moje skrzydła plami

krew, która cieknie bez końca.

z mojego serca...

A oko moje zachodzi mgłą,

która jest skonem

i mego serca, i duszy mej!


Niech będzie skonem i Twoim!

Święty Boże! Święty Mocny,

Święty a Nieśmiertelny,

zmiłuj się nad nami!

I niechaj łzy,

które o jasnym poranku

wiszą na kłosach wypoczętych zbóż

lub szkliwa pianą okrywają kępy

w sen otulonych traw,

zmienią się w głośne skargi

i bez ustanku

płyną do Twoich zórz...


Niechaj rozszarpią na strzępy,

na krwawe szmaty

łuny świtowe, powstałe nad ziemią,

gdzie ból i rozpacz drzemią,

ogromne, przez Szatana zapłodnione światy,

a może przez Ciebie,

o Święty, Nieśmiertelny, Święty, Mocny Boże!


Dlaczego moje li wargi

mają wyrzucać krwawą pieśń?!

Płacz ze mną!

Dlaczego sam mam iść w tę przestrzeń ciemną,

choć żar południa pali się w przestworze?...

Dlaczego sam mam wlec się na rozdroże,

ku tym pochyłym krzyżom,

którym na czarne ramiona

kracząca siada wrona

i dziobem zmarłe rozsypuje próchno?


Niech głuche żale nie głuchną!...


Idź ze mną!


Zrzuć z Siebie, Ojcze, nietykalne blaski!

Zgarnij ze Siebie tę bożą,

tę władającą moc, co nad wiekami

nieugaszoną płomienieje zorzą

i światłość daje światom,

i światy w swoim ogniu na popioły trawi!

Stań się tak lichy jak ja, i skulony,

i doczesności okryty łachmanem,

wlecz się nieszczęsnym łanem

za kluczem w dal przymgloną ciągnących żurawi,

ku cichej, na rozstajach kopanej mogile

zapomnianego człowieka!

Albo w swej całej, wiekuistej sile,

w całej potędze wszechmocnego bytu,

stań przy mym boku

i duszę moją rozszerz do Swego bezmiaru,

i oczy moje, w smutku zapatrzone strony,

rozewrzyj, królu globów pełnych żalu,

do nieobjętych orbit,

i wlecz się, wlecz się ze mną na samotne pola,

ku tym ostami porosłym przydrożom,

gdzie, kurzem obsypana, ślepa siadła Dola...


A wiatr rozwiewa jej włosy

i żwir jej w puste sypie oczodoły,

a słońce, rozpaliwszy bezdenne niebiosy,

pali jej żółte, pomarszczone skronie

i po policzkach leje strumień żaru,

w bezdźwięczną skórę piersi wysuszone zmienia

i wargi jej roztwiera, daremnie łaknące

ach! rzeźwiącego zbawienia.

A dzwon się rozlega,

z jękiem się czołga po spalonej łące,

z płaczem się wznosi nad umarłe błonia,

łkaniem wyschnięte chce poruszyć wody

i zrozpaczony zamilka u brzega,

i znów się zrywa, i jęczy, i płacze,

i łka, i płynie, i płynie, i płynie

w tej rozpłakanej godzinie...

A jako widna ta ziemia, wspaniała

wielką godziną konania,

nie pogrzebione wokół leżą ciała,

a ci się wloką, popędzani mocą

strasznego lęku.

A każda głowa ku ziemi się słania

każde kolano się chwieje,

a krzyże posmutniałe drżą w wychudłych ręku,

a w wietrze chorągwie trzepocą,

a w martwym, niemym słońcu gromnice się złocą,

a Śmierć przed tłumem kroczy,

wielkimi kroczy odstępami

i z śmiechem na trupich ustach

wywija kosą stalową,

połyskującą w południowym skwarze,

A nad jej głową,

jak wieniec z czarnych ziół,

rozkwitłych podmuchem żałoby,

gdzie drzemią stuleci groby,

zgłodniałych kruków krążą stada

chmurą ściemnioną

i wysunąwszy dzioby,

żądliwie chłoną

ten wiew, który idzie od ziemi -

trujący, śmiertelny wiew...

A ona, świata przebiegając smug,

kroki swe liczy na mile

i kosą zatacza łuk,

że jako zboże w dzień kośby,

tak pokolenia padają

na nieskończonym obszarze,

który jej mocy oddał się spokojny,

który jej mocy oddał się bezwiedny...


O dzwonu łkające prośby!

O szumie więdnących drzew!

O Boże, Święty Boże! Święty a Nieśmiertelny!...


A ci się wloką,

blasków słonecznych odziani powłoką.

A dzwon się rozlega

w blasków słonecznych pozłocistym pyle,

opadającym na zielska przydroży,

na melancholię okryte przecznice,

na grób samotny

zapomnianego człowieka.

Kopcie samotny grób!

Niechaj w nim kości położy

ten, który z matki żywota

wyniósł nieszczęsny los!

Nieokiełzana gnała go tęsknota

za widmem bólu,

który sam jeden

wszechmocny posiada głos,

który sam jeden rozpieśnia

duszę słabego człowieka

w natchnioną pieśń,

zapładniającą światy...

Kopcie samotny grób,

pośród krwawników kopcie i dziewanny,

u stóp

próchniejącego krzyża,

gdzie w południowy skwar

bratnie się schodzą duchy,

tłum zapomnianych mar,

i wśród spalonej usiadłszy murawy,

jęk wyrzucają głuchy

z skrwawionych łon...

A jęk ten idzie po zżętych zagonach

razem z tą pieśnią, którą jęczy dzwon -

na rżyskach rusza porzucone kłosy,

czarnymi ożyn jagodami chwieje

i wierzb płaczących srebrne czesze liście,

i szumi w wierzchach czerwonych chojarów...

Kopcie samotny grób

tam, na tej miedzy szerokiej,

gdzie rośnie łopian chropawy,

gdzie srebrne lśnią się podbiały,

gdzie aksamitna bylica

rozpierza miękkie swe kiście!

Tam, gdzie ten parów

sączy resztkami wody,

gdzie ten wądolec ospały,

gdzie ci się wloką,

blasków słonecznych odziani powłoką,

gdzie się nad drogą kurzu wzbija słup,

kopcie samotny grób!

Gdzie ziemia pęka od żarów,

gdzie każda jej grudka

pełna jest znojów

i krwawych prób,

gdzie dzwon się rozlega,

gdzie w wietrze chorągwie trzepocą,

gdzie się gromnice złocą -

kopcie samotny grób!

Gdzie w dali pobłyskuje jezioro tęskniące,

gdzie jaskier więdnie na łące -

gdzie opuszczone mogiły -

te kopce poległych wojów

nielitościwy rozorywa pług,

rdzawe szablice wyrzucając z wnętrza,

dziś wroga zbrodniczy łup,

tam wy samotny, cichy, kopcie grób!...

Niechaj w nim kości położy

ten, który powstał z tej ziemi,

który miał w sobie jej trud,

jej tajemniczy jęk,

idący z głębin przestworzy

w południa senny skwar.

Niechaj w nim spocznie na wieki

ten, który zabrał z jej chat

żalniki łez

i czekał, kiedy przyjdzie wybawienia kres,

i z jej szumiących zbóż

zgarniał ten dziwnie przejmujący szum,

i w swoich dum

treść go zamykał, i w świat

jak wielką świętość niósł.

I żal go zdejmował,

że mu nie daną była moc,

by zmienić w tryumf te łzy;

że nie miał siły,

aby te szumy żałobne

w jakiś weselny,

w jakiś radosny hymn się rozpieśniły!

I obarczony przekleństwem najdroższych,

stanął na drodze w dzień tuczy,

jak krzew pogięty,

i z piorunami w zawody

rozpaczą grzmiał!

A burza huczy i huczy,

a chmur się kłębi wał,

a wiatr mu deszczem miecie w ślepe oczy,

a grzbiet mu drży jak brzoza wśród pustego pola,

a ślepa na przydrożu przykucnięta Dola

śmieje się dzikim śmiechem,

że się nie spotkał z echem

ten rozpaczliwy głos,

że go wchłonęły odmęty

tej burzy.

Że w tej nieśmiertelnej podróży,

w tej drodze znojnej,

na tym zsieczonym łanie

upadł bezsilny człek,

do wichru zwalił się stóp.

Kopcie samotny grób!

A Ty, o Święty,

o Nieśmiertelny,

który swym jednym oddechem

wypełniasz wieków wiek,

Ty od powietrza, głodu, ognia i wojny,

i od Szatana, który w dom przychodzi

i dusze zwodzi,

zachowaj nas. Panie!


Świat dół swój grzebie

od pierwszych dni,

a w obramieniu Trójkąta

Twe oko lśni

nad węgłem niebieskiej bramy...

A my wołamy do Ciebie,

a my wzdychamy,

Ewy nieszczęsne dzieci...

A z głuchym łoskotem

na trumnę sypią się grudki

ziemi oblanej potem,

ziemi oblanej krwią...

A naokoło zapadłe mogiły

i cicho łkające smutki

wśród trawy, co z cichym szelestem

pożółkłe liście kołysze.

A światłość wiekuista biednym ludziom świeci

w tę podróż ciemną...

Jestem!

I Ty jesteś tu ze mną!

Przerwij tę ciszę!

Niech Twoje słowo gromowe

zagrzmi nad wielkim cmentarzem!

Radosne niech głosi nadzieje!

Niech zapomniani wstaną,

a żywym niechaj życie nie będzie ponurym,

wieki kopanym dołem!

Zmiłuj się, zmiłuj nad nami!

Z kornym błagamy czołem!

Spuść Swoją łaskę na tę naszą głowę,

na oczy zmroczone łzami!

Zmiłuj się, zmiłuj nad nami!

Daj spiekłym łanom

rzeźwiący deszcz!

Nie zsyłaj gradu,

który nam zboże zsiecze, nim dojrzeje...

Nie trać naszego dobytku

w owcach i koniach!

Trzymaj z daleka pomory,

które nam biją

ostatnią krowę z obory!

Ze żyta wypleń sporysze

i chwast kąkolu

i w ręku trzymaj te chmury,

by się nie rwały

i nie topiły w ulewie

snopów na polu!

Niechaj nie płaczą stulecia!

Niech mróz spóźniony nie warzy nam kwiecia

na ledwie rozkwitłym drzewie,

na naszych wiśniach i gruszach,

na naszych starych, pochyłych jabłoniach...

I wdzięczność rozpal nam w duszach,

byśmy Twe dary godnie oceniać umieli.

O pełen kary

i przebaczenia pełny!

Chociaż ci nasze te grzechy utrudnią

stanąć nad nimi z powieką zamkniętą,

niech Twoja litość stokroć większą będzie

niżeli wszystek nasz grzech!

O Panie!

Nie daj wysychać studniom!

Niech się Szatana nie rozlega śmiech!

Na naszej grzędzie,

gdzie ciężki trud rozpoczęto,

niech trud ten żniwem się stanie!

Spraw, aby w wielkie, uroczyste święto,

w tę chwilę wesołą,

gdy na organie

i śpiewem, i kadzidłem wielbimy Twą moc

i dobroć Twoją,

nie była dla nas potrzeba

skąpić dziecinom chleba!

Chroń nas od zdrady

i daj nam tyle,

byśmy we własnej spoczęli mogile;

by nasze dzieci czy wnuki,

gdy przyjdzie im dla ojców starych kopać grób,

nie były przymuszone iść między sąsiady

i prosić o jałmużnę, ach! na cztery deski,

na prostą, białą skrzynię z naznaczonym smołą

krzyżem u głowy...

Ojcze niebieski!

Na pokropienie daj

i aby grosz był gotowy

dla dziadka proszalnego, co w gorącej wierze

ciche odmówi pacierze...

A jeśli ziaren swych łask

nie zechcesz równać strychulcem

po brzegi swej szczodrej ćwierci,

od nagłej i niespodziewanej śmierci

racz nas zachować. Panie!

I niechaj w wietrze chorągwie trzepocą,

niech się gromnice złocą,

niech blask ich płynie w ten słoneczny blask!

Pogrzebne niech zabrzmią śpiewy

nieszczęsnym dzieciom Ewy!

Padłym na znojnym łanie

niech dzwoni żałobny dzwon,

niech szumi z tej trawy szelestem...


Święty Boże! Święty Mocny!


Jestem!

Jestem i płaczę...

Biję skrzydłami,

jak ptak ten ranny,

jak ptak ten nocny,

któremu okiem kazano skrwawionym

patrzeć w blask słońca...

A u mych stóp

samotny kopią grób,

a czarna wrona,

na Bożej męki usiadłszy ramiona,

bez końca

kracze i kracze,

i dziobem zmarłe rozsypuje próchno...

A ci się wloką,

świetlistą mgieł sierpniowych odziani powłoką,

jak cienie,

do wielkiej się wloką mogiły...

Za nimi dziewanny

z piaszczystych wydm się ruszyły,

z miedz się ruszyły krwawniki,

spoza zapłoci bez się ruszył dziki,

tatarak zaszumiał w wądolcach

i z mułu otrząsnąwszy pachnące korzenie,

idzie wraz z niemi...

Z mokradeł kępy rogoży,

z przydroży

osty o żółtych kolcach,

szerokolistnę łopiany,

senne podbiały,

fioletowe szaleje,

cierniste głogi

wstały

i idą...

Liśćmi miękkiemi

wierzb zaszeleścił rząd

i w cichej, rozpaczliwej sunie się żałobie

śladem ich drogi...

Całe rżyskami zaścielone łany

oderwały się w tej dobie

od macierzystej ziemi

i niby olbrzymie ściany

wzniosły się w górę i płyną

tą wielką żalu godziną...

A Ty, o Boże!

o Nieśmiertelny!

o wieńcem blasków owity!

na niedostępnym tronie

siedzisz pomiędzy gwiazdami

i głową na złocistym spocząwszy Trójkącie,

krzyż trójramienny mając u swych nóg,

proch gwiazd w klepsydrze przesypujesz złotej

i ani spojrzysz na padolny smug!

Zmiłuj się, zmiłuj nad nami!

Słońcom naznaczasz obroty,

gasisz księżyce,

jutrznie zapalasz i zorze

i płodzisz zasiew na byty,

na pełne cierpień żywoty,

które tu muszą mrzeć,

w samotny kłaść się grób...

Zmiłuj się, zmiłuj nad nami!

O Boże!

O Mocny!

Ty się upajasz wielkością stworzenia,

po tym śmiertelnym wygonie,

Jak bedłki tak jarmużu syty ginie lud.

A jako ryczący lew

Szatan po ziemi tej krąży,

na pokolenia

zarzuca zdradną sieć,

w synu na ojca zapalczywość budzi,

wynaturzony gniew,

że syn przed ojcem zamyka swój dom!

Bratu na brata wciska krwawy nóż,

a nasze siostry i żony

na straszny rzuca srom...

Podpala nasze stodoły

z garstką zwiezionych świeżo zbóż,

mordy narodów wszczyna i pożogę

sieje na miasta i wsi,

i przekleństwami znaczy swoją drogę...

O zniszczeń dymiące dni!

A my, ten ród potępiony,

krzyże ująwszy w dłonie

i zblakłe w krwawym pochodzie,

trupimi piszczelami znaczone chorągwie,

idziem o głodzie

a pośród nas tu głód!

w ten znojny,

w ten nieszczęśliwy czas,

w którym konają wieki

i wraz się rodzą nowe

na cięższą jeszcze niedolę -

idziemy, biedną pochyliwszy głowę,

jak ten zsieczony las -

idziemy, a kres tak daleki!

A lęk niespokojny

biczem popędza nas

i dech zapiera wśród łon...

A naokoło rozlega się dzwon,

na to cmentarne przelewa się pole,

na te wyschnięte rzeki,

w chojary żałobą swą godzi,

że te się kładą na piaszczystym łanie...

A pierś nasza łka,

a w oku błyszczy łza,

a ptak ciężko ranny

uderza w skrzydła krwią ociekające,

a jaskier więdnie na łące,

a z nami idą dziewanny

i krwawnik, i wodne lilije,

a mór nam bydło bije,

a dom się nasz pali,

a siostra utonęła w rozplenionej fali,

a ojciec gdzieś daleko w strasznej zginął bitwie,

a Złe urąga modlitwie...

Cóż z nami się stanie!?

O Ty, łaskami hojny,

Ty, od powietrza, głodu, ognia i wojny,

od nagłej i niespodziewanej śmierci

i od Szatana, który w dom przychodzi

i dusze zwodzi,

zachowaj nas, Panie!...


Nie skłonił się jeszcze dzień,

a Szatan z moczarów łożyska,

gdzie nocą ognikami błyska,

z czeluści błota wstał

i gdy najkrótszy słońce rzuca cień

na te manowce, na te ścierniska,

pod ramię chwycił Kościotrupa

i wzrósł nad jego niebosięgłą stal -

nad Ciebie, Boże, wzrósł!...

Maszli Ty grom -

Maszli Ty chmurę w ten południa skwar,

aby z niej piorun padł

i od Szatana uwolnił ten świat?...

Wal błyskawicą, wal!

Niechaj się łamie,

niech się rozkruszy ta zdrada,

która nad życiem i nad śmiercią włada!...


. . . . . . . . . . . .


Szatanie!

Ty Kościotrupa chwyciłeś pod ramię

i nad wysokość jego ostrej kosy

wzrosłeś w niebiosy -

a grom nie pada!

Z nieukojoną żałobą

klękam przed Tobą!

Zlituj się, zlituj nad ziemią,

gdzie ból i rozpacz drzemią,

gdzie ból i rozpacz dzwonem się rozlega

i w strasznej pieśni brzmi...

Szatanie!

Kop mi samotny grób

na opuszczonym łanie,

u krzyża czarnego stóp,

pod gliny powłoką rdzawą!

A iżby nie porósł trawą,

tańcz na nim taniec piekielny

po wszystkie dni!...

A Ty, o Święty!

A Ty, o Mocny!

Ty Nieśmiertelny,

proch gwiazd przesypuj w Swej klepsydrze złotej

i płodź żywoty,

aby tak klęły jak ja;

aby płakały jak ja;

aby w szarpiącej modlitwie,

co jako dzwon ten łka,

o zmiłowanie prosiły;

aby się wlokły z gromnicami w dłoni

ku tej nieznanej ustroni,

do tej - ostatniej mogiły;

aby tak wyschły jak łza,

którą już oko me płakać nie może;

aby tak marły jak ja -

o Święty, Nieśmiertelny! Święty, Mocny Boże!


                                                Ginącemu światu 1902






Moja pieśń wieczorna


On był i myśmy byli przed początkiem -

niech imię Jego będzie pochwalone!

Razem z gwiazdami byliśmy i słońcem,

zanim się gwiazdy i słońca

jęły rozbijać w swych kołach,

zanim się stało to, co cię pożera.


O duszo, spragniona miłości,

o duszo, spragniona spokoju!

On był i ty w nim byłaś przed początkiem,

nim jeszcze miłość i spokój

stały się ogniem trawiącym,

zanim się .stały zabójczą tęsknicą

i tym kamiennym, ślepym przerażeniem...


Dzień mój przygasa -

za wielkim, niebotycznym przygasa mi szczytem,

krwawą za sobą zostawiając zorzę,

która się czepia ogniami

tych oto smreczyn i ścian poszarpanych,

zatartych śladów moich stóp.

Dzień mój przygasa, ten złoty,

ten lazurowy, ten słoneczny dzień,

w błogosławieństwie swych drogich promieni

więżący klątwę dla człeka,

dla zbłąkanego pielgrzyma.

Niech gaśnie! niech ginie!

Niech upragniony nadejdzie już wieczór

ze swoją ciszą wieczystą,

która ci mgłami szepce miesięcznymi,

że zanim miłość i spokój

stały się ogniem trawiącym,

zanim się stały zabójczą tęsknicą

i tym kamiennym, ślepym przerażeniem,

On był, i myśmy byli przed początkiem.


Błogosławioną niech będzie ta chwila,

kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy!

Kiedy od cichych pól,

od rżysk i rzecznych pobrzeży,

od przecznic i od ugorów,

od wypaczonych chat

i od tych stodół zwietrzałych

chłopięca płacze piosenka:

A grajże mi, piszczałeczko,

a grajże mi, graj!

Uliniłem cię z wierzbiny,

gdzie ten potok srebrnosiny,

gdzie ten szumny gaj!

Pani pana tam zabiła,

zieleni się, hej! mogiła,

zieleni się, hej!

A cierniste krzewię głogu

świat swój sypie po rozłogu,

s szept idzie z kniej!...

A dusza słucha i słucha...

A dzień jej przygasa,

l ona śladem tęsknicy

płynie rozlewną falą księżycową,

rosami płynie, lśniącymi na łąkach,

i wierzchołkami ukojonych drzew,

i grzbietem białych gór

ku onym dniom zapomnianym,

gdy miłość i spokój

nie były ogniem trawiącym

ani kamiennym, ślepym przerażeniem.

Przestwór się przed nią rozszerza

I przepełniony wiekuistą nocą,

topi w swych głębiach wszystko, co ją zmogło

urągowiskiem i grzechem,

i wypełnioną pokutą,

wstydu i hańby pociemniałą twarzą,

i podeptaniem świętych, bożych praw,

i krwawą zemsty pochodnią,

i bolu, bolu strasznego

tak pożądanym, a tak żrącym widmem.


Błogosławioną niech będzie ta chwila,

kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy!...

Na senne kwiaty wystąpiła rosa,

na łąk płaszczyzny, na ciemny łan zboża,

a ona siadła na brzegu jeziora

i rozmodlona patrzy w jego głębię -

i oparami wznosi się nad wielką,

nad uciszoną, rozmodloną wodą -

i słucha, i patrzy, i szepce

swoje wieczyste pacierze.

Z zapadłych wiosek płyną rozhowory,

w bagniskach dzikie obzywa się ptactwo,

a gdzieś w pustkowiu, a gdzieś na rozstaju

w samotnej chacie połyskuje światło,

a tam! z daleka cicha idzie Śmierć.

Od zórz zachodnich, w ziół zasypiających

rozkosznej woni piosnka się kołysze,

nad niemowlęcia kolebką wysnuta:

O tej radości, o tym weselu,

o tym cudownym, ukrytym zielu

zza siódmej góry, zza siódmej rzeki,

które na smutek słodkie ma leki.

O tej godzinie, co szczęście niesie,

pieśń się kołysze po krzach, po lesie,

po falach żyta pieśń się kołysze

w tę uroczystą, wieczorną ciszę,

a w ślad za pieśnią cicha kroczy Śmierć.

Wyszła z dziedziny, gdzie miłość i spokój

nie są-ci ogniem trawiącym

ani zabójczą tęsknicą,

ani kamiennym, ślepym przerażeniem,

i w świat podąża, ku onym rozstajom,

k'temu pustkowiu, ku chacie samotnej,

k'temu słabemu, czerwonemu światłu...

Ścieżyną zdąża i traktem szerokim,

po drodze zerwie jakiś kłos zielony

albo też listek topoli

i w zamyśleniu rzuci je pod nogi.

Lekkimi stopy przygnie jakąś trawkę

lub owad zdepce na miedzy,

albo swą długą, białą, przeźroczystą

zanurzy rękę w staw

i jego srebrną powierzchnię

powlecze rdzą opałową.

Czasem w tym swoim pochodzie

siądzie na chwilę pod krzyżem pochyłym

na opuszczonej mogiłce

i głowę ukrywszy w dłonie,

głębokim jękiem zapłacze,

rozlewającym się na okrąg świata,

a potem wstaje i traktem rozległym

albo miedzami idzie znów śród zbóż

k'temu pustkowiu, gdzie w chacie samotnej

czerwone, słabe połyskuje światło.

A za nią snuje się smuga

sinych oparów i mgieł,

na których ciężkim, dalekim obrzeżu

zachodnia krwawi się zorza...

Czemu nie gaśniesz, ty zorzo?...

On był i myśmy byli przed początkiem,

zanim się stało to, co nas pożera!

Czemu nie gaśniesz?!

Ach! jak się w twoich płomieniach

palą te grona jarzębin!

Jak się rozżarza ten żwir -

ten szary piasek na drodze pątniczej!

Wybaw człowieka, o Panie,

od żagwi gniewu Twojego!

Dusza ci śpiewa psalm, jak niegdyś, niegdyś -

śród koralowych jarzębin,

przy rozszumiałych, wielkich polach zbóż,

przy tajemniczych pogwarkach tych lip,

rozkołysanych Twym świętym oddechem...

Pokorna, cicha, nieskalana dusza

stoi u wrótni kościółka

i psalm Ci śpiewa, tak wieczny,

jak wieczną ona i Ty!

Na roztęczone mgławice kadzideł

kładą się dźwięki organów,

majestatyczne, cudotwórcze dźwięki,

i podpływają ku cichej, pokornej,

ku nieskalanej, ku skupionej duszy,

klęczącej u progu świątyni.

Grona jarzębin rumienią się w słońcu,

prastare lipy szumią hymn pierwotny,

przenikający głębinę jestestwa,

łan się kołysze, rozłożysty, złoty,

w oknach świergocą jaskółki,

nad poszeptami pacierzy

nieprzeliczonych pątników

białe wzlatują gołębie,

a w rozmodleniu milczącym,

na skrzydłach psalmów tak wiecznych

jak wieczna ona i Ty,

wznosi się dusza ku Tobie.

Bo gdzież jest większy Pan i król, i władca?

Gdzież moc Ci równa i równa potęga?

Sam z Siebieś powstał, majestat Twój płonie

na tym z wieczności zbudowanym tronie.

Z Siebie stworzyłeś ten przestwór bez końca

i z Siebieś w niego rzucił żar na słońca.

Istnienieś Swoje zamknął w prochu ziemi

i wichr piersiami oddycha Twojemi,

Duszę człowieka wywiodłeś ze Siebie

wraz z duszą globów świecących na niebie.

Tyś, Boże, ziarnem i kłosem, i listkiem,

Wszystko jest z Ciebie i Ty jesteś Wszystkiem,

i przez Cię Wszystko, nieśmiertelny Panie,

ma nieśmiertelne w Tobie królowanie.

Gdzież moc Ci równa? gdzież równa potęga?

Gdzież jest ten płomień, co skry Twej dosięga?

Gromem przemawiasz w łyskającej tuczy,

głos Twój morzami i wulkanem huczy,

trzęsieniem ziemi ogłasza Twe wieści

lub słodko szumi, szemrze i szeleści.

Straszliwym bywasz w Swym monarszym gniewie:

rozkwitłe pola zatapiasz w ulewie,

żagwią pożarów godzisz nam w zagrody,

bijesz dobytek i zatruwasz wody.

Lecz kto opiece Twej odda się szczerze,

tego Twa łaska od złego ustrzeże.

Bo czyjaż dobroć Twych bezmiarów sięga?

Gdzież moc Ci równa i równa potęga?...


Błogosławioną niech będzie ta chwila,

kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy,

tej nieskalanej, pokornej i cichej!...

0n był i myśmy byli przed początkiem -

chwalmy i wielbmy Jego święte imię!


Czemu nie gaśniesz, ty zorzo,

nad oceanem tych ciężkich oparów,

co pochłonęły me słońce?

Księżyc się dźwignął ponad węża gór,

osrebrza brzegi obłoków,

lśni się na rysach śnieżystych;

od wschodu pełza cicha noc,

stoki swym wielkim przytłacza spokojem,

a ty się palisz!

Stamtąd - od nizin dalekich,

usypiających poza stu wodami,

poza tysiącem dróg,

jakieś się echo przyczołguje w duszę -

Cicho!

To płacz tej dawnej, chłopięcej piosenki:

A grajże mi, piszczałeczko,

a grajże mi, graj!

Uliniłem cię z wierzbiny,

gdzie ten ruczaj srebrnosiny,

gdzie ten szumny gaj!

Ach!...

Przeoratem łan o świcie -

od pola do pola,

kąkól wyrósł w moim życie,

dolaż moja, dola!

A grajże mi, piszczałeczko,

a grajże mi, graj!...

a grajże mi, graj !...

Czemu się żagwisz?...

Niech raz już wszystko zagaśnie!

Jarzębina się rumieni,

szepcą lipy stare,

suchy piasek się podnosi - - -

Czemu nie milkniesz, ty zorzo?

Dlaczego krzykiem ognistym,

wystrzelającym z tych przepastnych szczelin

pomiędzy dwiema piekielnymi ściany,

tak mnie oślepiasz i tak mnie ogłuszasz,

że dojść nie mogę do kresu?

Dzień mój już przygasł,

a zorza jego się krwawi,

jakby się krwawić miała w nieskończoność!...

Wszystko pożera swymi płomieniami -

duszę mi pali i świat cały pali!

Z olbrzymich snopów ognia,

jakby młóconych niewidzialnym cepem,

sypią się ziarna skier

w okrąg na niebo i ziemię!

Księżyc się zajął

i w mgnieniu oka wyrósłszy

w ogromną kulę ognistą

zaczyna rwać się w kawały

i płomiennymi wali się bryłami

na cielska płonących gór,

na popiół smreków spalonych.

Płoną jeziora, sto wód się pali

i tysiąc dróg!

Z rozszalałego wnętrza ziemi

ogniem buchają wulkany,

gwiazd miliony tną błyskawicami

spieniony potop płomieni

i z hukiem

giną w czeluściach czerwonych...

Boże!

Czemu mnie karzesz?

W tych rozżarzonych stanąłeś przestworzach,

cały spłomienion, większy niż przestwory,

z krzyżem ogromnym, płomienistym w dłoni

i rozżagwiony rzucasz na mnie świat...

Karz mnie!

Bom-ci ja człowiek, który wyszedł z grzechu

i prześladowan był przez grzech - do końca l

Moja to wina!

Bo oto moja nieprawość,

mnoga jak iskry tych ogni,

przeszła granice, Panie, Twych zamiarów!

Ojcam się wyparł,

a kiedy zamknął powieki,

krzyża-m na jego grobie nie postawił,

bom go nie prosił o garść tego błota,

o nędzny żywot ten!

Moja to wina, moja wielka wina!

Matkę-m wypędził z domu, by nie jadła

strawy, porwanej większym niż ja tchórzom -

a wypędziłem ją w czas, gdy nad ziemią

przebiegał tuman nawałnic,

aby jej w drodze, w bezludnym pustkowiu,

oczy wyżarły błyskawice,

a dąb, walący się od gromu,

aby ją przygniótł swą kłodą na wieczność!

Moja to wina, moja wielka wina!

Oślepłą siostrę spotkawszy żebrzącą

u wrót wspaniałej katedry,

nie czułem tyle odwagi,

aby się dotknąć jej ręki wyschniętej

i na jej krwawe wskazując orbity,

głupim powiedzieć lwom i pustym lwicom:

Idźcie l mnie łaski waszej nie potrzeba -

to siostra moja! przy niej mi pozostać!

Moja to wina, moja wielka wina!

Psa, który zaszedł mi drogę

i z głodu zęby wyszczerzył,

i miłosierne wlepił we mnie ślepie,

kopnąłem nogą,

aż ze skowytem padł pod moim płotem!

Robaka-m zdeptał -

tysiące owadów

miażdżyłem stopą, wlokąc się przydrożem,

ażeby duszę znudzoną

orzeźwić wschodem lub zachodem słońca.

A pnąc się w górę, ku rzeźbionym grotom,

ku tajemniczym snom stalaktytowym

albo ku wirchom, skąd pycha

wygraża światu pięściami z granitu,

kazałem ścinać pachołkom

gałęzie smreków młodziutkich,

gdyż iglicami drażniły mi skronie...

Zabiłem brata,

bo mi się worał w miedzę

i naręcz owsa mi wyżął

dla swego konia -

moja to wina, moja wielka wina!

Chęć mi raz przyszła obłędna,

ażeby kopać dla siebie mogiłę,

bo mi się życie stało cmentarzyskiem,

i w tę mogiłę wtrąciłem bliźniego,

tak że oszalał między umarłymi!

Moja to wina!

Uwiodłem żonę przyjaciela -

moja to wina!

Pod próg sąsiada kazałem podrzucić

dziecko zrodzone z mego rozbestwienia.

A raz to grzech mi tak zaciemnił oczy,

żem po omacku szedł w przepastną głębię

strasznego lasu

i jadowite wyszukawszy ziele,

świat nim stłumiłem w poczęciu.

Moja to wina, moja wielka wina!

Nie karz mnie, Boże, według moich zbrodni!

W tej gniewu Twego straszliwej godzinie

świat niech się kaja, lecz niechaj nie ginie!

Wielka jest moc Twa i wielka potęga,

lecz czyjaż dobroć Twej dobroci sięga?!

Rozpalonymi namiętnością dłońmi

umiałem skazić niewinną wstydliwość,

nim się w słoneczne rozwinęła kwiecie.

Podstępnie owoc zerwałem dziewiczy,

słowem, któremu dała moc obłuda,

wielbiąc zbawienie z miłości,

a sobiem szeptał jak złodziej, co w każdym

widzi złodzieja: rwij, nim przyjdzie inny!

Za grosz kupionej rozpuście

dałem się wlec po kałużach

albo gdy przesyt wypił ze mnie krew,

jak widmom stawał u bram lupanaru

i źrenicami zmienionymi w szkło,

przez które ognia przezierał ostatek,

zazdrośniem śledził takich jak ja - trupów,

by ich rozkoszą zwątloną

podżegać w myśli mą rozkosz przymarłą.

A nieraz podłość tak mi żarła duszę,

że chcąc wypełnić jej pustkę,

małom nie szeptał błądzącym przechodniom:

Nie tymi drzwiami: tamte wam poradzę.

Moja to wina, moja wielka wina!

Związan ślubami,

które mi jarzmem się stały,

a sił nie mając otwarcie

zrzucić ze siebie tych błazeńskich dzwonków

arcykapłana domowych ołtarzy

i iść, gdzie w słońcu południa,

śród woniejących ogrodów

krwawo się złoci zakazane drzewo,

dawałem w duszy przystęp takim szeptom:

Niechajże Szatan się zjawi

i niech uwikła w sieć swojej pokusy

tę, co mi ongi była mocą szczęścia,

a dziś mnie dusi swą cnotą!

Wówczas jej krzyknę: podłaś! i już czysty

w nędznym sumieniu pójdę spełnić zdradę!

Moja to wina! moja wielka wina!

Oto jest miłość! oto jest to źródło,

z którego bije szlachetność!

Moja to wina! moja wielka wina!

Panie!

Wszystkie ja grzechy wziąłem na swe barki,

bom-ci ja człowiek, bom urodzon w bolu,

bo żal i rozpacz, i przestrach,

i wyczerpanie, i siła

są przyczynami mojego istnienia...

Spłonąłem chucią do mej własnej krwi,

do matki mojej i do córki mej!

A w noc tajemniczą,

kiedy przed moim pałacem,

wzniesionym z mgławych majaków,

przedziwne kwiaty o zbielałych oczach

rozrzechotanej Meduzy

do jakichś strasznych rozmiarów

w mżach wyrastały miesięcznych -

kiedy się księżyc skradał do mych komnat

i kładł na łoże mego wyczerpania,

wonczas mnie ze snu budziła lubieżna,

sprowadzająca warg bezwładne drgawki

i źrenic błędną gorączkę,

potworna żądza ku Twemu - zwierzęciu!

Moja to wina, moja wielka wina!

Oto jest miłość! Oto jest krynica,

z której wypływa zwycięstwo nad piekłem!

Moja to wina, moja wielka wina!

Karz mnie!

Karz mnie!

W tym rozżagwionym przestworze

masz krzyż z płomieni, większy niż ten przestwór,

więc bezlitością swych płomiennych rąk

wyciągnij członki moje do ogromu

Twojego krzyża, na którymś zawisnął

Ty sam, o Panie! ongi przed początkiem,

kiedyś się zmuszał, by spokój i miłość

przemienić w ogień trawiący

i w skamieniałe, ślepe przerażenie!

Kiedyś ze swego spokoju

i swej miłości

wydzielał słońca i gwiazdy,

by rozbijały się w swoich elipsach,

aby się stało to, co nas pożera!

Karz mnie, człowieka, co krąży po świecie

z brzemieniem winy na ugiętym grzbiecie.

Wagę masz w ręku i miecz sprawiedliwy,

z którego lecą skry na ludzkie niwy,

a pomsty Twojej płomienna potęga

od pokolenia w pokolenie sięga.

Krew nam wysusza i pożera kości

wieczysta wszechmoc Twej zapalczywości -

żadna się przed nią groza nie ostała:

Niechaj Ci za to będzie cześć i chwała

na wieki wieków, Amen, Amen, Amen!

Panie!

Kłamałem!

Zawiść i zazdrość tuliły się do mnie

zżółkłymi tony i nagością swoją

opanowawszy mą duszę,

kazały zezem patrzeć mi na sławę

i na bogactwo rodzonego brata.

Kradłem -

w kościele Twoim rozbiłem skarbonę!

Moja to wina, moja wielka wina!

A raz w czarownym, wielkim, ludnym mieście,

spiesząc ku śmierci, która czeka na mnie,

chciwie wstrzymałem krok przed stosem złota

i błyskawicą, która idzie z Ciebie -

moja to wina, moja wielka wina!

myśl mi przebiegła haniebna:

tak! wymordować czcicieli Molocha

i potem - zająć ich miejsce!

Panie!

Fałszywym byłem prorokiem

i nie umiałem powstrzymać bluźnierstwa

przeciwko Tobie, tak jak dzisiaj bluźnię!

Krzywdy-m ja bratu nie przebaczył,

choć sam krzywdziłem - jak oszust!

Pogardę niosłem tłumowi,

jego sczerniałym, spracowanym dłoniom,

jego łachmanom przesyconym potem!

Ornat na siebie kładłem i koronę

i wziąwszy jabłko do ręki i berło,

kazałem klękać przed swymi rozkazy,

jakby nie było Twego majestatu!

Moja to wina, moja wielka wina!

Okręty słałem na spienione morza,

a w bitwach, w moim wszczynanych imieniu,

tysiące kładły się we krwi swej własnej,

a wszak Ty jeden masz prawo

na życie człeka wydawać wyroki!...

Moja to wina, moja wielka wina!

Karz mnie!

Bom-ci ja człowiek skazany na karę,

bo dzień mój przygasa,

a zorza jego się krwawi

i świat się mój pali!

Bo dawno już przeszedł czas -

moja to wina, moja wielka wina -

gdzie miłość i spokój

nie były ogniem trawiącym

ani zabójczą tęsknicą,

ani kamiennym, ślepym przerażeniem...


A grajże mi, graj!...

Jarzębiny się rumienią -

suchy piasek się podnosi -

A grajże mi, graj!...


On był i myśmy byli przed początkiem,

zanim się stało to, co nas pożera...


Błogosławioną niech będzie ta chwila,

kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy!

kiedy na wieki - na wieki

gaśnie jej dzień - - -


                                                Ginacemu światu 1902





Księga ubogich
(wybór)

I


Witajcie, kochane góry,

O, witaj droga ma rzeko!

I oto znów jestem z wami,

A byłem tak daleko!


Dzielili mnie od was ludzie,

Wrzaskliwy rozgwar miasta,

I owa śmieszna cierpliwość,

Co z wyrzeczenia wyrasta.


Oddalne to są przestrzenie,

Pustkowia, bezpłodne głusze,

Przerywa je tylko tęsknota,

Co ku wam pędzi duszę.


I ona mnie wreszcie przygnała,

Że widzę was oko w oko,

Że słyszę, jak szumisz, ty wodo,

Szeroko i głęboko.


Tak! Chodzę i patrzę, i słucham -

O jakżeż tu miło! jak miło! -

I śledzę, czy coś się tu może

Od kiedyś nie zmieniło?


Nic, jeno w chacie przydrożnej

Zmarł mój przyjaciel leciwy

I uschły dwie wierzby nad rowem,

Strażniczki wiosennej niwy.


A za to świeżym się liściem

Pokryły nasze jesiony

I jaskry się złocą w trawie

Zielonej, nie pokoszonej.


A za to płyną od pola

Twórcze podmuchy wieczności,

Co śmierć na życie przetwarza

I ścieżki myśli mych prości.


Witajcie, kochane góry,

O, witaj, droga ma rzeko!

I oto znów jestem z wami,

A byłem tak daleko!


                                                Księga ubogich 1916



II


Tą samą chodzę drogą,

Ścieżkami temi samemi,

Lata mnie spędzić nie mogą

Z mej udeptanej ziemi.


Upór mój budzi zdumienie

Nawykłych do przemian oczu,

Lecz ja się wałęsać nie lenię

Po jednostajnym roztoczu.


Tą percią idący, tym skrajem

Smreczynowego lasu,

Utartym witam zwyczajem

Twórczą robotę Czasu.


Tu, patrząc na latorośle,

Na świeże gałązek końce,

Szept, bywa, ku górze poślę:

"O Tworzycielu, słońce!"


Tu, z tego miejsca, najlepiej

Śnieżyste widzę szczyty .

I jak się nad nimi sklepi

Strop niebios, błękitem kryty.


Tu spod mych stóp się wyrywa

Młodzieńcze kwiecie poziomki,

Tam leży gałąź krzywa -

Odłamał cios ją gromki.


Odłamał zeszłego lata:

Pamiętam dobrze tę burzę

I z tajemnicą świata

Chodzić się dalej nie nużę.


Nie nużę się chodzić dalej

Po jednej tej samej drodze:

Znam, czego nie poznali

Pospiesznych kroków wodze.


Ta jedna licha drzewina -

Nie trzeba dębów tysięcy! -

Z szeptom się ku mnie przegina:

"Jest Bóg i czegóż ci więcej?!"


To małę, nędzne pacholę

Prawi mi, patrząc w oczy:

"W twym jednostajnym kole

Wieczność wraz z tobą kroczy..."


Tą samą chodzę drogą,

Ścieżkami temi samemi,

Lata mnie spędzić nie mogą

Z mej udeptanej ziemi...


                                                Księga ubogich 1916



III


Nie ma tu nic szczególnego,

Żadnych tu dziwów świata:

Fundament z skalnych odłamów,

Z płazów świerkowych chata.


Przed chatą mały ogródek,

A w nim - o ludzie zmęczeni! -

Czuwa nad naszym spoczynkiem

Rząd pewnych siebie jasieni.


Rozłożył swoje korony -

O ludzie, nękani strachem! -

Nad zrębem naszego domu,

Nad domu naszego dachem...


Nie ma tu nic szczególnego...

Droga się snuje pod płotem -

Skąd ona i dokąd wiedzie,

Prawie nie myślę o tem...


Bo na cóż taka świadomość,

O ludzie, zbytnio ciekawi!? -

Poranek zeszedł nad drogą,

Droga się w blaszkach pławi!


Ach! dokąd wy tak spieszycie,

O ludzie, tęsknotą gnani?

Tu las jest, tu potok szumi,

Wyzwolon z głaźnej otchłani...


Nie ma tu nic szczególnego...

Dzwon się odezwał z wieży,

W czerwcowych omżach południa

?ąka rozkwitła leży.


Pozbywa się moje serce -

O ludzie, żyjący nadzieją! -

Wszelakiej skazy, gdy widzę,

Jak trawy śmiać się umieją.


Gdy stojąc w progach tej chaty -

O ludzie, żądni bogactwa! -

Wyciągam ręce i zgarniam

Skarby bożego władztwa...


Nie ma tu nic szczególnego...

Bo jakiż cud tu być może,

Gdzie w wieczór na górskich szczytach

Żagwią się ognie boże?


Zagasły!... Że zgasły tak prędko -

O ludzie, żywota chciwi! -

l że zagasnąć musiały,

Nikt tu się temu nie dziwi.


Z głębin tych mroków błękitnych -

Walczący z chwiejnością ludzie! -

Przypływa ku mnie dziś pewność

O cudzie i o nie-cudzie...


Nie ma tu nic szczególnego,

Żadnych tu dziwów świata:

Fundament z skalnych odłamów,

Z płazów świerkowych chata.


                                                Księga ubogich 1916



VII


Powiedz mi, powiedz,

Jaki cię ku mnie sprowadził manowiec?

Zza jakiej góry, zza jakiej rzeki

Przybyłaś tutaj, w świat mój daleki,

Pewny swej drogi wędrowiec?


Co za wyrocznie

Rzekły ci prawdę, tak dzisiaj naocznie

Zadowoloną z przynęty swojej,

Że w mego domu cichej ostoi

Znużona stopa twa spocznie?


Złóżże, me dziecię,

Sakwę podróżną, co barki ci gniecie,

I pokrzep siły czarą miłości:

Dla najprzedniejszej jest ona z gości,

Dla jednej już tylko na świecie...


A jeśli padnie

Kropla goryczy, co leży gdzieś na dnie,

Zawiedzionymi nie krzyw się usty:

Jać nie poszedłem między oszusty,

Nie chciałem ubiec cię zdradnie.


Takie są dzieje

Że i najczystsza fala, co jaśnieje

Odblaskiem nieba, ciemno się skłębi

I muł i zielsko wyrzuci z głębi,

Gdy wichr niezwykły zawieje...


Lecz po cóż o tem?

Dzięki ci, dzięki, że takim mnie złotem

Obdarowujesz, wybranym z skrzyni,

Gdzie się na życie ofiara czyni,

Gdzie nie ma paktów z odwrotem.


Oczy ci płoną

Na myśl, że taką niepowszednią stroną

Przybywszy skądsiś w te progi,

Bogacisz dom mój ubogi

Swą wiarą nieprzemożoną.


Lico-ć się pali,

Kiedy mi szepcesz, że widzisz gdzieś w dali,

Jak za tą skonów powloką ciemną

Jakąś światłością świecim wzajemną

Śród tych, co dnia nie zaspali.


O, niebogato

Za miłościwe odpłacam się lato:

Idąc w tę przyszłość za twymi tropy,

Chciałbym ci słońca rzucać pod stopy,

A daję li pieśni ci za to.


Ale ty właśnie

Mówisz, że przy nich wszelki skarb ci gaśnie,

Albowiem celem twoim przybycia

Było uczynić hymn z mego życia,

W wieczyste zmienić je baśnie.


Powiedz mi, powiedz,

Jaki cię ku mnie sprowadził manowiec?

Zza jakiej góry, zza jakiej rzeki

Przyszłaś z tą wolą w świat mój daleki,

Zwycięstwa pewny wędrowiec?...


                                                Księga ubogich 1916



VIII


Swobodna jest moja dusza,

Nikt jej skrępować nie zdoła,

Miłujeć ona swe skrzydła,

Cześć żywi dla swego czoła.


Czy loty jej górne, czy niskie,

Czy nieba, czy ziemi jest bliżej,

Nigdy na żaden się ukaz

Nie ugnie i nie poniży.


Nie władnie tu żadna potęga

Nad jej wieczorem czy ranem,

Sama jest sobie monarchą,

Sama jest sobie kapłanem.


Swój własny ma ona kościół,

Królestwo swe osobiste,

Parafian ma i poddanych

Wielce dobraną listę.


Swych praw świadoma i dzierżaw,

Nieraz i w pychę porasta,

Myśli, że nie ma już nad nią

Swobodniejszego własta.


A przecież bywają chwile -

O sił tajemnych przymierze! -

Iż coś ją więzi i pęta,

Coś ją na arkan bierze.


Nasturcje, co w naszym ogródku

Puściły kiełki i rosną,

W raba zmieniają mą duszę

Potęgą swą bezlitosną.


Kwiat złotogłowia, co właśnie

Dziś zakwitł nam w całej ozdobie,

Każe mej duszy po cichu

Położyć skrzydła po sobie.


Ten kret tu, co pod korzeniem

Tych maków przyziemnych ryje,

Przymusza ją, jak poddankę,

Bezwolną uginać szyję.


Ta wrona, co dla swych piskląt

Chleb nam ze stołu kradnie,

Potrzebę i rozkosz niewoli

Budzi w jej sercu na dnie.


I dusza ma, wielce posłuszna,

O prawa się swoje nie pyta,

Z podwiązanymi skrzydłami

Stoi w podziwie jak wryta...


Swobodna jest moja dusza,

Nikt jej uniżyć nie zdoła,

Ale są chwile, gdzie kornie

Musi pochylać czoła.


                                                Księga ubogich 1916



X


O wielcy i syci tej ziemi!

Cóż z wami łączyć mnie może,

Choć głodno spać się nie kładę,

Choć miast barłogu mam łoże?


Choć biała na mnie koszula,

Z tych samych lnów uprzędzona,

I choć jednakie nam sukno

Pokrywa nasze ramiona?


Choć nieraz przy wspólnym stole

Z jednakich jemy talerzy,

Nad czystym schyleni obrusem,

Co dziesięć łokci mierzy?


Choć z szklenic o złotym brzegu,

Rżniętych w kosztownym krysztale,

Jednakie pijący wino,

Z wami je razem chwalę?


Cóż może mnie skuwać z wami,

Jakie ogniwa i sploty,

Choć wspólne snadź mamy grzechy

I wspólne, jeśli są, cnoty?


Choć z jarzma dziś wyprzęgnięty,

W rozsypiającym tym lecie

Bezczynnie się włóczę po drogach

Tak samo, jak wy to umiecie?


Choć mógłbym z niejednym z waszych

Słuchać dziś szeptów tej głuszy,

Bo i wy przecież także

Wrażliwe miewacie uszy -


I z was zamyśleńcy powstali

Patrzący na świat nieobłudnie,

Co jakżeż głęboko umieli

Sondę zapuszczać w studnię!


Jakież mnie wiążą z wami

?ączniki, węzły i spójnie,

Choć jedno z błękitów słońce

Spogląda na nas tak czujnie?


Chociaż ten grom, co w tej chwili

Zabójczym zahuczał głosem,

Mógłby tu mnie razem z wami

Jednym powalić ciosem?


Choć śmierć ma, tak samo jak wasza,

Licha być może i podła -

Z uwiądu, co musiał zejść z drogi,

Która ku chwale wiodła?...


Te na samotnych przechadzkach

Zadaję sobie pytania,

Pragnący posiąść tę miłość,

Co się ku wszystkim skłania.


Lecz czuję, choć pęd swych zastrzeżeń

Trzymam usilnie na wodzy,

Że sercu mojemu najbliżsi

Maluczcy i przeubodzy -


Że wszystko, co tylko jest w duszy

Z najszlachetniejszej przędzy,

Ludzkiemu oddaję cierpieniu,

Ludzkiej poświęcam nędzy.


                                                Księga ubogich 1916



XI


Przestałem się wadzić z Bogiem -

Serdeczne to były zwady:

Zrodziła je ludzka niedola,

Na którą nie ma już rady.


Tliło w mej piersi zarzewie,

Materiał skier tak bogaty,

Że jeno dąć w palenisko,

A płomień ogarnie światy.


Wiedziały o tym potęgi,

Co gdzieś po norach drzemią

Albo z bezczelną jawnością

Jak mgły się włóczą nad ziemią.


Wiedziały ci o tym moce,

Które złośliwość popędza,

By szły powiększać nędzę

Tam, gdzie największa jest nędza.


Wiedziały ci o tym zastępy,

Które czyhają zza węgła

Lub z okna patrzą z szyderstwem,

Czy zbrodnia się nie wylęgła?


Wiedziały, że jeno się zbliżyć

Ku popiołowi mej kuźni,

A serce od razu wybuchnie,

Zuchwale zaklnie, zabluźni.


Że swym bluźnierstwom i klątwom

Czynu wyciśnie znamię,

Płonące żądzą odmiany,

Przewrotu, co berło Mu złamie.


I dzisiaj nie żal mi tego,

Najmniejszej nie czuję skruchy,

Bom-ci nie żaden służalec,

Na własne serce głuchy.


Bo w sporze o szczęście świata

Swawolność mi była daleka,

A tylkom korzystał z prawa

Wojującego człowieka.


Jeno że dzisiaj to widzę,

W patrzeniu dosyć już biegły,

Czego w zamęcie walki

Źrenice me nie dostrzegły:


Nie ruszał-ci On naprzeciw

W rynsztunku wspaniałym dziwie,

A tylko na tronie Swym siedząc,

Uśmiechał się pobłażliwie...


I dziś ja sam uśmiechnięty,

Gdy krzyczą: "w żelazo się okuj!",

Jak ongi miecz niosłem walczącym,

Tak dzisiaj niosę im spokój.


Lecz już nie wadząc się z Bogiem,

Mam jeszcze cichą nadzieję,

Że na dnie mojego spokoju

Żar świętej wojny tleje.


                                                Księga ubogich 1916



XII


Umiłowanie ty moje!

Kształty nieomal dziecięce!

Skroń dotąd nie pomarszczona,

Białe, wąziutkie ręce!


Lubię, gdy stajesz, ze mną

Na tym tu wiejskim balkonie,

Który poczerniał od deszczów,

Lecz dzisiaj mi w blaskach tonie.


Lubię, gdy z tego dzbana

Podlewasz kwiaty na grzędzie,

Marząca lub głośno mówiąca,

Jaka to rozkosz z nich będzie!


Lubię, gdy siedząc przy stole,

Sięgasz po kromkę chleba

I dzieląc ją, dajesz mi cząstkę,

Czy trzeba mi, czy nie trzeba.


Lubię, gdy gubiąc się w dali,

Gdzie Wierch się rozsiadł Lodowy,

Czoło, przyćmione zadumą,

Do mojej tulisz głowy.


Ale najbardziej ja lubię

Ciekawość, co z oczu ci tryska,

Gdy wracam, jak zwykle, od pola,

Od lasu, od rzeki łożyska.


Gdy wracam z codziennej drogi,

Cały rozpłomieniony,

Pytasz się, cała w płomieniach,

Jakie przynoszę plony?


Czy w szumie wody lub drzewa

Nutę odkryłem świeżą

I czym już doszedł, co żyje

Za nieba i ziemi rubieżą?


Czy mgły się przedarły, czym słyszał,

Jak dzisiaj, melodie skowrończe

I kiedy z zwątpieniem w pieśń własną

Raz ostatecznie zakończę?


Czy miałem tę szczęsną chwilę

Spojrzenia do głębi wnętrza,

By się przekonać, że jeszcze

Jakiś tam pokład się spiętrza?


Że w duszy niewyczerpanej -

Niech prawda ta będzie prawdziwa! -

Na hymn, co zagaśnie li z życiem,

Godnego starczy paliwa?


Strasznie to lubię, gdyż czuję,

W dolę zapatrzon wzajemną,

Że w takich mi drogich godzinach

Najbardziej żyjesz ze mną.


Umiłowanie ty moje!

Kształty nieomal dziecięce!

Skroń dotąd nie pomarszczona,

Białe, wąziutkie ręce!


                                                Księga ubogich 1916



XV


O Wierchu, ty Wierchu Lodowy!

I znowu się zwracam do ciebie,

Olbrzymie, rozbłękitniony

Na tym błękitnym niebie.


Stoisz naprzeciw mych okien,

Codziennie widzieć cię muszę,

Zaglądasz z swej dali w mą izbę,

A nieraz, zda mi się, w duszę.


Zda mi się, że nieraz się pytasz,

Skąpan w światłościach południa,

Czy jeszcze jest coś w moim wnętrzu,

Co drogę mi w słońce utrudnia.


I owszem, przyznaję się, że jeszcze

Mrok jakiś kryje się na dnie,

Cień świata, co rwał mnie w swą otchłań,

I dzisiaj mi radość mą kradnie.


I dziś mnie, o Wierchu promienny,

Z koła wytrącić może

Gdzieś jakaś umarła wierzba,

Gdzieś gradem pobite zboże.


Gdzieś jakiś wybladły człowiek,

Którego niweczy nędza

Albo choroba, dziś jeszcze

W chmurną mnie żałość zapędza.


Tak zwykłe, powszednie sprawy,

Takie konieczne zjawiska,

A ich przyczyna i skutek

Nieomal w rozpacz mnie ciska.


Ale mnie wnet odbiegają

Te kłamu zwiastuny i gońce,

Dziś moją prawdą wszechwładną

Zieloność, woń łąki i słońce.


Przenika mnie blask ich i świeżość,

I twoja skalista władza,

O Wierchu, kowany w granicie,

Krew świeżą mi w żyły wprowadza.


Czuję się znowu jak dziecko,

Młodość mi pierwsza powraca,

Weseli mnie dzień ten słoneczny,

Żywiołów raduje praca.


Czuję, że dzisiaj mi skrzydła

Potrójnie się wzmogły, poczwórnie,

Żem gotów na lot się odważyć

Nad te podniebne turnie.


Pytasz się, Wierchu, swym blaskiem

Patrzący do mego wnętrza,

Czy wiem już, że wszystkim jest słońce,

Że to potęga najświętsza?


Wiem dobrze, a jeśli się echem

Pomrok odezwie dalekiem,

Azali być może inaczej?

Wszak człowiek jest tylko człowiekiem.


O Wierchu, ty Wierchu Lodowy!

I znowu się zwracam do ciebie,

Olbrzymie, rozbłękitniony

Na tym błękitnym niebie.


                                                Księga ubogich 1916


XVI


Przynoszę ci kilka pieśni

Na nutę niewyszukaną,

W górach je naszych zebrałem,

Przy stawach, pod skalną ścianą.


Przy stawach, pod skalną ścianą,

Na tej spadzistej przełęczy,

Gdzie śnieg się jeszcze w tej porze

Błagalnie ku niebu wdzięczy.


Błagalnie się wdzięczy ku słońcu

Ta bryła srebra szczera,

A ono z promiennym uśmiechem

Z wolna jej serce pożera.


Pożera z wolna jej serce

I potem, zadowolone,

Podąża w swój pałac zachodu

W tryumfu się ubrać koronę.


W koronę tryumfu się stroi,

A ona, ta śniegu bryła,

Pociesza się w samotności,

Że jeszcze snadź będzie żyła.


Że jeszcze snadź będzie żyła,

Że wróci ku niej krąg słońca

I że promieniejący

Pochłaniać ją będzie do końca.


Pochłaniać ją będzie do końca,

Aż się wypełnią jej dzieje,

Aż wszystka, spragniona miłości,

W uściskach jego stopnieje.


W uściskach jego stopnieje,

Nic po niej nie zostanie,

Znaczyć-li będą jej miejsce

Wieczyste, kamienne granie.


Wieczyste, kamienne granie,

Czarne, błyszczące skały,

Co same się w żarach słonecznych

Posępnie rozmiłowały.


                                                Księga ubogich 1916