+ Pokaż spis treści

Hefajstos kuje zbroję dla Achillesa


[...]
"Porzuć troski, szanowna i miła bogini;
I czegóż dla Tetydy Wulkan nie uczyni?
Obym tak mógł zatrzymać srogą śmierć w zapędzie,
Kiedy go niezbłagany wyrok ścigać będzie,
Jak mu zbroję wyrobię, która na kształt cudu
Błyszczyć się będzie w oczach zdziwionego ludu."
Idzie do kuźni, zwraca wprost ku ogniu miechy,
W dwudziestu piecach gęste ich szumią oddechy,
Na przemiany swe piersi wzdymają i płaszczą,
I różny wiatr posłuszną wyziewając paszczą,
Do roboty, do chęci sztukmistrza stosowne,
Raz wolne niecą żary, drugi raz gwałtowne.
Potem w piec rozpalony grube kładzie szyny
Z miedzi, z drogiego złota, ze srebra i cyny,
A stawiać pod kowadło wielkie pniak niezłomny,
Jedną ręką wziął kleszcze, drugą młot ogromny.
Wielki i tęgi puklerz boski sztukmistrz robi,
Złoty obwód okręgi troistymi zdobi,
Srebrzysty wiąże rzemień, pięć blach w kupę bije,
A na powierzchni cuda swojej sztuki ryje.
Wydana ziemia, niebo, Ocean głęboki,
Słońce, nieustannymi biegające kroki.
Księżyc i nieba w gwiazdach ozdobna korona,
Plejady i Hyjady, i moc Oryjona,
I Ursa, Wozem zwana, bo jak wóz się toczy,
Na Oryjona ciągle obracając oczy,
Koło biegunu krąży wiecznymi obwody,
A nigdy się nie spuszcza w Oceanu wody.
Ryje także dwa miasta dłuto nieśmiertelne.
Jedno wyraża śluby i gody weselne:
Prowadzą przy pochodniach z domu nowożeńców
Hymen! Hymen! - wołają, a grono młodzieńców
Skocznymi tany lekkie zawięzuje koła,
Brzmi fletni i oboi kapela wesoła.
W progach domów niewiasty chciwym patrzy okiem.
Nie mogąc się tak miłym nasycić widokiem
W tymże mieście na rynku liczny lud się tłoczy,
Między dwoma mężami żwawy spór się toczy
O zabójstwa zapłatę: ten lud zabezpiecza
Pod przysięgą, że oddał, a tamten zaprzecza
Stawią świadki, by prędszy sprawy koniec mieli
Na dwie struny krzykliwa gromada się dzieli.
Woźni lud uciszają, we środku zaś rada
Sędziwych na świecących marmurach zasiada.
Biorą z rąk woźnych berta, z nim każdy powstaje
I gdy nań przyjdzie kolej, wyrok w sprawie daje.
We środku dwa talenta dla lego nagrody,
Kto słuszność najlepszymi wykaże dowody.
Pod murami drugiego miasta wojska stoją.
Straszny blask oręż ciska, lecz w chęciach się dwoją:
Jedni je na łup dzikim skazują zapałem,
Drudzy bogactwa jego chcą wziąć równym działem.
Lecz niestrwożeni knują zasadzki mieszkance:
Niewiasty, dzieci, starce osiadają szańce:
Do skrytej zaś wyprawy gotują się młodzi,
Mars im srogi i można Pallada przywodzi,
Oba złote, w odzieży złotej, w złotej zbroi,
Wzrostem, kształtem celują, jak bogom przystoi.
Przyszedłszy tam, gdzie zrobić zasadzkę wypada.
Gdzie się nieprzyjacielskie napawały stada,
Skrycie pochyłe rzeki zasiadają brzegi,
Dwa zaś wybrane od nich na pagórku śpiegi
Czekają, aż się zbliża i owce, i woły.
Nie myśląc o nieszczęściu, trzody stróż wesoły
Idzie, na fletni nucąc pieśni rozmaite.
Za danym znakiem męże wypadły ukryte,
Krzyk ostry naokoło i postrach się szerzy,
Biorą trzody, krew leją niewinnych pasterzy.
Głos boju gdy rycerze radzący usłyszą,
Wsiadają na swe wozy, piersi zemstą dyszą,
Lecą na bystrych koniach, aż w niedługiej chwili
Nieprzyjaciół pędzących zdobycz dogonili.
Wszczyna się bój nad rzeką: tamci walczą stale,
Obie się rażą strony w okrutnym zapale.
W pośrodku ich Niezgoda, Zgiełk, Śmierć, Wyrok srogi
Tych rannych, lecz dyszących, porywa za nogi,
Tych zmarłych i co mieli podpaść bliskiej stracie.
Śmierć w zbroczonej krwią ludzką uwija się szacie.
Ta strona ciągnie trupy, tamta ją odpycha.
Wszystko pod boskim dłutem żyje i oddycha.
Tamże wydał przemyślny bóg obszerne pole,
Liczni rolnicy tłuste przewracają role,
Dopiero w nie po trzykroć zapuścili pługi.
A ile razy zakrój dokończają długi,
Dziedzic ich tam obchodzi, gdzie się kończy staje,
I pełny wina puchar każdemu z nich daje.
Ci, zagrzani nagrodą słodkiego napoju,
Nowe rysują bruzdy i nie szczędzą znoju.
W złocie czystą wydała ziemię boga sztuka,
Czerni się i zdziwiony wzrok łatwo oszuka.
Druga niwa okryta dojrzałymi kłosy,
Żeńce tną zboże, płytkie mając w ręku kosy,
Gęste spadają garści. Tuż za nimi dążą
Trzej żniwiarze, co zboże w grube snopy wiążą.
I mnóstwo drobnych dzieci w pracy nie ustaje,
Zbiera garści i pierwszym do wiązania daje.
W milczeniu król wzniósł berło, którego ta niwa,
Ciesząc się nieskończenie z obfitego żniwa.
Pod cieniem dębu, wiejską zajęci biesiadą,
Woźni, wołu zabiwszy, mięso w ogień kładą.
I żeńce znajdą pokarm z pola wracające,
Dla nich dłonie niewiasty w miękkiej grzebią mące.
Tuż winnica obfitym płodem obciążona:
Wśród złota, którym błyszczy, wiszą czarne grona.
Tyki ze srebra rzeźbiarz porządkiem zasadza,
Rowem ze stali, płotem z cyny ją ogradza,
A jedna tylko do niej wiedzie ścieżka kręta.
Tędy wesołe chłopcy i raźne dziewczęta,
Gdy czas zbierania przyjdzie, z głośnymi okrzyki
Niosą ładowne słodkim owocem koszyki.
W środku młodzieniec, ruszać gitarą uczony,
Gra, sam sobie zgodnymi przynucając tony.
Młodzież idzie, i takiej wesołości rada,
W takt i nogą, i wdzięcznym głosem odpowiada.
Dalej głowy i silne podnoszących szyje,
Ze złota, z cyny wotów pyszne stado ryje.
Biegną, rycząc, na paszą tam, gdzie rzeka płynie,
Nurty głośno szumiące w gęstej pędząc trzcinie.
Ze złota czterech idzie pasterzy za trzodą,
A dziewięciu za sobą śmiałych kondli wiodą.
Wtem nagle dwóch straszliwych lwów z kniei wypada,
Porywają buhaja wśród drżącego stada;
On, biedny, gdy go ciągną, przeraźliwie ryczy.
Śpieszą psy i pasterze, lecz wziętej zdobyczy
Wydrzeć lwom nie potrafią; już skórę odarli,
Już wypili krew czarną i wnętrze pożarli.
Próżno kondlów pasterze do natarcia grzeją,
Szczekają one z bliska, lecz ugryźć nie śmieją.
Ryje także dolinę; tej miłe manowce,
Śnieżnym okryte runem, napełniają owce.
Widać chaty i stajnie, gdzie się kryją trzody,
I wkoło otoczone drzewami zagrody.
Ryje i cudny taniec, który Dedal w Krecie
Wymyślił Aryjadnie, prześlicznej kobiecie.
Skaczą chłopcy i dziewki wziąwszy się za ręce;
Lekka zasłona wdzięki pokrywa dziewczęce,
Na chłopcach zaś bogatsza zawieszona odzież;
Obojej płci z urody najdobrańsza młodzież.
Dziewczęta głowy w piękne ustroiły wieńce,
Na srebrze złote mają pałasze młodzieńce.
Raz jak koło (ruch jego ledwie wzrok dostrzegnie,
Gdy go doświadcza gancarz, czyli bystro biegnie)
Uczone stopy w szybkie kręcą kołowroty,
To znowu się mieszając wśród wdzięcznej ochoty
W tysiącznych kształtach pląsy lekkim robią skokiem.
Liczny lud stoi, miłym zachwycon widokiem.
W pośrodku zaś dwa skoczki z wszystkich zadziwieniem
Unoszą się nad głowy i słodkim brzmią pieniem.
Nareście świetny puklerz sztukmistrz doskonały
Szumiącymi obwodzi Oceanu wały.
Takie zrobiwszy dzieło cudnym wynalazkiem,
Kuje pancerz, płomienie swym gaszący blaskiem.
Ukuta i przyłbica, w różne dziwy ryta,
Ciężka, mocna, na hełmie złota pływa kita,
Z cyny obuw ukształcon. Więc zbroję tak rzadką
Ukończywszy, bóg złożył przed Achilla matką.
Odbiera ją z wdzięcznością, i uradowana,
Jastrzębia lotem śpieszy z darami Wulkana.