+ Pokaż spis treści

Artyleria i karabiny maszynowe


Ciężka artyleria i karabiny maszynowe nie były wynalazkami czasu Wielkiej Wojny. Z powodzeniem stosowano je we wcześniejszych konfliktach, toteż wyruszające na front oddziały posiadały je na swoim wyposażeniu. Wszelako warunki wojny pozycyjnej wprowadziły zupełnie nowe zasady w użyciu tych broni.


Każda ofensywa, każdy atak na pozycje przeciwnika poprzedzany był, często wielogodzinnym, przygotowaniem artyleryjskim. Rzęsisty grad żelaza niszczył okopy i żelbetonowe forty, pole walki zamieniał w upiorną, upstrzoną lejami po wybuchach pustynię. Armaty zabijały miliony żołnierzy. Szacuje się, że 75% poległych w Pierwszej Wojnie padło od ognia artylerii. Sztabowcy doceniali morderczą moc tego rodzaju broni. Stale zwiększano jej donośność, celność, ciężar, a zatem i siłę pocisków. Rozwijano produkcję armat, haubic i moździerzy. Wzrastała liczebność jednostek artyleryjskich i ich udział w walkach. W 1915 r. w Szampanii Francuzi na jednym kilometrze frontu skupili 56 dział, w 1916 r. nad Sommą - już 73, a w 1917 r. we Flandrii - 153! Szczególną wagę do użycia artylerii przywiązywali Niemcy. W czasie wojny wyprodukowali oni około 76 000 armat, haubic i moździerzy - niemal tyle samo, co Francja, Wielka Brytania, Rosja, Włochy i Stany Zjednoczone razem wzięte! Dalekosiężne, wielkokalibrowe działa umożliwiały Niemcom prowadzenie ostrzału Paryża. Zresztą także alianci bombardowali ogniem artyleryjskim miasta pozostające w rękach państw centralnych. Obie strony siały zniszczenia i śmierć daleko poza linią frontu.


Morderczą bronią okazał się karabin maszynowy. Obsługiwany zazwyczaj przez dwu lub trzyosobowy zespół, był w stanie powstrzymać natarcie kilkuset żołnierzy. W okopach sprawdzał się znakomicie, stając się przekleństwem atakujących. Najbardziej znane typy karabinów maszynowych, jak francuskie St. Etienne i Hotchkiss, niemiecki Schwarzlose, amerykański Colt, czy rosyjski Maxim zadawały ogromne straty, unicestwiając całe nacierające jednostki. Skuteczność ognia karabinów maszynowych powodowała coraz powszechniejsze ich użycie. O ile na początku wojny dywizja piechoty dysponowała kilkunastoma, bądź kilkudziesięcioma karabinami maszynowymi, to pod koniec działań liczba ta sięgała kilkuset sztuk. Karabiny maszynowe symbolizowały koszmar Wielkiej Wojny. Były sprawnymi maszynami do zabijania, mordującymi setki tysięcy posyłanych na pewną śmierć żołnierzy.



Oddział francuskiej piechoty w drodze na front w sierpniu 1914 roku. Żołnierze odpoczywają w przydrożnych rowach. Oficer pozuje do zdjęcia stojąc obok dwóch karabinów maszynowych Hotchkiss. Strategia armii francuskiej na wypadek konfliktu z Niemcami była strategią zdecydowanie ofensywną, zakładającą atak na tereny Alzacji i Lotaryngii. Do planów sztabowców dostosowane zostało uzbrojenie armii. Posiadanie przez wojska III Republiki karabinów maszynowych wynikało z przeświadczenia o ich przydatności jako broni nadającej się przede wszystkim do ataku. Pierwsze tygodnie walk miały jednak przynieść doświadczenie, że karabin maszynowy jest absolutnie nieodzowny w działaniach obronnych. Wojna pozycyjna utrwaliła to przekonanie. Karabiny maszynowe stały się podstawowym elementem wyposażenia walczących armii. Hotchkiss należał do jednych z najbardziej udanych i najpopularniejszych konstrukcji. W czasie Wielkiej Wojny używały go armie alianckie. Po wojnie eksportowany był przez Francje do wielu państw. W Wojsku Polskim mówiono o nim, trawestując znaną łacińską maksymę, Nec Hercules contra Hotchkiss (Nawet Herkules nie da rady Hotchkissowi).Niemiecki karabin maszynowy na stanowisku ogniowym. Obsługę jednego karabinu maszynowego stanowiło, w zależności od typu, kilku żołnierzy. Na zdjęciu widzimy: dowódcę - lustrującego przez lornetkę przedpole i kierującego ogniem, celowniczego - prowadzącego ostrzał oraz, po prawej - amunicyjnego, podającego taśmę z nabojami ze specjalnej skrzynki do komory nabojowej. Ponadto w okopie znajduje się jeszcze dwóch żołnierzy, którzy (podobnie jak obsługa) zaopatrzeni są w szerokie skórzane pasy ze specjalnymi uchwytami do przenoszenia 'kaemu'. Była to broń niesłychanie skuteczna. W ciągu minuty wystrzeliwała do 500 pocisków, skutecznie rażących przeciwnika znajdującego się w odległości nawet 2,5 kilometra. O jej celności decydowało zaopatrzenie w masywne, pozwalające utrzymać stateczność podstawy i precyzyjne mechanizmy celownicze.'Gruba Berta' - najcięższy niemiecki moździerz w akcji. Sztabowcy niemieccy, w przeciwieństwie do Francuzów, już przed wojną ogromną wagę przykładali do zaopatrzenia swej armii w najcięższą artylerię. Miała ona skruszyć umocnienia, strzegące francuskiej granicy. Iście monstrualnym osiągnięciem niemieckich inżynierów był skonstruowany w zakładach Kruppa w Essen moździerz kalibru 420 mm. Mierzył on 7,5 metra długości, ważył blisko 90 ton. Skuteczny ostrzał mógł prowadzić na odległość 14 km. Pocisk metrowej długości ważył 800 kilogramów. Machinę obsługiwało 200 ludzi! Poważnych trudności dostarczał transport potwornego kolosa. Mógł on być przewożony koleją, po uprzednim rozmontowaniu na części, przy czym niezbędne były do tego dwie lokomotywy. Latem 1914 roku pośpiesznie prowadzono prace nad przystosowaniem moździerzy do samo-dzielnego transportu drogowego - tak, by mogły zostać użyte przeciwko niespodzianie broniącym się Belgom...Potworne skutki ognia 'Grubej Berty'. Niemieckie oddziały generałów Ludendorfa i von Emmicha zajęły belgijskie Liége już 7 sierpnia 1914 roku. Dwanaście, rozrzuconych wokół miasta, fortów uniemożliwiało jednak dalszy marsz na zachód i opóźniało niemiecką ofensywę. 'Forty trzymają się nadal' - donosiły gazety. Bohaterska postawa dowodzonych przez generała Lemana żołnierzy dodawała otuchy całej Belgii. Aby pokonać obrońców postanowiono ściągnąć pod Liége najcięższą artylerię. Dwie 'Grube Berty' przetransportowano koleją 10 sierpnia. Wobec zniszczenia przez Belgów linii kolejowych, ostatni odcinek drogi moździerze musiały pokonać o własnych siłach. Ze względu na ciągłe defekty ciągników, przebycie 18 kilometrów zajęło cały dzień. 12 sierpnia rozpoczęto bombardowanie belgijskich umocnień. Ogromna siła rażenia obracała żelbetonowe fortyfikacje w ruinę. Obrońców, biernie oczekujących na śmiercionośne salwy, paraliżował przerażający strach. Pociski, zaopatrzone w zapalniki z opóźnionym zapłonem, eksplodowały dopiero po przebiciu wielometrowych stropów fortyfikacji... 16 sierpnia opór Belgów został złamany. Kilka dni później podobnie potoczyły się losy umocnień wokół Namur. Niemiecka armata podczas walki. W warunkach wojny pozycyjnej, po ustabilizowaniu się linii frontu, rola artylerii wzrosła. Ostrzał armatni niszczył pozycje przeciwnika, siał śmierć w jego szeregach, zrywał umocnienia i zasieki strzegące dostępu do okopów. Przygotowanie artyleryjskie poprzedzające ofensywę trwało wiele godzin, a często wiele dni i nocy. Huk armat nieustannie towarzyszył żołnierzom. Jego dalekie echa słyszano także daleko na tyłach: w Paryżu, a nawet w Londynie. Artylerzyści niemieccy na zdobytych francuskich stanowiskach ogniowych. 'Anna' - takie imię nadali niemieccy żołnierze swej armacie kaliber 210 mm. Zdjęcie wykonano w 1916 roku w okolicach Verdun, stąd obok - w betonowym schronie - widać lufę francuskiego działa. Podczas gigantycznej ofensywy niemieckiej niszcząca siła artylerii dała o sobie ponownie znać, umożliwiając Niemcom osiągniecie pewnych sukcesów i przejściowe opanowanie części francuskich pozycji.Ziemia. Miliony pocisków artyleryjskich zamieniały pola, lasy, sady, wsie w jałowe połacie wypalonego i przemielonego gruntu. W pustynię pełną odłamków, resztek wyposażenia, nie pogrzebanych szczątków ludzkich.Bagno. Zmasakrowana przez ostrzał armat, haubic i moździerzy ziemia toczyła na powierzchnię wody pod-skórne, łatwo nasiąkała deszczem. Gdy nadchodziła pora opadów okolice frontu zamieniały się w grzęzawiska, które musieli pokonywać sunący do ataku żołnierze. Nieraz woda wdzierała się do okopów. Eksplozje wielkokalibrowych pocisków tworzyły ogromne leje. Rychło, napełniając się wodą, zamieniały się w głębokie bajora. Rany zadane ziemi nie goiły się jeszcze wiele lat po wojnie...Amunicja niemieckiego działa kolejowego. W końcowym okresie wojny, wiosną i latem 1918 roku, Niemcy nie zaniechali nękania dalekich tyłów przeciwnika. Aby siać spustoszenie, ale przede wszystkim panikę wśród ludności cywilnej, wprowadzili do akcji ogromne działa kolejowe o kalibrze 380 mm. Wystrzeliwane z nich gigantyczne pociski, przedstawione na zdjęciu, miały złamać Francuzów i zmusić ich do kapitulacji.Salwa stalowego kolosa. W miejscowości Crepy - 120 km od stolicy Francji Niemcy ustawili wpierw jedną, a potem jeszcze trzy 380 mm armaty. Mimo ogromnej odległości, prowadziły one ostrzał Paryża. Choć napawały trwogą mieszkańców miasta, to nie powodowały znaczniejszych zniszczeń i nie mogły w żaden sposób wpłynąć na losy wojny. Psychologiczny efekt prowadzonego z wielkiego dystansu ostrzału starano się wykorzystać także i w czasie Drugiej Wojny Światowej. Rolę broni, zastraszającej ludność cywilną, przejęły niemieckie pociski rakietowe V-1, którymi bombardowano Londyn.