+ Pokaż spis treści

Hektor wyzywa Greków na pojedynek


[...]

Hektor w środku, od wszelkiej bojaźni daleki:

"Słuchajcie mię, Trojany i waleczne Greki.

To, co mi serce każe, odkryję wam szczerze.

Pan górny próżne nasze uczynił przymierze

I nieszczęścia dla obu gotuje narodów,

Aż lub wy dobędziecie pysznych Troi grodów,

Lub zostaniecie zbici przy okrętach sami.

Są wybrańsi rycerze, Grecy, między wami.

Którego więc zapala ogień wojownika,

Niech wyjdzie, niech się z mężnym Hektorem potyka.

To mówię, a Jowiszu, bądź świadkiem przysięgi:

Jeśli mię przeciwnika zwali pocisk tęgi,

Zbroję weźmie, lecz ciało odeśle do Troi,

By mi Trojanki lube i Trojanie moi

Ostatnią cześć oddali w ogniu i pogrzebie.

Jeśli ja go zwyciężę za twą łaską, Febie,

Zbroję wezmę i Trojan tym łupem ucieszę,

Który przy Apollina kościele zawieszę.

Ciało do naw odeślę, by greckie narody

Sprawiły rycerzowi pogrzebne obchody

I pamiątkę na brzegu Hellespontu wzniosły.

Niegdyś morze licznymi przerzynając wiosły,

Kto tam przyjdzie, tak powie: "Tu grób wojownika,

Który, kiedy się mężnie z Hektorem potyka,

Upadł smutnie na ziemię od jego pocisku."

Tak powie, a ja chwałę niezgasłą mam w zysku."

Rzekł, a na to jak wryci wszyscy Grecy stali,

Wstydzili się odmówić, a przyjąć się bali.

Co postrzegłszy Menelaj bardzo się zasmuca,

Wstaje i tę im hańbę na oczy wyrzuca:

"O kobiety, nie męże! O chlubni junacy!

Co za hańba dla Greków, jeżeliście tacy,

Że żaden z was iść nie chce na Pryjama syna!

Kiedy bojaźń haniebna serca wasze ścina,

Obyście, tak niepomni o was i narodzie,

Rozsypali się w ziemi, rozpłynęli w wodzie!

Ja więc na niego w zbrojnej wychodzę odzieży,

Wiem, że od woli bogów zwycięstwo zależy."

To powiedziawszy, wciąga rycerskie pokrycie.

Już byś był, Menelaju, pewnie stracił życie

Pod Hektora prawicą, bo większej był siły,

Gdyby natychmiast wodze Greków nie skoczyły

I nie wstrzymały zguby chcącego zuchwale.

Pierwszy król Menelaja powściąga w zapale,

Agamemnon, którego najwyższa jest władza,

Bierze brata za rękę i tak mu odradza:

"Skąd w tobie, Menelaju, ten zapęd niewczesny?

Wstrzymaj się, choć krok taki dla ciebie bolesny.

Więc mierzyć się z mocniejszym chęć w tobie tak skora?

Więc na strasznego drugim ty pójdziesz Hektora?

Choć silniejszy nad ciebie, Pelid prędkonogi

Bez drżenia w sercu w polu nie zajdzie mu drogi.

Usiądź raczej spokojnie pośród twoich ludzi,

Innego nań rycerza naród grecki wzbudzi.

A chociaż tak zażarty i niesyty boju,

Miło mu będzie potem spoczywać w pokoju,

Jeśli tylko z tej bitwy strasznej wyjdzie zdrowy."

Skłonił król Menelaja rozsądnymi słowy,

Nie wzbrania się uczynić radzie mądrej zadość,

Co niezmierną sprawiło w sługach wiernych radość;

Zaraz więc z ramion króla świetne zdjęli zbroje.

Natenczas tak rozwodzi Nestor żale swoje:

"Ach, jak smutna dla ziemi achajskiej żałoba!

Jak stary jęknie Pelej, Ftyjotów ozdoba,

Dla rady i mądrości godzien wiecznej sławy!

Niegdyś on w domu swoim pytał mię ciekawy,

Którzy i z jakiej idą krwi bohatyrowie.

Dzisiaj, jeśli o takiej niesławie się dowie,

Że wszystkich trwoży Hektor, wzniesie ręce obie,

Prosząc bogów, by poległ jak najprędzej w grobie.

O Pallado! O Febie! I ty, ojcze świata!

Czemuż teraz tych nie mam, jakie miałem lata,

Gdy pod Fei murami przy Jardanie zdroju

Pilowie z Arkadami stanęli do boju.

Tam, jako bóg, Ereutal w postaci olbrzyma

Staje pierwszy, a w ręku broń Arejta trzyma,

Którego i dziewice, i męże przed wiekiem

Nazywali z ogromną maczugą człowiekiem.

Bo nie łukiem on walczył ani dzidą długą,

Ale żelazną szyki rozrywał maczugą.

Tego Likurg podstępem, nie siłą obalił,

W ciasnej zaszedłszy drodze; ani go ocalił

Żelazny pocisk w ręku, którym postrach szerzył;

Pchnął go Likurg, on ciałem o ziemię uderzył.

Odarłszy z niego łupy, świetne Marsa zbroje,

Sam się - w nie zwykł ubierać, gdy chodził na boje.

Lecz gdy już wieku został przytłoczon ciężarem,

Ereutal je towarzysz wziął od niego darem.

W tej on zbroi wyzywał wszystkie nasze wodze,

Lecz największe umysły w takiej były trwodze,

Iż z tym groźnym olbrzymem spotkania się bały.

Choć najmłodszy ze wszystkich, ja tak byłem śmiały,

Żem wyszedł przeciw niemu z twarzą niezmieszaną,

A Pallas uwieńczyła mój oręż wygraną:

Powaliłem olbrzyma, widziałem, jak brzemię

Ogromnych jego członków upadło na ziemię.

Obym dziś miał tę żywość, tę młodość! W tej porze

Walczyłby godny ciebie przeciwnik, Hektorze.

Z was, których w pierwszym rzędzie rycerzów świat liczy,

Żaden sobie spotkania z Hektorem nie życzy."

Tak starzec ich upomniał. Wraz dziewięciu wstaje:

Agamemnon, którego wodzem lud uznaje,

Potem silny Dyjomed, greckich wojsk ozdoba,

Potem, najchciwsi boju, Ajaksowie oba,

Po nich zaś Idomenej, Krety wódz szanowny,

I Meryjon, Marsowi z dzidą w ręku równy,

Po nich zacny Eurypil, do bojów pochopny,

Po nim Toas, nareście Ulisses roztropny.

Chęć walczenia z Hektorem we wszystkich gotowa,

Kiedy poważny Nestor przemawia w te słowa:

"Oddajcie rzecz losowi. Kogo los wyznaczy,

Przez tego się dźwignionym lud grecki obaczy;

I sobie dobrze zdziała, nie tylko ojczyźnie,

Jeśli z tej bitwy strasznej cały się wyśliźnie."

Rzekł, a oni, z przydaniem każdy swego znaku,

Losy w Agamemnona złożyli szyszaku.

Wojska wzywają bogów, ręce w górę wznoszą

I tymi słowy pana nieśmiertelnych proszą:

"Daj, niechaj los Ajaksa lub Tydyda padnie,

Lub króla, co w Micenach możnym berłem władnie."

Tak się modlą, do nieba obróciwszy oczy.

Wtem Nestor zatrząsł szyszak. Natychmiast wyskoczy

Żądany los Ajaksa, Telamona syna.

Woźny go z prawej strony obnosić zaczyna

Przez wszystkie, co włożyli "swe znaki, rycerze,

Lecz za swój nie uznając, żaden go nie bierze.

Kiedy zaś przed Ajaksem niezwalczonym staje,

Ten ściąga po los rękę i za swój uznaje,

I rzuciwszy na ziemię, swą radość tłumaczy:

"Los jest mój, przyjaciele, i dobrze się znaczy:

Że Hektora zwyciężę, mam pewną nadzieję.

Wy tymczasem, nim zbroję rycerską przywdzieję,

Proście za mnie Jowisza, ale proście w ciszy,

Niech waszej nieprzyjaciel modlitwy nie słyszy.

Lub raczej proście głośno, nie znam w sercu trwogi,

Przed nikim z ludzi nie drżę ani cofam nogi.

Mniemam, że gdy w rycerskiej Salaminie wzrosłem,

Znam się niepoczątkowo z Marsowym rzemiosłem."

Rzekł, wojsko wzywa bogi w pokornych odgłosach

"Panie, co władasz ziemią, co rządzisz w niebiosach,

Co opatrznymi wszystko ogarniasz oczyma,

Daj, niech Ajaks zwycięstwo i chwałę otrzyma.

A jeśli i Hektora miła ci osoba,

Niech mają równą siłę, równą chwałę oba."

Tak się modlą, a rycerz w świetną miedź się stroi.

Kiedy zaś cały stanął w bohatyrskiej zbroi,

Sążnistym idzie krokiem. Jak z straszną Mars miną

Dąży w pole, gdzie wojska w krwawej rzezi giną,

Tak na plac boju wielki Ajaks szedł z pośpiechem:

Twarz groźna się uśmiecha, lecz dumnym uśmiechem.

Długą wstrząsając dzidą, wielkim stąpa krokiem.

Cieszą się Grecy męża takiego widokiem,

A Trojanie się zlękli na jego spojrzenie,

Nawet serce Hektora zimne przeszło drżenie,

Lecz ni bać się, ni cofać nie była już pora,

Pierwsze bowiem wyzwanie poszło od Hektora.

Zbliżył się na kształt wieży, niosąc puklerz, który

Zrobił Tychy, siedmioma powlekłszy go skóry:

W Hyli mieszkał, ze skórnych pierwszy rzemieślników,

Ten dobrze wytuczonych siedm zarzezał byków

I, nienaśladowany w swym wielkim przemyśle,

Ósmą blachą umocnił siedm skór zbitych ściśle.

Takim Ajaks puklerzem swe piersi okrywa

I zbliżywszy się, groźnym tonem się odzywa:

"Gdy się moja sam na sam ręka z twoją zmierzy,

Poznasz, Hektorze, jakich my mamy rycerzy

Nawet prócz Achillesa, lwiego serca męża,

Który szyki rozrywa, zastępy zwycięża.

Teraz siedzi w namiocie, gniewny na Atryda,

Lecz ziemia nasza wielu mężów takich wyda,

Którym rycerski z tobą niestraszny uczynek.

Ale nie zwlekaj boju, zacznij pojedynek."

A Hektor: "Cny Ajaksie, nie trwóż ty mię słowy,

Nie doświadczaj jak dziecka albo białogłowy,

Co nie zna dzieł wojennych. Bo rycerskie sprawy

Od kolebki są dla mnie najmilsze zabawy.

Na prawej i na lewej umiem trzymać tarczę,

Tak że niezmordowany długo bić wystarczę,

I piesze, na dźwięk Marsa, zdolny zwodzić bitwy,

I ogniste na dzielnych rumakach gonitwy.

A luboś taki, skrycie pociskiem nie mierzę,

Lecz, jeśli mi się uda, otwarcie uderzę."

To rzekł i dzidę rzucił, a pocisk gwałtowny

Trafia w puklerz Ajaksa, siedmią skór warowny:

Przebiła blachę z miedzi i sześć skór przedarła ;

Silna dzida, w ostatniej ledwie się oparła.

Znowu Ajaks ślachetny swą dzidę niezłomną

Mierzy i trafia w tarczę Hektora ogromną:

I przez tarczę gwałtowny grot drogę otwiera

I kirys, mocno tkany, na ciele przedziera,

I na boku od wnętrza szatę mu przewierci;

Schylił się zręcznie Hektor i wydarł się śmierci.

Oba z puklerzów dzidy wyciągnąwszy razem,

Z bliska sobie śmierć niosą zabójczym żelazem:

Bo jak lwy ścierwo zrzące lub zajadłe dziki,

Równie oba zawzięte walczą wojowniki.

Uderza w puklerz Hektor, lecz go nie przebija,

Twardą miedzią odparte żelazo się zwija.

Ajaks razy po razach zadawać pośpieszał,

Wpadającego nagle bohatyra zmieszał

I zadrasnął go w szyję żelezcem pociska;

Jemu natychmiast z rany krew czarna wytryska.

Lecz i tak mężny Hektor pola nie odbieżał;

Cofnąwszy się, głaz porwał, co na ziemi leżał,

Głaz wielki, chropowaty, i silnym ramieniem

W twardy puklerz Ajaksa ugodził kamieniem:

Zaraz miedzi chrapliwe ozwały się jęki.

Lecz Ajaks jakby młyński kamień wziął do ręki

I kręcąc go niezmierne swe siły natęża;

Leci ogromny kamień z rąk ogromnych męża:

Strzaskał puklerz, stłukł nogi. Bohatyr się wzdrygnął,

Upadł na wznak z puklerzem, lecz go Feb podżwignął.

Już i mieczów rycerze dobywają groźnych,

Gdy się do nich szanownych dwu zbliżyło woźnych

(Urząd poselstwem bogów i ludzi wsławiony):

Idę j przyszedł z trojańskiej, Taltyb z greckiej strony.

Ci berła -wśród zajadłych bohatyrów kładą,

A Idej pierwszy rzecze, mądrą znany radą:

"Przestańcie już, synowie, już walczyć nie trzeba,

Bo obudwu zarówno kochają was nieba.

Znamy, żeście obadwa niezwalczonej mocy,

Ale noc się przybliża, ustąpcie więc nocy."

Na to Ajaks mądremu rzecze Idejowi:

"Hektora zobowiążcie, niech on o to mówi.

On nadzwyczajnym wszystkich nas wyzwał przykładem,

Więc co zrobi, ja chętnie jego pójdę siadem.

A Hektor: "Gdy, Ajaksie, masz od bogów tyle,

Że twa roztropność równa odwadze i sile,

Bo ci w odwadze wszyscy ustąpią Achiwi,

Nie chciejmy w pojedynku dziś być uporczywi.

Jeszcze się w polu sławy zetrze nasze męstwo,

Aż wreście mnie lub tobie da wyrok zwycięstwo.

Noc się zbliża, należy szanować jej cienie.

Pójdź i uwesel całe Greków zgromadzenie,

A tych naprzód, co twoi wierni przyjaciele.

Ja też do miasta pójdę i równe wesele

Sprawię w sercach Trojanek moich i Trojanów,

Wznoszących za mnie ręce do Olimpu panów.

Lecz dary wzajemnymi uprzedźmy rozstanie,

Aby o nas mówili Grecy i Trojanie:

"Walczyli w gniewie, który mężne serca bodzie,

A rozeszli się z sobą w przyjaźni i zgodzie.""

To do Ajaksa Hektor wyrzekłszy szlachetny,

Ze srebrnymi pochwami dał mu pałasz świetny

I pas rycerski przydał na dowód szacunku;

Ajaks mu purpurowy dał pas w podarunku.

Rozchodzą się rycerze; ten do Greków śpieszy,

A Hektor się udaje do trojańskiej rzeszy.

Jaką się ich radością serca rozpływały,

Że spod silnej Ajaksa ręki wyszedł cały.

A zatem go do miasta weseli prowadzą,

Lecz że go widzą, ledwie oczom wiarę dadzą.

Ajaksa otaczają Grecy z drugiej strony,

Idzie rycerz zwycięstwem chlubnie uniesiony.

Gdy do namiotu króla przyszli z nim pospołu,

Pięcioletniego święci Agamemnon wołu,

Dziękując Jowiszowi, że ich broni szczęści.

Zabili zaraz bydlę, zrąbali na części,

I podnieciwszy żaru iskrzące płomienie,

Na rożnach obracają przy ogniu pieczenie.

Tak wszystko zgotowawszy nakrywają stoły,

Jedzą, każdy posiłku używa wesoły.

Król, by uczcić Ajaksa, sprawcę greckiej chwały,

Najlepszą mu część daje, grzbiet bydlęcia cały.