"Choć burza huczy wkoło nas..."

Łódź, odepchnięta rozpaczliwym ruchem, wlokła się ciężko, zanurzona aż po burty. Woda była wzburzona i rozruszana przez tabun wichrów. Rozhulał się nowy deszcz. Przez szklane jego strugi widać było krążące nad brzegiem trzy widma: trzy ogromne psy.
- Nie wypływajmy na środek wody - rzekł Adaś gorączkowo. - Lepiej, żeby nas nie widziano. Można przecie okrążyć tę wodę?
- Oczywiście! - rzekł Burski. - Tylko że to dłużej potrwa, ale za to będzie bezpieczniej. I tak się boję o łódź! Strasznie rzuca... I o obóz się boję, czy nie popłynął. Zostawiliśmy jednego na straży, ale nie wiem, czy sobie da radę. Ach, prawda! Adasiu... Czy wiesz, kto tam został?
- Skąd mogę wiedzieć?
- Szostak!
- A któż to jest Szostak?
- Boże miły! Ten, w którego księgach nitka udawała setkę.
- Nie może być! Jakbyście się zmówili... Chłopcy, bez gwałtownych ruchów!... A teraz gadaj, Stasieńku, skąd wam przyszło do głowy szukać mnie w lochu?
- Nikt niczego o tobie nie wiedział. Przekonani byliśmy, że jesteś nad morzem. Mieliśmy jednakże od pewnego czasu oko na ten dom. Wiedzieliśmy, że ktoś w nim mieszka, ale nie wiedzieliśmy kto. Nie mieliśmy zresztą żadnych interesów po tej stronie wody. Przed trzema jednakże dniami zwróciliśmy na to
uwagę, że się w tym domu dzieje coś niezwykłego. Pewnej cichej nocy odbyła się tam jakaś gruba awantura. Słyszeliśmy rozpaczliwe krzyki...
- To ten Francuz musiał wołać o pomoc! - rzekł Adaś wskazując ruchem głowy bladą marę, co leżała w łodzi z głową opartą na kolanach jednego z rycerskiego hufca.
- Aha! Strasznie krzyczał... Potem wszystko ucichło...
Dwóch z nas zrobiło wywiad, ale, zdaje się, dom opustoszał. Tymczasem wczorajszej nocy przed północą usłyszeliśmy rozpaczliwe wołanie o ratunek, a po wodzie głos bardzo niesie...
- To ja wrzeszczałem - oznajmił Adaś.
- Doskonale to zrobiłeś - rzekł Burski z gorącym uznaniem.
- Musiano cię słyszeć na dwie mile dookoła. Powiedzieliśmy sobie: "Czuj duch! Tam się odbywają nieczyste historie!" Nie śmieliśmy jednak zrobić wyprawy w biały dzień. Aż tu nagle
wali się pod wieczór ta burza! Więc my do łodzi i jazda... Dom ciemny i pusty... Zajrzeliśmy we wszystkie kąty i już chcieliśmy wiać z powrotem, bo niemiłosiernie lało, lecz mnie jakby coś tknęło. W świetle błyskawicy dojrzałem loszek, zamknięty na potężną kłódkę. Pomyślałem sobie tak: dom jest ledwie i jako tako zamknięty, a głupia piwnica zamknięta jest na amen. Coś tam musi być w tej piwniczce!
- Sokrates jest wobec ciebie bałwan, miły Stasiu. Ocaliłeś mnie i tego biedaka. Nigdy ci tego nie zapomnę!
- Ja tobie też nigdy rozmaitych rzeczy nie zapomnę -
odrzekł Burski głębokim głosem.
Milczeli przez chwilę, ostrożnie i pracowicie przedzierając się przez zbełtane wody. Łódź posuwała się coraz ciężej. I w niej było mnóstwo wody, którą czerpali dłońmi i czapkami.
- Daleko jeszcze? - spytał Adaś.
- Nie bardzo, możemy jednak nie dopłynąć... Ale tutaj płytko... Może by brzegiem...
- Francuz nie dojdzie - mruknął Adaś.
- Kto to taki? - spytał Burski bardzo cicho.
- Wszystko ci opowiem, ale nie teraz. Musimy go dostawić w jakieś bezpieczne miejsce.
- Będą go szukali?
- Z pewnością. I jego, i mnie. Ja się rozwieję w dym, ale on jest chory. Trzeba go będzie schować na kilka dni, a potem sobie odjedzie.
- Ty, oczywiście, zapadniesz u nas w obozie?
- Nie - odrzekł Adaś po namyśle. - Jeśli gdzie będą szukali, to u was, Stasiu! Kto tu dowodzi?
-Ja!
- A czy wam jest wszystko jedno, gdzie rozbijecie namioty?
- Cały świat należy do nas.
- To pięknie! W takim razie zabierzcie swoje namioty
i chodźcie za mną tam, dokąd ja muszę pójść.
- Będzie jaka awantura? - zapytał Burski szybko.
- Będzie! - odrzekł Adaś ponuro.
- Zrobione! Należy przedtem wykonać dwie rzeczy: nie utopić się i ukryć tego pana. Jeśli pierwsze zadanie się nie uda, nie będzie potrzeby kłopotania się drugim. Chłopcy - zapytał cicho - dobrniemy?
- Jeśli się woda uspokoi... - odrzekł spoconym i zdyszanym głosem harcerz od steru. - Już bardzo ciemno! Może by spróbować na przełaj?
- W imię Ojca i Syna! - zawołał Adaś. - Wal, bracie,
prosto!
Łódź obróciła się ciężko i zaczęła posuwać się z trudem.
- Woda się ucisza - szepnął Burski drżącym głosem. - Może się uda. Uwaga! Spokój i uwaga... Równo!
Wiosłowali z tysiącem ostrożności; zacisnęli zęby i nikt nie wymówił słowa. Błyskawice dawno już pogasły i mokra otaczała ich ciemność.
- Szostak macha latarką! - oznajmił z radością Burski. Nie może nas widzieć, ale daje znaki. Machaj, machaj, chłopaczku, bo nie wiesz, kogo powitasz. Uda się, uda się! Adasiu, strasznie cię kocham! - krzyknął ni stąd, ni zowąd.
Adaś uścisnął mu rękę w ciemności. I jego rozpierała radość. Wspaniałym jelenim skokiem przeskoczył - któż to wie? - może własny grób. Wydobył się z grząskiego sopotu rozpaczy, w którym ugrzązł po szyję; jest wolny i wśród dobrych towarzyszów, z których jeden skoczy dla niego do zbełtanej wody, a drugi, ten, co tam na brzegu udaje morską latarnię, skoczy dla odmiany w ogień.
Awantura wprawdzie nie skończyła się jeszcze i teraz dopiero stać się może prawdziwie groźna. Nie ulega wątpliwości, że "towarzystwo" z Żywotówki wpadnie w zrozumiałą wściekłość zastawszy puste gniazdo po nim i po Francuzie. Zaczną tropić i wytropią; Francuzowi należy przeto wytłumaczyć, aby uciekał czym prędzej, co zapewne uczyni bez wahania, a samemu trzeba będzie otoczyć się gwardią mołojecką, złożoną z tego świetnego zastępu dzielnych chłopców.
- Co się stało? - krzyknął Adaś przerwawszy rozmyślania.
- Nieszczęście! - zdławionym głosem odkrzyknął Burski. - Już po nas!
Łódź, ponad wszelką możliwość obciążona, przy nagłym uderzeniu fali przechyliła się nieznośnie i nabrawszy wody zaczęła tonąć.
- Ratuj się pan! - wrzasnął Adaś po francusku. - Może pan dopłynie!
- Sopot - wytrysk wody, zdrój; tu użyty mylnie w znaczeniu: grzęzawisko, bagno.
- Do brzegu niedaleko! - zawył Staszek jakimś bolesnym głosem. - Do wody, chłopcy!
Francuz zerwał się z wielkim trudem i ogarnąwszy jednym spojrzeniem położenie zaczął szukać wzrokiem brzegu. Dotąd leżał z głową opartą na kolanach maleńkiego chłopczyny, co miał ze czternaście lat i był "praktykantem" wśród "starych" wygów. Chłopak krzyknął z bolesną rozpaczą. Francuz spojrzał na niego dziwnym wzrokiem i bez namysłu chwyciwszy go wpół runął z nim do wody. Musiał cierpieć straszliwie, gdyż twarz miał wykręconą konwulsyjnie. Omdlewał, lecz nie puścił chłopca. Utrzymywał go ponad topielą lewą, wykręconą ręką, prawą bił wodę spazmatycznymi ruchami. Fala zalała go raz i drugi raz, lecz on, w jakiejś oszalałej zawziętości, wygrzebywał się spod niej i bełkocąc niezrozumiałe słowa płynął.
Na wodzie uczynił się rozruch i zamęt. Płynęli wszyscy z rozpaczliwym wysiłkiem, drapieżnie chwytając się życia jak urwistego brzegu. Już niedaleko... Już niedaleko... Szostak macha wciąż latarką... Woda kipi i gotuje się, lecz coraz więcej na
niej białych, zmąconych pian, więc tu już zapewne płytsza.
Wreszcie któryś z topielców zatrzymał się i musiał sięgnąć nogami dna, gdyż wynurzył się z wody do pasa.
- Tutaj! Tutaj! - darł się wielkim głosem.
Podpłynął do niego Adaś i również stanął na nogach.
- Gdzie Francuz? Gdzie Francuz? - pytał gorączkowo, wylewając słowa z ust razem z wodą.
- O, tam, tam... niedaleko... Dźwiga chłopca!
"Bohaterski człowiek!" - pomyślał Adaś i zaczerpnąwszy oddechu rzucił się raz jeszcze na głębszą wodę wołając: - Niech się pan trzyma!
Po chwili ujrzał przed sobą trupio bladą twarz Francuza tulącego małego chłopczynę. Podał mu rękę i ciągnął na płyciznę.
- Są wszyscy? - wołał Burski.
- Wszyscy!... Wszyscy!
- Pomóżcie mi! - krzyknął Adaś.
Dzielnego Francuza wyniesiono na brzeg.
Stężała dotąd jego twarz rozprężyła się, gasnącym spojrzeniem uśmiechnął się do chłopczyny, którego ocalił, i zemdlał z wyczerpania.
- Morowy chłop! - rzekł Burski. - Daj mu, Boże, zdrowie! Do obozu, prędko do obozu! O, Szostak pędzi...
Szostak pomyślał w pierwszej chwili, że jeden z tych piorunów, co wyrżnęły w ziemię podczas niedawnej burzy, musiał uderzyć w jego głowę, czego on przez dziwne roztargnienie nie zauważył. Zdawało mu się bowiem w tej chwili, że zwariował z kretesem i bez żadnej nadziei na poprawę. Ujrzawszy Adasia chwycił się za głowę i wykonał skok tak wspaniały, jakiego nie widuje się często nawet wśród pcheł. Potem wydał z siebie wysoki skowyt: najwyższy ton nagłego i przeraźliwego szczęścia.
Wpadł w otwarte ramiona Adasia i zaczął płakać jak dziecko.
- Jak się masz, jak się masz? - mruczał Adaś wzruszony. - Jak ci się powodzi, Czarna Nitko? Już dobrze, już dobrze... Au! - krzyknął niespodzianie, poczuwszy na szyi gorąco. - Przysmażyłeś mnie latarką!
Wszyscy gadali w ogromnym podnieceniu, na które władczą rękę położył Staszek Burski.
- Trzeba ratować tego człowieka! - zawołał. - Szostak! Jest jaki suchy koc?
- Jest!
- Dawaj go tu!
Położono Francuza na kocu, czterech topielców chwyciło za cztery rogi i pędem ponieśli go do namiotu. Napojono go gorącą herbatą i natarto z taką serdeczną gorliwością, że Francuz ożył czym prędzej.
Deszcz przestał padać i gwiazdy, doskonale wymyte, przeto jak gdyby jaśniejsze, zaczęły mrugać ponad światem. A w obozie zapłonęło ognisko, również jak gwiazda. Godzina była dziesiąta.
Adaś, należycie osuszony, wydobył z kieszeni papiery i również je osuszył. Potem odbywszy cichą naradę z komendantem "wziął słowo" i rzekł:
- Dziękuję wam, najdroższe chłopaki, żeście uratowali życie mnie i temu panu...
- Nie ma za co! - oznajmił tatarski czambuł.
- Teraz my z kolei podziękujemy jemu za to, co on uczynił...
Panie! - zwrócił się do Francuza. - Nie wiem, kim pan jest...
Ale teraz wiemy wszyscy, że jest pan prawdziwym Francuzem.
Sam w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ocalił pan naszego towarzysza. Wspaniale pan postąpił, wspaniale! Dziękujemy panu z całego serca... Nie opuścimy pana, oczywiście! A tu są pańskie dokumenty i czeki!
- Och, och! - zdumiał się Francuz.
"Obóz" nie rozumiał wprawdzie potężnego przemówienia i nie wiedział, co mają oznaczać te małe, nad ogniem wysuszone książeczki, lecz wysłuchawszy wszystkiego w uroczystym skupieniu, kiwał poważnie licznymi głowami.
- A teraz, mili towarzysze - mówił Adaś - mam do was wielką prośbę. Za waszą sprawą wydobyłem się ze srogich tarapatów, lecz tarapaty jeszcze się nie skończyły. Jak mi mówił Staszek, jest wam wszystko jedno, pod jakimi nocujecie gwiazdami. Ja muszę wiać stąd czym prędzej... Czy powędrujecie ze mną?
- Do piekła! - wykrzyknął z zapałem Szostak.
- Może być, że i do piekła...
- Kiedy idziemy?
- Myślę, że o wschodzie słońca... Niedaleko... Do wsi Bejgoły...
- Zrobione! O świcie obóz będzie zwinięty. A co z tym panem?
- Z tym jest największa trudność. Musimy go gdzieś zostawić pod dobrą opieką. Nie miałbym chwili spokoju, gdyby jemu miało co grozić. Staszek, radź, bracie, co robić?
Staszek Burski od długiej chwili już grzebał w przepaścistej głowie.
- Ja mam myśl - mówił powoli. - Sprawa jest taka: tę nieszczęsną łódź, która leży na dnie wody, pożyczyłem od księdza. Wprawdzie był to już wodny karawan, ale musimy księdzu za nią zapłacić. Muszę do niego zajść. Zacny to jest człowiek i machnie na wszystko ręką, ale pójść trzeba. Chyłkiem nie ucieknę... Myślę przeto, czy nie dałoby się pana Francuza ukryć u księdza?
- Wybornie! - zawołał Adaś. - Ale czy się zgodzi?
- Widziałem - mówił Burski - jak przed kilku dniami owijał bandażami zranioną nogę jakiegoś włóczęgi, którego potem karmił w swoim biednym domu przez trzy dni. Włóczęga odchodząc zabrał mu tylko dwie kury, bo staruszek nie miał ich więcej. Widziałem też, jak w koszyku nosił do biednej wioski kilka bochenków chleba, a przysięgam, że sam musiał być głodny, bo się ledwie wlókł. Widywaliśmy go często tutaj nad wodą, bo łowił ryby, lecz nigdy żadnej nie ułowił, gdyż nie przywiązywał do wędki haczyka, pewnie dlatego, aby ryby nie zranić. Siedział godzinami na brzegu i serdecznie namawiał ryby, aby się zechciały przyczepić do sznurka, na którym wisiała na przynętę skórka chleba. Kochane człowieczysko, tylko zbyt poczciwe i wielki już staruszek.
- Daleko stąd mieszka?
- Niedaleko. Spoza wzgórka widać biedniutki kościółek i mizerny domek.
- A nie byłoby za późno, gdyby zajść do niego o tej porze?
- O siódmej wieczorem też byłoby za późno! Biedaczysko
idzie spać o zmroku, gdyż żałuje na naftę. Zamiast nafty dla siebie można kupić chleba dla innych...
- Są jeszcze tacy ludzie... - rzekł Adaś wzruszony. - Mój Boże!
Zwrócił się do Francuza, co odpoczywał z zamkniętymi oczami, i opowiedział mu pokrótce, co uradzono.
- Dobrze! Dobrze! - rzekł Francuz. - Tu niebezpiecznie... Tu bardzo niebezpiecznie... Oni tu przyjdą.
- Więc my odejdziemy stąd przedtem. Staszek! Jak my to wszystko urządzimy?
Burski podrapał się w hetmańską głowę i wygrzebał z niej wojenny plan:
- O świcie zwiniemy obóz i pójdziemy, dokąd każesz. Teraz zaprowadzimy tego pana do księdza. Za godzinę będziemy z powrotem. Czy możemy wyruszyć w tej chwili?
- Oczywiście! - rzekł Adaś. - Gdyby jednak można przedtem... tak cokolwiek... Od rana nic nie mieliśmy w ustach...
- O, rany! - wrzasnął Staszek. - Szostak, słyszysz?
Szostak dał już nurka do namiotu i grzebał w nim skwapliwie.
- Trochę zamokło... - mówił zdyszany. - Czekolada... Chleb...

- Zjadłbym i kamień - śmiał się Adaś. - Byle miękki.

Najpierw nakarmił Francuza, potem sam machnął kilkakrotnie szczękami jak młody wilk.

- Teraz jestem gotów do najstraszliwszych czynów... W drogę, panowie! Czy pan będzie mógł iść o własnych siłach? - zapytał Francuza.

- Spróbuję. Jest mi bardzo przykro...

- Mówić nie warto! - przerwał mu Adaś.

Wraz z Burskim ujęli go pod ręce i uszli kilka kroków.

- Nie da się! - rzekł Burski. - Tan człowiek jest okropnie wycieńczony.

Francuz, poczuwszy dotkliwy ból w ręce, syknął w pierwszej chwili, lecz zaraz potem zacisnął zęby, aby niczego po sobie nie pokazać.

- Tak, nie da się w ten sposób! - przyświadczył Adaś. - Bracia Polacy! Trzeba będzie nieść tego dzielnego człowieka.

- Ja poniosę! - zgłosił się na pierwszego ochotnika ocalony przez Francuza chłopczyna.

- I ty też, i ty też!... Bądź spokojny, krzywda ci się nie stanie.

Nieśli go na zmianę, zachowując wszelkie ostrożności, aby go nie urazić. Droga była uciążliwa, gdyż krętą ścieżką wlokła się pod górę. Świat zalała powódź wilgotnej ciemności, więc idący na przedzie oświetlał drogę latarką.

- Już niedaleko - rzekł znużonym głosem Burski. - Za tym zagajnikiem...

Zaczerniła się sylwetka maleńkiego, drewnianego kościółka, takiego ubogiego przybytku, w którym Pan Bóg najchętniej przebywa i do którego czasem w dzień pogodny wlatują jaskółki i pszczoły. Obok stał domek, przed którym tkwiły na warcie dwa wyniosłe słoneczniki. W niewielkim oddaleniu bieliły się chłopskie chałupiny jak gromada białych owiec na łące.

- Przystańcie, a ja zapukam - rzekł cicho Burski. - Żal mi budzić staruszka, ale co robić?

Uderzył lekko palcem w szybę okna i nasłuchiwał.

- Trzeba mocniej...

Po długiej chwili mignęło w oknie chude światełko. Skrzypnęły drzwi i stanął w nich rumiany starowina w białym obleczeniu jak przyjazny duch.

- Święci młodziankowie! A co się stało? - zapytał wypatrując w mroku.

- Harcerze przynieśli chorego człowieka! - oznajmił Burski.

- Czy ksiądz dobrodziej zechce go przyjąć?

- Aaa! - zdumiał się staruszek. - Żyjecie! Nie potopiliście się?

- My nie, ale łódź, księże proboszczu, leży na dnie - rzekł

Burski z odrobiną strachu w głosie.

- Niech spoczywa w spokoju! - powiedział ksiądz. - Prawdę powiedziawszy to nie była łódź, lecz arka Noego. A który z was jest chory?

- Z nas żaden. To obcy: Francuz.

- Święci młodziankowie! Skąd Francuz?

- Wszystko księdzu dobrodziejowi opowiemy. Czy można go wnieść?

- Ależ tak! Ależ tak! Tędy...

Staruszek podreptał szybko do izby i mościł jakieś posłanie.

- Tu go połóżcie, święci młodziankowie... A co jemu jest?

- Rękę ma zwichniętą. I omal że się nie utopił, a jednego z nas wyratował...

- Taka to ryba? Patrzcie: Francuz! A czy on katolik?

- Zapewne...

- Tutaj go kładźcie. Poduszkę pod głowę... Mam tylko jedną, ale wyborną, bo wypchaną kogucim pierzem. Tak, tak, dobrze! A ten miedzianek, kto on taki? Jego jeszcze nie widziałem - mówił patrząc z życzliwym uśmiechem na Adasia.

- Nasz przyjaciel, proszę księdza.

- Ja bardzo chciałbym pomówić z księdzem proboszczem na osobności! - rzekł Adaś z powagą.

Ksiądz Kazuro, tak się zwał, zdumiał się odrobinę. Potem się uśmiechnął słodkim, rumianym uśmiechem.

- Chodź ze mną, młodzianku święty, do drugiej izby, a nie lękaj się myszy, bo bardzo oswojone.

Ksiądz wdział na siebie jakiś nieszczęsny płaszcz, który - sądząc z wieku - mógł być połową opończy świętego Marcina, i zapaliwszy drugą, dychawiczną świeczkę, uczynioną z wybornego łoju, powiódł go do maleńkiej izdebki obok. Długo tam z sobą gadali.

- Arabska awantura, święci młodziankowie! - mówił ksiądz Kazuro, powróciwszy do zgromadzenia. - Już wiem wszystko... Tego Francuza przechowam u siebie i ciałem własnym go zasłonię, ale tak myślę, że go u mnie szukać nie będą. Pan Adam też tutaj pozostanie na noc, a wy, święci młodziankowie, czyńcie, co macie czynić.

- Stasiu! - mówił z pośpiechem Adaś odprowadziwszy Burskiego na stronę. - Teraz niech twoja armia idzie spać, ale śpijcie czujnie jak zające. O świcie wybierzcie się w drogę i podążajcie do wsi Gąsowskich, do Bejgoły. Rozbijcie obóz za parkiem, nad strumieniem. Ja wyruszę też o wschodzie słońca, ale inną drogą. Spotkamy się w Bejgole. A teraz dawaj pyska, mandrylu!... Raz jeszcze dziękuję ci za życie!

Uścisnęli się, po czym Burski żegnał się z księdzem.

- Niech was Bóg prowadzi, święci młodziankowie! - rzekł ksiądz.

- Czuwaj! - krzyknęła gromada.

- Oczywiście, że będę czuwał - opowiedział staruszek, cokolwiek zdumiony, że ta przyjemna hałastra nakazuje mu to tak gromko i obcesowo.

Wymknęli się w noc jak ruchliwe cienie.

Ksiądz Kazuro przyjrzał się Francuzowi i mówił:

- Biedaczyna jest przeraźliwie wymizerowany. A po jakiemu on gada?

- Po francusku. Trochę też po rosyjsku... - odparł Adaś.

- A po łacinie nie umie?

- Wątpię.

- W takim razie będziemy sobie gadali na migi, bo ja ani po francusku, ani po rosyjsku... A co jemu dać jeść? Nie chcę go dotknąć, ale kiedyś słyszałem, że Francuzi, młodziankowie święci, żaby jedzą. Czego to ludzie o ludziach nie wymyślą...

- On będzie wszystko jadł, jeśli tylko będzie mógł, proszę

księdza dobrodzieja. Najlepiej będzie, jeśli będzie pił mleko.

- Eh bien, du mleko! - szepnął Francuz, bacznie się przysłuchujący.

"Gada dosłownie jak Napoleon pod oszmiańską karczmą - pomyślał Adaś. - Usłyszał znane słowo i zrozumiał".

- Co on powiedział? - zdumiał się ksiądz Kazuro.

- Powiada, że będzie pił mleko.

- Patrzcie, patrzcie, młodziankowie święci! Toż to zupełnie jak po polsku, bo i ja zrozumiałem. Zobaczymy jego rękę!

Ostrożnie, łagodnymi ruchami obnażył rękę Francuza, dotknął jej w kilku miejscach i pomrukiwał:

- Ja i lekarzem jestem w mojej wsi... Nastawiam złamane ludzkie nogi, a gdy krowa obje się wilgotnej koniczyny i brzuch jej wezdmie, ja też robię operację. Zębów tylko nie rwę, bo nie mam do tego serca. Od razu mnie mdli... Zęby u nas wyrywa kowal, który do wielkiej doszedł wprawy... Ale mu ta ręka napuchła, ho, ho! Trzeba będzie zrobić okład, a jutro zawołam jakiegoś mocnego chłopa, to mu ją naciągnie. Jest tu u nas jeden taki, bardzo mocne chłopisko, i dobrze to robi. Trzeba tylko uważać, aby ręki z kretesem nie wyrwał, bo bardzo jest zapamiętały we wszystkim, co robi... Nacierpiał się Francuz, nieboraczek, nacierpiał! Czy wyście go nieśli, młodziankowie święci?

- Najpierw tośmy go prowadzili ująwszy pod ręce, ale musiało go mocno zaboleć, wiec potem nieśliśmy go na rękach.

- Na noszach trzeba było, na noszach!

- Kiedy nie było...

- To choćby na desce, aby ręki nie urazić. Był tu przede mną ksiądz, który mi opowiadał to, co jemu opowiadał jego poprzednik. W sześćdziesiątym trzecim roku mieszkał w tym domku młody ksiądz, co się umiał obchodzić ze strzelbą. Na sto kroków trafiał. A jednego dnia zamknął kościółek i poszedł wojować do lasu. Pod Bejgołą go ustrzelili... To wieś panów Gąsowskich, niedaleko stąd... Śmierci był bliski, więc go Gąsowscy ukryli w małym domku w ogrodzie...

- W małym domku... w ogrodzie... - powtórzył Adaś jak echo.

- Tak, tak, święty młodzianku... Aż tu jednej nocy dają znać:

"Moskale idą!" Pan Gąsowski nie stracił ducha i woła, aby księdza wynieść i odnieść go tutaj. Ale jak wynieść? Śniegi były po szyję... Końmi nie można było przejechać. Więc zdjęli z zawiasów drzwi...

- O Boże! - szepnął Adaś.

- Nie opowiadam ci bajek, tylko prawdę czystą! Zdjęli drzwi, rzucili na nie grubą burkę, położyli księdza na drzwiach i tutaj przez las przynieśli. Dwadzieścia lat żył jeszcze.

- A te drzwi?... Co się stało z tymi drzwiami? - spytał Adaś bez tchu.

- Pan Gąsowski dał je księdzu na pamiątkę, bo plama od krwi na nich została. Teraz już jej nie widać, ale ja ją jeszcze pamiętam.

- Które to drzwi?

- Chciałbyś je zobaczyć? Po nocy ich nie ujrzysz, ale możesz to zrobić o świcie. Te sławne drzwi są teraz w małej szkółce, którą postawiłem przy boskiej pomocy. Iłe razy je mijam, zawsze westchnę za spokój duszy tego księdza, co wojował w lasach. Ja bym nie umiał, bo się strzelby boję. A do zająca też bym nigdy nie strzelił, bo i zając boże stworzenie. Ale spójrz no, młodzianku święty! Twój Francuz śpi... Niech tu sobie śpi, niebożątko, bo jutro będzie miał ciężki dzień. My też chodźmy spać!

Spać? Adaś chciał śpiewać, a nie spać. Leżał z otwartymi oczami. Znużony, rozbity, zgorączkowany, dygocący jeszcze po straszliwych przejściach, zaglądał wciąż w okienko, czy się za nim nie jawi perłowy świt? Świt jednakże był jeszcze daleko.

Stary jakiś kogut, bliski krewny słońca, wyśpiewał ochrypłym głosem północ.

"Nie usnę w żaden sposób!" - pomyślał Adaś.

Natura jednak, baba przeraźliwie mądra i doświadczona, ujrzawszy krnąbrnego chłopczynę, zarzuciła na jego rozpaloną głowę czarne chusty i zamroczyła go snem. Wyrywał się i "wierzgał przeciw ościeniowi", wreszcie jednak osłabnął i jak ciężki kamień poleciał w ciemną przepaść, na której dnie przespał się mocno aż do wschodu słońca.

- Młodzianku święty! - szeptał nad nim ksiądz Kazuro gładząc go po głowie.

Adaś zerwał się i w pierwszej chwili patrzył na rumianego i siwego księdza jak na widmo, nie rozumiejąc, gdzie się znajduje, a zrozumiawszy, roześmiał się.

- Ależ spałem! - zawołał. - Byłbym przespał cały dzień. Co tam Francuz?

- Gadaliśmy sobie przez pół godziny bardzo serdecznie, tylko że nie wiem o czym. Przespał się i jest rzeźwiejszy. Zapytaj go, młodzianku święty, czego mu potrzeba, bo ja idę mszę świętą odprawić.

- A czy ksiądz dobrodziej pozwoli mi obejrzeć drzwi?

- A! Te drzwi z Bejgoły... Nie zapomniałeś?

Adaś chciał odrzec słowami proroka Jeremiasza, że "prędzej by język przyschnął do jego podniebienia", niżby on o tych drzwiach zapomniał. Z Francuzem pogada za chwilę...

Mały, ubożuchny budyneczek szkolny był otwarty, nikt bowiem nie był łasy na czarną tablicę i wyschniętą gąbkę. Obok szkoły płowy pastuszek pasł melancholijną i wielkooką krowę.

Serce drżało w Adasiu, gdy dotknął rękami długo szukanych drzwi: pokrzywił je reumatyzm starości i stoczyły je czerwie. Obejrzał je bacznie. Nic nie widać. Nie ma na nich żadnego napisu. Może z drugiej strony? Nie! Po drugiej stronie też nie ma nic.

Adasia ogarnął niepokój. Począł myśleć gorączkowo.

"Jeżeli oficer pozostawił na tych drzwiach jakiś znak, umieścił go zapewne w miejscu bardzo niewidocznym, aby go nikt nie dojrzał przez prosty przypadek. Trzeba szukać tego miejsca. Najpewniej w jakimś zagięciu... Nie ma, nie ma!... Ach! Może coś napisał lub namalował farbą, którą starto niosąc drzwi przez lasy i śniegi, czego oficer nie mógł przewidzieć w żaden sposób? Tak, tego nie przewidział, musiał się jednak obawiać, że drzwi zostaną kiedyś wymyte i że gorąca woda z ługiem napis zetrze. Człowiek to był mądry i roztropny!

Umieścił przeto napis w takim miejscu na drzwiach, do którego nie dotarłaby woda i groźniejsze od wody ludzkie spojrzenie. Gdzie jest na drzwiach takie miejsce?"

Adaś uderzył ręką w czoło.

- Nie masz ty, chłopczyno, nożyka? - zapytał wyrostka, pogromcę leniwej krowy.

Okazało się, że łagodny chłopczyna posiada owo mordercze narzędzie.

Adaś począł żmudnie i cierpliwie odejmować szerokie, żelazne okucie, tworzące wcale zbyteczną zbroję znikomej dziurki od klucza. Sczerniałe żelazo wpiło się w sosnowe miękkie drewno i wżarło się w nie ostrymi brzegami. Odjął je wreszcie i ujrzał jasną bliznę na poczerniałym drzewie.

Serce w nim zamarło: są znaki!

Wyżłobione ostrym narzędziem, zapewne końcem noża, i napuszczone czarną farbą, jeszcze doskonale widoczną. Z zapartym tchem czytał powoli francuskie słowa:

W wielkim domu znajdziesz dwie malowane brody.

Nie patrz poza siebie.

Patrz przed siebie i czytaj w brodzie!

Przez chwilę stał osłupiały.

"A jednak biedny oficer musiał być w malignie - pomyślał. - Przecie to nie ma sensu!"

Półgłosem powtórzył kilka razy dziwaczne "brodate" słowa. Z sensem czy bez sensu, trzeba je zapamiętać i wyryć je w pamięci ostrym rylcem. Ponieważ mu się wydało, że słyszy w oddaleniu na żwirze kroki księdza, co przed mszą świętą poszedł pogadać z pszczołami, więc począł szybko zacierać kozikiem stary napis. Obłupał nim malowane słowa, aby ich już nikt nie mógł odczytać. Przyłożył na miejsce stare żelaziwo i wyszukawszy kamień przed szkołą wbił nim rdzą przeżarte gwoździe.

Otarł pot z czoła i usiadł na progu.

Ksiądz Kazuro nadszedł wolnym krokiem.

- Chodź ze mną do kościoła, młodzianku święty! - mówił serdecznie. - Masz za co dziękować Panu Bogu!

- Mam, mam, kochany księże proboszczu! - zaśmiał się Adaś.



Dodaj do swoich materiałów