+ Pokaż spis treści

Irydion, wstęp

Biblioteka
[-]

Irydion, wstęp


OSOBY


  • IRYDION - Grek, syn Amfilocha i kapłanki Odyna Grimhildy, brat Elsinoe
  • ELSINOE - siostra Irydiona
  • MASYNISSA - szatan w ludzkiej postaci sędziwego starca, doradca i opiekun duchowy Irydiona
  • HELIOGABAL - cesarz Rzymu
  • ALEKSANDER SEWERUS - syn Mammei, cesarz Rzymu po obaleniu Heliogabala
  • MAMMEA - matka Aleksandra Sewerusa
  • WIKTOR - biskup Rzymu
  • KORNELIA METELLA - chrześcijanka, ukochana Irydiona
  • EUTYCHIAN - prefekt pretorianów Heliogabala
  • RUPILIUS i EUBULUS - dworzanie, zausznicy Eutychiana
  • SYMEON Z KORYNTU - przywódca młodzieży chrześcijańskiej, żarliwy stronnik Irydiona
  • ULPIANUS - prawnik, doradca Aleksandra Sewerusa
  • LUCIUS TUBERO i ARYSTOMACHUS - zbuntowani pretorianie Heliogabala na służbie Aleksandra Sewerusa
  • GLADIATOR SPORUS - LUCIUS TIBERIUS SCYPIO - potomek możnego niegdyś rodu rzymskiego
  • PILADES - przełożony niewolników Irydiona
  • WERRES i ALBOIN - wodzowie barbarzyńców na służbie Irydiona
  • FILOZOF - ANAKSAGORAS - neoplatończyk


Chóry: karłów, młodzieńców, starców, barbarzyńców, podziemnych głosów, kapłanów, niewiast, gladiatorów
Ponadto: dworzanie, pretorianie, żołnierze, posłańcy, tancerki, muzykanci, niewolnicy, gladiatorzy


Wstęp


Już się ma pod koniec starożytnemu światu - wszystko, co
w nim żyło, psuje się, rozprzęga i szaleje - bogi i ludzie szaleją.
Ale jako Jowisz, pan na niebie, tak Rzym, pan na ziemi, kona
i szaleje. Fatum jedno spokojne, niewzruszone, rozum nieubłagany świata,
patrzy z wysoka na wiry ziemi i nieba.
Wśród zamętu wznoszę pieśń, która mi gwałtem z piersi się do-
bywa. Niechaj duch zniszczenia ku pomocy mi będzie - niech moje
natchnienie kręci się i toczy się, rozlega na wsze strony jako piorun
burzy, któren grzmi teraz nad wiekami przeszłości i wszelkie życie
strąca do otchłani - a potem niech umiera, jako on, po dokonaniu
dzieła. Tam nowy świt na Wschodzie! Ale mnie już nic do niego.
Gdzie postacie, które tak dumnie i wzniosie kroczyły dawniej po
twoich siedmiu wzgórzach, o Rzymie? Gdzie patrycjusze twoi z no-
żem ofiarnym i włócznią w ręku, z sercem pełnym tajemnic, z
chmurą zgrozy na czole, ojcowie rodzin, ciemięzcy plebejanów,
okróciciele Włoch i Kartagi? Gdzie westalka, wstępująca w milcze-
niu z ogniem świętym na schody Kapitelu?
Gdzie mówce twoi, panowie dusz tysiąców, stojący ponad falami
ludu, gwarem poszeptów obawiani i burzą poklasków? Gdzie żołnie-
rze legionów, bezsenni, ogromni, z twarzą spiekła od słońca, ochła-
dzaną znojem, rozjaśnianą połyskami mieczów? Wszyscy zniknęli je-
dni po drugich - przeszłość ich zagarnęła i jak matka tuli do łona.
Nikt ich nie wydrze przeszłości!
Miasto nich podnoszą się nieznane dotąd kształty, ni piękne jak
półbogi, ni silne jak olbrzymy tytańskich czasów, ale dziwaczne, mi-
gające złotem, z wiankami na czole, z pucharami w dłoni, a wśród
kwiecia sztylety, a wśród biesiad trucizny, a w ich tańcach konwul-
syjne podrzuty - niby to życie bez granic wśród pieśni i jęków, ryku
hien i nawoływań gladiatorów. Śmiech z takiej wiosny, umajonej
krwią i woniami spiekłych kadzideł! Śmiech z takiego życia! Ono
przejściem tylko, ono nic nie utworzy, nic nie zostawi po sobie prócz
krzyków kilku i sławy marnego skonania!
Motłoch i cezar - oto jest Rzym cały.
Izydo, matko wiadomości i milczenia, stopy twoje zbryzgane
pianą morza, okryte pyłem długiej podróży, obca mowa brzmi nao-
koło ciebie - i stoisz na Forum Romanum, i dotąd się rozpatrzyćnie
możesz, kędy sama jesteś, kędy brzegi Nilu.
Z pagórków Armenii, z nizin Chaldei Mitra też, pan młodości
i śmierci, ciągnie ku Rzymowi i już stanął w lochach Kapitelu, i no-
żem ofiarnym potrząsa wśród głuchej nocy nad trupami ofiar.
W portykach greckich, w słodkim cieniu korynckich filarów
barbarzyńskim chodem stąpa syn Północy- stanie czasami i na
toporze wsparty, szuka błękitnymi oczami, czy gdzie nie spotka
Odyna, boga ludów swoich.
Odyn cymbrycki dotąd się nie zjawił - żal mu borów sośnia-
nych i śnieżnej pościeli, i szarego nieba, i chórów Walhalli. Ale
chwil kilka jeszcze - i on puści się na .pielgrzymkę do Rzymu!
Naprzód, bogi i ludzie! Drogi wasze się pokrzyżują od wschodu
na zachód, od północy na południe. Miejsca dla was nie będzie.
Idźcie więc i kołujcie, bądźcie i wracajcie potem. Tak zwykle przed
śmiercią bywa.
Naprzód, bogi i ludzie! - szalejcie do woli - ostatni to szał,
ostatnia to gonitwa wasza - a Fatum z was się urąga, krzyż godłem
swoim wzięło i wy wszyscy wcześniej czy później padniecie przed
krzyżem.
Z tego świata, co się zżyma i kona, wycisnę myśl jedną jeszcze -
w niej będzie miłość moja, choć ona jest córką szaleństwa i zwia-
stunką zguby!
Naprzód w szał, naprzód w tan, bogi i ludzie, wokoło myśli mo-
jej - bądźcie muzyką, co przyśpiewuje jej marzeniom - burzą, po-
śród której ona się przedziera jak błyskawica - bo imię jej nadam,
postać nadam i choć poczęta w Rzymie, dzień, w którym Rzym zgi-
nie, nie będzie jej ostatnim. Ona trwa, dopóki ziemia i ziemskie na-
rody - ale za to w niebie dla niej miejsca nie masz!
Gdzież jesteś, synu zemsty? W jakiej ziemi leżą zwłoki twoje?
Duch twój pomiędzy jakimi duchami?
Ze świata gruzów wywołałem cienie umarłych - w nocy na Fo-
rum stanął senat przede mną -schylone widma, obarczone pamię-
cią podłości - i między nimi nie było ciebie!
Gladiator powstał z lochów cyrku i szedł na czele swoich przy
świetle księżyca - przebici wszyscy - usta sine powtarzały w śnie
śmierci: Morituri te salutant, Caesar - ale pomiędzy nimi nie od-
kryłem ciebie.
Na Palatynie, na wzgórzu ruin i kwiatów, panów świata dla
mnie wzruszyły Się prochy - płynęli przede mną - diadema, krwią
zlutowane, trzymało się ich czoła - każdy na czole niżej miał znak
potępienia - purpura na ich barkach powiewała, a zza niej świeci-
ły gwiazdy przez otwory wdarte sztyletami zabójców - ale i tam nie
ujrzałem ciebie.
Męczenników Chrystusa słyszałem śpiewy i modły. Dźwięki te
wzlatywały z katakumb i szły prosto ku niebu - był tam głos jeden
niewieści, smutniejszy, piękniejszy nad inne - znany tobie kiedyś,
ale teraz sam jeden, nie związany z twoim.
Gdzież jesteś, synu zemsty, synu pieśni mojej? Już czas zmar-
twychwstać, by deptać po zwłokach olbrzyma... pamiętasz? - przy-
sięgałeś. Wyrzekłeś się nadziei, wiary, miłości, by raz tylko, raz je-
den spojrzeć, a potem zanurzyć się tam, gdzie miliony...
Godzina dobija - bo kędy miasto wieczne panowało, dziś grób
szeroki, rozwarty, napełniony kośćmi i gruzem, opleciony pełzają-
cym i bluszczem, i ludem. Powstań - chodź - wzywam cię - ja
i straszniejsza potęga jeszcze, od której cię wybawić nie zdołam, ale
imię twoje oderwę od ciała twego i ono na zagubę nie pójdzie wraz
z tobą!
Z dala ode mnie! - nie dla was te dzikie manowce - w Kampa-
nii Rzymskiej zostańcie u stóp Apeninów, towarzysze moi. Ja pój-
dę, ja go raz jeszcze chcę ujrzeć przed zgonem, przed śmiercią, na
wieki!
W tej jaskini, leżącej wśród mroków przepaści, on na marmuro-
wym'łożu rozciągnięty, bez oddechu, bez sennych poruszeń, bez
żadnego marzenia, czeka na przebudzenie - obiecane - straszne,
i na dzień sądu, bliższy dla niego niż dla reszty świata!
Starożytne próchna świecą naokoło jak oczy sfinksów - wąż
z łuską promienistą śpi od wieków przy stopach jego - rysy zasę-
pione, spalone gorączką, sen tak długi chłodu po nich rozlać nie po-
trafił.
Kształty jego ciała podobne do kształtów greckiego posągu i ta-
kich już dzisiaj nie ma na tej ziemi - nogi białe jak marmur paryj-
ski, w czarnych koturnach, złożone na czarnej pościeli. Stąd i zo-
wąd, pod nimi, nad nimi, mchy i bluszcze się wiją.
Tunika biała na piersiach spoczywa - odłamek lampy w dłoni
i miecz, rdzą stoczony, u boku spoczywa - a druga ręka opuszczo-
na, martwa i palce jej skurczone, jak gdyby zasnął w rozpaczy.
On cały zawieszony leży między snem a śmiercią - między osta-
tnią myślą, którą pomyślał przed wiekami, a tą, która niedługo
w nim się obudzi, między potępieniem życia całego a potępieniem
wieczności!
Nim powstaniesz, opowiem twe dzieje.
W Chersonezie Cymbrów, w ziemi srebrnej potoków, ojciec twój
niegdyś stąpał brat za brat z królami morza, choć przybył z
odległych stron, choć cudzą miał, grecką mowę i twarz greckiego
półboga.
Ale polubiły go niewiasty i męże, bo powieściami długie słodził
noce, a we dnie pierwszy był do walk i biesiady. Manowce szarego
oceanu bitą drogą mu były - w połysku gwiazd niebieskich wyczyty-
wał pogody i burze - najcięższą włócznią przerzucał najwyższe ma-
szty i za wichrami goniąc spokojne miał czoło.
Na lądzie róg jego dzwonił po dolinach i skałach -"niedźwiedź
nigdy mu się nie potrafił odjąć - a kiedy wrócił z łowów lub rozbi-
cia, kładł się na mech, na paprocie i spełniając gęste puchary, opo-
wiadał gonitwy, zapasy, rozboje. Na dalekich wodach dom jego, na-
bijany kością słoniową i złotem - sługi, niewolniki, stojąc na pro-
gu pod lasem filarów, patrzą na morze błękitne, zasiane wyspami
błyszczącymi jak gwiazdy, i wyzierają jego powrotu -,ale on się nie
śpieszy, bo polubił dźwięk trąb konchowych i śpiew kapłanek Ody-
na - bo młodość swoją puścił na błędy i zmienne losy, by później
dokonać wielkiego zamiaru - i puchar podnosi do ust, i pije zdro-
wie króla mężów, starego Sygurda.
"Grimhildo, córo Sygurda, lud mój ód wieków nosi kajdany
i jęczy - wraz z ludem moim sto innych ludów po wszystkich brze-
gach mórz południowych usiadło na żwirze i płacze. Żeby ich wy-
zwolić, trza mi twojej piersi natchnionej! Ja sam rodem jestem nie-
wolnik, ale duchem mściciel - wrogi moje silne jak Tytany - żeby
ich podkopać i obalić, trza mi twojej piersi natchnionej! Dziewico
poświęcona Odynowi, ty wejdziesz w progi moje, ty będziesz towa-
rzyszką moich trudów i dzieci nasze kończyć będą dzieło moje -
a ono się przeciągnie w późne wieki wieków!"
Tu ojciec twój umilkł i stopniami ogarniał ją potęgą wzroku
i milczenia swego - ona, stojąc na skale, spoziera na szarą nieskoń-
czoność morza, z rozpuszczonym włosem, z zamglonymi oczyma,
bezsilna, szalona miłością. Już Odyna pawęż jej nie zasłoni, porzu-
ci stopy ołtarza i pójdzie z obcym na dalekie brzegi.
"Hermesie, dawniej wojownik! nasze nie śmieli spojrzeć na
czoło moje. Tyś się zjawił jak bohater zstępujący z Walhalli, tyś
rzekł ťGrimhildoŤ i patrz, ja muszę być niewolnicą twoją.
Nie znam ojczyzny twojej, wrogów twoich nie znam, kraj, do
którego mnie ciągniesz, nigdy we śnie nawet nie ukazał się przede
mną, a pójdę, pójdę, nieszczęśliwa - zhańbiona pośród dziewic -
przeklęta gniewem Odyna - tylko pozwól raz jeszcze mi zasiąść na
świętym głazie i odśpiewać pieśń ostatnią!"
Amfiloch Hermes szedł za dziewicą na pokładach 'mchu, na war-
stwach granitu, przez święte bory, szronem obwisłe, wśród ryku wo-
dospadów - sosny tłumem cisnęły się wszędzie; z ich tłumu czasem
szkielet dębu się wydostanie, uwińczon jemiołą. Wyżej niebo gorz-
kie, ołowiane - po bokach tysiąc manowców krąży i woła za sobą
na puszczę - ale dziewica zna ścieżki wiodące do boga, z którym
idzie żegnać się na wieki.
Wodzowie hord, panowie gruntów, królowie morza, majtki ich
i towarzysze stoją w półkolu przed posągiem Odyna i czekają na ka-
płankę. Jeden tylko Sygurd, z pokolenia bogów, król wszystkich,
usiadł na pniu ściętej sosny i ogromną dłonią zakrył czoło - pierś
jego nadyma się pod pancerzem z łusk rybich - ale milczy i wszy-
scy zanim milczą - słychać tylko szum morza bijącego o skały za
borem.
Grimhildą przeszła pośród nich z oczyma wlepionymi w posąg
Odyna, ku któremu stąpała w groźnej powadze. A cudzoziemiec po-
został z tyłu, wśród orszaku swoich, z założonymi rąkoma na koryn-
ckiej zbroi, oparty o drzewo.
Pod występującym sklepieniem jaskini, na głazie, tajemnicami
zapisanym, usiadła i zdała się marzyć. Bóg północnych plemion stoi
nad nią, broda jego i włosy skrzepłe lodem, przyprószone śniegiem,
oczy szklane, rażące, w olbrzymiej dłoni maczuga, krwią ofiar zbro-
czona, a w piersi głęboka rana, którą zadał sobie, kiedy dopełniwszy
ziemskiego wcielenia, zażądał wrócić do biesiad Walhalli.
Sen jej trwał długo i teraz powoli z niego się budzi, z wolna pod-
nosi ramiona, mówi jeszcze tłumionym, głosem: "Znam cię, panie,
wśród bohaterów twoich - duch twój czarnym strumieniem zbliża
się do łona mego - huczy wokoło mnie jak potok, co rozrywa gła-
zy. Ja tam, gdzie wiry twoje - ja tam, gdzie wszechmocność gniewu
twego - siła twoja moją - słuchajcie mnie wszyscy".
Odrzuciła nagle powieki sponad "pałających zrzenic - ręce
wywarła ku tłumowi i ręce jej drżały jak w chwili konania - w
głosie jej były dźwięki zarwane z mowy bohaterów, co wstąpili
na chmury i teraz, wśród burzy przelatując, wołają na dzieci swoje.
"Po co biegniecie dniem i nocą, bracia moi? Syny ludu mego, kto
was pędzi z tyłu? Kto wam kazał porzucić ziemię srebrną potoków7
Olbrzymy przykute podnieśli się z śniegów, na których leżeć
mają aż do końca świata, podnieśli się na pół i bijąc łańcuchami
o szczyty z lodu, w nozdrza chwytają zapach krwi z oddali.
Czy słyszycie, jak młot Thora w pył druzgoce hełmy i puklerze,
czaszki i piersi ludzkie? Śmiech karłów rozlega się w przestrzeni -
włócznia Horgiebrudy zawieszona nad ziemią całą!
Kto wam podoła, o potomki moje? Coraz dalej pędzicie ku mia-
stu wielkiemu. Tam czeka na was biesiada - puchary pienią się
pełne krwi nieprzyjaciół. Każdemu z was przygotowane jest miej-
sce - zasiądźcie w chwale, syny moje!"
Głos jej upadł nagle i w szmer się zamienił, oczy szukają cze-
goś w świecie widzeń, który się przed nią roztacza - usta wysilają
się na słowo jakieś. To słowo powstaje, rośnie w głębinach jej duszy
jak wąż, okrąża jej serce i jak wąż ucieka, kryje się znowu - ona
darmo za nim goni, cała blada, nieszczęśliwa, mdlej ąca. Jeszcze
chwila - może go wyrwie z łona, bo wzrok jej płonie, twarz nowym
zajaśniała szałem.
"Miasto, miasto na siedmiu wzgórzach pali się pożarem - kru-
szce drogie, przejrzyste kamienie* topią się i płyną - ciała topią się
na krew i płyną - zamek wielki i bóg wielki na nim runął!...
Na pomoc, Odynie! Umrę, jeśli nie wypowiem tajemnicy twojej
- imię jego - kto mi powie imię jego?"
I opadła głowa matki twojej, i zawarły się jej usta - król mężów
dotąd trzyma dłoń na twarzy, ani razu nie spojrzał na córkę i wszy-
scy stoją niewzruszeni, bo nikt nie śmie przystąpić do świętego
głazu.
A więc bóg twój oniemiał i ty z nim umilkłaś na wieki - ponad
twoimi ustami cisza grobowa - na czole twoim lodowatość śmierci.
Ale ten, który ci inną ojczyznę obiecał, nie opuści ciebie - ruszył
się spod cieniów dębu i sam, natchniony, stąpa ku tobie. Krzyk obu-
rżenia powstał w tłumie, królowie morza włóczniami uderzyli w pu-
klerze - siwe skaldy wyrzekli przekleństwo. Ale on już przeszedł
straszną zagrodę, już nachyla się nad tobą, podaje ci" rękę i rzecze:
"Przez imię Roma, imię wrogów moich i twoich, wołam cię do
życia, powstań, Grimhildo!"... I odwrócił się, i krzyknął trzy razy:
"Roma" - a dziewica obudzona podniosła się, powtórzyła raz jesz-
cze słowo tajemnicze, powtórzyła głosem pożegnania cichym i nie-
wieścim i poszła za cudzoziemcem jak żona za mężem.
Teraz ojciec twój, senny młodzieńcze, stoi na pokładzie i z uś-
miechem niedowiarstwa w ocean pełne wylewa kielichy na cześć Po-
sejdona, potem ku majtkom się odwraca i mówi: "Silniej żagle,
dzielniej wiosła trzymajcie, a bóg trójzęba wnet uśmierzy te fale".
Pod ich stopami drży każda belka jak ciało niewiasty - u widno-
kręgi ciemności warstwami się pokłady - z ich łona płyną bałwany,
zbierając się w kłęby, to rozpuszczając się w nurty jak niegdyś wąż
Piton, nim legł po strzałami Słońca - na przemian pękają tonie
i spajają się białymi pianami - na przemian w szumie wiatrów głu-
che oddechy i przeraźliwe jęki.
Pod dachem, wspartym stękającymi słupami, usiadł Hermes na
futrach wywiezionych z Chersonezu Cymbrów i spokojnym głosem
tłumaczył dziewicy świat, do którego się zbliżała - opisywał jej wy-
spę o winnicach i gajach w pobliżu wielkiego lądu - on tam ma swo-
ich oraczy i kupców, dom i okręty swoje. Tam skarbce jego, pełne
kosztowności i broni - i ta broń zda się kiedyś! Bo w tamtych stro-
nach ród ludzki nie hasa pod wodzą bohaterów - ale ujarzmiony,
hańbę swoją ubiera w złoto, marmury, jedwabie i liże stopy miasta
wznoszącego się na międzymorzu.
To miasto niegdyś w obliczu świata stało się bogiem kłamstwa
i ucisku - pod jego tchnieniem śmiertelnym brat powstał na braci,
syn na ojca, zdrajca na ojczyznę i, jako czas niezużyte, ono pożarło
wszystkich królów ziemi Tu pogoda zeszła z czoła ojca twego i stal
się podobny do burzy, która statkiem miotała.
"Hellada moja niegdyś była duszą narodów - pieśni jej były
paniami świata - barbarzyńców zuchwałych, co przyszli od wscho-
dy, odpędziła szczękiem szabel i dźwiękiem strun swoich. Ogień nie-
bieski, wydarty bogom, jej tylko jednej, jej tylko dostał się
w udziale-nieszczęśliwa, zaufała miastu przeklętemu. Dzicz z mię-
dzymorza przypłynęła do jej wysp szczęśliwych, do jej mirtowych
nadbrzeżów. Nie zdobyli jej bronią, ale rozdzielili jadem pochleb-
stwa, upoili nektarem obietnic!"
W tej chwili rozejdą się chmury - wiatr je rozpruł na zacho-
dzie -i kilka gwiazd zamignęło. Hermes raz tylko rzucił okiem
i kiedy znów tonęły w wyziewach, krzyknął do sternika: "Na prawo,
całą noc na prawo, a o tej samej porze jutro przepłyniem Gadesu
cieśninę!" I dalej, tuląc ją do łona, rozpowiada o przodku Filopo-
menie, przedostatnim z ludzi, którzy walczyli przeciw miastu po-
dlącemu - po nim raz jeszcze król barbarzyniec wyszedł w pole
i przegrywał lat trzydzieści, aż legł, własną ręką przebity - od dnia
tego nikt już trzeci się nie zdarzył na obronę zipmi.
Chwilą milczenia, chwilą rozpamiętywania uczcił pamięć wielkie-
go Mitrydata, potem wrócił do smutnej powieści - ona słucha z nie-
wzruszonymi, pałającymi oczyma. "Grimhildo, bóg twój dał ci zgad-
nąć natchnieniem to, co sam wydobywałem nieraz pracą nienawiści,
domysłem nadziei z nocy przyszłych wieków - cieszmy się, królew-
ska córo - bo miasto nieprawości po zabiciu wszystkich żyjących
i wolnych rozpoczęło teraz samobójstwo swoje!
Skarby, wyssane z całej ziemi, już im wkrótce nie wystarczą -
niedługo oręż u ich rąk się wysunie - wśród rzezi i festynów dobija-
ją im ostatnie chwile. O żono moja, śmiej się z tych fal i wichrów,
bo my tu nie zginiem, my będziem częścią wielkiego zniszczenia!"
Po tych słowach głos bohatera przybrał jeszcze bardziej gorzkie
i szyderskie dźwięki - wspomniał o bogach Hellady, potężnych kie-
dyś, którym dzisiaj już rzadko kto wierzy -wyrocznie ich oniemiały
od dawna, ale posągi ich stoją dotąd, bo świat stary odzwyczaić się
nie może od nałogów młodości. Wszystkie bogi ziemi objawiły się
w mieście przekleństwa. Jedne piękne, podobne nieśmiertelnym, bo
greckiego dłuta - inne potworne, wzrosłe na piaskach pustyni, po
szczytach gór dalekich'- ale on wie, że jest tylko bóg jeden, który
przed wiekami położył dłonie na wirach chaosu i zwyciężył go na
wieki.
- Imię jego? - zapyta kapłanka Odyna.
- Przeznaczenie - i poszedł ku sterowi łodzi, bo podwajała
się burza.
Czy pamiętasz wyspę Chiarę, na której wzrośliście, ty i siostra
twoja, boska Elsinoe? Czy pamiętasz wyprawy ojca, kiedy na maszty
zarzucał żagle, nie trójkątne, greckie, ale barbarzyńskie, podłużne,
sam w dackim kołpaku, z toporem Cymbrów w dłoni, z zatoki wy-
mykał się nocą i puszczał na manowce Archipelagu?
Wszystkie myśli Jugurty i Mitry data odżywały w jego duszy -
ku dzikim plemionom latały nieustannie chęci jego i prace. To gdzie
Błota Meockie, gdzie pustynie i wiatronogie rumaki, to gdzie Syr-
ty w głębiach Afryki i jadem zaprawione strzały, błąkał się na
przemian, szukając nieprzyjaciół nieprzyjacielowi swemu - dłonie
królów dzikich ściskając, ucząc się ich mowy, broń ich zatykając na
piersi swojej, sypiąc im dary i rozżarzając ich chucie obietnicą
rozkoszy i łupów.
Wtedy matce twojej boleśno schodziły dnie i nocy. Ale niewolnik
żaden, obcy żaden nie wyczytał cierpienia z jej rysów; usta jej nie
drżały, kiedy rozkazowała. Czasem tylko, wziąwszy was oboje za
ręce, wiodła przez długie portyki w głąb pałacu. Tam, w framudze
nabijanej mchem i konchami, stał wojownik z głazu. Dzikość
nieśmiertelna marszczy mu skronie - w ręce trzyma czaszkę zabite-
go wroga, a u Stóp jego bryły lodu wykute z paryjskiego marmuru.
Przed nim schyla głowę matka twoja i duma nad ubiegłą ojczyz-
ną: "Irydionie mój, Sygurdzie mój, ty ziemi srebrnej nie obaczysz
nigdy, ni dziada twego, króla mężów. Patrz, oto bóg mój święty,
natchnienie moje straszne - to pan Walhalli, niezwalczony Odyn".
I córkę przyciskając do piersi: "Gdzie ojciec, Elsinoe, mów, gdzie
Hermęs w tej chwili? Słyszę wiatrów szumy i fal żałobne jęki. Okręt
jego pośród wód nieskończonych, nachylony, odarty z żaglów lub
może na bezbożne wyrzucony brzegi... Ale nie - on zwycięży bu-
rze, on odejmie się dzikim i wróci do nas z chwałą półboga".
A kiedy róg przybywającego odezwał się od morza, kiedy bliżej
zagrzmiał wśród gajów cytrynowych, kiedy nocną rosą obwisły, spie-
kły słońcem i dżdżami sczerniony rzucał się Hermęs w objęcia żony
i oko jego czarne, namiętne, blaskiem nadziei pałało - wtedy znów<
'bywały dni pogodne i szczęśliwe na Chiarze, zapominała kapłanka
o gorzkich przeczuciach, a wy biegaliście swobodnie, rozkosznie po
trawnikach wśród kwiatów, po nadbrzeżach wśród muszli, po salach
marmurowych wśród trójnogów i kadzideł, odpoczywając na łonie
matki, na ojca kolanach; a on co wieczór błogosławiąc wasze głowy
do snu pochylone: "Pamiętajcie - powtarzał - nienawidzić Romy.
Dorósłszy, niech każden z was ściga ją przeklęstwem swoim - ty
żelazem i ogniem - ty natchnieniem i niewiasty zdradą".
Czasem też do Chiary prokonsul lub pretor, lub wyzwoleniec
jaki cezara przybywali w goście - wtedy Hermęs kazał zastawiać
długie łoża i stoły - lesbijskie wino płynęło strugami - brzmiały
głosy niewolnic, niewolników lutnie pieśniami starego Homera.
"Anakreonta, Anakreonta!" - wołali Rzymianie - wtedy z szy-
derskim uśmiechem ojciec twój, skinąwszy na śpiewaków, Rzymia-
nom pełniejsze nalewał kielichy, świeże rozdawał wieńce, a kiedy
wpadli w szum i żarty, znienacka mówił o dziejach przeszłości,
o chwale państwa, wspominał z Kartagą przewalczone boje, wycię-
te Warusa legiony lub hiszpańskie Sertoriusza bunty - i pił zdro-
wie imperatora, aż puchar pękał w palcach jego!
Już zbliża się trzynasta rocznica dnia, na którym kapłanka opu-
ściła bogów. Głos jej dziczeje, kiedy woła na dzieci swoje - wzrok
jej dziczeje, kiedy je tuli do łona - wspomina ojca, siostry, wodzów
ludu i na pół przerywane słowo pożegnania z ust jej wypada. Przed
jednym Hermesem upokarza się jej obłąkanie. "Czego ci nie dosta-
je, Grimhildo moja, królewska córo?" - "Czy słyszałeś o zemście
duchów nieśmiertelnych? Na czas tylko ja byłam twoją. U krańców
ziemi leży wyspa okuta lodami - góra na niej buchająca płomie-
niem. Tam przykuty olbrzym śmierci już ramię wyciągnął, już na-
' chylą dłoń ku otchłani, by rzucić kłębek śnieżny życia mego".
Hermes dłoń rozciąga nad jej skroniami. Cień jego rąk, gdyby
strumień pokoju, spada na jej czoło, wlewa się do duszy. "Patrz na
to niebo gorejące, na to morze iskier - gdzie chmury twej Półno-
cy i nieużyte bogi twoje? Gwiazda Amfilocha cię broni - ona cię
nie wyda złym duchom". Ale i jemu ciężar jakiś serce przyciskać
zaczyna.
Jakiż to krzyk uderzył o wnętrzne sklepienia i rozbił się aż na
filarach portyku? Śpieszą niewolnicy w głębie pałacowe do komnaty
pana. Tam na porfirowym łożu rozciągnięta kapłanka, a wódz gre-
cki stoi u wezgłowia z pochyloną głową i depce czarę, na której brze-
gach ostatnie krople się sączą. Oni spuścili oczy, słuchają, czekają,
a kiedy się odwrócił, zadrżeli wszyscy - bo pierwszy raz w życiu
boleść wyższa nad siły rysy mu kaziła - odwrócił się - wskazał, by,
mu syna przyprowadzić i córkę.
"Grimhildo! teraz ja twego pana wyzywam! Tam, gdzie wśród
bohaterów krew pije na najwyższym tronie pałacu swego, tam nie-
chaj dojdzie przeklęstwo Amfilocha Greka! O żono! nie opuszczaj
mnie - daremne - daremne - kilka kropel tylko zostało - cały
puchar trucizny wrze w piersiach twoich, o Grimhildo moja!"
Podniosła się i bladą była jak posąg na sarkofagu : "Widziałam
go po trzykroć w nocy - szedł z Walhalli, podobny do czarnego oce-
anu, i wołał na mnie: O kapłanko moja!
Nad śpiącym Irydionem, nad śpiącą Elsinoe zawiesił ramiona
ciężkim odziane żelazem i groził im w potędze swojej - przeklinał
ich życie ziemskie, jeśli nie pójdę do niego.
Na czas tylko byłam twoją. Tam, pod jego stopami, leży nóż
ofiarniczy i zasłona czarna, wieniec pogrzebowy kapłanek. Ty go
złożysz przy mnie, ty mi ją rzucisz na skronie po śmierci".
I schodzi ku niemu po stopniach z marmuru - kibić wyniosła
podana naprzód, śnieżne ręce wyciągnięte, drżące, jak gdyby cienie
śmierci rozgarnąć chciała - a fałdy szaty białej wloką się za jej sto-
pami. Zeszła, na mężu się oparła - on ją opasał ramieniem i ku
przybytkowi stąpać zaczynają. On idzie krok za krokiem, walczy z
nieznaną potęgą, zatrzymał się i wzrok cisnął ku niebu, jakim Pro-
meteusz ze skały, Laokoon z nadbrzeżów morza wyrzucał bogom
nędzę tej ziemi; ale do jęków się nie zniża, milczy i znów idzie dalej.
Przeznaczenie ich obojga porywa za sobą.
Wzrok jej zlał się wtedy ostatni raz na głowę twoją, Irydionie -
u stóp Odyna żegnała cię imieniem dziadowskim: "Sygurdzie, bądź
mi kiedyś postrachem dumnych! Elsinoe, duch mój będzie zawżdy
z tobą - pamiętajcie o ziemi potoków i o bogu moim - o dzieci
moje, ja dla was umieram". Usta jej zbielały - sine cienie łamią się
po twarzy i na przemian to woła, to odpiera was od zatrutego łona.
Nagle myśl jej porzuci przytomnych i wraca w inne strony i cza-
sy. Tam ojciec duma stary - tam ją królowie morza przeklinają.
Wyciągnęła rękę ;- umierając prorokować będzie: "Bracia moi, do
boju - na siedmiu wzgórzach namioty wasze - na szczycie Kapito-
lu biesiada wasza - a tam nisko, w dole, zgrzyta i płacze w łańcuchy
spętana, zdeptana Roma, Roma, Roma".
I upadła przed bogiem swoim. Amfiloch podniósł ją w obję-
cia - chciała ramieniem obwiązać mu szyję - opadło ramię. Sama
na wznak się chyli, włosy jej zlewają się na dół coraz niżej i niżej,
aż z jego rąk drętwiejących na marmur stoczyło się ciało.
Przykląkł i czarną zasłonę, wieniec pogrzebny kapłanek, złożył
na jej czole - potem wstaje w dzikim obłąkaniu i wola: "Gdzie to-
pór z Chersonezu Cymbrów, niewolnik!?" Podali mu go drżące nie-
wolniki - on go wziął, ścisnął i zbierając wszystkie siły śmiertelne
przeciw nieśmiertelnym, stąpa ku posągowi. Żelazo podniósł, trzy
razy błyskawicę ważył ponad głową, a za czwartym razem obalił
boga, wroga swego, i zdeptał w milczeniu rozpaczy.
Taki ród twój, taka przeszłość twoja, potomku Filopomena,
wnuku króla mężów, senny Irydionie! A teraz ojciec twój porzucił
dom przodków na Chiarze i z urną Grimhildy płynie ku Rzymowi.
On stracił tę, którą kochał - osiądzie więc pośród wrogów i przy-
najmniej pełnym sercem nienawidzieć będzie, a dzień przepowie-
dziany, dzień zniszczenia nadciągnie tymczasem!