Baza wiedzy

Dobra pani 1 (Orzeszkowa)

Eliza Orzeszkowa

DOBRA PANI


Prowadzone za rękę przez Janową, żonę mularza, weszło maleństwo do pięknego salonu pani Eweliny Krzyckiej wylękłe i zachwycone, drobnymi kroczkami drepczące po śliskiej posadzce, gotowe - stosownie do okoliczności - wybuchnąć płaczem albo i śmiechem. Koralowe usteczka drżały i krzywiły się do płaczu, wielkie, szafirowe źrenice paliły się od zdumienia i ciekawości, a ślicznie wykrojone czoło otaczały gęste, gęste włosy z barwą i gorącymi połyskami ciemnego złota. Była to pięcioletnia dziewczynka, bardzo ładna. Obok prowadzącej ją barczystej i silnej kobiety, w swej perkalowej, długiej aż do ziemi sukienczynie przypominała białawego motyla ze zwiniętymi skrzydłami. O kilka kroków od progu drgnęła z przestrachu i już, już krzyknąć miała wniebogłosy zapewne, lecz nagle wrażenie trwogi ustąpiło znać przed uczuciem radości, bo gwałtownie wyrywając rękę swą z grubej dłoni Janowej i przysiadając na posadzce, ze śmiechem i czułością niezmierną wołać zaczęła:
- Ciucia! ciucia!
Pierwsze spotkanie, groźnie zrazu zapowiadające się, przybrało charakter całkiem przyjacielski. Malutki pinczerek, który rzucił się był na wchodzące osoby z zajadłym i piskliwym szczekaniem, stanął przed siedzącym na ziemi dzieckiem i wpatrywać się w nie zaczął parą czarnych, błyszczących, pojętnych oczu. Dziecko zatopiło w śnieżnej, ogromnej jego szerści dwie malutkie, czerwone rączki. Lecz w tejże chwili nad dwojgiem zaznajamiających się z sobą istot stanęła kobieta około czterdziestoletnia, jeszcze piękna brunetka, wysoka i czarno ubrana. Mularzowa schylona we dwoje całowała białą jej rękę.
- Helka! czemuż wielmożną panią w rękę nie całujesz! patrzcie ją! Z psem się już bawi! Niech wielmożna pani nie gniewa się na nią! To jeszcze takie głupie!
Ale pani Ewelina gniewać się ani myślała. Przeciwnie, czarne oczy jej pełne ognia i czułości z wyrazem zachwycenia tkwiły w twarzyczce dziecka, którą Janowa grubą swą ręką ku niej wznosiła. Helka miała teraz łzy w szafirowych źrenicach i obydwoma rękami trzymała się spódnicy Janowej.
- Robiliśmy, wielmożna pani, dla dziecka tego wszystko, cośmy mogli, ale zwyczajnie u biednych ludzi, grzeczności nie nauczyła się... Ot, teraz dopiero -Pan Bóg los jej zsyła... sierocie!
- Sierota! - ze wzruszeniem powtórzyła pani Ewelina i pochylona nad dzieckiem chciała zapewne wziąć je w ramiona. Lecz nagle cofnęła się. Wyraz litości twarz jej okrył.
- O! biedactwo! Jakże to ubrane! - zawołała - sukienka długa aż do ziemi...
Zaśmiała się.
- A koszula jaka gruba i włosy!... Ona ma cudowne włosy, ale któż to takiemu dziecku splata warkocze!... Trzewiki jakie grube i bez... bez pończoszek...
Wyprostowała się, palcem dotknęła srebrnego dzwonka, na przeciągły, ostry dźwięk którego Helka zaśmiała się, a Janowa szeroko otworzyła oczy.
- Panny Czernickiej! - rzekła krótko do zjawiającego się w drzwiach lokaja.
W mgnieniu oka pospiesznym bardzo krokiem weszła kobieta trzydziestoletnia, w czarną, obcisłą suknię ubrana, wysoka, chuda, z cerą ciemną i zwiędłą, z czarnymi włosami spiętymi z tyłu głowy wysokim, szyldkretowym grzebieniem. Od progu bystre jej oczy obrzuciły mularzowąi przyprowadzone przez nią dziecko chmurnym wejrzeniem, lecz gdy znalazła się o kilka kroków od pani swej, wzrok jej zabłysnął najpiękniejszą pogodą, a na wąskich, zwiędłych wargach osiadł pokorny i przymilający się uśmiech. Pani Ewelina, ożywiona bardzo, zwróciła się wnet do niej:
-Moja Czernisiu, widzisz, to owo dziecko, o którym wczoraj ci mówiłam. Przypatrz się tylko! co to za rysy... jaka delikatność cery... a oczy... włosy... gdyby tylko troszeczkę utyła i nabrała rumieńców, można by ją drugiemu jakiemuś Rafaelowi za model do cherubinka przedstawić... Przy tym sierota! ... Wiesz, jakim wypadkiem znalazłam ją u tych poczciwych ludzi... w takim smutnym domostwie... wilgotnym, ciemnym... Zaświeciła mi tam przed oczami jak perła na śmietniku... Bóg mi ją zesłał... Ale, moja Czernisiu! trzeba ją wykąpać, uczesać, ubrać... Zmiłuj się! za godzinę, za dwie najdalej, niech mi to dziecko zupełnie inaczej wygląda...
Czernicka uśmiechnęła się rozkosznie, ręce u piersi gestem zachwycenia splatała, na znak pospiesznego przytwierdzania wszystkiemu, co pani jej mówiła, głową trzęsła. Pani Ewelina była w humorze wybornym. W wyborny też humor wpadła chmurna i posępna u wejścia panna służąca. Jak wprzódy Helka przed pieskiem, tak teraz ona przed Helką na ziemi przysiadła i do dziecka, dziecinne szeplenienie naśladując, szczebiotać zaczęła. Potem z trudnością wielką, lecz starannie ukrywaną, pochwyciła Helkę w swe suche, sprężyste ramiona, znad ziemi uniosła, do piersi przycisnęła i twarz jej świszczącymi pocałunkami okrywając z salonu ją wyniosła. Pani Ewelina, rozpromieniona i od łez rozrzewnienia zaledwie wstrzymać się mogąca, przez chwilę jeszcze rozmawiała z Janową, która niezmierną dobrocią jej ośmielona i także rozrzewniona płakała i po raz wtóry opowiadała historię Helki, sieroty po krewniaku jej, tak samo jak mąż jej mularzu, który z rusztowania spadłszy zabił się na śmierć, po czym prędko i żona jego, a Helki matka, z cholery umarła. Sierota po ojcu i matce! Obie kobiety, wdowa po bogatym panu i żona mularza, rozrzewniły się do łez na dźwięk tego słowa. Pani Ewelina chwaliła bardzo Janowej i mężowi jej uczucie chrześcijańskiego miłosierdzia, z jakim przytuliła do siebie to biedne, a takie śliczne dziecko; Janowa sławiąc dobroć i miłosierdzie pani Eweliny, dziecko to pod stałą opiekę swą przyjmującej, policzki swe, i bez tego czerwone, do krwistej barwy rękawem lustrynowego kaftana natarła. Skończyło się na tym, że mularzowa byłaby na klęczki przed panią Ewelina upadła, aby skraj sukni jej, niby świętej, ucałować, lecz pani Ewelina powstrzymała ją słowami, że przed Bogiem tylko na klęczki upadać trzeba, po czym prosiła mularzowa, aby wzięła od niej kilka rubli na cukierki dla dzieci swoich. Teraz Janowa zaśmiała się przez łzy rubasznie i wesoło.
-Dam ja im cukierki! -zawołała-albo to pańskie dzieci, żeby im cukierków trzeba było. Jeżeli już wielmożna pani tak łaskawa, to za pieniądze te sprawię Wiekowi buty, a Marylce i Kaśce chusteczki na głowy...
Na koniec pożegnały się. Janowa w powrocie do chaty swej ze dwadzieścia razy zatrzymała się na ulicach miasta, przed dwudziestu napotkanymi osobami sławiąc anielską dobroć i miłosierdzie pani Eweliny. Pani Ewelina zaś po odejściu Janowej osunęła się na kanapę i wsparła na białej dłoni czoło obciążone tęskną i zarazem rozkoszną zadumą. O czym myślała? O tym zapewne, że Bóg w nieprzebranej dobroci swej zesłał na mroczną i chłodną drogę jej życia ciepły i jasny promień słońca... Promieniem tym miała jej być odtąd śliczna ta sierotka, wypadkiem wczoraj znaleziona, a dziś za córkę przybrana... O, jakże ona kochać będzie to dziecko! Czuje to po przyspieszonym oddechu swej piersi, po tej fali życia i młodości, która, zda się, nagle napełniła całą jej istotę i aż wzdymała serce. Było już jej tak pusto i nudno na świecie, czuła się tak samotna, taki grobowy chłód ją ogarniał. Już, już zastygnąć, zestarzeć, w martwą apatię lub w ciemną melancholię wpaść miała, gdy oto Opatrzność dowiodła jej raz jeszcze, że czuwa nad nią, że wśród najgłębszej nawet niedoli ufności w czuwanie to tracić nie należy... Byleby Czernisia prędko oczyściła i ubrała tego aniołka...
Ta zaduma pani Eweliny przerwaną została przez dwie kosmate łapki, które wspinając się na jej kolana zaplątywały się w koronki jej sukni, a ostrzem pazurków dosięgały jej ręki. Obudzona, wzdrygnęła się i gniewnym gestem odtrąciła od siebie natrętnego pieska. On gniew jej wziął za wesołe żarty. Zbyt długo znać był kochanym, aby móc łatwo w odtrącenie uwierzyć. Zaskomlił radośnie i znowu kosmatymi łapkami darł koronki i drapał atłasową rękę swej pani. Tym razem poskoczyła z kanapki, zadzwoniła.
- Panny Czernickiej! - rzekła do zjawiającego się lokaja.
Czernicka wbiegła zdyszana, z rumieńcami na ciemnych policzkach, z rękawami czarnej sukni zawiniętymi po łokieć.
- Moja Czemisiu! Weź, proszę cię. Elfa i niech on tam przy tobie w garderobie zawsze już będzie. Drze mi koronki, nudzi mię...
Kiedy panna służąca schyliła się, aby wziąć pieska, na wąskich wargach jej przemknął uśmiech szczególny. Było w nim trochę szyderstwa, trochę smutku. Elf warknął, cofnął się i przed ujmującymi go kościstymi rękami uciec chciał na kolana swej pani. Ale pani Ewelina usunęła go z lekka, kościste zaś ręce pochwyciły tak mocno, że aż zaskomlił. Czernicka bystre spojrzenie przez mgnienie oka zatopiła w twarzy swej pani.
- Jaki ten Elf zrobił się nieznośny... - szepnęła nie bez pewnego wahania w głosie.
-Nieznośny! - powtórzyła pani Ewelina i z gestem niechęci dodała: - Nie pojmuję już, jak mogłam tak bardzo lubić takie nudne stworzenie...
- O! on był kiedyś wcale innym!
-Nieprawdaż, Czemisiu, wcale był innym. Był kiedyś prześlicznym... A teraz...
- Teraz zrobił się nudnym...
- Okropnie nudnym... Weź go do garderoby i niech się już nigdy nie pokazuje w pokojach...
Czernicka była już u progu, gdy usłyszała znowu:
- Czemisiu!
Odwróciła się z pośpiechem pokornym i przymilonym uśmiechem.
- Cóż tam z naszą małą?
- Wszystko będzie wedle rozkazów pani. W łazience wanna już gotowa. Paulina kąpać będzie Helkę...
- Panienkę! - od niechcenia przerwała pani Ewelina.
- Panienkę... Ja kroję sukienkę z tego błękitnego kaszmiru, co to w komodzie...
- Wiem, wiem...
- Kazimiera pobiegła do sklepu z obuwiem, Janka posłałam do sklepu z gotową bielizną... sukienkę choć sfastryguję tymczasem... tylko proszę panią o koronki, wstążki i pieniądze na wszystko.
Koronek, wstążek, tiulów, gaz, kaszmirów, atłasów pełno było w szafach i komodach napełniających sobą kilka pokojów obszernej i pięknie urządzonej willi pani Eweliny. Czernicka dość długo otwierała i zamykała szafy i szuflady nie przestając przecież ani na chwilę ściskać w dłoni banknotu sporej wartości. Potem był w garderobie wielki gwar zażartego targowania się i kupowania;
potem jeszcze spora część wyjętych z szaf i komód przedmiotów, jako też część wartości rozmienionego banknotu znikły w przepaścistym kufrze stanowiącym osobistą własność panny służącej. Na koniec z wypogodzoną twarzą, widocznie zadowolona zyskiem z przybycia do domu sierotki otrzymanym, pospiesznie zaczęła ona fastrygować i szpilkami upinać naprędce sporządzoną sukienkę. Nazajutrz dopiero krawcy, szewcy i szwaczki rozpocząć mieli formalną robotę około garderoby panienki. Tymczasem zaś panienka ta, wykąpana już i uczesana, lecz jeszcze w grubej koszulinie swej i z bosymi nóżkami, siedziała w pokoju Czernickiej na ziemi i śród najczulszych pieszczot z Elfem zapominać zdawała się o całym świecie.
O całym świecie też zapomniała utopiona w głębokiej zadumie pani Ewelina. Zadumy tej nic już teraz nie przerywało. W obszernym salonie, świetnym od przystrajających go zwierciadeł, obrazów i pąsowych adamaszków, panowała cisza głęboka. Przez wpółotwarte portiery widać było kilka większych i mniejszych pokojów, pogrążonych również w ciszy i półcieniu. Ukośne promienie zachodzącego letniego słońca wnikając przez szczeliny zapuszczonych żaluzji ślizgały się tu i ówdzie po ściankach, kobiercach i złoconych ramach obrazów. Zza okien dochodziły wonie rozkwitłych róż i świegoty ptastwa, w głębi domu, w sali jadalnej, z cicha pobrzękiwały ustawiane do wieczerzy naczynia.
Pani Ewelina dumała o swej niedoli. Nie przesadzała bynajmniej myśląc, że jest bardzo nieszczęśliwą. Istotnie, wdowa od lat wielu, bezdzietna, z sercem gorącym a samotnym, nie była nawet tak bogatą, aby móc zawsze przebywać tam, gdzie życie przedstawiało dla niej najwięcej jeszcze uroków, a najmniej smutków i znudzenia. Majątek jej był wprawdzie znacznym, nie tyle jednak, aby kłopoty i interesy różne nie przykuwały ją niekiedy i na czas pewien do tak brzydkiego, smutnego, nudnego miejsca, jakim jest Ongród. Teraz szczególniej z pięknymi i obszernymi dobrami, posiadanymi przez nią w okolicach Ongrodu, stało się coś niezwykłego. Były tam jakieś umowy do zawarcia, jakieś długi do spłacenia, jakieś nieuniknione gospodarskie wydatki do poniesienia - a wszystko to odejmowało pani Ewelinie wszelką możność wyjechania za granicę albo przynajmniej zamieszkania w największym z miast krajowych. Przebyła więc tu blisko już dwa lata, lata ciężkie, nużące. Obca wszystkiemu i wszystkim, otoczona prozaicznymi widokami małego miasta, tęskniąca do wzniosłych, artystycznych uciech, które stanowiły dotąd największy urok jej życia, a których naturalnie tu całkiem pozbawioną była, żyła ona jak pustelnica, zamknięta w willi swej z obrazami swymi, fortepianem, Czer-nisią i Elfem. Życie jej tu o tyle czyste było, o ile smutne, a jednak spokój sumienia nie był zupełnym. Nie czyniła nic dobrego i wyrzucała to sobie często i gorzko. Żądza czynienia dobrze była jedną z najżywiej drgających strun jej ducha. Dobroczynność sięgała w niej stopnia namiętności i wiele, wiele razy w życiu przynosiła jej uciechy moralne, zastępujące szczęście, którego nie zaznała nigdy. Lecz... bywało tak gdzie indziej. Tu nie wiedziała nawet, jak i co czynić, aby najgłębszą potrzebę szlachetnego serca swego zaspokoić. Wprawdzie kiedy niekiedy tym i owym dawała ona hojne jałmużny, ale nie czyniło to zadość sercu jej ani wypełniało czasu, ani zadowolnić mogło sumienie. Ona w wielkich miastach przywykła do dobroczynności pracowitej, czynnej, pod wodzą światłych kierowników duchownych dokonywanej, a oddające się jej osoby prowadzącej na strychy wysokich kamienic, w ciemne sutereny, do przytułków i ochron, nad stoliki ze srebrnymi tacami w przedsionkach świątyń umieszczone itp. Niedostatek sposobów do wykonywania takiej właśnie dobroczynności dręcząc ją dolewał jedną więcej kroplę do gorzkiego jej kielicha. Nagle w Ongrodzie uformowano tak zwane Towarzystwo Dam Dobroczynnych. Pani Ewelina, jako nąjmajętniejsza zapewne mieszkanka miasta, do wzięcia udziału w czynnościach towarzystwa tego wezwaną została. Była to pierwsza radość, jakiej od lat dwu doznała. Będzie więc mogła czynić dobrze! Siły serca, których tyle czuła w sobie, znajdą dla siebie ujście jakieś! Oko jej zazna jeszcze roszącej je zazwyczaj na widok nędz ludzkich łzy litości i rozrzewnienia! O ucho jej obiją się dziękczynne i błogosławiące wyrazy tych, pośród których zjawi się niby anioł pomocy i pocieszenia! Stanęła na wezwanie natychmiast. Wskazano jej dzielnicę miasta, w której wyszukiwać miała ubogich. Szukała. Szukając zaszła wypadkiem do domostwa zamieszkiwanego przez rodzinę mularza i zobaczyła Helkę. Dziecko przedstawiło się jej w malowniczej jakiejś pozie. Bawiło się podobno z psem czy kotem czy może siedziało przed progiem chaty oblane słońcem, które we włosach jego rozpalało ogniste błyski, czy może jeszcze, zdumione

widokiem

powozu,

koni

i

pięknej

strojnej

kobiety,

stanęło

w

progu

jak

wryte

i

utkwiło

w

niej

dwoje

źrenic,

w

których

ona

dojrzała

upalny

szafir

włoskiego

nieba

-

dość

że

od

razu

wydało

się

jej

niezwykłym,

prześlicznym

i

że

gdy

przyłożyła

usta

swe

do

policzka

dziecka,

na

którym

istniały

jeszcze

ślady

tylko

co

jedzonego

krupniku

ze

słoniną,

pomimo

śladów

tych

serce

jej

uderzyło

żywiej

i

na

dźwięk

wymówionego

przez

Janową

wyrazu:

"sierota!"

łza

litości

i

rozrzewnienia

zrosiła

jej

oko.

Zapragnęła

dziecka

tego,

zapragnęła

go

na

wyłączną

swą

własność

z

zapałem

i

mocą

duszy

namiętnej

jak

wulkan,

a

samotnej

jak

łódź

na

burzliwych

przestworzach

morza

zbłąkane...

Teraz

przedmiot

ten

pragnień

jej

był

już

pod

jej

dachem.

Oddano

go

jej

na

zawsze

i

zaprawdę,

bez

trudności!

Teraz

kochając

dziecię

to

uspokoi

tęskniące

swe

serce,

a

osłaniając

je

macierzyńskimi

skrzydły

zadowolni

sumienie

swe,

rozkazujące

jej

czynić

dobrze!..

Lecz

gdzież

ona

jest,

prześliczna

dziecina

ta?

Gdzie

jest

ten

zesłany

jej

przez

Opatrzność

anioł

pociechy

i

ukojenia?

Dlaczego

Czemisia

nie

przyprowadza

jej

dotąd?

Biedactwo!

Jeszcze

pewnie

nie

ubrane!

Ale

że

umyte

już

i

wykąpane,

to

pewne,

trzeba

by

pójść

do

pokoju

Czemickiej,

uścisnąć

je,

ucałować,

do

serca

przytulić...

Zerwała

się

z

kanapki,

biegła

przez

salon

i

w

połowie

drogi

ze

splecionymi

u

piersi

rękami

stanęła.

W

drzwiach

przeciwległych

ukazała

się

Czernicka

prowadząca

za

rękę

Helkę,

ale

jakżeż

zmienioną!

Jakaż

metamorfoza!

Białawy

motyl

ze

zwiniętymi

skrzydłami

przemienił

się

w

świetnego

kolibra.

Różowe

wstążki

niby

piórka

czy

skrzydełka

pstrzyły

błękitną

sukienkę.

Z

puchów

białych

koronek

wysuwały

się

okrągłe

nóżki

ociągnięte

pończoszkami

delikatnymi

jak

sieć

pajęcza,

a

niknącymi

w

malutkich,

błękitnych

trzewiczkach;

ogniste

włosy

utrefione,

woniejące

trzymała

w

karbach

opaska

z

szyldkretu.

Strojem

tym

zachwycona

i

strwożona,

wonią

ulatującą

z

włosów

jej

i

koronek

upojona,

Helka

stała

w

progu

salonu

z

ustami

znowu

do

płaczu

skrzywionymi,

ze

szczupłymi

ramionami

sztywnie

w

obawie

zgniecenia

sukni

rozpostartymi

w

powietrzu,

z

oczami,

które

to

spuszczały

się

ku

cudownym

trzewiczkom,

to

podnosiły

się

ku

twarzy

pani

Eweliny

nieśmiałe

i

wilgotne.

Pani

Ewelina

po-skoczyła

i

pochwyciwszy

jaw

objęcia,

teraz

dopiero

okrywać

j

ą

zaczęła

gorącymi

pocałunkami.

Potem

poprowadziła

dziecko

do

sali

jadalnej,

gdzie

wraz

z

nim

usiadła

przy

stole

zastawionym

piękną

porcelaną

i

wybornymi

przysmakami.

W

pół

godziny

potem

Czernicka

wchodząc

do

jadalni

znalazła

Helkę

siedzącą

na

kolanach

nowej

swej

opiekunki

i

zupełnie

już

z

nią

spoufaloną.

Niezmierna

dobroć

i

czułość

pani

Eweliny

prędko

bardzo

wlały

w

serce

dziecka

śmiałość

i

ufność.

Z

policzkami

trochę

zatłuszczonymi,

nie

krupnikiem

ze

słoniną

tym

razem,

ale

ciastkiem

z

konfiturami,

wyciągała

ona

malutki

paluszek

swój

ku

różnym

nie

znanym

jej

dotąd

przedmiotom

o

nazwę

ich

pytając. - Co to? Pani, co to?
- Filiżanka - odpowiadała pani Ewelina.
- Fili-zian-ka... - z niejaką trudnością powtarzała Helka.
- A po francusku nazywa się to: la tasse!
- Tas, lass, tass, tas, tas! - szczebiotała Helka.
Kobieta i dziecko miały pozór istot doskonale szczęśliwych. Czernicka ze swą szklanką herbaty opuszczając jadalnię uśmiechała się w sposób sobie właściwy, trochę szyderski, trochę smutny.
Takim był pierwszy dzień pobytu Helki w domu pani Eweliny, a po nim nastąpił długi, długi szereg dni podobnych lub może dla kobiety, zarówno jak dla dziecka, jeszcze szczęśliwszych. Bawiły się z sobą wybornie. W letnich miesiącach po ładnym ogrodzie willę otaczającym od rana do wieczora prawie fruwała dziewczynka do barwnego kolibra podobna. Drobne, wykwintnie obute jej stopki obiegały po żwirowanych ścieżkach klomby napełnione kwiatami; złotymi włosy okryta i ukwiecona jej główka przesuwała się nad niskimi grupami zieleni jak napowietrzne, anielskie zjawisko. Szczebiot i śmiech dziecięty rozbrzmiewał daleko, aż za żelazne sztachety przedzielające ogród willi od zamiejskiej ulicy. Pani Ewelina, na obszernym i ozdobnym ganku siedząc godzinami całymi, zapominała o książce trzymanej w ręku, ścigała wzrokiem malutką, lekką, strojną istotę, uchem łowiła każdy dźwięk szczebiotu jej i śmiechu, a czasem zbiegłszy ze wschodów ganku zaczynała gonić ją po ścieżkach ogrodu. Wtedy śród tej dziecinnej zabawy, której całym sercem oddawać się zdawała, można było spostrzec najlepiej, ile sił i życia było jeszcze w tej już jednak niemłodej kobiecie. Policzki jej rumieniły się, czarne oczy płonęły, kibić nabierała zwinności i giętkości dziewczęcej. Gonitwa kończyła się zwykle rzuceniem się Helki na szyję pani Eweliny, wzajemnymi pieszczotami i długim przesiadywaniem na kobiercu murawy, pośród kwiatów, z których układały wspólnie bukiety i wieńce. Za żelaznymi sztachetami na chodniku ulicy przechadzający się mieszkańcy miasta zatrzymywali się często, usiłując przez otwory sztachet przypatrywać się ślicznej grupie, która wydawała się tym piękniejszą, że tłem jej był pałacyk malowniczo pośród ogrodu bielejący, a tym więcej rozrzewniającą, iż wiedziano powszechnie, że kobieta ta nie była matką tego dziecka. Dwie te istoty obce sobie krwią, a tak ściśle z sobą spojone, najsilniejsze wrażenie wywierały w białe zimowe dnie, gdy wchodziły do natłoczonego ludnością miejskiego kościoła. Na tę malutką, całą w atłasach i łabędzich puchach, i na tę kobietę w sobolach i aksamicie zwracało się wtedy parę tysięcy oczu ludzkich. Różową teraz i wiecznie uśmiechniętą tę dziecinę porównywano do róży wychylającej się ze śniegu, lecz jakież porównanie znaleźć można było dla jej opiekunki? Nazywano japo prostu: świętą! Taką opieką i miłością otoczyć dziecię obce, niskiego pochodzenia, sierotę! W taki sposób używać bogactwa swego! Było to istotnie godnym uwielbienia. Uwielbiano też powszechnie panią Ewelinę, ilekroć łagodna i zadumana twarz j ej przesuwała się boczną nawą wspaniałej świątyni, a u drzwi kościelnych stojąca Janowa, zapałem porwana, całą siłą obu swych łokci rozpychała ściśnięty wokoło niej tłum, z łoskotem na kolana padała i poczciwe, błękitne oczy swe topiąc w widzialnym jej szczycie wielkiego ołtarza, a rękawem świątecznej algierki łzę na czerwonej twarzy rozcierając, głośno prawie wołała:
- A szczęście wiekuiste niech jej świeci na wieki wieków amen. Nierozłączne w dzień, nie rozstawały srę też z sobą i w nocy. Małe, rzeźbione z orzecha łóżko Helki, istne arcydzieło stolarskiej sztuki, umieszczone było tuż przy łóżku pani Eweliny. Na nim, własnymi rękami opiekunki swej rozebrana i w batystową nocną koszulkę przyobleczona, na webowej, haftami okrytej pościeli Helka usypiała codziennie cichym, uśmiechniętym snem doskonale szczęśliwej istoty. Pani Ewelina układając ją do snu czyniła nad nią w powietrzu znak krzyża, po czym, gdy Czernicka układała kołdrę jej w malownicze draperie, mówiła:
- Jaka ona śliczna, Czernisiu!
- Jak aniołek - odpowiadała panna służąca.
Czasem Helka, nie śpiąca jeszcze, rozmowę tę słyszała, z białych puchów pościeli wybuchał głośny śmiech dziecięcy, przerywany wołaniem:
- Pani śliczniejsza! śliczniejsza! śliczniejsza!
- Co ona bredzi, Czemisiu! - z głębokim zadowoleniem uśmiechała się pani Ewelina.
- Co to za rozum w tej dziecinie! Jak ona panią kocha! - podziwiała Czernicka.
Przy tym przez całe dnie i wieczory w salonie, w ogrodzie i sypialni odbywała się wciąż prawie edukacja Helki. Pani Ewelina uczyła ją mówić po francusku, zgrabnie chodzić, siedzieć i jeść, ładnie ubierać lalki, gustownie dobierać kolory, do snu układać się w pozycji pełnej wdzięku, splatać rączki i oczy wznosić w górę przy modlitwie. Wszystkie nauki te udzielane i przyjmowane były wśród harmonii i przyjacielskości wzajemnej i zupełnej. Śród zabawy i żartów dziecko kształciło się prędko i wesoło, po roku pobytu w domu swej opiekunki Helka płynnie już szczebiotała po francusku, umiała na pamięć mnóstwo francuskich modlitewek i wierszyków, a gdy szła, biegła lub jadła, Czernicka, spoglądając na nią z podziwem, do pani swej mawiała:
- Co to za ruchy! Jaka gracja! Można by doprawdy myśleć, że panienka urodziła się w pałacu...
- Tak ją już Pan Bóg obdarzył, moja Czemisiu - odpowiadała pani Ewelina.
Co jednak paniąEwelinę najbardziej w dziecku tym zachwycało, to szczególny zmysł piękna, który objawiał się w niej z dniem każdym wyraźniej. Istotnie, Helka nabierała do rzeczy wytwornych i pięknych zamiłowania z namiętnością graniczącego. Najlżejszą dysharmonię kolorów spostrzegała natychmiast, najlżejsza warstewka pyłu na posadzce dostrzeżona wstręt w niej budziła: wybornie już oceniała stopień piękności każdego sprzętu; gdy zmęczoną była i chciała spocząć, umiała wybrać i samej pani domu wskazać sprzęt najwygodniejszy; parę razy gorzkimi łzami płakała, gdy przyniesiono jej trzewiczki nie tak piękne jak te, o jakich marzyła. Pani Ewelina z rozkoszą spoglądała na szybki ten rozwój estetycznych skłonności dziecka.
- Moja Czemisiu - mówiła -jaki ona ma popęd do wszystkiego co piękne, jaka w niej delikatność natury i wrażliwość na każde dotknięcie zewnętrznego świata. Mój Boże! Żebym ja ją mogła do Włoch zawieźć! Jakżeby to maleństwo szczęśliwym było pod tym ślicznym niebem włoskim, w tym rozkosznym klimacie, pośród tych cudownych widoków włoskiej natury...
Marzenie zawiezienia Helki do Włoch wzmogło się w pani Ewelinie bardziej jeszcze, gdy dnia pewnego odkryła w niej ona talent, ale to widoczny i wielki talent do śpiewu. Helka miała już wtedy skończonych lat osiem i przebyła w domu pani Eweliny blisko trzy lata. W pewien pogodny dzień jesienny, na chwilę samotną pozostawiona, siedziała na ganku pośród stosu nagromadzonych tam dla niej poduszek i ubierając lalkę, tak prawie dużą jak ona, w suknię piękniejszą jeszcze od tej, która j ą przystrajała, nuciła. Nuciła jedną z francuskich piosenek, których mnóstwo umiała na pamięć. Stopniowo nucenie jej przechodziło w śpiewanie: lalka z rąk jej na poduszki upadła, a Helka z oczami utkwionymi w niebo, z rękami splecionymi u piersi donośnie i żałośnie wyśpiewywała:

Le papillon s'envola,
La rose blanche s'effeuilla
La la la la la la...


Głosik jej był istotnie czystym i silnym. Istotnie też w gorąco kochanym i czule pieszczonym dziecku rozbudzić się musiała uczuciowość gorąca i rzewna, bo smutne losy białej róży opiewała z przejęciem i uczuciem takim, że aż drobna pierś jej wznosiła się wysoko, a na ciemnozłotej rzęsie błysnęła łza. Pani Ewelina, niewidzialnie spoglądająca na nią przez otwarte okno salonu, tonęła w zachwycie i od dnia tego zaczęła wieczorami uczyć ją muzyki.
Wieczorami w małym pokoju Czemickiej paliła się na stole lampa, zegar ścienny monotonnie tętnił nad przepaścistym kufrem, zza firanek ukazywało się skromnie zasłane łóżko. Cicho tu było. Trzy garderobiane drzemały nad robotami swymi lub cichutko szeptały w przyległym pokoju: z głębi domu, z salonu, zalatywały pojedyncze, przeciągłe dźwięki poruszanych z kolei fortepianowych klawiszów. Niekiedy ozwały się donośnie przez panią Ewelinę wymawiane: f, g, h, itd., niekiedy gama dziecinnego śmiechu rzuciła tu parę nut srebrnych albo przyciszone odległością dało się słyszeć dziecinne, śpiewanie:

La rose blanche s'effeuilla
La la la la la la...



Na jasnym tle obfitego światła lampy postać panny służącej, wysoka, cienka, w obcisłą suknię ubrana, z wysoko sterczącym z tyłu głowy grzebieniem, rysowała się w liniach ciemnych i ostrych. U nóg jej na miękkim, ładnym podnóżku w skurczonej i smutnej postawie leżał Elf. Ramiona jej suche, rękawami ociągnięte, i długie kościste ręce zwinnie i zgrabnie poruszały się około leżącej na kolanach materii. Szyła pilnie, lecz ilekroć odgłosy odbywającej się w sali lekcji muzyki przylatywały do niej, chmurny wzrok jej spływał na leżącego u stóp jej pieska; dotykała go z lekka końcem stopy i z właściwym sobie uśmiechem mówiła:
- Słyszysz? Pamiętasz? I ty kiedyś tam byłeś! Wkrótce potem spełniło się pragnienie pani Eweliny; majątkowe interesy pozwoliły jej wyjechać na kilka miesięcy za granicę, powiozła do Włoch swoją Hele: Hela uprosiła o pozwolenie powiezienia z sobą Elfa. Czernicka pojechała także.

* * *

Po upływie kilku miesięcy, w piękny dzień letni, willa pani Eweliny, przez czas nieobecności jej obumarła, ożywiła się znowu. W ogrodzie kwitły pyszne astry i lewkonie, salon jaśniał swymi zwierciadłami i pąsowymi adamaszkami, w sali jadalnej pobrzękiwały z cicha szkła i porcelany, pani Ewelina siedziała w salonie zamyślona bardzo, smutna nieco i tęskna. Helki przy niej nie było, ale z głębi domu od strony garderoby dochodziły chwilami dźwięki donośnego, wesołego jej głosu i śmiechu. Bawiła się w tej chwili wybornie. Czemicka siedząc na podłodze garderoby otwierała kufry podróżne, wyjmując z nich niezliczone przedmioty do niezliczonych użytków przeznaczone, trzy garderobiane zaś i mularzowa Janowa, stojąc dokoła w postawach pełnych ciekawości i zdumienia, przyglądały się z kolei panience i wydobywanym na jaw cudom europejskich rzemiosł. Wszystkie twierdziły jednogłośnie, że panienka bardzo urosła. Istotnie, Helka dosięgała wieku, w którym dziewczątka nabierają szczególnej i harmonię kształtów ich nadwerężającej długości nóg. Długie, cienkie te nogi, przybrane w bardzo ciasne i wysokie kamasze, czyniły j ą trochę niezgrabną. Regularny owal jej twarzy nadwerężył się też nieco przez lekkie wychudnięcie, będące zapewne skutkiem długiej podróży; odkryte ramiona jej były chude i czerwone. Śliczne dziecko zaczęło przedzierzgiwać się w niezgrabnego podlotka, którego jednak rysy zapowiadały przyszłą piękność młodej dziewczyny.
Mularzowa uwiadomiona o powrocie pani i panienki przez jedną z garderobianych, u której to uprosiła, wydziwić się nie mogła naprzód małej krewniaczce swej, a potem rzeczom jej wydobywanym z dwu oddzielnych tłumoków. Przysiadła na ziemi obok Helki, która pokazywała jej i tłumaczyła wszystko.
- Drugi kapelusz... - wykrzykiwała - trzeci... czwarty... o! Dla Boga! Wieleż ty, Helko, masz kapeluszów?
- Tyle, ciotko, ile sukienek - tłumaczyła Helka - do każdej sukienki jest stosowny dla niej kapelusz...
- Co to za pudło?
- - To neseser podróżny...
- Na cóż to?
- Jak to na co? Widzi ciotka, tu są różne przegródki, a w nich wszystko, co potrzebne do mycia się, czesania się i ubierania... Oto grzebienie, mydełko, szczoteczki, szpilki różne, perfumy...
- Jezus, Maria! i to wszystko twoje?
- A moje! Pani ma taki sam neseser większy, a ja mniejszy... W tej chwili Czernicka wydobywała z tłumoka lalki różnej wielkości, jako też i inne zabawki dziecinne najrozmaitszego rodzaju. Były tam prześliczne ptaki, gdyby żywe, osobliwe zwierzątka, gospodarskie przyrządy srebrnie i złoto połyskujące itp. Janowa usta szeroko otworzyła, zarazem oczy jej napełniły się smutkiem.
- Mój Boże! - szepnęła z westchnieniem - żeby to moje dzieciaki choć zobaczyć to wszystko mogły...
Helka popatrzyła na nią chwilę, zamyśliła się, potem żywo rzuciła się do swych zabawek i łachmanków, z ferworem wielkim niektóre z nich Janowej ofiarowując.
- Weź, ciotko, tę sowę dla Marylki, a tę rybkę dla Kaśki... dla Wicia niech będzie może ta harmonijka... do niej tylko dotknąć się trzeba, a zaraz bardzo ładnie zagra... Weź, ciotko, weź! Pani nie będzie gniewać się, pani taka dobra i tak mię kocha... Weź jeszcze i tę różową chusteczkę dla Marylki, a dla Kaśki tę błękitną... ja takich chusteczek mam dużo... bardzo dużo...
Janowa z oczami pełnymi łez pochwycić chciała krewniaczkę w swe potężne ramiona, lecz lękając się zgnieść strzępiaste i skomplikowane jej ubranie, grubą ręką swą tylko po atłasowej twarzyczce jej powiodła. Podarunków nie przyjęła stanowczo, ale podnosząc się z ziemi rzekła:
- Dobre z ciebie dziecko! Choć na wielką panią rośniesz, ale biednymi krewnymi, którzy kiedyś przytulili cię do siebie, nie pogardzasz...
Gdy Janowa mówiła to, Czernicka, pochylona dotąd nad kufrem wyprostowała się i prędko, dobitnie sarknęła raczej, niż wymówiła:
- Ej, moja pani Janowo! kto to może wiedzieć, jakim jeszcze kiedyś będzie, wielkim czy małym?
Janowa nie odpowiedziała nic, z rozrzewnionym bowiem śmiechem oglądała się za Helka, która chichocząc i na swych długich nóżkach podskakując jak wesoła i zwinna kotka kręciła się wkoło niej i wszystkie kieszenie odzieży jej cukierkami napychała.
- To dla Marylki - wołała - a to dla Kaśki, a to dla Wieka... a to, ciotko, dla wujaszka Jana...
Nagle wzdrygnęła się i posmutniała.
- Tutaj tak zimno! - nadąsanymi usteczkami wymówiła. - We Włoszech daleko piękniej i milej... tam ciągle słońce świeci... pogoda... takie piękne lasy pomarańczowe... My tu z panią długo nie wytrzymamy... pewno znowu pojedziemy tam, gdzie tak ciepło...
Czernicka wkładała już na nią miękki jak puch ciepły paltocik, ale Helka wyrwała się z rąk jej.
- Aj! - zawołała -jak ja długo już pani nie widziałam; pójdę do pani! Adieu, ciotko!
I rzuciwszy rączką całusa Janowej pobiegła w podskokach, nucąc donośnie:
- Pójdę do pani... do mojej drogiej... do mojej złotej... do mojej najmilszej...
- Jak ona kocha swoją dobrodziejkę! - zwróciła się do Czemickiej Janowa. Wieczoru tego pani Ewelina opłynięta zwojami białego peniuaru siedziała przed gotowalnią smutna i tęskna. Helka w rzeźbionym łóżeczku swym, wpół-zakopana w puchach, batystach i haftach, głęboko już usypiała; na gotowalni dwie świece dopalały się w wysokich lichtarzach; za fotelem pani Eweliny stała Czernicka rozczesując i do nocnego spoczynku układając krucze jeszcze i długie włosy swej pani. Po chwili milczenia pani Ewelina ozwała się:
- Wiesz, moja Czernisiu, mam kłopot...
- Jakiż, z czym? - tonem pełnym czułej troskliwości zapytała panna służąca.
Po krótkiej chwili wahania pani Ewelina słabym głosem odpowiedziała:
- Z Helą!
Dość długo potem milczały obie. Czernicka z wolna, lekko wodziła szczotką po kruczych, jedwabistych włosach. Twarz jej odbijająca się w zwierciadle gotowalni okrytą była wyrazem zamyślenia. Po chwili ozwała się:
- Panienka... rośnie.
- Rośnie, moja Czernisiu... i trzeba by już myśleć o jej edukacji. Guwernantki do domu nie wezmę za nic, bo nie cierpię mieć w domu obce osoby... nie pojmuję, co uczynię.
Czernicka znowu milczała chwilę. Potem z westchnieniem wymówiła:
- Jaka to szkoda, że panienka nie jest już takim małym dzieciątkiem, jakim przybyła tu do nas...
Pani Ewelina westchnęła także.
- To prawda, moja Czernisiu, tylko takie małe dzieci są prawdziwie miłe i sprawiają rozkosz niezmąconą. Hela wyszła już z najmilszego dziecięcego wieku. Trzeba już ją uczyć, strofować...
- Spostrzegłam właśnie, że od jakiegoś czasu pani jest zmuszoną dość często strofować panienkę...
-Naturalnie; charakter jej zmienił się znacznie. Stała się kapryśną... dąsa się na mnie byle o co...
- Pani przyzwyczaiła panienkę do swej nadzwyczajnej dobroci...
- To prawda. Rozpieściłam ją. Niepodobna jednak taką już dużą dziewczynę pieścić tak, jak kiedy była taką mai utka, zgrabniutką... taką przytulną...
- Panience trudno dogodzić... Dziś rozgniewała się na mnie bardzo za to, że czesząc ją, mocniej trochę pociągnęłam pasemko włosów...
- Doprawdy? rozgniewała się na ciebie? Pamiętam, że i dawniej sykała często i rzucała się na krześle, gdy ją czesałaś, ale dopóki była małą, było to bardzo zabawne i dodawało jej wdzięku... teraz stać się może nieznośnym... Chciałabym mylić się, ale zdaje mi się, że... będzie złośnicą...
- Pani przyzwyczaiła panienkę do swej nadzwyczajnej dobroci - powtórzyła Czernicka.
Umilkły. Czesanie włosów na noc miało się ku końcowi. Z twarzą schyloną nad głową swej pani, na której układała leciuchny nocny czepeczek, Czernicka cichszym znacznie i wahającym się głosem ozwała się jeszcze:
- Może pani w tych dniach będzie miała gości...
- Gości! jakichże, moja Czernisiu? Kogo?
- Może ten pan przyjedzie, na którego koncercie pani była we Florencji i który potem przez kilka wieczorów tak ślicznie grał u pani...
Obłok rumieńca przepłynął po twarzy pani Eweliny, którą długa podróż i późna wieczorna godzina uczyniły podobną do zwiędłego kwiatu.
- Nieprawdaż, Czernisiu, że gra on prześlicznie! Jest to prawdziwy i wielki artysta!
Ożywiła się, głos jej stał się silniejszym, przygasłe przedtem oczy błysnęły.
- A jaki piękny! - szepnęła Czernicka.
-Nieprawdaż? o! ci Włosi! Jeśli który z nich pięknym jest, to już pięknym -jak marzenie...
Marzącym krokiem przebyła przestrzeń dzielącą gotowalnię od łóżka, a gdy była już rozebraną i gdy Czernicka układała kołdrę w malownicze fałdy i draperie, marzącym głosem mówić zaczęła:
- Moja Czernisiu! zmiłuj się, dopilnuj, żeby wszystko w domu dobrze i ładnie uporządkować... Salon odświeżysz... tak jak to ty umiesz... bo ty masz wiele dobrego gustu i zręczności... Może... wypadkiem... ktokolwiek do nas przyjedzie...
Przez wiele następnych wieczorów pomiędzy panią Eweliną i Czernicka toczyły się przy gotowalni krótkie i urywane rozmowy.
- Czy zauważyłaś, Czernisiu, że Hela szpetnieje?
- Zdaje mi się, że panienka nie jest już tak zgrabną, jak była...
- Staje się całkiem niezgrabną... Nie pojmuję, skąd wzięły się u niej takie długie nogi... broda jej też wydłużyła się jakoś dziwnie...
- Zawsze jednak panienka jest bardzo ładna...
- Nie będzie tak ładną, jak można było spodziewać się przed paru laty... Mój Boże! Że też to czas ten leci, leci, leci i unosi z sobą wszystkie nadzieje nasze...
Nazajutrz jednak twarz jej jaśniała bardzo błogą nadzieją. Na gotowalni leżał woniejący liścik z Włoch przybyły.
- Moja Czernisiu! będziemy miały gości...
- Chwała Bogu! Pani weselej trochę będzie. Od powrotu z zagranicy pani ciągle taka smutna...
- O! moja Czernisiu, czegóż bym wesołą być miała! Świat ten tak jest smutny! Te szczególniej dusze, które gonią za ideałem, za doskonałością, wiecznie tylko zawodzić się muszą...
Po chwili milczenia dodała:
- Hela na przykład... Co to było za śliczne, miłe, zabawne dziecko... a teraz...
- Od powrotu naszego z zagranicy panienka ciągle nadąsana jakoś... czy smutna...
- Gdzie tam smutna! Czegóż by ona smucić się miała? Dąsa się na mnie za to, że nie zajmuję się nią tak ciągle, jak dawniej... Mój Boże! czyż ja mogę przez całe życie niczym innym nie zajmować się, jak tylko tym dzieckiem...
- Pani przyzwyczaiła panienkę do swej nadzwyczajnej dobroci - powtórzyła swoje Czernicka.
Dodaj do swoich materiałów