+ Pokaż spis treści

Diomedes i Glaukos


[...]
Wtedy Glauk i Dyjomed, oba śmiałej myśli,
Chciwi spotkać się z sobą, na plac boju wyśli.
W tym Hippoloch, w tym Tydej godnego ma syna.
Pierwszy do Glauka Tydyd tak mówić zaczyna:
"Ktoś ty z rycerzy, ślepym uniesień zapałem?
Jeszcze cię dotąd w polu chwały nie widziałem,
Teraz w dzielności wszystkich przewyższa twa ręka,
Gdy się razu silnego tej dzidy nie lęka.
Ale kto pod mój pocisk śmiałym zaszedł krokiem,
Tego rodzice smutnym wydali wyrokiem.
Jeśli bóg z nieśmiertelnych przychodzisz siedliska,
Wiedz, że moja dłoń grotów na bogi nie ciska.
I Likurg, syn Dryjanta, niedługich dni zażył,
Że przeciw nieśmiertelnym powstać się odważył.
Niegdyś on świętych Bacha mamek nie oszczędził,
Twardym zbrojny rzemieniem, po Nisie je pędził;
Ochłostanym bachantkom tyki z rak wypadły,
Schronił się w głębi morza sam Bachus wybladły,
Tetys drżącego na swym łonie skryła boga;
Taka na groźby męża przejęła go trwoga.
Ale bogowie, którym złoty wiek się toczy,
Rozgniewali się srodze: Jowisz wziął mu oczy;
Wnet i życie wydarli niebianie zawzięci.
Stąd ja z bogami walczyć wcale nie mam chęci.
Lecz jeśli, jak śmiertelny, trawisz owoc ziemny,
Zbliż się, a wnet obaczysz Plutona kraj ciemny."
Na to Glauk do wielkiego tak mówi Tydyda:
"Skąd się o ród mój pytasz? Na co się to przyda?
Jako się liście rodzi, tak i ludzkie plemię:
Jako wiatr liście wstrząsa, okrywa nim ziemię,
A w inne, w czasie wiosny, drzewo się przybiera,
Jedno plemię się rodzi, a drugie wymiera.
Ale jeśli chcesz poznać ród mój od początku,
Który wielu znajomy, powiem ci w porządku.
Jest na granicach Argów miasto Efir zwane,
To było Syzyfowi mądremu poddane,
Eolskiego plemienia; z niego Glauk się rodzi,
A z Glauka Bellerofon wsławiony pochodzi.
Dało mu niebo zacną duszę w pięknym ciele,
Ale mu Pręt niechętny złego myślał wiele;
Wygnał z miasta młodzieńca król niesprawiedliwy,
Z rąk Jowisza trzymając berło nad Argiwy.
Bo ku niemu Anteja, śliczna żona Pręta,
Skrytym gorzała ogniem; a widząc kobieta,
Że złą chucią dobrego serca nie rozżarzy,
Udała się, przez zemstę, do chytrej potwarzy.
"Jedno - mówi - o Pręcie, z dwojga dziś wybieraj:
Zabij Bellerofona albo sam umieraj,
Gdyż on chciał niegodziwie twoje skazić łoże."
Na to król gniewu w sobie powściągnąć nie może,
Jednak przez wzgląd na bogi sam rąk nie zakrwawił.
Do Licyi go zatem z listami wyprawił,
W których śmierć dla zacnego młodzieńca wyryta;
Mniemał, że go świekr zgubi, skoro je przeczyta.
Wyjechał za boskimi bohatyr powody
I tam stanął, gdzie wartkie toczy Ksantus wody.
Przyjął go król, przez dziewięć dni zastawiał stoły,
Dawał biesiady, bogów czcił dziewięcią woły.
Gdy dziesiąta jutrzenka cień spędziła mglisty,
Dopiero się natenczas rycerza o listy
Przywiezione od Pręta, swego zięcia, spytał.
A skoro charaktery fatalne przeczytał,
Zaraz młodzieńca w prace niebezpieczne wprząga,
Chimerę znieść strasznego każe dziwoląga,
Który nie był ludzkiego, lecz boskiego rodu:
W głowie lew, koza w środku, kręty smok od spodu,
A z paszczy ognistymi buchała potoki.
Zabił ją, mając nieba pomyślne wyroki.
Wnet się chwałą rycerską z Solimy ozdobił,
I w walce, która była najstraszniejsza, pobił.
W trzecim zaś boju zgromił Amazonki srodze.
Gdy wracał, król zasadzki zrobił mu na drodze,
Najprzedniejszego z Lików pozastawiał męża;
Lecz i tych Bcllerofon szczęśliwie zwycięża,
Zbici wszyscy i żaden nie wrócił do domu.
Więc liznąwszy w nim boską krew z tego pogromu,
Zatrzymał go u siebie, dał córkę za żonę
I na pół z nim królewską podzielił koronę;
Od Lików mu najlepsza ziemia wydzielona,
Równie w zboże obfita, jako winne grona.
Z tego małżeństwa wyszło na świat troje dzieci:
Laodamija, Izandr i Hippoloch trzeci.
Laodamiji wdzięki ujęły Jowisza,
Spłodził z niej Sarpedona, mego towarzysza.
Lecz gdy na bohatyra taka przyszła dola,
Że był niemiły bogom, przez alejskie pola,
Chroniąc się ludzkich śladów, biegał niespokojny.
Izandra syna zabił Mars, niesyty wojny,
Gdy walkę z Solimami stoczył rycerz śmiały.
Laodamija legia od Uyjany strzały.
Sam więc Hippoloch został, który mi dał życie.
Ten, pomny i o swoim, i przodków zaszczycie,
Zalecał mi usilnie, gdy mię słał pod Troję,
Bym się nad innych wsławiał przez waleczność moje
I ojców krwi nie kaził, z których wśród Efiry
I Licyi największe były bohatyry.
Oto krew, oto przodki, z nich jestem zrodzony;"
Tymi słowy niezmiernie Tydyd ucieszony,
Utknąwszy w ziemi dzidę okutą żelazem,
Do syna Hippolocha tym rzecze wyrazem:
"Wiedz, Glauku, że nas dawna połączą gościnność:
Onej dla dziada twego wyrządził uczynność
W domu przez dni dwadzieścia, a Onej mi dziadem.
Związali się wzajemnym przyjaźni zakładem:
Bellerofon dał kielich Onejowi złoty,
A ten pas purpurowy przecudnej roboty;
W domum go schował, idąc do Marsa potrzeby.
Dziecięciem byłem, Tydej gdy poszedł pod Teby,
Sławna wyprawa śmiercią bohatyrów wielu.
Więc w Argach ty masz gościa we mnie, przyjacielu,
Ja, gdy w Licyi kiedy stanę, mam go w tobie.
Nie przystoi nam bronią walczyć przeciw sobie.
Dość ofiar w sprzymierzeńców i Trojan szeregu,
Których mi bóg nasunie lub doścignę w biegu.
I ty na innych Greków twoim bij dzirytem,
Ich zwalając, rycerskim okryj się zaszczytem.
Teraz zamieńmy zbroję i tymi zakłady
Utwierdźmy zawiązaną przyjaźń między dziady."
Tak się więc rozmówiwszy, z wozu wyskoczyli,
Podali sobie ręce i przyjaźń stwierdzili
I od przodków przesłane słodkie imię gości;
A Jowisz natchnął w Glauka tyle wspaniałości,
Że zbroję złotą, ceny stu wołów, dał z chęcią
Za zbroję z miedzi, kupną wołami dziewięcią.