+ Pokaż spis treści

Horror okopów


Przyzwyczajeni do obcowania z apokaliptycznym wizerunkiem Drugiej Wojny Światowej, często nie uświadamiamy sobie, jakim koszmarem, jakim szokiem dla społeczeństwa końca XIX wieku było doświadczenie pierwszego światowego konfliktu. Pamięć o realiach lat 1939 - 1945: masowej eksterminacji całych narodów, holokauście, obozach zagłady, deportacjach, nalotach dywanowych, bombie atomowej - pamięć o tym wszystkim nie pozwala nam zazwyczaj dostrzec w Pierwszej Wojnie, jak ujął to prof. Jerzy Holzer, "prawdziwego początku XX wieku". A przecież przez dwadzieścia lat nazywano ją Wielką Wojną. Nie wyobrażano sobie, by ludzkość mogło spotkać coś bardziej potwornego.


Sprawami nie wymagającymi komentarza są: zmobilizowanie dziesiątków milionów żołnierzy, ogromna liczba ofiar, wielkie zniszczenia i straty materialne, globalny charakter konfliktu. Składały się one na zbiorowe doświadczenie ludzkości, doświadczenie, które kazało strzec się w przyszłości podobnej hekatomby. Wszelako zjawiskiem, które odmieniło ludzkość przełomu wieków były realia, jakie towarzyszyły prowadzeniu walk. Nie tak wyobrażano sobie nie tylko czas, ale i charakter walk. Całkowicie bezzasadne okazały się rachuby na prędkie zwycięstwo, mające być efektem błyskotliwej, kilkutygodniowej ofensywy. U schyłku 1914 r. fronty zastygły w wojnie pozycyjnej. Podejmowane systematycznie ofensywy nie zmieniały zasadniczo (w większym stopniu na froncie zachodnim, w nieco mniejszym - na froncie wschodnim) sytuacji, polegającej na wtłoczeniu milionowych mas wojska w ciągnące się setkami kilometrów linie okopów. Trudny do ogarnięcia jest doprawdy koszmar, którego doświadczali żołnierze frontowi, pełniący miesiącami służbę w wyrytych w glinie, błocie i piachu rowach.


Rytm walk w wojnie pozycyjnej wyznaczały stale podejmowane natarcia na linie przeciwnika. Dla atakujących oznaczały one konieczność wyjścia z dających prowizoryczne schronienie transzei i posuwanie się gęstymi tyralierami ku liniom wroga. Rzadko kiedy osiągano okopy przeciwnika. Nacierających witał grad kul, granaty, a przede wszystkim kanonada karabinów maszynowych. Ocaleli szczęśliwcy wycofywali się na swe stanowiska. Pole bitwy zasłane było stosami trupów. Skłębione ciała poległych często tworzyły kilkuwarstwowe wały przed liniami obrony strony atakowanej. W ten sposób przestawały istnieć całe bataliony i pułki. Z natarcia podejmowanego przez kilkusetosobowe oddziały powracało kilkunastu, kilkudziesięciu żołnierzy.


Wojna pozycyjna była także straszna dla tych, którzy w okopach bronili się przed natarciami. Atak zazwyczaj poprzedzało zmasowane przygotowanie artyleryjskie. Drążone pod ziemią nory dawały słabe schronienie przed pociskami ciężkiej artylerii i minami moździerzy, zdolnych do precyzyjnego "wstrzelania się" w pozycje nieprzyjaciela. Celna salwa armatnia potrafiła zmienić odcinek okopów w mieszaninę błota, drewna, resztek wyposażenia i poszarpanego ludzkiego mięsa. Stłoczeni w głębokich ziemiankach żołnierze, chroniąc głowy w stalo-wych hełmach, przeczekiwali ostrzał artyleryjski, by po jego zakończeniu biegiem zdążyć na linie obrony i ogniem karabinowym powstrzymywać kroczące z przeciwka nie kończące się tyraliery wrogów.


W przerwach między walkami żołnierze znosić musieli zimno, choroby, niezliczone stada szczurów, a przede wszystkim wciskającą się wszędzie wilgoć. Zima 1914/1915 r. mijała na froncie zachodnim pod znakiem nieustannej ulewy. Pola bitewne, przemielone ogniem artyleryjskim zmieniały się w trzęsawiska, w których żołnierze grzęźli po pachy. Woda zalewała okopy. Żołnierze obu stron wzajemnie zazdrościli sobie wyposażenia mającego lepiej chronić przed zimnem i wilgocią.


Niesamowitym zjawiskiem było rodzące się po kilku miesiącach walk poczucie pewnej wspólnoty losu rozdzielonych linią frontu przeciwników. Kanadyjski historyk Modris Eksteins, w znakomitej książce "Święto wiosny. Wielka Wojna i narodziny nowego wieku", opisuje przykłady nawiązywania bezpośrednich kontaktów pomiędzy żołnierzami obu walczących stron. Na przełomie 1914/1915 r. przeciwnicy odnosili się do siebie z pewną dozą życzliwości, przestrzegali niepisanych umów o czasowym zawieszeniu broni i nie prowadzeniu ostrzału, a w czasie Świąt Bożego Narodzenia nawet odwiedzali się w okopach i ofiarowywali sobie prezenty. Te epizody, dość zresztą powszechne, budziły poważny niepokój dowództwa i konsekwentnie były zwalczane. Nie powtórzyły się już zresztą później w toku wojny. Zmęczenie, znużenie, presja nieludzkich warunków w pierwszych miesiącach walk kazały szukać ucieczki w ludzkie odruchy, w to, co stanowiło dotychczasowe oblicze europejskiej, chrześcijańskiej cywilizacji. W ciągu kolejnych miesięcy i lat konfliktu rzeczywistość frontowa pozbawiała człowieka części jego człowieczeństwa - stawał się maszyną zdolną do zabijania i krycia się przed śmiercią. W okopach pierwszej wojny rodził się człowiek XX wieku.



Nie kończące się linie okopów, gdzieś na Froncie Zachodnim. Po załamaniu się niemieckiego planu Schlieffena i odrzuceniu Niemców od przedmieść Paryża, linia frontu ustabilizowała się na blisko cztery lata na pograniczu belgijsko-francuskim. Stojące naprzeciw siebie armie ukryły się w ciągnących setkami kilometrów okopach. Obszar walk z czasem zaczął przypominać krajobraz obcej planety. Monstrualne wstęgi rowów wyrytych w ziemi, systematycznie masakrowanej ogniem artyleryjskim - obraz nie znany dotąd ludzkości stanowił tło dokonującej się masakry. Ziemia i ludzie. Przemielone pociskami połacie ziemi niczyjej i ludzkie figurki kryjące się w na poły zniszczonych transzejach. Zdjęcie lotnicze ukazuje zagubienie człowieka w realiach wojny pozycyjnej.Zima na Froncie Wschodnim. Sytuacja militarna w Europie Środkowo-Wschodniej zmieniała się w toku wojny o wiele szybciej i widoczniej niż na Zachodzie. Podejmowane przez obie strony konfliktu ofensywy powodowały znaczne przesunięcia linii frontu. A jednak i tu walki zamierały na wiele miesięcy, wojna przybierała charakter pozycyjny i wojska musiały egzystować w okopach. Upiornych doświadczeń dostarczyła zwłaszcza zima 1915/1916 r., gdy żołnierze musieli znosić ciężkie mrozy na bezkresnych przestrzeniach imperium Romanowów. Okopy francuskie w Szampanii, początek 1915 roku. Życie wepchniętych do okopów żołnierzy upływało przede wszystkim pod znakiem nieustannego czuwania i oczekiwania na atak. Dyżurny obserwator śledzi sytuacje na przedpolu przez lornetkę peryskopową. Wartownik z nasadzonym na karabin bagnetem udaje się na swój posterunek. Okop umocniony workami z ziemią. Jak mawiali walczący, wojna się skończy, gdy zabraknie Belgii do sypania jej do worków...Niemcy pod Arras w 1914 roku. Nerwowo paląc papierosa, z karabinem w dłoni, stale spoglądając w kierunku pozycji przeciwnika, niemiecki żołnierz umożliwia krótki odpoczynek swym kolegom. Śpią oni w wygrzebanych we frontowej ścianie okopu 'norach tchórza', gotowi zerwać się do walki w razie ataku.Spokojne dni na froncie. Gdy nastawał spokój, żołnierze mogli pozwolić sobie na dłuższe wytchnienie. Rozrzucone w nieładzie buty, hełm - pikielhauba, karabin, mundur, dyndająca na drewnianym drążku menażka, a zwłaszcza niedbała poza pogrążonego w lekturze żołnierza świadczą o zachłannym chwytaniu przezeń oczekiwanej chwili relaksu.Wycieńczeni, wyczerpani, na granicy ludzkiej wytrzymałości... W okresach nasilonych starć siły człowieka wystawiane były na ciężką próbę. Ci młodzi Niemcy, nie zdjąwszy nawet hełmów, zasnęli natychmiast, gdy było to możliwe. Rytm służby w okopach polegał na trzech - czterech nocach i dniach na pierwszej linii, następnie na spędzeniu takiego samego czasu na drugiej linii i odpoczynku (podobnej długości) w rezerwie. Jedynie w rezerwie możliwe było umycie się i zmiana ubrania.Anglicy w pełnym pogotowiu... Żołnierze śpią - leżąc, siedząc, w hełmach na głowach, z bronią pod ręką. Strażnik lustruje pas ziemi niczyjej z karabinem gotowym do strzału. Wyjęty z pochwy bagnet leży u jego nóg.Niemcy w pełnym pogotowiu... Dyżurny obserwator w pełnym rynsztunku - Mauser w dłoniach, maska przeciwgazowa przewieszona przez piersi, na pasie łopatka - saperka, bagnet, manierka, kubek, chlebak. Podobnie obwieszeni są jego śpiący koledzy. Może oczekują na atak, może sami odpoczywają przed jego podjęciem.




Anglicy na chwilę przed wyjściem z okopów. Poprawianie rynsztunku, szykowanie się do natarcia. Za moment rozwiną się w tyralierę, próbując dotrzeć do niemieckich pozycji. Skacząc, będą omijali leje po bombach, będą przedzierali się przez zasieki z drutu kolczastego, będzie ich kosił ogień karabinów maszynowych, niewielu dotrze do okopów przeciwnika, wielu zginie. Na razie są jeszcze bezpieczni.Skutki huraganowego ognia artyleryjskiego. Natarcie poprzedzone było zmasowanym ostrzałem wrogich okopów. Mógł on trwać i kilka godzin. Miał zniszczyć zasieki, umocnienia, stanowiska ogniowe. Miał zabić jak najwięcej obrońców, a tych, co przeżyli - sparaliżować strachem. W istocie, atakowani panicznie bali się armatnich pocisków. Chronili się w drążonych cztery, a nawet sześć metrów pod ziemią schronach. Ciężka artyleria, rujnująca całkowicie okopy, często powodowała zawalenie misternie wykopanych kryjówek, grzebiąc żywcem stłoczonych tam żołnierzy.Zdobyte angielskie okopy. Zdarzało się, że kosztem ogromnych ofiar udało się dotrzeć do linii przeciwnika, odrzucić go o kilkaset metrów, a nawet kilka kilometrów, umocnić się w zajmowanych przezeń do tej pory okopach. Triumfatorzy zastawali w nich porzucony sprzęt, fragmenty umundurowania, a przede wszystkim trupy obrońców, jak groźne memento losu, który ich samych może jeszcze spotkać w tym samym miejscu...Śmierć w okopach francuskich. Obrońcom zazwyczaj udawało się utrzymać pozycje. Ich sytuacja była korzystniejsza niż atakujących. Mimo to po każdym ataku przybywało rannych i zabitych. Okaleczone ciała i zwłoki kolegów stale towarzyszyły żywym, z czasem obojętniejącym na makabryczne obrazy.Straszliwa wspólnota losu. Zrujnowane ogniem artyleryjskim okopy niemieckie po zajęciu przez angielskich żołnierzy. Przed chwilą do siebie strzelali i mordowali nawzajem bagnetami. Teraz leżą obok siebie - Niemcy i Anglicy, ranni, cierpliwie oczekujący na pomoc. Zbratanie wrogów. Rosyjscy i niemieccy żołnierze handlują ze sobą na Froncie Wschodnim. W tym zadziwiającym konflikcie, w którym główną zasadą strategiczną było jak najskuteczniejsze wykrwawienie przeciwnika, zwykłych żołnierzy stać było na odrzucenie nienawiści i dostrzeżenie we wrogu człowieka. Już w pierwszych miesiącach wojny dochodziło do bezpośrednich, koleżeńskich kontaktów pomiędzy przedstawicielami obu stron na Froncie Zachodnim. Później koszmar walk w okopach uczynił podobne stosunki niemożliwymi. Na Froncie Wschodnim spotkania takie, jak na zdjęciu zdarzały się nierzadko. Sprzyjało temu dobre samopoczucie żołnierzy niemieckich, odnoszących od 1915 r. sukcesy na terytorium przeciwnika, i ogromne zmęczenie wojną żołnierzy cara, którzy serdecznie nie znosili własnego dowództwa.