+ Pokaż spis treści

Irydion, część IV

Biblioteka
[-]

Irydion, część IV


Pałac cezarów. Aleksander Sewerus, Mammea, Ulpianus, dworzanie.



ULPIANUS. I czegóż jeszcze po nim spodziewać się możesz?
Czyż zrazu nie zwodził nas mglista posępnością? Czyż później nie
powstał przeciwko nam - jasno, nieubłaganie? A teraz wdałże się
w prośby, uznałże cię panem Rzymu? Wczoraj dzień cały walczył
z nami, w nocy spalił dwie świątynie, popierając sprawę zgubio-
ną, raczej jak duch nienawistny niż jak człowiek śmiertelny - bo
z przejrzenia bogów ludzie kochają się w złem dla celów swoich tyl-
ko, nie zaś dla miłości złego! R'adą moją: nie mieć żadnej litości -
i tak już dosyć łaski twojej, żeś mu ciało siostry odesłał.
ALEKSANDER. Kiedy z łonem przebitym, wstrzymując jęki,
gasła w moich ramionach, przysiągłem, że bratu przebaczę - i duch
jej z tą obietnicą odszedł ode mnie.
ULPIANUS. Inni mogą chwalić wspaniałomyślność cezara -
mnie przystało nazwać to słabością tylko. Juniusa za to uczcili
przodki nasze Sprawiedliwego imieniem, że własnym nie przepuścił
synom - kto występnym przebacza, ten niewinnych będzie karał
kiedyś!
MAMMEA. Trwaj w myśli twojej. Miłosierdzie jest drugą pur-
purą królów.
ULPIANUS. I bywa ostatnią!
ALEKSANDER. Konsulu, nie odmienimy postanowienia nasze-
go - na dzisiaj taka wola nasza. Idź i podaj mi warunki, które ci
wskazałem, a jeśli wrócisz z pomyślną wieścią, obrócę się do was
wszystkich i szczęśliwszy od Tytusa: "Nie straciłem dnia - rzek-
nę - przyjaciele moi".
ULPIANUS. A jeśli wrócę ze wstydem odrzuconej łaski?
ALEKSANDER. Wtedy wolny będę od słowa- mego - a ty za-
czniesz wywierać sprawiedliwość twoją!
(Ulpianus wychodzi)
Sala Amfilocha. Ciało Elsinoi na wzniesionym łożu, w białych sza-
tach, osypane cyprysu gałązkami. Obok woda lustralna. Ołtarz po-
środku sali. Chór dziewic, płaczek. Pilades - wchodzi Irydion, za
nim gladiatorowie i niewolnicy.
IRYDION. Gdzie Masynissa?
PILADES. Nie widziałem go od chwili, w której i ty po raz osta-
tni widziałeś go, panie.
IRYDION. Masynisso!
CHÓR. Masynisso!
IRYDION. Dwa razy sklepienia odpowiedziały za niego. (Siada
pod posągiem ojca)

PILADES. Starzec zdradził, panie
IRYDION. Nie mów tego - {Twarz zakrywa rękoma) on, przy-
jaciel Amfilocha, on, przed którym groby pękają, kiedy je zaklnie
potęgą słowa! Nie - nie - on wróci - on nie opuści Sygurda.
(Wstaje) Zgromadziłem was w chwili, kiedy znużone kohorty Rzy-
mian odstępują od walki, byście wyrządzili cześć ostatnią zwłokom
siostry mojej. Ona pierwsza padła ofiarą naszej świętej sprawy -
kto mnie poważa, niechaj jej pamięć szanuje - kto nienawidzi
Romy, niechaj jej wdzięcznym będzie - kto przysiągł zginąć ze
mną, niechaj błogosławi jej cieniom! (Podnosi kropielnicę cypryso-
wą i rzuca kropel kilka na ciało - wszyscy jedni po drugich przecho-
dzą i to samo czynią)

CHÓR NIEWIAST. Dotąd jeszcze straszny sternik , syn Erebu
i Nocy, nie zabrał cię pod czarne żagle. Dotąd jeszcze, o Elsinoe,
błądzisz z tej strony Styksu. Ale już sztukę złota kładziemy ci
w usta, byś okupiła się przewoźnikowi. Ale już mak i miód kładzie-
my ci w dłonie, byś uśpiła Cerbera.
Chwil kilka, a pójdziesz, kędy się wiją roje umarłych, jako dymy
ciężkie, jako liście jesienne, pójdziesz ku sądowi Radamanta, ku
płaczom i jękom! Salve aeternum!
Ale stopy twoje dotkną się tylko płomieni i znikome, białe, jak
skrzydła uniosą cię dalej. Zostawisz za sobą miedziane progi Ere-
bu - ognistą, siedem razy wokół Tartaru okręconą rzekę przelecisz
i słodkie ujrzysz światło i zielone gaje.
Tam spokój cichy i smętny, tam pełna czara zdroju le.tejskiego
czeka na ciebie i cienie dziewic, co jak ty zniknęły przed czasem,
kwiatów ściętych ocalone liście. Idź - już sztukę złota kładziemy ci
w usta - już miód i mak kładziemy ci w dłonie. Salve aeternum!
(Wchodzi Euforion)
IRYDION. Co nowego?
EUFORION. Poseł cezara i konsul o posłuchanie prosi.
IRYDION. Niech go wpuszczą!
(Ulpianus wchodzi - za nim niosą orły cesarskie)
ULPIANUS. Jako ty niedawno do nas, tak ją dzisiaj, wrogu, do
ciebie przychodzę w poselstwie.
IRYDION. Jako wy mnie wtedy, tak ja dzisiaj wam odpowiem:
"Do broni!"
ULPIANUS. Ale jednakowe słowa niejednakowy skutek wywróżą
nam przyniosły zwycięstwo...
IRYDION. Zwycięstwo! Czy już zaszedł rydwan na Via Sacra?
Czy już posąg Fortuny trzyma wieniec nad głową tryumfatora? Czy
kto już spędził Alboina z Wiminalu? Czy Scypio ustąpił z Awenty-
nu? Ostatniej nocy, powiedz mi, kto kościół Faustyny, kto bazylikę
Emiliusa w popioły rozwiał przed waszymi oczyma?
ULPIANUS. Widziałem skazanych, którzy szli na śmierć wrze-
szcząc i poklaskając. I wy tak czynicie! Tymczasem Aleksander, jak
dziecię swawoląc z pomyślnymi losy, ofiaruje ci pokój i przebaczenie
zbrodni...
IRYDION. Może zelżonego majestatu?
ULPIANUS. Czyż jej nie popełniłeś?
IRYDION. Majestat wasz od wczoraj się poczyna, a zbrodnia
moja stara jako serce wolnych - dalej!
ULPIANUS. Imperator żąda, byś stolicę opuścił na zawsze
i wrócił do Chiary. Wprzódy jednak przysiężesz mu na wierność przy
dymiących trzewach i co do jednego wydasz wspólników twoich.
Jeśli zgodzisz się na te warunki, on, który cię może okuć w łańcuchy
i rozbić na krzyżu, poda ci rękę w chwili pożegnania i zapomni...
IRYDION. Głośniej, mężu konsularny! {Odwraca sią do swoich)
Czy słyszycie, ludzie moi? Cezar wróci mi swoje względy, bylebym
was, spętanych jak bydlęta, rzucił pod rózgi liktorów! Cóż mam po-
cząć, ludzie moi? Wszak prawda, zdajmy się na łaskę cezara-
wszak miło czołem rozbić się o stopy jego!
Nieśmiertelne bogi, wy, które o nas nie dbając, drzemiecie na
wierzchołkach Olimpu, rozśmiejcie się przynajmniej w chwili, kiedy
syn Mammei hańbę przysyła mi w darze przez usta prawnika swego!
(Wstaje i zbliża się do Ulpiana) Prędzej skorpion usiądzie jak nie-
winny motyl na dłoni cezara, prędzej piorun Zeusa prosić się go bę-
dzie: "Daj, daj mi tę chmurę rozedrzeć", niźli ja broń złożę i wydam
braci moich!
ULPIANUS. Nie nalegam na ciebie - dopełniam tylko zleceń
tego, który mnie przysłał'. Owszem, bądź ślepy do końca i ż garstką
złoczyńców dni jeszcze kilka zżymaj się na wielkim łonie Romy -
walcz za pamięć i sławę pana, którego obrałeś sobie na ziemi, a kie-
dy na czele swoich zasuwać się będziesz w ciemności Tartaru, je-
szcze na brzegach Styksu wołaj: "Niech żyje Syryjczyk!" A trójgłow-
ny Cerber wtórować ci będzie!
IRYDION. Takżeś prawdy doszedł, znawco serc ludzkich? Ro-
bak, co wił się po ziemi, proch, co z koturnów moich zlatywał, dłu-
żej mi się ostały w pamięci niż jego wspomnienie. Zapytaj się ich,
czy którykolwiek odpowie, że znał Syryjczyka!
CZĘŚĆ CHÓRU. Irydionowi służyliśmy tylko!
INNI. Sygurdowi tylko!
ULPIANUS. A umarła?
IRYDION. Sam ją poświęciłem, ale nie groźbom, przemocy, nie
obietnicom podłości! Nie obrażaj śpiącej, która się już nigdy nie
przebudzi! Ona czystszą był a pod natchnieniem tyrana niż wszystkie
wasze matki i córy!
ULPIANUS. Za kogo więc się bijesz i przeciwko komu?
IRYDION. Długie to dzieje, starcze!
ULPIANUS. Aleksander Sewerus łaskwym był zawsze na ciebie.
IRYDION. On też drobną cząstką tylko nienawiści mojej.
ULPIANUS. Mów więc, kto wrogiem twoim?
IRYDION. Powiedzcie głuchemu i ślepemu, powiedzcie, o bra-
cia, kto was odpędził od bitej drogi człowieczego rodu i przymusił
stąpać ścieżkami ciemności? Kto od kolebki wycisnął wam na czo-
łach znamię pragnienia i głodu? Kto w latach późniejszych nie dał
wam ukochać niewiasty i zasiąść w świetle domowego ogniska?
CHÓR. Roma!
IRYDION. Kto, sam śmiertelny, w nędzy i poniżeniu śmiertel-
nych położył najsłodsze nadzieje? Kto pochwalił syna Mitrydata,
kiedy rękę podnosił na starego ojca'? Kto zdrajców Południa i zdraj-
ców Północy zaprosił na festyny swoje? Kto czarę niedoli świata wy-
chylił aż do dna?
CHÓR. Roma!
IRYDION. I nektarem z łez, i nektarem z krwi upił się jako bóg
piekieł?
CHÓR. Roma - Roma!
IRYDION. Słyszałeś? Wiesz teraz, czym jestem.
ULPIANUS. Szaleńcem! To miasto od pierwszych dni swoich
żyło uśmiechami bogów. Ono było drugim fatum świata! Czy nie
wiesz, że Fortuna, jak niewolnica, niosąc ostatki strzaskanego koła,
szła za wozem jego tryumfalnym? Czy nie wiesz, że słabi padli twa-
rżą na ziemię, że co było upartych i wściekłych, zniknęło z powierz-
chni ziemi? A ty się porwałeś, szczupły siłą, mierny zasobami, nie-
dojrzały wiekiem, by zniszczyć boga, którego pioruny grzmią nad
urną Hannibala i nad mogiłami Cymbrów!
Stąd widzę miejsce, na którym głowa twoja padnie pod cięciem
liktora!
IRYDION. Wprzódy jeszcze pocisk Cymbra utknie w sercu two-
im, topór Cheruska rozetnie pancerz Arystomacha, wprzódy jeszcze
Lucjuszowi Tubero niezłomnej obietnicy dotrzymam!
CHÓR. Wprzódy jeszcze za każdą krzywdę naszą czaszkę krwi
wychylim - a. potem, potem przyjdą nasi dziedzice i z podziemnych
dolin zagrzewać ich będziem!
ULPIANUS. Bezpotomni jesteście, ostatni z rodu waszego! Tyl-
ko szał i kara wasza jeden kamień węgielny przerzuci tym wzgó-
rzom.
IRYDION. I na nim będzie napis pogrzebowy Romy!
ULPIANUS. Słaby śmiertelniku! ty nie przemienisz tego, co mą-
drze i święcie opatrzyły nieśmiertelne wyroki! I komuż berło oddać
miały, jeśli nie miastu wytrwałości i czynów? Może przedajnej Afry-
ce, może rozwiązłej Seleucji lub igrającej, śpiewającej Helladzie!
Nie - tam potęga się urodziła, gdzie lutnia nie brzmiała nigdy,
gdzie na czole zamiast wianka mirtu sprzęgały się twardej miedzi
blachy, a w duszach mężów nie było rytmu ni swawoli - jedno była
wola, jako otchłań wrzącej siły, i nad nią rozsądku powaga, nie-
zachwianego opieka rozumu!
IRYDION. Słyszeli męczennicy narodów o rozsądku waszym!
Geniusz Romy z tym słowem na czole stanął u progów Attala
i skrzydlaty usiadł przy stopach starca, podchlebiał i łudził, aż spod
zgrzybiałej ręki wyrwał zapisy Pergamu!
Z tym słowem na czole podniósł się wśród istmijskich igrzysk,
prosił o posłuchanie i chwalił synów Grecji! Z tym słowem on po
wszystkie czasy uwodził słabych i dusze ludzkie zabijał.
A kiedy kto wierzył jemu, kiedy nieszczęśliwy przystał na pęta i
wyrzekł się domu, ojczyzny, sławy za życia i chwały po zgonie, on
wtedy, śmiejąc się, wołał: "Rozsądny jesteś!" i nogą spychał go
z Tarpejskiej Skały!
Prawdęś wyrzekł - nie- - nigdy Hellada takim nie spodliła się
rozumem! Jej życie nie było rachubą, jej nadzieje nie spoczęły na
kłamstwach! Syn Latony zamieszkał w niej i opromienił ją dokoła
- na piersiach Zeusa, w cieniu puklerza Pallady leżało jej czoło
upojone myślami, a morze, a lądy wiosenne stóp jej były zakocha-
nym podnóżem! Zemsta, zemsta za nią!
ULPIANUS. Pójrżyj na ramiona naszej potęgi - wśród gromów
ich pędu sława Aten, imię Sparty i Koryntu, jak brzęki pszczół, giną
w oddali! One coraz sięgać będą dalej, od wschodu na zachód, one
, spocząć nie mogą, aż światu całemu stanie się na imię - Roma!
IRYDION. Ach! ty myślisz tę starą otchłań na nowo bluszczem
uzielenić po brzegach, by koście ofiar i łupy kościołów, i miecze, wydarte zdradą, niewidziane, spoczywały na dnie! Ty sądzisz, że ród bez czci i ducha przyuczysz do sił straconych i roześlesz po wieńce laurowe! Ty i cezar twój błogo marzycie, jak starcy czekający na dzień odmłodnienia - a dzień ten będzie śmiercią waszą.
ULPIANUS. Wodzu pożarników, tchnienie twoje kala powietrze
cnotliwym! Zbrodnia goreje na czole twoim, opuszczonym od bo-
gów! Na jego widok stare lata moje się wzdrygnęły!
IRYDION. Ojcze, ojcze! patrz, Rzymianin usłyszał mowę wol-
nych i oburzył się cały! Konsulu, odpowiedz mi jeszcze! Cóżeście
uczynili ze światem, od kiedy bogi złego oddały go w wasze ręce?
Stoją łuki tryumfalne i bite drogi edylów - na głazach zapisaliście
się krwią i potem umierających! Ach! kiedy ziemia staczała się w wa-
sze objęcia jak złudzona niewiasta, kołysały się nad nią dumania
Platona i skrzydła Kartagi lśniły się od Gadesu po Ultima Thule!
A teraz co? Odpowiedz mi, konsulu! W lochach nazarenów słabowi-
te westchnienia - tu i ówdzie stoików obłąkane cienie i kilka słów
Aureliusa wśród żałobnego jęku boleści! Gdzie bujniej od dnia klę-
ski naszej porosły oliwne gałązki? Gdzie pieszczoną pieśnią, gdzie
nauką mądrości ukołysali przodki twoje żale podbitych? O, wiem!
August zawarł podwoje Janusa - o zmierzchu życia, grały mu lu-
tnie przedajnymi struny - wtedy milczące pustynie, grodów na pia-
sek rozemlone gruzy on nazwał ciszą swoją - i na mogiłach plemion
rzekliście wszyscy: "Pokój synom ludzkim!"
ULPIANUS. Jako ojciec rodziny dzieci, jako patrycjusz plebejów,
jako pan niewolników, tak my, Kwiryty, prowincje dostali
w podzielę. Żelazem zdobyliśmy ziemię i prawo żelaza na nią zawie-
szone trzymamy!
IRYDION. Bodajbyście łatwowiernych nigdy nie byli zawodzili
tym słowem! Odwróć się ku bitnym legionom Rzeczypospolitej -
czy widzisz, jak pierzchają przed słoniami Pyrrusa, jak korzą się
pod widłami Samnitów, jak żniwem kładą się na brzegach Trazy-
menu, jak w hiszpańskich wąwozach wołają miłosierdzia i wody,
jak w lasach Hercyńskich zbladłe klękają pod nożem ofiary? Nie
lotnym gromem Aleksandra, nie krótkim mieczem waszym, ale
czarą trucizny, ale garścią złota, ale krzywymi przysięgi, ale obłudną
radą, ale pobratymstwem zdrajców dopełzaliście się potęgi! I orzeł
Romy wylągł się na bagnach, nie na szczytach gór!
ULPIANUS. Darmo wołasz, bluźnierco! Niewzruszona opoka,
na której zgrzytasz, nie słyszy ciebie!
Odrzuciłeś więc miłosierdzie pana twego?
IRYDION. Kto panem moim? Na ziemi nie znałem go - za sto-
sem, jak stada drapieżnych ptaków, krążą geniusze śmierci - oni
mi powiedzą, czyj poddany jestem! Ale tu miałem wrogów tylko
i braci kilku, co mi wiernie służyli - i jedną chwilę boską - krótką
jak szczęk mieczów, co prysną od razu, ale świętą, świętą na wieki!
Nikt z wąs jej nie podzielił, towarzysze! Ona mną, ja nią byłem
cały - pochodnia zemsty gorzała w tym ręku. Miasto poświęcone
u stóp moich leżało tuląc się coraz ciszej pod zwoje nocy. Ach! Ne-
mezys - (Opiera się na posągu Amfilocha)
ULPIANUS. Zbladłeś!
IRYDION. Całej krwi waszej zabrakło licom moim!
ULPIANUS. Wróżbą ostrzegły cię bogi. Ja raz ostatni z urzędu
mojego przypominam ci, że wyrok zapada nad tobą. Czas jeszcze
przebłagać cezara - Roma przebacza pokornym!
IRYDION. Takążeś naukę z słów moich wyciągnął?
Nie odchodź - zatrzymaj się jeszcze!
Euf orion, podaj mi poświęconą czarę.
Amfilochu, śnieżną pianę lesbijską wylewam na stopy twoje -
przyjm pierwiosnki zgonu mojego! Pijcie teraz, bracia, jak męże Le-
onidasa przed śmiertelnym świtem! Pijcie i bądźcie wolni od złej
myśli! (Zbliża się do oharza palącego się między posagiem a ciałem)
Znak opiekuńczy państwa, błogosławiony wróżbą augurówi Westalek pieniem, znak od senatu powierzony cezarowi, tobie,
ojcze, poświęcam i tobie, Hellado, Matko!
ULPIANUS. Nie dopuśćcie zbrodni, wstrzymajcie świętokradcę!
Jeśli jest tu jaki obywatel rzymski, niech głos mój usłucha - ży-
cie waro darowane będzie, przysięgam na Statora i Kwiryna! Stój,
zuchwalcze - w tym pierścieniu zapisane imię tajemnicze Romy!
IRYDION. Słyszeliście, bracia? (Rzuca pierścień do zgliszczów)
CHÓR. Euge! Euge! Rzymianin togę zarzucił na lica - pierś
jego wzdęła się żalem i nie śmie spojrzeć na oblicza nasze!
IRYDION. Nim usta moje zawrą się na wieki, ostatnią wolę
moją opowiedzieć chcę. Słuchajcie mnie i przeklinajcie miasto!
CHÓR. Patrzcie! odbłysk-li to żarów czy promień, zesłany od
"bogów, tak wspaniale osrebrzył mu lica
IRYDION. Biada zwycięzcom! Jako nas chcieli spodlić, tak im
podłość narzucona będzie - i dziecię urodzone w Rzymie, i starzec
konający w Rzymie, i mą? dojrzały jedno miano będą nosili - nie-
wolnik!
CHÓR. Niewolnik!
IRYDION. O Fatum przedwieczne! znad głowy bogów wtedy ty
podniesiesz stopy i zejdziesz ku dolnym przestworom i niżej jeszcze,
ku siedmiu wzgórzom, i będziesz jędzą ich skonu - by one, co wszy-
tko zniszczyły, umierały w obliczu ciebie, któryś wszystko stworzył!
CHÓR. Ród ich przepadnie, język ich niech zatraceń będzie!
IRYDION. Ale niech sława o nich żyje w późne wieki. Niech
powieść o ucisku będzie ich nagrobkiem! Niech go ludzie potomni
czytają i przeklinają po wszystkie dni swoje aż do końca świata!
CHÓR. Świata!
IRYDION. Przeszedł czas modlitwy - zgasł płomień ołtarza i
skonał bóg Romy! Konsulu, możesz podnieść oczy.
ULPIANUS. Złamałeś ustawy ludzi i znieważyłeś obrzędy świę-
te - obyczajem przodków wyjmuję cię spod opieki prawa - zabra-
niam ci udziału ognia i wody! Za głowę twoją obiecuję wolność
niewolnikowi, wolnemu posąg przy rostrach i miejsce obok konsu-
lów w cyrku.
Bezbożni, czekam na was u progów mamertyńskiego więzienia!
Skazani, czekam na was u stóp Tarpejskiej Skały!
IRYDION. Nikt z nich ręki nie podniesie na mnie. Idź, starcze!
Gniew siwej nie przystoi głowie. (Ulpianus wychodzi) Stos twój już
gotowy, siostro - nieście ją i ultimum vale powtarzajcie za mną!
Noc miesięczna. Świątynia Wenery naprzeciw amfiteatru Flawiana -
na schodach pretorianie i Lucjusz Tubero.
TUBERO. Co znaczy, że dotąd Arystomachus nie dał znać o so-
bie? Noc ledwie zapadała, kiedyśmy się rozłączali, a teraz już księ-
życ depce wierzchołki amfiteatru. Spokojność arkad, przełama-
nych w te długie cienie, dolega mi, nie wiem sam, czemu. Chłodny
powiew spieki moim licom przydaje - a jednak rozpaczniejsze wi-
działem sprawy bez oczekiwania, bez niecierpliwości. Duszo, nie-
wolnico Lucjusza, czemu dzisiaj buntujesz się przeciw panu twemu?
(Przechadza się z wolna) Słyszałem od ludzi, że pod koniec żywota
duch sam siebie ostrzega dziwnymi niespokojności. Tak Brutusowi
w wilią przegranej, tak Otonowi pod Bedriakiem wieszcze znaki
się objawiły. Diespiter! nie w porę dziś umierać Lucjuszowi Tube-
ro! Już młodzieniec na mojej starej cnocie polega. Ja tylko i Ulpia-
nus drugi wędzidło trzymamy - a gdyby prawnik padł od germańs-
kiej strzały lub pod ręką Amfilochida, wtedy... Któż mi odpowiada?
nie - to w lochach cyrku lew się przebudził i ryknął - a teraz co
innego - pomieszane głosy, rżenia, łoskoty! Przez Kastora, kto
idzie?
{Zbrojni wbiegają w nieładzie - za nimi Arystomachus)
ARYSTOMACHUS. Na pomoc!
TUBERO. Hańba! Cezar czeka na Forum, byś mu Greka przy-
prowadził w łańcuchach, a ty przed nim uciekasz!
ARYSTOMACHUS. Kto. mówi, że Arystomachus się przeląkł,
ten kłamie, choćby był ojcem ludzi i bogów. Sam dwóch centurio-
nów tą włócznią przebiłem, kiedy od pałającej twarzy Greka odwra-
cali oczy.
TUBERO. Skądże ta przemoc jego niespodziana? Czyż posiał
kły smoka i świeże z nich męże wyrosły?
ARYSTOMACHUS. Goni ostatkiem, ale wściekle goni. Szliśmy
jeszcze pochyłością Wiminalu, kiedy on pierwszy'-zaczął i od przy-
sionków pałacu spłynął jak lawa, paląc ciskanymi pochodniami,
rozognionymi strzały, kipiącą naftą. Trzy razy zwarłem się z nim -
spod miecza mego i znad tarczy jego sypnęły się iskry jak z kuźni
Cyklopa - trzy razy rozparły nas tłumy!
TUBERO. Idźmy! Zdarte z szyi Greka łupy ślubuję zawiesić
w twoim kościele, o Marspiter!
ARYSTOMACHUS. Ściągnij pancerz - dwie łuski pękły ci
w tej chwili nad sercem.
TUBERO. Dii, avertite omen!
(Wychodzą)
MASYNISSA. (Na schodach świątyni) Ptaki nocne, karmne
krwią areny, splatajcie się w wieniec nade mną!
Zgrzybiała ruino wulkanu, ty przemarzona od ludzi na gwiazdę
czystości i wdzięku, dosyłaj mi bladych promieni!
Ziemio, daj, co się należy - powietrze, daj, co mi winne je-
steś - bym karmił się krwią i jadem, jak niegdyś wiekuistymi ognia-
mi eteru!
Jeszcze noc jedna i ranek jeden, a ja i syn mój opuścim te strony!
CHÓR. (Z wnętrza świątyni) Piękne, lubieżne witają pana! Nad
hełmami tańcując, krwią z ran ludzkich odświeżyłyśmy lica i puklerz
syna twego był zwierciadłem naszym!
Piękne, lubieżne ostrzegają pana! Z gwiazdą Oriona wszedł duch
tajemniczy, strumieniem kołujący w błękitach i wszystkie ciche
drgania, i wszystkie smętne fale swoje zebrał wokoło Irydiona du-
szy - przelatując, spotykałyśmy się z jego nurtem!
MASYNISSA. A syn mój czy zważał na podszepty ducha?
CHÓR. Ile razy ta myśl bez głosu dotknęła mu serce, bladł
i mieczem błądził po zbrojach, i nie łamał żadnej - w przerwach
bił się jak anioł strącony - śpiesz się, śpiesz się do niego!
MASYNISSA. Mdłe dusze świętych niewiast, z tamtej strony
grobu wracające westchnienia, nie wydrzecie mnie go! Nie do zło-
tych harf tak długo przyuczałem mu palce - nie do pieśni pochwal-
nych skręcałem mu usta! (Znika)
Forum - przy pochodniach Aleksander Sewerus na krześle kurul-
nym. Obok stoi Ulpianus, z tyłu straż z złotymi orłami. Arystoma-
chus wchodzi - za nim prowadza rannego Scypiona.
ARYSTOMACHUS. Boski imperatorze, już w tej chwili Tubero
musiał schwytać Greka. Ja w bok się udałem i rozpocząłem bitwę
z Cheruskami, którzy stali pod wodzą tego człowieka na drugiej po-
chyłości Wiminalu - pchałem ich ostrzami mieczów, aż zaczęli krzy-
czeć: "Niech żyje cezar Sewerus!" i kląć się na wszystkie bogi Półno-
cy, że jakiś szał ich opętał po śmierci Heliogabala. Ten człowiek
dwom czy trzem wtedy zawarł usta puginałem, ale wnet hurmem
wszyscy przeszli do nas.
ALEKSANDER. Dzięki nasze walecznemu Arystomachowi.
ARYSTOMACHUS. Teraz nazad do Tuberona! (Wychodzi)
ULPIANUS. Imię twoje?
SCYPIO. Umierający.
ULPIANUS. Wyznaj więc prawdę i pogódź się przed ostatnim
tchnieniem z sprawiedliwymi bogi.
SCYPIO. Z sprawiedliwymi!
ULPIANUS. Odpowiadaj mi w obliczu imperatora. Od jak daw-
na wasz spisek zawiązany?
SCYPIO. Od wieków.
ULPIANUS. Nie żartuj, niewolniku - czy mieliście wspólników
w innych miastach państwa?
SCYPIO. Wszędzie.
ULPIANUS. Kto spomiędzy nich najzacniejszy?
SCYPIO. Ty i cezar - póki jesteście, my będziem! (Umiera)
ALEKSANDER. (Zstępując z tronu) Ni łaską, ni groźbą takich
nie przymusić ludzi!
ULPIANUS. Ale żelazem i ogniem! Ucz się, jak-stąpać nad
wrzącą otchłanią i nie przepaść na dnie. Nie słuchaj niewieścich gło-
sów - nie ufaj szlachetności cudzej - w tobie cała Roma się skupi-
ła - bądź więc, jak ona, silny i nieubłagany! (Wychodzą)
Puste miejce przy fontannie Neptuna. Słychać w dali szczęk mie-
czów i wrzaski. Wchodzi Irydion, następując na Tuberona.
TUBERO. Noc całą oko twoje, jak żar piekielny, mnie ściga-
ło - jakiż z bogów zbroję ci wykuł? Pod twoimi ciosy nie zdrętwiała
odwaga, ale zemdlały siły moje.
IRYDION. Ostatni raz tę klingę odbiłeś!
TUBERO. Ojcze Neptunie, pomagaj! (Pada)IRYDION. Powiedz siostrze mojej, że przybywam do niej! (Za-
bija go)
Zemsto! ty mi krople tylko sączysz, kiedy ja cię o morze
krwi prosiłem. Teraz wrę całą mocą życia! dusze ginących braci
przelewają się we mnie! stałem się Tytanem! a umrzeć mi trzeba -
nie, ja nie chcę umierać! (Schyla się i wydziera miecz Tuberona)
Ach! czego mnie ścigasz, niewidomy duchu? Chrystus - Chry-
stus - i cóż mi po tym imieniu? Oddal się - nie męcz mnie, Korne-
lio! Patrz - idź za księżycem tymi śladami srebra - za chwilę ciem-
ności ogarną tę ziemię! (Albom wchodzi) Wróg li czy przyjaciel Iry-
diona Greka?
ALBOIN. Niegdyś jego towarzysz.
IRYDION. Czyś zbladł od strachu, czy od miesięcznych promie-
ni?
ALBOIN. Scypiona ciało na brzegach Gemonii!
IRYDION. Ojcowie jego bywali na szczytach Kapitelu!
ALBOIN. I Cheruscy co do jednego poddali się cezarowi.
IRYDION. Ach! skróciły się ostatnie chwile! Chodź - wrócim
do pałacu. Rzymian wpuścim na dziedzińce - tam żarzy się jeszcze
stos Elsinoi. Zginiemy w płomieniach i ty, i ja, i oni, i dom ojca
mego. Naprzód!
ALBOIN. Dopóki tlała iskra nadziei, służyłem ci wiernie -jako
ty nienawidzę Romy - ale teraz...
IRYDION. Służalcze orła, legionisto Karakalli, ty mnie zdra-
dzisz także?
ALBOIN. Nie ja, ale Fortuna opuściła cię pierwsza! Chleb mój
woła mnie w inną stronę! Czy słyszysz głosy trybunów? Cezar głowę
twoją puścił na targ mieczom naszym. (Dobywa puginału)
IRYDION. (Przebijając go) Idź do piekła - na tej drodze wcześ-
niej czy później spotkasz się z cezarem! (Wychodzi przeciwną stroną)
Podwórzec na wzgórzu przed pałacem Irydiona. Niewolnicy, gladia-
tory, żołnierze z pochodniami. Dymiący stos Esinoe z boku.
KILKU. Gdzie bieżysz, Pilades?
PILADES. Do lochów, gdzie cyprysy i sosny. Pan tak rozkazał!
INNI. Zatrzymajcie go - wyrwijcie mu pochodnię!
PILADES. W tył - nie zbliżać się do mnie - rozstąpić się! Czy
nie poznajecie mnie, bracia?
POMIESZANE GŁOSY. Rzuć pochodnię - stój na miejscu, je-
śli nie chcesz zginąć!
INNI. Tam w dole już lecą orły Arystomacha.
INNI. Z tej strony Tubero się wdziera.
IRYDION. (Wchodząc) Mylicie się, ludzie moi. Tubero przeżył
już wszystkie dni swoje. (Wstępuje na podstawę obelisku) Cóż to
znaczy? Topory, puklerze na ziemi? Sami w nieładzie stoicie, jakby-
ście nie wiedzieli, co czynić? Bracia, raz ostatni wołam was do bo-
ju - a potem sen i wieczne milczenie! (Chwila cichości)
Cóż to znaczy? Patrzycie ku mnie wzrokiem bojaźliwych - opu-
szczacie ramiona - przelatujące połyski bledną od bladości liców
waszych. Do broni!
JEDEN Z ŻOŁNIERZY. Wodzu, biłem się od mroku aż do za-
chodu miesiąca.
DRUGI. Kto ostał się przy nas? Jedni leżą bez ducha - drudzy
konają w torturach - inni sobie poradzili lepiej - przeszli do ce-
zara!
INNI. Patrz na rany nasze - ledwo ustać możemy.
INNY. Arystomachus pół żelezca w piersiach mi załamał. Daj
wody - wody trochę!
IRYDION. Ognia, ognia tylko ci dać mogę!
WSZYSCY. Ty, okrutny - ty, bezbożny!
IRYDION. Diomedesie, tyś rodem z Koryntu. Czy chcesz uniżyć
się przed tymi, którzy ojczyznę ci wydarli? I ty, Lastenes, i ty, Glau-
cus, i ty, piękny Eutellu?
CHÓR GŁOSÓW. Źle, źle nam - mdło i posępnie - co z na-
szych mąk umarłej ojczyźnie?
IRYDION. Chwała, bluźnierce!
CHÓR. Życia, życia, nie chwały!
Chleba, chleba, nie chwały!
IRYDION. Nędzni! słyszałem wasze przysięgi - widziałem wa-
sze zbroczone oręże - byliście dzielnymi kiedyś. Lecz teraz, nad
grobem, przyszedł na was koniec wspólny ludziom - nie rozpacz -
nie wściekłość - nie zaślepienie - ale hańba podłości!
CHÓR. Cezar kochał cię niegdyś - podaj nas i siebie do łaski
cezara - czas jeszcze, o Irydionie!
IRYDION. I wy myślicie żyć długo po przebaczeniu Romy? Ja
wiem, że niesława nie skróci dni waszych - ale poszła was na wy-
gnanie, kędy piasek zeżre wam stopy, a słońce głowy na węgiel roz-
sypie ale poić was będą trucizną na biesiadach świątecznych, ale
oskarżać co/dzień o nowe zbrodnie! Kto wejdzie w służbę, tego krew
zawczasu wrogom przedaną będzie. Kto zostanie w mieście, ten sko-
na budując teatra ludowi - i wszyscy zginiecie, jako na was przysta-
ło, podłe niewolnik!
JEDEN Z ŻOŁNIERZY. Co ty nam złorzeczysz, ty, któryś nas
zdradził?
DRUGI. Obiecałeś zwycięstwo - dotrzymaj!
IRYDION. Pilades! pchnij tego, który cię trzyma, i idź dalej! .
ŻOŁNIERZ. Głowa twoja skazana!
DRUGI. Bracia, zanieśmy ją cezarowi!
IRYDION. Odrzuciłem tarczę - mierzcie! - ale zanadto drżą
wam ręce, byście trafili. Ach! biedny mój Pilades!
PILADES. Los twój gorzej mnie boli, synu Amfilocha. (Pada
trafiony i umiera)

CHÓR. Czy widzisz te orły złote, tę purpurę cesarską? Czy sły-
szysz trąby legionów?
IRYDION. (Zeskakując z podstawy obelisku) Każdy z tych mie-
czów gardło jedne przetnie - ty, nędzny, przejrzyj się w klindze Sy-
gurda- ale ani kroku bliżej! Zdrajco, nie garnij się pod żelazo Tu-
berona - precz mi z drogi! Ułóżcie ręce do prośby - kolana w bruk
wgniećcie - módlcie się do Rzymian! (Przechodzi wśród nich i wstę-
puje na stos Elsinoe)

CHÓR. Synii nieszczęścia, niech krew poległych płynie przed
tobą - niech przekleństwa żyjących grzmią za tobą na ciemnych
brzegach Styksu!
IRYDION. Ojcze, umieram syt goryczy i krótkich dni moich!
Ojcze, ty nie przebaczysz podłym! (Powstaje Masynissa obok stosu)
i ty przybyłeś nareszcie. Ustąp się, człowieku! To nie twoja godzina
jeszcze - to moja! Tam idź, idź - tam cezar ci przebaczy!
MASYNISSA. Za mną, synu!
IRYDION. Nie znam ciebie.
MASYNISSA. Strzegłem cię wśród walki - ale tyś mnie nie wi-
dział? - wspierałem w rozpaczy - ale tyś mnie nie widział! Teraz
przychodzę cię zbawić!
IRYDION. Giń wraz ze mną, jeśliś cnotliwy!
MASYNISSA. A jeślim nieśmiertelny? (Porywa go w objęcia)
IRYDION. Czymże jesteś?
MASYNISSA. Bogiem! (Zapada z nim)
(Wchodzą: Arystomachus, Aleksander Sewerus, Ulpianus, rzymskie
kohorty)

ALEKSANDER. Gdzie syn Amfilocha? odpowiedzcie, buntow-
nicy!
CHÓR. Wstąpił na stos siostry i głos jego słyszanym był raz je-
szcze, i zniknął - ale my broń złożyli, ale my błagamy ciebie!
INNI. O boski cezarze, my go chcieli wydać tobie.
ALEKSANDER. Przebrała się litość moja.
CHÓR. Bądź nam miłosierny! On jeden winny! On nas omamił
i zgubił!
ULPIANUS. Vae victis! Zbliżcie się, liktory!
Szczyt góry. Rzym w mglistej oddali - z drugiej strony morze. Masy-
nissa, Irydion oparty na jego ramieniu.
IRYDION. O ty, którą kochałem dla mąk twoich, Hellado,
Hellado, czy byłaś tylko cieniem? Chmuro miłości mojej, czy ty
odchodzisz na wieki? Wróg twój, jak wprzódy, stoi niewzruszony
i marmury wyszczerza przed słońcem jak białe kły tygrysa! Po co
mnie być tutaj? Gorączka pali głębie czoła mego - myśli toczą mi
duszę jak robaki trupa! (Zsuwa się na murawą)
MASYNISSA. Odśwież siły w mgle poranku - pij chłodne po-
wietrze i światło.
IRYDION. Jak ogniwo do ogniwa, do mojej dłoń twoją spiąłeś
i przywlokłeś mnie, ale człowiek raz tylko żyje - ten raz przeszedł
dla mnie - ja skonałem wczoraj.
MASYNISSA. Synu! zawód twój nie skończył się jeszcze!
IRYDION. Nie dręcz mnie! Ojciec mój umarł w twoich ramio-
nach - siostra skonała w pałacu cezarów -ja u stóp twoich dogo-
rywam. Czyż nie dosyć tobie? (Podnosi się na wpół) Niewinna, którą
ci poświęciłem, rozpłynęła się w powietrzu na żałosne jęki - głos
jej drga w uszach moich - krzyż jej widzę na błękitach! Ach! gdyby
jej Bóg żył nad wszystkimi bogi - gdyby On był jedyną prawdą
świata!
MASYNISSA. Cóż byś wtedy uczynił?
IRYDION. Umierając z tym pryśniętym żelazem w dłoniach,
wezwałbym Jego!
MASYNISSA. Ojcze, któryś jest w niebiesiech, daj długich dni
Romie! Przebacz tym, którzy mnie zdradzili! Zbaw tych, którzy po
wszystkie czasy nękali rodzinną ziemię moją!
IRYDION. Nie! "Ojcze, któryś jest w niebiesiech, ukochaj Hel-
ladę, jak ja ją kochałem!" Opowiedz mi w ostatniej godzinie, Masy-
nisso, ty, który mnie zwiodłeś, ty, któryś mi obiecał tyle - ty, na
którego łonie głowa moja w dzieciństwie zasypiała - ty, który w tej
chwili stoisz nade mną, jakbyś światu rozkazowa!, o, mów! - patrz,
mieszają się myśli Irydiona - prędzej, mów prędzej, czy Chrystus
jest panem nieba i ziemi?
MASYNISSA. Sam wyrzekłeś!
IRYDION. A więc świadczysz Jemu?
MASYNISSA. Ja wróg nieśmiertelny nieśmiertelnemu wrogowi!
Dzisiaj On władnie starym niebem i zgrzybiałą ziemią - ale są prze-
stwory, kędy imię Jego zmazane, jako moje starte w niebiesiech. Są
światy nieskończonej młodości, pracujące w bólach i w odmęcie,
słońca bez blasku, przyszłe bogi w okowach, morze nie nazwane do-
tąd, wezbrane wiecznie ku szczęśliwym brzegom! A On już ustał,
już zasiadł na tronie i rzekł: "Jestem", i opuścił skronie! Nie zaprze-
czam Go - widzę Go - oczy moje, ranne Jego blaskiem, odwraca-
ją się ku ciemnościom, ku nadziejom moim! Z nich będzie zwycię-
stwo! Wybieraj!
IRYDION. Statek żelaznego cierpienia czerni się na czole two-
im - ale wśród tych zmarszczków pokaż mi nadzieję! Nie - nie -
ty z toni wieków nie podniesiesz się nigdy! tyś zwiódł mnie i zgubił!
MASYNISSA. Nie opuszczaj mnie, jako ciebie opuścili nikczem-
ni. (Porywa go z ziemi) Stań nad przepaścią - wejrzyj ku miastu
nienawiści twojej! Czy wiesz, kto je wyrwie z rąk braci twoich, kiedy
według przepowiedni Grimhildy przyjdą rozorać Italię na bruzdy
krwi i zagony popiołów? Czy wiesz, kto zlatującą purpurę cezarów
podchwyci w powietrzu? Nazareńczyk! - i w nim zdrada senatu,
i w nim okrucieństwo ludu żyć będzie nięstartą puścizną - włosy
jego białe i serce nieubłagane jak u pierwszego z Katonów -
mowa tylko czasem niewieścia i słodka - u stóp Jego zdziecinnieją
męże Północy i On drugi raz ubóstwi Romę przed narodami świata!
IRYDION. Ach! żądałem bez miary, pracowałem bez wytchnie-
nia, by niszczyć, tak jak inni żądają bez miary, pracują bez wy-
tchnienia, by kochać i błogosławić przy zgonie temu, co kochali za
życia! Ach! a teraz ty konającemu zwiastujesz nieśmiertelność
Romy!
MASYNISSA. Nie rozpaczaj - bo przyjdzie czas, w którym cień
krzyża spieką się wyda narodom i on darmo wytęży ramiona, by raz
jeszcze odchodzących przytulić do łona. Jedni po drugich powstaną
i rzekną: "Nie służymy więcej!" Wtedy u wszystkich bram miasta
słyszane będą skargi i narzekania - wtedy geniusz Romy znów
twarz zakryje i płacz jego nieskończonym będzie - bo na Forum
same prochy zostaną - bo na cyrku same gruzy tylko - bo na Ka-
pitolu sama hańba tylko! I przechadzać się będę po tych błoniach
wśród trzód dzikich i bladych pasterzy, ostatnich mieszkańców
Romy - i walka moja na ziemi zbliży się do końca!
IRYDION. Znów serce mi bije. Ach! dzień ten czy daleki je-
szcze?
MASYNISSA. Sam ledwo go przeczuwam!
IRYDION. O Amfilochu, więc syn twój był tylko marzeniem -
tylko cieniem, odbitym od późnej przyszłości - i jak za wczesną
igraszkę rozbiły go losy! (do Masynissy) Odejdź - ni tobie, ni bogu.
żadnemu nie_ oddam duszy mojej - na tej skale patrząc w oczy
Romy umrę, jako żyłem w samotności ducha!
MASYNISSA. O synu, słuchaj mnie!
Bladość liców twoich odrzucę nazad śmierci. Ognisko siły na
nowo w sercu twoim rozpalę. Dam ci niepamięć przeszłości - dam
ci niewiedzę przyszłości!
IRYDION. Precz ode mnie!
MASYNISSA. Dam ci żądz tysiąc i sił tysiące. Umarłych piękno-
ści wskrzeszę ci kształty - każda, nim się rozemdleje, spali się
w twoich uściskach - i Helena trojańska, i Idalska Wenus, i Pto-
lomeów córa.
W przejrzystej fali, w ogniu promienia, w czarnej, twardej ziemi
jeszcze będą tchnienia rozkoszy dla ciebie!
IRYDION. Nie kuś mnie!
MASYNISSA. W dalekich stronach wydzielę ci plemię, posłu-
szne w progach pałacu, dzikie w dniu bitwy. Wśród czarów pochleb-
stwa ukochasz siebie, jako Helladę kochałeś. Zgrozą króla i miłością
s króla upoję cię, synu! Aż przyjdę, aż znów mój znak położę na tobie
i rzeknę: "Czas wrócić, do walki!"
IRYDION. Nie kuś mnie albo rozłam w gruzy sklepienia, któ-
rych kamień każden przeklinałem. Ha! Jeśliś potężny, choć raz wy-
nijdź w pole!
MASYNISSA. Na dzisiaj próżna prośba twoja!
IRYDION. A więc tobie na dzisiaj nie być panem moim!
MASYNISSA. Słuchaj, słuchaj mnie jeszcze!
IRYDION. Słaby geniuszu, w twoich skarbach nie ma nic dla
Irydiona! Umierając gardzę nimi i tobą!
MASYNISSA. A jeśli wieki zniszczę dla ciebie?
IRYDION. Co?
MASYNISSA. Jeśli cię wyrwę spośród pędzących fal czasu i zło-
żę na miękkim brzegu, uśpię cię na łonie nicości i zapomnienia - aż
do chwili, w której te wieże rozrzucę i wbiję do ziemi? Jeśli wtedy
obudzę cię takim, jakim dzisiaj jesteś?
IRYDION. W Rzymie po latach wielu?
MASYNISSA. Tak, by dopełniła się jedyna żądza twoja, byś
deptał ruiny i popioły!
IRYDION. Ale nie, kiedy płomienie wrzeć będą - nie, kiedy
bracia matki mojej zatrąbią w rogi swoje na siedmiu wzgórzach.
MASYNISSA. Kiedyż więc?
IRYDION. Kiedy na Forum będą prochy tylko!
Kiedy na cyrku będą koście tylko!
Kiedy na Kapitelu będzie hańba tylko!
MASYNISSA. Ale wtedy, synu...
IRYDION. Będę twoim - przysięgnij!
MASYNISSA. Przyrzekam zachować twe ciało. Przyrzekam
duch twój uśpić i wskrzesić. Przez to, co On przezwał złem, przez
jedyne dobro moje, przyrzekam! Teraz daj rękę!
IRYDION. Bierz tę nieszczęśliwą, co na próżno walczyła!
MASYNISSA. Wszystkie potęgi nocy, zgromadzone nad tobą,
i Otchłań, matka moja, słucha twej przysięgi! Wyrzekasz się wroga
mego?
IRYDION. Wyrzekam się. Ach! jęk rozpaczy przeleciał mi nad
głową!
MASYNISSA. Nie zważaj!
IRYDION. Patrz, skała porysowała się w krzyże i czarne krople
na nich. Ach! patrz, krople krwi się sączą.
MASYNISSA. Nie zważaj,synu.
IRYDION. Burza zrywa się nad morzem. Ach! ach! ktoś woła
na mnie - tam - daleko - coraz dalej - czy słyszysz?
MASYNISSA. A teraz?
IRYDION. Milczenie.
MASYNISSA. Razem więc na wieki, bez końca, bez odpoczyn-
ku, bez nadziei, bez miłości, aż dopełni się wiekuista zemsta!
IRYDION. Razem - bylebyś wprzódy dopełnił śmiertelnej!
MASYNISSA. Stało się - za mną teraz!
IRYDION. Gdzie?
MASYNISSA. Do brzegów jeziora, do chłodu jaskini, pod liścia
winne i bluszczane wieńce - kędy ni zorzy, ni gwiazd nie masz, ni
głosów, ni bólu, ni marzeń. Tam spoczywać będziesz, aż wnijdziesz
do królestwa mego!
IRYDION. Idźmy! Mnie Rzym, tobie duszę moją!


Dokończenie


O myśli moja, ty przetrwałaś wieki! Ty senną byłaś w dniu Ala-
ryka i w dniu wielkiego Attyli - ni brzęk korony cesarskiej o twar-
de czoło Karla, ni Rienzi, trybun ludu, nie obudził ciebie! i święte
pany Watykanu jedsn po drugim przesunęli się przed tobą jak cie-
nie przed cieniem! Ale dzisiaj ty powstaniesz, o. myśli moja!
Dzisiaj w Kampanii Rzymskiej słońce wrzało nad pustynią i po-
sępnie teraz u brzegów pustyni zachodzi. Nad piołunem piasków,
nad sitowiem bagnisk, nad samotnymi sosnami wzgórzów, nad cy-
prysami dolin już kołują cienie. Gwiazda wieczorna, dawnych ludzi
bogini, żałobnie się wznosi i z nią kilka łez rosy tu i ówdzie pada.
Tylko na morzu jeszcze w krwawych połyskach gra kipiąca piana.
W powietrzu skwar i milczenie - chmury żadnej, żadnego po-
wiewu, a głębie się wzruszyły i pełnymi bałwany, piersią purpurową
jęknęły ku niebu. Ten, który zamieszkał w otchłani, ten, który obie-
cał, stanął na wirach fal i stopą czarniejszą od nocy gniótł niewolnice
swoje. Od jego postaci łuna wzbija się, jakby drugie słońce zaszło.
Od jego ramion stacza się mgła na dalekie wody. on idzie samotny
i jak przed wiekami, z nieśmiertelną starością na czole.
A kiedy dosiągł lądu, odetchnęło morze i w zmierzchu znękane
usnęły bałwany. On szedł dalej. Górom samnickim ślad swój zosta-
wił na szczycie i zstąpił ku brzegom jeziora. Tam w potędze jego
czarów, synu zemsty! budzić się zaczęło życie twoje.
Wąż, co strzegł stóp twoich, zadrgnął i zdał się przeczuwać po-
wrót pana swego. Wzmogło się światło łusk bladawych - roztoczył
sploty i na marmury łoża z nich sypnęły się iskry. Wspiął się w górę
i czeka teraz jak gorejąca pochodnia, a w jej blaskach jaśnieją czar-
ne głazy i spiekłe rysy twoje!
Zrazu połysk czucia tlał ci na czole jak ognik nocny nad grobem
- ale od progów jaskini głosy uroczyste, witając cię po imieniu,
wznoszą pieśń życia twego i za każdym ich dźwiękiem jedną myślą
i za każdym ich ustankiem jedną siłą zmartwychwstajesz więcej.
I dana ci wiedza lat zbiegłych od chwili zaśnięcia twego. Gdyby dzie-
je dnia jednego, ujrzałeś wszystkie męki Rzymu i tryumfy Krzyża!
Wszystkie ."wszystkie naokoło ciebie wrą ognistymi barwy i kopyt
tętenta, i chrzęsty pancerzy, i brzęki dzwonów, i odgłosy hymnów
przelatują nad tobą, jak przeleciały nad snem twoim.
Umarłe biskupy ciągną się długimi rzędy - przed każdym idzie
król jeden i na plecach swoich roztwartą, świętą księgę niesie. Na
siedmiu wzgórzach, z dołu w górę.i z góry na dół, ciągle jednym ko-
łem idą i wracają. Jednym anioły wieńce kołyszą w powietrzu -
drudzy samotni, z znakiem zbawienia w ręku, z mieczem wojny
u boku i czarą trucizny w lewicy!
A im bliżej obudzenia twego, tym mniej orszaku, tym głuchsze
stąpania, tym bielsze głowy panów Rzymu i bardziej drżące ich dło-
nie. Wtedy ponad wszystkie śpiewające głosy wzniósł się jeden, pe-
łen sił i rozkazów - głos, który nie dochodzi niebios, ale któremu
ziemia odgrzroiewa w wnętrznościach swoich, i ten głos zawołał:
"o synu!"
Wtedy na szybach jeziora, na darni brzegów, na sklepieniu jaski-
ni błysnęło i piorun powtórnego życia uderzył cię w łono, i jakoś
był młody, i jakoś był piękny przed laty, powstałeś na łożu - i go-
rejące oczy twoje spotkały za 'pierwszym, spojrzeniem bladą twarz
Cyntii na szczytach latyńskich - i odparłeś: "Jestem", a on skinął
dłonią i prowadzi ciebie. Stąpań nie powtarzają echa - jedno po
czarnych wąwozach, jak dwie chmury, żeglują wasze postacie.
Stanąłeś w Kampanii Rzymskiej - przeo twoim wzrokiem ona
nie ma czym zakryć hańby swojej - gwiazdy migają jak tysiąc zło-
tych wspomnień i urągań. Czarne wodociągi, idąc ku miastu, nie
znachodząc miasta, stanęły - opadłe z nich głazy leżą pogrzebnymi
stosy - tam powój się rozwlekł, przysypan kurzawą - tam radzą
ptaki nocne i jęczą.
Pój rżał syn wieków i uradował się w sprawiedliwości zemsty swo-
jej. Każda ruina była mu nadgrodą: i niziny, wdowy amfiteatrów,
i wzgórza, świątyń sieroty - z lekkich stóp swoich otrząsał proch i
perzynę tam, gdzie cyrk Karakalli, tam, gdzie mauzoleum Cecylii,
żony Krassusa".
I ulicą grobów starodawnych wiódł go straszny przewodnik do
bram Rzymu. One same się roztworzą. Nie słychać zgrzytnienia za-
wiasów. Weszli. Straże nagle usnęły, oparte na broniach. Oni prze-
szli jak cienie!
I wśród długich murów, i wśród samotnych kaplic ciasna im dro-
ga się wije.
O nocy jedyna, ostatnia! o nocy miłości mojej, coś słonecznego
w twoich blaskach jaśnieje - nad każdą ruiną zasłonę cieniów roz-
dzierasz - truchlejącą, nagą wydajesz wrogowi. Twój księżyc nę-
dzne domy i nędznych, rzadkich mieszkańców wytyka szyderstwa
promieniem!
W krużganku bazyliki stoi dwóch starców w purpurowych pła-
szczach. Żegnają ich zakonnicy imieniem książąt Kościoła i oj-
ców - -na ich twarzach wyryte ubóstwo myśli. Wsiedli do powo-
zu - czarne, schorzałe konie ich ciągną - i z tyłu sługa z latarnią,
jaką trzyma wdowa nad dzieckiem konającym z głodu, i na ramach
u okien, i na listwach u dołu ostatek pozłoty! Minęły z wolna jęczące
koła, siwe głowy wychylone zniknęły. "To następcy cezarów, to ryd-
wan Kapitolińskiej Fortuny" - rzekł przewodnik, a syn Grecji poj-
rzał i klasnął w dłonie.
A teraz stromą pochyłością, sadzonymi schody wstąpili na puste
dziedzińce. Pośrodku posąg Aureliusza na koniu, z wyciągniętą dło-
nią w próżniach powietrza. Cezar bez poddanych. Tryumfator bez
pieśni - aż tyłu czarne tło murów Kapitelu!
Obok Skały Tarpejskiej ułamkiem miecza wracający na ziemię
po latach tylu zostawił znak swój na czole najlepszego z cezarów -
i dźwięk greckiego żelaza o spiż rzymską rozległ Się jak dzwonu ude-
rzenie pogrzebne, ostatnie, i znad szczytów zamku odparł żałosny
krzyk sowy, i z odległych ulic odparło skowyczenie psa błądzącego'
po innych ruinach!
A przez Via Sacra, przez drogę zwycięstw, stopniami ze żwiru
i błota zeszli ku Forum. Łuk Septyma Sewera aż po piersi i świątyń
ostatnie kolumny aż po szyję zakopane w ziemię, wystają jak głowy
potępieńców. Inne nie tak zagrzęzły, stoją wysoko, samotnie, wy-
smukł ością szkieletów.
Ich kapitele, kwiaty, ich liścia akantu, co tak biało, tak nie-
znośnie tobie świeciły przed wiekami, dziś jak zbrudzone włosy na
czole włóczęgi, dziś na pół pęknięte marmury ich kibici idą w proch
jak fontanna w krople. I nie mogłeś nic poznać, nic nazwać w godzi-
nie tryumfu twego!
Tam, pod resztą portyku, dwóch nędzarzy śpi pod łachmanami
płaszcza jednego - w księżycowej bladości ich twarze jak dwa głazy
grobowe - jaszczurki ślizgają wśród ich ramion splecionych - a te-
raz, jak liście jesienne przed wiatrem, uciekły przed tobą.
Powitałeś ostatki ludu rzymskiego na Forum - przechodząc trą-
ciłeś ich nogą - oni się nie przebudzili!
Przewodnik wskazał ku ulicy drzew zgrzybiałych. Tam cień Pala-
tynu leżał na ziemi, tam bogów poćwiertowane ciała się walały i bo-
haterów rozpadłe piersi z jaspisu, z porfiru. Tam, bramą Tytusa,
pękniętą, zlepioną, jak ogromna rana, przeszli znów na jasne miej-
sca, puste i stroskane. Tu wydało się temu, który zmartwychwstał,
że Koliseum dotąd stoi cało, ale starzec głośniej jeszcze się roze-
śmiał - i wziął go za rękę!
Na milczącej arenie, na piasku srebrnym, wśród arkad przemie-
nionych w dzikie skały, z bluszczami u wierzchołków, z szczelinami
w łonie, tyś podziękował losom za spodloną Romę!
Tu miał być koniec pielgrzymki twojej - stąd miałeś pójść, kędy
miliony -
I wszystko, coś widział niegdyś, wszystko, czego częścią bywa-
łeś, wróciło ci na pamięć. Tam był tron cezarów. Ozwały się w my-
śli twojej trąby, piszczałki, poklaski, przekleństwa. Słońca tyllco nie
ma, nie ma purpurowej obsłony(94), co powijała na wierzcholkach cyr-
ku. Księżyc blado świeci nad tłumem wskrzeszonych, przechodzą-
cych, niknących.
Z nich wszystkich został się głos hymnu, słyszanego niegdyś.
To "niegdyś" było wczoraj. Tu wczoraj skonali nazarenczycy. Ich
twarze były pogodne jak wieczór letni - i otóż na miejscu, na któ-
rym padli, krzyż czarny stoi dzisiaj, drewniany, cichy, na środku
areny - od jego spokojnych cieniów odwrócił przewodnik ponure
oblicze.
Ale w tobie dziwne uczucie się budzi - nie litość nad Romą -
bo jej żałoba ledwo za jej zbrodnie staje - nie strach obranego lo-
su - ty zanadto cierpiałeś, byś mógł się lękać - nie żal matki zie-
mi - boś miłości życia wśród snu wiekuistego zapomniał - ale ja-
kieś wspomnienie twarzy dziewiczej - jakiś smutek nad tym krzy-
żem, którym dawniej pogardziłeś, boś go daremnie chciał zaostrzyć
w żeleźca!
Ale teraz zdało ci się, że walki z nim nie chcesz, i zdało ci się, że
on znużony jako ty - opłakany jak losy Hellady niegdyś - i zdało
ci się w promieniach księżyca, że on świętym na zawsze!
Jednak nie uchylisz się od przyrzeczonej wiary - wstaniesz i pój-
dziesz ku starcowi pustyni. On się Wzdrygnął, on przeniknął duszę
twoją - i kołem ramion ogromnych, posępnych otaczając ciebie,
odrywa cię krok za krokiem od zbawienia znaku. Ty stąpasz za nim
z wolna jak ojciec twój w dniu śmierci!
I piękny, gibki, z tuniką czarną, z koturnem argijskim, stanąłeś
i ku niebu wytężając ręce, byłeś wśród gruzów jako dźwięk szybki,
ogromny, co połączy tysiąc innych zbłąkanych. Korynckich festo-
nów szczątki westchnęły za tobą!
"Synu, czas! Wypiłeś napój, który ci wieki sączyły do czary, i
kropli nie zostało. Synu, czas! Zorza niedaleka - nam ubiec długą
drogę trzeba".
Jęki słychać spod ziemi, tam męczenników dosypiają koście -
jęki słychać w powietrzu - tam ulatuj ą .duchy Chrystusa - ale od
szczytów amfiteatru ponad te dźwięki żałobne zabrzmiał głos pełen
chwały!
Tam postać bieleje przejrzystą jasnością - tam zebrały się wszy-
stkie miłości księżyca i jak wstęgi powiewne to skupiają się, to roz-
puszczają się promienie około anielskich, cichych, zwartych skrzydeł
dwojga!
Ty ku temu słodkiemu licu podniosłeś oczy - poznałeś dawne
kształty, ale wyświeżone rosą, wyjaśnione tchnieniem niebios, i spo-
glądałeś na nie jak ten, co się żegna z pięknością na wieki!
Głos wzywał starca na powrót przed stopnie krzyża, na sąd, nie
rozstrzygniony jeszcze. On pod hymnem anioła opuścił śniade skro-
nie i wrócił od bram cyrku. Zgrzytał i rwał ci ręce, i wołał: "Potępio-
ny, potępiony, kto mi wydrze jego?"
Tu, u stóp Męki Pańskiej, kiedy do zorzy blisko już było, kiedy.
miesiąc zapadał niżej amfiteatru, kiedy cała arena świetniała poły-
skami bijącymi od skrzydeł, brzmiała muzyką niewidzialnego chóru,
zaczął się spór ostatni, wyroczny, wokoło twojej poświęconej głowy!
A ty, powyżej kusiciela, poniżej anioła, stoisz na stopniach krzy-
ża - trwogi nie ma na czole twoim ni modlitwy na ustach - jesteś,
jako byłeś zawżdy, samotny na świecie!
On, wsparłszy stopy w kipiący piasek, głowę schyliwszy na spalo-
ne piersi, dopomina się o prawą swoje: "Wrogu nieśmiertelny, on
moim - on żył w zemście, on nienawidził Romy". Lecz anioł, roz-
wiązując tęczę skr2ydeł, potrząsając złocistymi puklami: "O Panie!
on jest moim, bo on kochał Grecję".
I od walki potęg zamgliło się powietrze - uczułeś powtórne ko-
nanie. Życie twoje stało się całe oczekiwaniem i rozdarciem - ogień
piekieł palił ci stopy, blaski niebieskie raziły ci oczy - tłumy rwały
cię na dół i drugie tłumy ciągnęły cię w górę. Wtedy nadzieja boska
wszczęła się w sercu twoim i zemdlała, i znów się obudziła jak iskra,
i znów zagasła, i stało się czarno - pusto - głucho jak w nicości -
boleśno - gorzko - nieznośnie jak w rozpaczy - i słabo, nikczem-
nie jak w hańbie.
O godzino, przeznaczona każdemu z żyjących, oddal się od myśli
mojej!
Ojcze niebieski! Ty raz tylko jeden w wieczności, raz Syna wła-
snego opuściłeś, by dotąd już nie opuszczać żadnego z dzieci Two-
ich - nie - żadne dzieło Twoje nie pójdzie w rozsypkę na wieki!
Powstań, o synu Grecji - patrz! wróg dłoniami zakrył lica i
gmach starożytnych ludzi wstrząs! się od próżnych jego wysileń -
w mgle zarannej coraz posępniej mdleją kształty jego. On kona, gło-
wę oparłszy o bramy cyrku - głos jego już teraz jak szum wód dale-
kich. Świadectwem Kornelii, modlitwą Kornelii ty zbawion jesteś,
boś ty kochał Grecję!
Powstań! Czy słyszysz ten głos, co zagrzmiał nad milczeniem
wszystkich duchów? O pierwszych połyskach świtu on to zleciał jak
piorun i woń wszystkich kwiatów dolin podniosła się ku niemu.
"Idź na północ w imieniu Chrystusa - idź i nie zatrzymuj się, aż
staniesz na ziemi mogił i krzyżów - poznasz ją po milczeniu mę-
żów i po smutku drobnych dzieci - po zgorzałych chatach ubogiego
i po zniszczonych pałacach wygnańców - poznasz ją po jękach anio-
łów moich, przelatujących w nocy.
Idź i zamieszkaj wśród braci, których ci daję - tam powtórna
próba twoja - po drugi raz miłość twoją ujrzysz przebitą, konającą,
a sam nie będziesz mógł skonać - i męki tysiąców wcielą się w jed-
no serce twoje!
Idź i ufaj imieniowi mojemu - nie proś o chwałę twoją, ale
o dobro tych, których ci powierzam - bądź spokojny na dumę
i ucisk, i natrząsanie się niesprawiedliwych - oni przeminą, ale ty
i słowo moje nie przeminiecie!
A po długim męczeństwie zorzę rozwiodę nad wami - udaru-
ję was, czym aniołów moich obdarzyłem przed wiekami - szczę-
ściem - i tym, co obiecałem ludziom na szczycie Golgoty - wol-
nością!
Idź i czyń! Choć serce twoje wyschnie w piersiach twoich, choć
zwątpisz o braci twojej - choćbyś miał o mnie samym rozpaczać -
czyń ciągle i bez wytchnienia, a przeżyjesz marnych, szczęśliwych
i świetnych, a zmartwychwstaniesz nie ze snu, jako wprzódy było -
ale z pracy wieków - staniesz się wolnym synem niebios!"
I weszło słońce nad ostatkami Romy - i nie było komu powie-
dzieć, gdzie się podziały ślady myśli mojej - ale ja wiem, że ona
trwa i że ona żyje!