Matka - Akt II


Akt II



Salon dość luksusowego mieszkania. Drzwi wprost i na prawo. Wieczór. Palą się lampy. Kolory jedyne: czarny i biały, jak w akcie I. Kolory ubrań i twarzy osób również takie same jak w akcie I, chyba że będą podane inne w ciągu akcji. Matka, ubrana jak poprzednio, siedzi na środku salonu na prostym zydlu kuchennym i robi robótkę jasnobrązowego koloru z dzikim zapamiętaniem. Obok niej na stoliku duży syfon i butelka wódki. Co chwila Matka robi sobie "whisky and soda" i popija. W sąsiednim pokoju, na prawo, prawdopodobnie w jadalni, słychać ustawianie naczyń w kredensie. Pauza.

MATKA
Dorota! Dorota!


Wchodzi Dorota ubrana na czarno z białym, ale o wiele szykowniejsza niż w akcie I.

DOROTA
Słucham jaśnie panią.

MATKA
Tak mi dobrze u was było w kuchni, moja Doroto - tam się czułam jak u siebie. A tu, nawet gdy siedzę na tym zydelku, wszystko takie jest obce i straszne, jakby nie z tego świata.

DOROTA
Zdaje się jaśnie pani: wszystko nowe, ładne i wcale nie straszne. Panicz teraz taki dobry...

MATKA
Nie pozwolił mi siedzieć u was w kuchni. A tu mnie tak bardzo źle, tak okropnie, jakby mnie dusiła jakaś obrzydliwa zmora. Coś takiego lepkiego, bez rąk i nóg, leży na mnie. I nie wiem, czy to kadłub bez członków, czy jakie zwierzę. A sama sobie zdaję się taka olbrzymia jak wieża. I chodzę taka duża po tych innych pokojach i patrzę na siebie drugą, też inną , jak biegam jako mała myszka po tych samych pokojach . I potem "pac" - myszka łapie się w pułapkę i ja się budzę. To mi się zdaje kilka razy na dzień.

DOROTA
I to nie we śnie?

MATKA
Nie - robię robótkę, wszystko jest tak, jak jest, a mimo to tamto się odbywa jakby w innym świecie, który mimo to jest tu . To może jest ta Wielość Rzeczywistości tego Chwistka, tego filozofa, którego panicz teraz ciągle czyta - marzy mu się logizacja przemian społecznych w celu uniknięcia zjawisk cyklicznych - to jest paniczowi, nie Chwistkowi.

DOROTA
Ja tego nie rozumiem.

MATKA
A czy Dorota myśli, że ja to rozumiem? Nic a nic. A on teraz ciągle jeździ. Panicz został agentem handlowym - to jest nie komiwojażerem, tylko coś wyższego. Czemu Dorota się śmieje? Dorota nie wierzy?

DOROTA
Wcale się nie śmiałam. Jaśnie pani się to zwidziało, jak z tą myszką. Nie trzeba tyle pić. (Matka robi sobie whisky and soda i pije, po czym częstuje Dorotę.). Ee - to ja chyba czystej, (nalewa kieliszek i wypija) O - tak trochę, to bardzo dobrze robi.

MATKA
Kiedy inaczej nie widzę nic - takie plamy ruchome z obwódkami zakrywają wszystko po kolei, na co spojrzę. Już dziś po południu nie widziałam nic.

DOROTA
Po co jaśnie pani robi robótkę? Przecież panicz teraz tak dużo zarabia, a młoda pani za to nocne pielęgniarstwo to przecież też dużo bierze.

MATKA
Trzy tysiące talarów tygodniowo. A panicz to jakoś nieregularnie - jak mu się uda z tym handlem. Ach - jak tylko popiję, to coś widzę, a tak, bez wódki, tobym całkiem oślepła. Ale czemu Dorota tak dziwnie mówiła o tych zajęciach dzieci? Jakby Dorocie się coś nie podobało - co?

DOROTA
Ale - nic a nic nie pomyślałam. Jak mnie się może coś nie podobać? Zajęcie jak każde inne - byle dobrze zarobić. Ale nie odpowiedziała mi jaśnie pani, po co męczyć się tą wieczną robótką? Teraz mogłaby pani odpocząć, kiedy młodzi państwo wzięli się już do roboty prawdziwej. A tak straci pani oczy do reszty.

MATKA
O, niech Dorota nie mówi. Już mi zaczynają te koła latać przed oczami. Nic nie widzę. Trzeba popić. (pije) A robię tak sobie - coś tam też jest z tego, mimo że wobec tych dochodów to jest głupstwo. Już panicz mnie też gnębi tą robotą, żebym ją rzuciła. Muszę prawie po kryjomu przed nim robić, że to niby tylko dla przyjemności. A zresztą, co bym ja robiła? Wszystko takie obce, straszne - ja chyba bym zwariowała, gdybym nic nie mogła robić. Dla mnie odpoczynek to najgorsza męka. A najstraszniejsza to noc. Sama jedna w tym łóżku paradnym - zdaje mi się, że jestem mała dziewczynka, kiedy byłam jeszcze baronówną - wie Dorota przecie, że jestem z bardzo dobrej...

DOROTA niecierpliwie
Ach - już mówiła mi to jaśnie pani dawno. A panicz to zakazał mi mówić do siebie "jaśnie panie" - i młoda pani też.

MATKA
Trudno - ojciec panicza był stolarzem i śpiewakiem i powieszony był za wielkie zbrodnie. Ale dał mi tyle szczęścia przez te trzy lata, że choćby dlatego nie żałuję całego życia, mimo że ono takie straszne, takie straszne - gorsze od śmierci w torturach. Ja chyba już wariuję, moja Doroto. Ja Dorocie powiem w tajemnicy - ale sama się o tym boję mówić, żeby mi coś w głowie nie pękło - ja się ciągle trzymam , żeby nie zwariować . Ja bez morfiny nie śpię wcale. I coraz więcej muszę pić i całe ciało mam już pokłute.

DOROTA
A niech jaśnie pani da spokój! Mnie samej niedobrze się robi. Trzeba się otrząsnąć, przestać pić albo pić mniej i nie brać tamtego paskudztwa.

MATKA
A to jeszcze sam panicz mi kupuje to wszystko. I nie wiem, czy on to robi dlatego, żebym ja już prędzej skończyła, czy właśnie przez dobre serce, bo widzi, że już inaczej żyć bym nie mogła.

Płacze.

DOROTA
Pójdę już - ja nie mogę tak rozmawiać. Ja wiem, że jaśnie pani ciężko samej, ale ja już nie mogę.

Wychodzi.

MATKA sama
Boże! Boże! Te plamy coraz gorsze, (pije) Ja już nie wiem, czy jestem, czy też to jest jakiś sen okropny poza grobem. A może ja nie wiem, że umarłam, i to już jest kara w piekle czy w czyśćcu za to, że go tak wychowałam i tamtego popchnęłam do zbrodni. Może - ja tego nie chciałam - chciałam trochę więcej dobrobytu. Moja wina - gdybym go nie męczyła tym, toby się wyrobił na sławnego śpiewaka i nie zginąłby na stryczku. Dla mnie kradł i zabijał, biedaczek, i dał mi tyle szczęścia. (płacze) E - trzeba wypić bardzo dużo, to przejdzie.

Pije. Stara się opanować. Przez drzwi środkowe wchodzi kaszląc stary Plejtus, bardzo elegancko ubrany: czarna redengota.

PLEJTUS uniżony
Co słychać dobrego? Pani matka zawsze nad robótką? Hę, hę!

MATKA
Ach, panie Apolinary - niech pan siada. Jestem bardzo zmęczona.

PLEJTUS
I czym to, pani matko, czym?

Siada.

MATKA
Ach - nie mówmy o tym, nie mówmy o niczym. Czyż pan nie czuje tego, że pan jest dla mnie jakąś potworną zmorą?

PLEJTUS
W ogóle, pani baronowo...

MATKA
Już mówiłam panu sto razy, że nie jestem baronową.

PLEJTUS
Tak, tak - baronówną. A więc pani baronówno...

MATKA
O nędzo straszna nawet samych najzewnętrzniejszych form tego okropnego życia!...

PLEJTUS
No - chyba na nędzę narzekać nie możemy. Dzieci pracują jak woły. Synek coś ciągle w rozjazdach. Tylko te ciągłe nocne dyżury Zosi, te nocne pielęgniarskie zabiegi, połączone z nocnym kursem introligatorstwa i nocnym plastycznym tańcem dla zdrowia - to mi się mniej podoba.

MATKA zaczyna mówić dystyngowanie
Czy naprawdę jest w tym coś niestosownego? Ja uważam, że miłość ich stała się jakoś dziwacznie naciągnięta. On nie mówi już zupełnie o tych swoich ideach, chociaż podobno są jakieś konferencje i coś zaczyna się ruszać w tym wszystkim. Tu nic nie można wiedzieć na pewno, drogi panie. Dzisiejsze czasy obfitują w takie kontrasty, w takie dziwne przemieszczenia warstw ideowych - ja sama się nie orientuję...

PLEJTUS zaczyna się czuć nieswojo; ratuje się szczerością
Ja nic - ja tylko chciałem powiedzieć, że moja córka od roku już mi się nie podoba. Ubiera się dziwnie, jest jakaś cała zgorączkowana - to te jakieś ideowo-organizacyjne sprawy syna pani, to znowu jakieś wyjazdy. Parę razy widziałem ją w powozie z jakimiś panami... podobno z najwyższej - to jest, chciałem powiedzieć, z arystokracji - kiedy to wypadkiem zabrnąłem na południowo-wschodni koniec miasta, gdzie nigdy właściwie nie bywam...

MATKA jakby zbudzona ze snu
Co pan mówi, panie Plejtus?
Nie w formie zapytania, tylko właściwie: Jak śmiesz itd.

PLEJTUS
To mówię, co myślę, pani baronówno - że moja córka wygląda i zachowuje się jak zwyczajna ostatnia - to jest jak jakaś dziewczyna lekkich obyczajów.

MATKA
I pan mnie śmie to mówić?

PLEJTUS
Czy pani tego nie widzi?

MATKA
Może i widzę: pewne ożywienie, zmiana strojów... Ale pracuje i w ogóle małżeństwo miało na nią wpływ raczej dodatni.

PLEJTUS
Tak pani sądzi? Jest pani wielką optymistką, pani baronówno.

MATKA
Dosyć tych tytułów! Rozumie pan? Proszę ze mnie nie żartować! Boże! Ja nic nie widzę! (pije) Och - wszystko mi się w głowie mąci. Pan poruszył moje najbardziej ukryte wątpliwości.

PLEJTUS
Ja pani powiem więcej: mnie mówiono na mieście, że syn pani - oczywiście dla celów ideowych - zmuszony był wejść w sfery zupełnie nieodpowiednie dla młodego męża i syna takiej matrony jak pani.

MATKA
Co pan przez to rozumie? Panie Plejtus, na miłość boską, niech pan mnie nie męczy!

PLEJTUS
Ja mogę powiedzieć pani zupełnie otwarcie, o ile to pani ulgę przyniesie; mówią, że zwąchał się z pewnymi indywiduami, które podobno zanadto blisko kręcą się koło ambasad mocarstw bynajmniej z nami nie zaprzyjaźnionych. Nic udowodnić im nie można, ale pewni ludzie rzucają dookoła cień. Mówiono mi o jakimś bardzo nieprzyzwoitym klubie, utrzymywanym przez coś tego... społecznie bardzo źle widzianych ludzi. A do tego, proszę łaskawej pani matki, czyż może młody mąż afiszować się z tą okropną milionerką Lucyną Beer, która męża bezkarnie otruła, a teraz utrzymuje najgorszą hołotę i bawi się w deprawację młodzieży? Wczoraj widziano go z nią w "Iluzjonie" czy innym jakimś "Excelsiorze". Dlatego to dochody naszych dzieci...

MATKA zrywa się
Milczeć, chamie! Precz z mego domu!! Do kuchni na ochłapy. Tu nie wolno... Milczeć! Bo ja cię policją, ty kanalio... Precz!!! (Plejtus ucieka na prawo, kaszląc. Matka pada na fotel) Więc oni w ten sposób... Ach, to potworne! Ale to jest dziwne, że się tak normalnie czuję. Zupełnie przeszedł mi ten obłęd, (znowu przypomina sobie tamto) Ach, to straszne! (nagle innym tonem) - Nie - to niemożliwe, to niemożliwe.

G?OS
A sama tak myślałaś niedawno. Mówiłaś o tym z Dorotą. Cha, cha, cha!

MATKA nie słysząc Głosu
Więc to ja ich do tego zmusiłam? Ach - to niemożliwe... Ale ja sama to myślałam, mówiłam o tym z Dorotą - ja sama. Nie, nie, nie - to absolutnie niemożliwe. Oni tu zaraz przyjdą, oni muszą zaprzeczyć. Ja nie chcę, żeby tak było. Przecież ja nie używam tego zbytku. Ja mogłabym wyżyć z tych robótek. Nałóg pracy - to Leon mi powiedział. A, podły! Dwadzieścia siedem lat na niego pracowałam!

G?OS
A mnie zmusiłaś - tak, zmusiłaś prawie do zbrodni, bo chciałaś żyć w zbytku. Cha, cha - to paradne!

MATKA odpowiadając, ale jakby sobie
Nie, nie - nikogo nie zmuszałam - ani jego, ani ich. Ja chciałam, aby Leon zarabiał uczciwie. I on zarabia uczciwie - mój syn. Przecież ja go kocham. Ja jestem z niego dumna. Te jego idee zaczynają się przyjmować, już są jakieś konferencje. Ja byłam niesprawiedliwa. Ja cię przepraszam, Leon, za wszystko. Ja nie chcę, aby tak było - nie chcę, nie chcę!!!

Wchodzi Leon. Matka zakrywa oczy robótką.

LEON
Cóż to? Mama znowu nad tą robótką? Czy mama zwariowała naprawdę? Proszę w tej chwili przestać! Popsuje sobie mama oczy do reszty.

MATKA spokojnie
Czekaj, Leoneczku - ja nie chcę nic widzieć. Muszę odpocząć.

LEON
Więc po co mama to robi? Alkohol, morfina i ta przeklęta robótka. Nie - ja byłem dotąd dobry, ale tego już zanadto. Proszę to rzucić i przyrzec mi, że już nigdy więcej tego nie będzie.

MATKA ciągle z robótką na oczach, aż do odwołania
Ależ ja żyć nie mogłabym bez pracy. Dwadzieścia siedem lat to robię. Ja się tak przyzwyczaiłam jak do wódki.

LEON
Dosyć. Ani chwili tego nie zniosę. Ja się nie zbliżam, bo pamięta mama, co mi mama powiedziała w ten straszny zaręczynowy wieczorek: żebym nigdy się nie zbliżał, nie dotykał, nie całował. Już drugi rok. Proszę to rzucić natychmiast.

MATKA
Błagam cię, to jedyna moja pociecha.

LEON
A, do diabła starego! Ja mamie daję wszystko; (innym tonem - słabo i niepewnie) pracuję na to, aby to było - razem z Zosią pracujemy...

G?OS
Tak - pracują, ale jak?

LEON
Co, u beri-beri - czy ja mam halucynacje? (otrząsa się) Przemęczony jestem - zdawało mi się, że ojciec mój coś do mnie mówił. Przecież go nie znałem.

MATKA
Ach - on też pracował - tak mi mówił...

LEON
Kto, do pioruna!...

MATKA
Twój ojciec. Jesteście zupełnie podobni we wszystkim - zupełnie jak w "Upiorach" Ibsena...

LEON
Może to tylko mama jest taka sama i wywołuje takie same reakcje w ludziach zupełnie do siebie niepodobnych. No dosyć - rzuci mama tę robótkę czy nie?

MATKA
Zaklinam cię...

LEON
A to ja też pokażę, że moja wola musi być wypełniona w tym domu! To nie jest dom utrzymywany z robótek wyssanej przez wampiry matki. (Wyrywa Matce robótkę, rzuca na ziemię, kopie ją i depce. Matka zakryła twarz rękami i siedzi dalej. Tak to zrobiła, że wyrywana robótka prześlizgnęła się jej między twarzą a rękami. Nie widziała przez tę chwilę nic.) Aaa - nareszcie. I żeby mi to było ostatni raz.

MATKA nie odkrywając oczu
O, jakże jesteś okrutny...

LEON z nagłą czułością
Mateczko! Przecież ja tylko dla twego dobra, (zbliża się do niej) Czy można cię pocałować, tak jak dawniej? (innym tonem) Ach - ja nie wiem, czy ja mam jeszcze na to prawo? A jednak ciebie jedną tylko kocham naprawdę.

MATKA ciągle zakryte oczy
Co ty mówisz? O jakim prawie? Ja też tylko ciebie kocham. Uściskaj mnie. To jakieś okropne nieporozumienie. Ludzie są synami, matkami, ojcami, braćmi i muszą się kochać mimo różnic - m u s z ą . Powinni te różnice łagodzić, aby móc wytrzymać ze sobą. Inaczej życie staje się piekłem, jeśli ci, co się muszą kochać - nie z musu tylko, ale z przeznaczenia - nienawidzą się. Chodź, obejmij mnie tak jak dawniej. Mam wrażenie, że jesteśmy znów tam, w naszym dawnym mieszkaniu. Tam byliśmy jednak szczęśliwi.

LEON
Ach, nie mów tak, nie mów tak. Nie staraliśmy się oboje o szczęście na prostej drodze. Tak - robiliśmy oboje wszystko, aby wszystko zepsuć.

MATKA oczy zakryte
Nie róbmy już sobie wyrzutów. Wszystko jeszcze będzie dobrze. Jakiś dziwny spokój mam w duszy. Albo wytrzeźwiałam, albo jestem bardzo, bardzo pijana. Wszystko przeszło mi: cały ten obłęd, (ze strachem) A może ja już zwariowałam naprawdę? (Leon obejmuje ją dzikim uściskiem. Pauza.) Nie - to ty jesteś. Już nie jesteś ten obcy, inny. Już nie jesteśmy w tym okropnym miejscu. Ale teraz powiedz mi: mnie to tak potwornie męczy. Ten ojciec Zosi, obrzydliwy cham, naopowiadał mi rzeczy tak strasznych - powiedz mi: tak lub nie. Tylko odpowiedz tym jednym słówkiem - ja ci uwierzę. Wiesz - są jakieś plotki o tobie, o Zosi, o jakichś podejrzanych ludziach, o pieniądzach... (z niepokojem) Skąd ten zbytek? Leon, mów!

Leon wstaje. Matka nie odkrywa oczu. Leon walczy ze sobą.

LEON twardo
Nie - to wszystko nędzna potwarz. Nic podobnego, ani ja, ani Zosia.

MATKA nagle odkrywa oczy, wstaje i rzuca się ku niemu, po czym chwieje się nagle i siada na ziemi
Co to jest? Ja nic nie widzę. Jakieś koła czerwone. Leon, ja oślepłam zupełnie. Daj mi wódki - szklankę - czystej, bez wody. Prędko! Tak jestem szczęśliwa - ja nie chcę być ślepa. Kto zarobi na życie? Ja chcę skończyć te roboty... Leon! (Leon nalewa wódki jak automat. Matka pije duszkiem.) To nic. to przejdzie - chociaż tak bardzo nie było nigdy, (pauza) Och - to nie przechodzi. A więc stało się - będę ślepa. Wszystko jedno. Ale wiem, że to nieprawda - to wszystko. Cokolwiek będzie, jestem szczęśliwa. Już cię nie zobaczę więcej. Ale ty już pracujesz, jesteś kimś . (Leon obejmuje ją.) Ja jestem bardzo pijana. Jak otrzeźwieję, mogę zwariować, a pić więcej nie mogę. Czy jest w domu brom czy chloral? Ja nie chcę teraz zwariować.

LEON
Mamo, mamo! To te przeklęte robótki i narkotyki, to morfina z wódką! Czemuż nie miałem dość siły, aby cię od tego wstrzymać?! Sam pomagałem ci w tym, bo nie miałem serca ci odmówić. Boże, Boże - jak wszystko się mści okropnie w tym życiu.

Dzwonek. Komuś otwierają drzwi, jakieś szamotanie się: wpada do salonu Lucyna Beer.

LUCYNA
Leon. Leon! Ja nie mogłam już! Tydzień u mnie nie byłeś. Dowiedziałam się nareszcie, jaki jest twój adres. A - to twoja matka pewnie. Ja ją przeproszę. Ja wyjdę za ciebie za mąż. Ja ciebie jednego tylko kocham. Pani, to jest ostatnia, jedyna moja miłość. Ja bez niego żyć nie mogę. Czemu pani siedzi na ziemi?

LEON
Proszę się wynosić. Matka oślepła. W ogóle wszystko przepadło.

MATKA ciągle siedząc na ziemi
Co to jest? Kto jest ta pani?

LEON zimno
To jest pani Beer, która się we mnie kocha bez wzajemności.

LUCYNA
Bez wzajemności? O nie - przecież ty mnie kochasz, Leon, nie bądź okrutny.

LEON sugestywnie
Czyż pani nie widzi, że są ważniejsze rzeczy na świecie, ważniejsze nawet od miłości. Niech pani wyjdzie teraz. Przecież widzi pani, że jest nieszczęście w domu.

Matka wstaje i stoi oparta o krzesło, wyprostowana.


LUCYNA
Nie ma nieszczęścia ze mną. Ja was uratuję oboje. Wam pewno grozi ruina. On musi spełnić swoje przeznaczenie. Jego idee muszą zwyciężyć. Ja wiem, że przyszłam nie w porę, ale wybaczcie mi. Teraz, jak tydzień cię nie widziałam, zrozumiałam, że w tobie jest kres mego życia. Bądźmy razem w nieszczęściu. Nie chciał mi nigdy powiedzieć adresu. Nigdzie nie mogłam się dowiedzieć. Czy się dalej mnie wstydzisz? (do Matki) Raz tylko byliśmy razem publicznie, (do Leona) Nawet policja nie wie, gdzie mieszkasz. Powiedział mi ten - wiesz? (do Matki) Pani Fajkosz, niech pani coś powie - ja wszystko dla was...

MATKA dziwnie spokojnie
Ale niech się pani opamięta! Ja się nie nazywam Fajkosz, tylko Węgorzewska, z domu von Obrock przez ck. Mój syn jest żonatym człowiekiem.

LUCYNA
To nieprawda! To jest, co do nazwiska może, ale on nie jest żonaty.

LEON
Niestety, mama ma rację. Nazywam się Węgorzewski - jestem żonaty.

Daje Lucynie sygnał oczami. Potem przypomina sobie coś i szepcze jej do ucha.

LUCYNA
Rozwiedziesz się? Ja w nic teraz nie wierzę. Ty jesteś żonaty? To podłe. (z ironią) Nie chciał mnie tracić i ukrywał to przede mną. (do Matki) Pani nie wie, ile on mnie kosztował od roku. On wyłudził ode mnie tysiące. Ja straciłam rachunek. Ale nie chodzi o ilość. Mówił tylko o realizacji idei i o nędzy w domu. A wy sobie wcale dobrze żyjecie - teraz dopiero to widzę, (rozgląda się) Ja świata w ogóle nie widziałam poza nim, ja stałam się inna przez niego. A on? Syn pani jest alfons, proszę pani, zwykły alfons. Rozumiesz, jędzo ślepa? Wychowałaś syna na alfonsa. Z tego żyje teraz ten potwór. Tak - możesz się nie rozwodzić! I ja jego kochałam! Boże, co za ohyda. Ileż uczucia, czystego uczucia on mnie kosztował.

Matka stoi nieruchomo, mnąc tylko ręką poręcz od krzesła.

LEON
Proszę wyjść, bo ja nie ręczę dziś za siebie. Rozumie pani? Mnie też dużo uczucia kosztowało to wszystko (to mówi z ironią) - a nade wszystko dużo zdrowia. Środki podniecające tak zwaną miłość są szkodliwe, pani Lucyno. Na szczęście nie wpłynęło to źle na moją inteligencję. Może to wyznanie zmusi panią nareszcie do opuszczenia tego domu.

LUCYNA
Co za cynizm. To jest mój dom. Prawnie nie mogę was wyrzucić, ale jesteście złodzieje!

LEON
Pieniądze zostaną pani zwrócone, jak tylko moje idee zaczną mieć powodzenie ogólne.

LUCYNA
Jego idee. Bzdura, w którą nikt rozsądny nie wierzy, bzdura wymyślona przez alfonsa.

Leon rzuca się na nią i chce wyrzucić. Ale we drzwiach (wchodzą bez dzwonka) spotyka się z Zofią, ubraną w czarną balową tualetę. Twarz Zofii jest kolorowa, ale nienormalnie - robi wrażenie bardzo umalowanej , nawet z widowni. Za nią dwóch panów w tonach czarnych i białych (twarze y compris), we frakach, rozpiętych futrach fokowych i cylindrach.

ZOFIA nienormalnie podniecona do ostatecznych granic
A to ta klępa, u której jesteś na utrzymaniu, przyszła do nas? Dobrze się składa. Ja zażyłam dziś pierwszy raz kokainy. Wszystkie prostytutki to robią. Czemu nie mam i ja? Mówię wszystko, idę, gdzie chcę, pływam ponad życiem, nic mnie nie obchodzi. Jestem ulicznica. Rozumiecie? - Pani Węgorzewska młodsza. A mama oślepła nareszcie od robótki - doskonale - nic nie szkodzi - pieniądze mam - Panowie pozwolą: hrabia de La Tréfouille i pan de Pokorya - Pęcherzewicz. Ten ostatni nie używa tytułu książęcego, mimo że pochodzi od Timur - Chana. Moja teściowa: z domu baronówna von und zu Obrock, mediatyzowana Freifrau z XI wieku, przez ck. Jakże cudownie się czuję, jak lekko, i jak dziwna harmonia panuje we wszechświecie, mimo że wszystko razem jest świństwo! Jakie piękne jest wszystko! Ludzie są jak najcudowniejsze wspomnienia o nich samych, a żyją, są rzeczywiści.

Zastyga w zachwycie, w zupełnej ekstazie. Lucyna siada na krześle przy drzwiach

LEON
Panowie wybaczą, (do Zofii) Daj i mnie kokainy. Może w ten sposób wytrzymam to wszystko, bo mi się już mózg zaczyna przewracać.

ZOFIA
To ci panowie niech ci dadzą. Oni mnie poczęstowali. Nie masz pojęcia, Leon, co za cudowna rzecz. Zupełnie nowe życie zaczęłam.

DE POKORYA częstując Leona kokainą ze szklanej rurki
Pan zapewne jest bratem panny Zofii?

LEON zażywszy dużą dawkę; osypany jest białym proszkiem
Nie, panie - mężem. A u tej pani jestem na utrzymaniu. Pani Lucyna Beer.

DE LA TRÉFOUILLE
Ach, panie, my lubimy nadzwyczajności.

LEON pociąga nosem
Masz rację, Zosiu - to cudowna rzecz, kokaina. Taką mam jasność w mózgu i nic mnie już nie obchodzi. Panowie zostaną na kolacji - nieprawdaż? Mamo, zażyj tego - to nadzwyczajne. Wszystko się zmienia. To nie to, co twoja wstrętna morfina i alkohol.

MATKA
Daj. Ja już mam wrażenie, że jestem w innym świecie. Ja chyba zwariowałam.

Leon sypie jej do nosa kokainę, która mu dał Pokorya.


ZOFIA
No, panowie, rozgośćcie się jak u siebie. Zaraz się rozporządzę, żeby była kolacja dla wszystkich, (do Lucyny) Ty, klępa, zostajesz także.

Wychodzi na prawo.

DE POKORYA do Leona
Bo nie wiem, czy pan wie, że jesteśmy obaj z Trefujem kochankami pańskiej żony.

LEON pociąga nosem
To wspaniałe. Ach, jak mi dobrze! Teraz jestem w zupełnej zgodzie ze sobą.

MATKA siadając; pociąga nosem
Wiesz, Leon, że ja zupełnie jestem przytomna i wszystko wydaje mi się takie konieczne i nieodwołalne - a nawet piękne. Och - coraz piękniej jest, coraz piękniej...

Zastyga w ekstazie.

LUCYNA wstaje
Dajcie i mnie. Mnie dziś spotkało wielkie rozczarowanie życiowe. Jestem złamana. Dotąd nie śmiałam nigdy zażyć.

DE POKORYA dając jej kokainę
O, pani, za dwie minuty wszystko przejdzie. Nowy horyzont otworzy się przed panią. Pani Węgorzewska starsza jeszcze lepiej to odczuwa, bo piła przed tym.

Lucyna zażywa, po czym pije wódkę.

LEON
Bo rozumiecie, panowie, że ja mam już prawo zginąć w zupełnie dowolny sposób. Moje życie normalne było męczarnią. Teraz to widzę pod wpływem kokainy. Nie ma tragedii - to jest cudowne. A idee moje, których nie znacie, są już puszczone w ruch. "Les idées-forces", jak mówił Fouillet czy inny jakiś Guyot. Jak cudownie myślę teraz! Świat się aż zakłębił w lodowatej logice mego systemu.

DE POKORYA
Tak, ale potem przychodzi depresja szalona. Na ile teraz wszystko jest jasne i piękne, na tyle potem - o Boże! jest tak ohydne jak - słów mi brak. My z Trefujem jesteśmy kokainiści umiarkowani - nie poddajemy się temu nałogowo.

DE LA TRÉFOUILLE
No - powiedzmy otwarcie, że to jest lekka blaga, bo nie ma kokainistów nienałogowych. I panu się zdaje, że pan jasno widzi swoje idee. Kokaina nie daje nic nowego prócz ekstazy. Zupełnie bezpłodny narkotyk. Ale dla nas jest to wystarczające.

LUCYNA pociąga nosem
Ach, jak dobrze mi jest, jak dobrze...

LEON
O, ja umiarkowany nie będę. Moje życie jest skończone.

Pociąga nosem. W ogóle wszyscy pociągają nosami i znajdują się w ekstazie.

ZOFIA wchodząc
Kolacja może być, ale zimna. Niech panowie pozwolą. Wódka i zakąski już są. Proszę wszystkich do sali. Będziemy się bawić jak zwierzęta. Wieczór absolutnej beztroski.

MATKA
Nie ma dramatu - słusznie powiedziałeś, Leoneczku. Jestem zupełnie trzeźwa, ale w innym wymiarze: nie w dół, tylko w górę - ponad alkoholem. To nadzwyczajne. Może kto z panów poda mi rękę. Jestem ślepa.

DE LA TRÉFOUILLE podając jej rękę; przedtem obaj zrzucili futra i zdjęli cylindry
Tak, tak, po wódce kokaina daleko lepiej działa. A przy tym jest to o wiele zdrowiej. Cha, cha, cha - to śmieszne.

De Pokorya podaje ramię Zofii. Wszyscy idą do sali na prawo. Leon ostatni. Dzwonek, ktoś otwiera. Wchodzi MurdeI - Bęski.

B?SKI
Panie Leonie, proszę o chwilkę rozmowy.

LEON
A - dobry wieczór, panie Antoni. Niech pan poczeka. Proszę państwa. (Wszyscy wchodzą do sali. Leon i Bęski stoją tyłem do drzwi od sali. Matka cichutko, po omacku wraca i przysłuchuje się, niewidzialna, ich rozmowie.) Ależ ma pan odwagę, żeby tu przychodzić. I to bez kokainy.

B?SKI czarno-biały, jak wszyscy
Bez jakiej kokainy? Musiałem zaraz pana znaleźć. Poproszę pana o ten numerek od tego planu mobilizacji. Nie chcą wierzyć, że to prawdziwy dokument. Muszą sobie przypasować. Potem zaraz panu zwrócę.

Leon wyjmuje z pugilaresu mały notatnik, a z notatnika malutką karteczkę.

LEON
Proszę pana.

Bęski bierze karteczkę i chowa ją. Leon zapisuje coś w notatniku.

B?SKI
Dziękuję panu. Wie pan? Ja sam nie wierzyłem. Na tym zarobimy mocno. Rok porządnego życia. Hę, hę.

MATKA panowie odwracają się ku niej
Co to za numerek, Leoneczku? Czy to ktoś od twoich spraw handlowych, tak, handlowych?

LEON
Nie, mamo - mówmy otwarcie. Ta cała pani Lucyna to były tylko pieniądze kieszonkowe. Głównym źródłem dochodów naszych jest szpiegostwo wojenne. Jedynie te dwa zajęcia, o których już wiesz, nie wyczerpywały mnie intelektualnie. Po pierwsze: jestem erotomanem bardzo skomplikowanym, a po drugie - lubię rzeczy tajemniczo-niebezpieczne, mimo że czasem mogę być tchórzem. To wpływ kina - o ile mi się zdaje. Nawet ja muszę czasem odpocząć. Numer jest od skradzionych dokumentów wojskowych. Jest to dowód moich zasług, kwit na pieniądze - teraz wiesz wszystko.

B?SKI
Co pan mówi, panie Leonie? To przecie sprawa bardzo tajna. Czy pan zwariował? Oczy ma pan jakieś dzikie.

LEON
Ależ, panie - to jest moja matka. Oślepła dziś i zwariowała - jest zupełnie bezpieczna. A przy tym ja ją wyssałem jak wampir. Rzecz szalenie zabawna: wyssałem ją przy pomocy robótek włóczkowych.

Matka tężeje w miarę tej rozmowy.

B?SKI
Co panu jest? Ja się pana boję.

LEON
Ależ nic, mój kochany, panie Antoni. Zażyłem trochę kokainy po raz pierwszy w życiu. No - niech pan już idzie.

Bęski wychodzi, popychany przez Leona, kłaniając się Matce.

MATKA
Tego nawet przy pomocy kokainy wytrzymać nie można. Już umieram. Ostatnie uderzenia serca. Tak prędko mi bije. Już nie wiem, kto jestem. Leon jest szpiegiem!!!

Pada martwa w tył. Leon rzuca się ku niej.

LEON
Mamo, mamo!!! (bada ją i wstaje) To nie żadne moralne cierpienia ją zabiły. Nic moralnego nie jest w stanie zabić. Za dużą dawkę kokainy wzięła moja biedna staruszka. (We drzwi od sali jadalnej cisną się wszyscy i nawet Dorota.) Moja Doroto, starsza pani umarła. Ostatecznie tak być musiało kiedyś. Ja też nie wiem, kto jestem, moi państwo. Nie - bo matka powiedziała to o sobie przed samą śmiercią. A wy wszyscy czy wiecie, kim jesteście? Nikt nie wie. Nie wiemy nawet, co to znaczy być. Tajemnica Istnienia jest niedocieczona - na tym opieram cały mój system organizacji walki z automatyzmem. Ktoś musiał się poświęcić, aby to wynaleźć. Los padł na mnie. Mogę skończyć jakkolwiek bądź, bo cała ta historia jest już rozpoczęta. Tego stłumić się nie da. Podobno kokaina niszczy pamięć, inteligencję, w ogóle robi z ludzi flaki bez życia. Ale co mnie to może obchodzić?

DOROTA
Co panicz plecie? Trzeba ratować jaśnie panią.

LEON
Ach, prawda, Dorota jedna w naszym towarzystwie nie zażyła kokainy. Zaniesiemy starszą panią na kanapkę - o tak. (niosą Matkę z Dorotą na kanapkę na lewo) A teraz chodźmy dalej pić i zażywać ten cudowny środek, pozwalający uniknąć dramatów życiowych albo też odłożyć dramat na czas nieograniczony.

Zapędza towarzystwo do sali i sam tam wchodzi. Dorota klęka przy trupie Matki. Nagle prawa ręka trupa, złożona na piersi, opada na ziemię. Dorota zrywa się z krzykiem. Wszyscy znowu wpadają ze sali
z kieliszkami i kanapkami w rękach. Niektórzy żują.


LEON
Co tam znowu się stało?

DOROTA
A bo nic; ręka jaśnie pani spadła i tak się przelękłam!

LEON
No to na drugi raz proszę nas nie straszyć głupstwami. Jaśnie pani nie żyje na pewno i mimo to tak samo nie wie, co znaczy śmierć, jak my nie wiemy, co to jest życie, choć jeszcze żyjemy. W stanie zakokainowania wydaje mi się, że powiedziałem coś bardzo głębokiego. Prawdopodobnie jest to bzdura. Chodźmy stąd.

Zapędza towarzystwo do sali.

G?OS
Brawo, Leon! Pierwszy raz uznaję w tobie mego syna.
Dodaj do swoich materiałów