+ Pokaż spis treści

Adam Mickiewicz

Biblioteka
[-]

Adam Mickiewicz - Wybór wierszy


Do M...


Precz z moich oczu!... posłucham od razu,
Precz z mego serca!... i serce posłucha,
Precz z mej pamięci!... nie tego rozkazu
Moja i twoja pamięć nie posłucha.

Jak cień tym dłuższy, gdy padnie z daleka,
Tym szerzej koło żałobne roztoczy,
Tak moja postać, im dalej ucieka,
Tym grubszym kirem twą pamięć pomroczy.

Na każdym miejscu i o każdej dobie,
Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,
Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,
Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.

Czy zadumana w samotnej komorze
Do arfy zbliżysz nieumyślną rękę,
Przypomnisz sobie: właśnie o tej porze
Śpiewałam jemu tę samę piosenkę.

Czy grają w szachy, gdy pierwszymi ściegi
Śmiertelna złowi króla twego matnia,
Pomyślisz sobie: tak stały szeregi,
Gdy się skończyła nasza gra ostatnia.

Czy to na balu w chwilach odpoczynku
Siędziesz, nim muzyk tańce zapowiedział,
Obaczysz próżne miejsce przy kominku,
Pomyślisz sobie: on tam ze mną siedział.

Czy książkę weźmiesz, gdzie smutnym wyrokiem
Stargane ujrzysz kochanków nadzieje,
Złożywszy książkę z westchnieniem głębokiem,
Pomyślisz sobie: ach! to nasze dzieje...

A jeśli autor po zawiłej probie
Parę miłośną na ostatek złączył,
Zagasisz świecę i pomyślisz sobie:
Czemu nasz romans tak się nie zakończył?...

Wtem błyskawica nocna zamigoce:
Sucha w ogrodzie zaszeleszczy grusza
I puszczyk z jękiem w okno zalopoce...
Pomyślisz sobie, że to moja dusza.

Tak w każdym miejscu i o każdej dobie,
Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,
Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,
Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.




Rozmowa Wieczorna

Z Tobą ja gadam, co królujesz w niebie,
A razem gościsz w domku mego ducha;
Gdy północ wszystko w ciemnościach zagrzebie
I czuwa tylko zgryzota i skrucha,
Z Tobą ja gadam! Słów nie mam dla Ciebie:
Myśl Twoja każdej myśli mej wysłucha;
Najdalej władasz i służysz w pobliżu,
Król na niebiosach, w sercu mym na krzyżu!

I każda dobra myśl jak promień wraca
Znowu do Ciebie, do zródła, do słońca,
I nazad płynąc znowu mie, ozłaca,
Śle blask, blask biorę i blask mam za gońca.
I każda dobra chęć Ciebie wzbogaca,
I znowu za nie, płacisz mi bez końca.
Jak Ty na niebie, Twoj sługa, Twe dziecię
Niech się tak cieszy, tak błyszczy na świecie.

Tyś Król, o cuda! i Tyś mój poddany!
Każda myśl podła jako włócznia nowa
Otwiera Twoje nie zgojone rany,
I każda chęć zła jest gąbką octowa.
Którą do ust Twych zbliżam zagniewany.
Póki Cię moja złość w grobie nie schowa,
Cierpisz jak sługa panu zaprzedany.
Jak Ty na krzyżu, Twój pan, Twoje dziecię
Niechaj tak cierpi i kocha na świecie.




Śmierć pułkownika

W głuchej puszczy, przed chatką leśnika,
Rota strzelców stanęła zielona;
A u wrót stoi straż Pułkownika,
Tam w izdebce Pułkownik ich kona.

Z wiosek zbiegły się tłumy wieśniacze.
Wódz to był wielkiej mocy i sławy,
Kiedy po nim lud prosty tak płacze
I o zdrowie tak pyta ciekawy.

Kazał konia Pułkownik kulbaczyć,
Konia w każdej sławnego potrzebie;
Chce go jeszcze przed śmiercią obaczyć,
Kazał przywieść do izby - do siebie.

Kazał przynieść swój mundur strzelecki,
Swój kordelas i pas, i ładunki;
Stary żołnierz - on chce jak Czarniecki,
Umierając, swe żegnać rynsztunki.

A gdy konia już z izby wywiedli,
Potem do niej wszedł ksiądz z Panem Bogiem;
I żołnierze od żalu pobledli,
A lud modlił się klęcząc przed progiem.

Nawet starzy Kościuszki żołnierze,
Tyle krwi swej i cudzej wylali,
?zy ni jednej - a teraz płakali
I mówili z księżami pacierze.

Z rannym świtem dzwoniono w kaplicy;
Już przed chatą nie było żołnierza,
Bo już Moskal był w tej okolicy.
Przyszedł lud widzieć zwłoki rycerza.

Na pastuszym tapczanie on leży -
W ręku krzyż, w głowach siodło i burka,
A u boku kordelas, dwururka.
Lecz ten wódz, choć w żołnierskiej odzieży,

Jakie piękne dziewicze ma lica?
Jaką pierś? - Ach, to była dziewica,
To Litwinka, dziewica-bohater,
Wódz Powstańców - Emilija Plater!




Rękawiczka
powiastka
(z Schillera)

Chcąc być widzem dzikich bojów,
Już u zwierzyńca podwojów
Król zasiada.
Przy nim książęta i panowie Rada,
A gdzie wzniosły krążył ganek,
Rycerze obok kochanek.

Król skinął palcem, zaczęto igrzysko,
Spadły wrzeciądze; ogromne lwisko
Zwolna się toczy,
Podnosi czoło,
Milczkiem obraca oczy
Wokoło,
I ziewy rozdarł straszliwie,
I kudły zatrząsł na grzywie,
I wyciągnął cielska brzemię,
I obalił się na ziemię.

Król skinął znowu,
Znowu przemknie się krata,
Szybkimi skoki, chciwy połowu,
Tygrys wylata.
Spoziera z dala
I kłami błyska,
Język wywala,
Ogonem ciska
I lwa dokoła obiega.
Topiąc wzrok jaszczurczy
Wyje i burczy;
Burcząc na stronie przylega.

Król skinął znowu,
Znowu podwój otwarty,
I z jednego zachowu
Dwa wyskakują lamparty.
?akoma boju, para zajadła
Już tygrysa opadła,
Już się tygrys z nimi drapie,
Już obudwu trzyma w łapie;
Wtem lew podniósł łeb do góry,
Zagrzmiał - i znowu cisze -
A dzicz z krwawymi pazury
Obiega... za mordem dysze.
Dysząc na stronie przylega.

Wtem leci rękawiczka z krużganków pałacu,
Z rączek nadobnej Marty,
Pada między tygrysa i między lamparty,
Na środek placu.

Marta z uśmiechem rzecze do Emroda:
"Kto mię tak kocha, jak po tysiąc razy
Czułymi przysiągł wyrazy,
Niechaj mi teraz rękawiczkę poda".

Emrod przeskoczył zapory,
Idzie pomiędzy potwory,
Śmiało rękawiczkę bierze.
Dziwią się panie, dziwią się rycerze.
A on w zwycięskiej chwale
Wstępuje na krużganki.
Tam od radośnej witany kochanki,
Rycerz jej w oczy rękawiczkę rzucił,
"Pani, twych dzięków nie trzeba mi wcale".
To rzekł i poszedł, i więcej nie wrócił.




Przyjaciele

Nie masz teraz prawdziwej przyjaźni na świecie;
Ostatni znam jej przykład w Oszmiańskim powiecie.
Tam żył Mieszek, kum Leszek, i kum Mieszka Leszek,
Z tych, co to: gdzie ty, tam ja, - co moje, to twoje.
Mówiono o nich, że gdy znaleźli orzeszek,
Ziarnko dzielili na dwoje;
Słowem, tacy przyjaciele,
Jakich i wtenczas liczono niewiele.
Rzekłbyś: dwój duch w jednym ciele.

O tej swojej przyjaźni raz w cieniu dąbrowy
Kiedy gadali, łącząc swoje czułe mowy
Do kukań zozul i krakań gawronich, -
Alić ryknęło raptem coś koło nich.
Leszek na dąb; nuż po pniu skakać jak dzięciołek.
Mieszek tej sztuki nie umie,
Tylko wyciąga z dołu ręce: "Kumie!"
Kum już wylazł na wierzchołek.

Ledwie Mieszkowi był czas zmrużyć oczy,
Zbladnąć, paść na twarz: a już niedźwiedź kroczy,
Trafia na ciało, maca: jak trup leży;
Wącha: a z tego zapachu,
Który mógł być skutkiem strachu,
Wnosi, że to nieboszczyk, i że już nieświeży.
Więc mruknąwszy ze wzgardą odwraca się w knieje,
Bo niedźwiedź Litwin miąs nieświeżych nie je.

Dopieroż Mieszek odżył... "Było z tebą krucho! -
Woła kum - Szczęście, Mieszku, że cię nie zadrapał!
Ale co on tak długo tam nad tobą sapał,
Jak gdyby coś miał powiadać na ucho?"
"Powiedział mi - rzekł Mieszek - przysłowie niedźwiedzie:
Że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie."




Pani Twardowska

Ballada


Jedzą, piją, lulki palą,

Tańce, hulanka, swawola;

Ledwie karczmy nie rozwalą;

Cha, cha! Chi, chi! Hejże! Hola!


Twardowski siadł w końcu stoła.

Podparł się w boki, jak basza:

"Hulaj, dusza, hulaj!" - woła,

Śmieszy, tumani, przestrasza.


Żołnierzowi, co grał zucha,

Wszystkich łaje i potrąca,

Świsnął szablą koło ucha:

Już z żołnierza masz zająca.


Na patrona z trybunału,

Co milczkiem wypróżnial rondel.

Zadzwonił kieską pomału:

Z patrona robi się kondel.


Szewcu w nos wyciął trzy szczutki

Do łba przytknął trzy rureczki,

Cmoknął: "Cmok!" i gdańskiej wódki,

Wytoczył ze łba pół beczki.


Wtem, gdy wódkę pił z kielicha,

Kielich zaświstał, zazgrzytał;

Patrzy na dno... Co u licha?

"Pocoś tu, kumie, zawitał?


Djablik to był w wódce na dnie!

Istny Niemiec, sztuczka kusa;

Skłonił się gościom układnie.

Zdjął kapelusz i dał susa


Z kielicha aż na podłogę.

Pada, rośnie na dwa łokcie...

Nos jak haczyk, kurzą nogę

I krogulcze ma paznokcie.


"A, Twardowski!... Witam, bracie!"

To mówiąc, bieży obcesem:

"Cóż to, czyliż mię nie znacie?

Jestem Mefistofelesem.


Wszak ze mną-ś na ?ysej Górze

Robił o duszę zapisy!

Cyrograf na byczej skórze

Podpisałeś ty - i bisy


Miały słuchać twego rymu;

Ty, jak dwa lata przebiegną,

Miałeś pojechać do Rzymu,

By cię tam porwać, jak swego.


Już i siedem lat uciekło,

Cyrograf nadal nie służy;

Ty, czarami dręcząc piekło,

Ani myślisz o podróży!


Ale zemsta, choc leniwa,

Nagnała cię w nasze sieci:

Ta karczma ťRzymŤ się nazywa!

Kładę areszt na waszeci!"


Twardowski ku drzwiom sie kwapił

Na takie dictum acerbum;

Djabeł za kontusz ułapił:

"A gdzie jest nobile verbum?"


Co tu począć? Kusa rada -

Przyjdzie już nałożyc głową!...

Twardowski na koncept wpada

I zadaje trudność nową:


"Patrz w kontrakt, Mefistofilu!

Tam warunki takie stoją:

Po latach tylu a tylu,

Gdy przyjdziesz brać duszę moją,


"Będę miał prawo trzy razy

Zaprząc ciebie do roboty,

A ty najtwardsze rozkazy

Musisz spełlnić co do joty.


"Patrz, oto jest karczmy godło,

Koń, malowany na płótnie!

Ja chcę mu wskoczyć na siodłlo,

A koń niech z kopyta utnie!


"Skrść mi przy tym biczyk z piasku,

Żebym miał czym konia chłostać,

I wymuruj gmach w tym lasku,

Bym miał gdzie na popas zostać!


"Gmach będzie z ziarnek orzecha,

Wysoki pod szczyt Krępaku;

Z bród żydowskich ma byc strzecha,

Pobita nasieniem maku.


"Patrz, oto na miare ćwieczek,

Cal gruby, długi trzy cale;

W każde z makowych ziareczek

Wbij mi takie trzy bratnale!"


Mefistofil duchem skoczy,

Konia czyści, karmi, poi,

Potem bicz z piasku utoczy -

I już w gotowości stoi.


Twardowski dosiadłl biegusa,

Próbuje podskoków, zwrotów,

Stępa, galopuje, kłusa -

Patrzy, aż i gmach juz gotów.


"No, wygrałeś, panie bisie!

Lecz druga rzecz nieskończona:

Trzeba skąpać się w tej misie -

A to jest woda święcona!"


Djabeł kurczy się i krztusi,

Aż zimny pot na nim bije;

Lecz pan każe, sługa musi:

Skąpał się, biedak, po szyję.


Wyleciał potem, jak z procy,

Otrząsł się: "Dbrum!" -- parsknął raźnie -

"Teraz jużeś w naszej mocy,

Najgorętszą-m odbył łaźnię."


"Jeszcze jedno, bedzie kwita!

(Zaraz pęknie moc czartowska!) -

Patrzaj, oto jest kobiéta,

Moja żoneczka, Twardowska.


"Ja na rok u Belzebuba

Przyjmę za ciebie mieszkanie -

Niech przez ten rok moja luba

Z tobą, jak z mężem zostanie!


"Przysiąż jej miłość, szacunek

I posłluszeństwo bez granic!

Złamiesz choć jeden warunek,

Już cała ugoda za nic."


Djabeł do niego pół ucha,

Pół oka zwrócił do samki,

Niby patrzy, niby słucha,

Tymczasem już blisko klamki.


Gdy mu Twardowski dokucza,

Od drzwi, od okien odpycha -

Czmychnąwszy dziurką od klucza,

Dotąd, jak czmycha, tak czmycha.






Świteź

Ballada

Do Michała Wereszczaki


Ktokolwiek będziesz w nowogródzkiej stronie,

Do Płużyn ciemnego boru

Wjechawszy, pomnij zatrzymać twe konie,

Byś się przypatrzył jezioru.


Świteź tam jasne rozprzestrzenia łona,

W wielkiego kształcie obwodu,

Gęstą po bokach puszczą oczerniona

A gładka jak szyba lodu.


Jeżeli nocną przybliżysz się dobą

I zwrócisz ku wodom lice,

Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą,

I dwa obaczysz księżyce.


Niepewny, czyli szklanna spod twej stopy

Pod niebo idzie równina,

Czyli też niebo swoje szklanne stropy

Aż do nóg twoich ugina:


Gdy oko brzegów przeciwnych nie sięga,

Dna nie odróżnia od szczytu,

Zdajesz się wisieć w środku niebokręga,

W jakiejś otchłani błękitu.


Tak w noc, pogodna jeśli służy pora,

Wzrok się przyjemnie ułudzi;

Lecz żeby w nocy jechać do jeziora,

Trzeba być najśmielszym z ludzi.


Bo jakie szatan wyprawia tam harce!

Jakie się larwy szamocą!

Drżę cały, kiedy bają o tym starce,

I strach wspominać przed nocą.


Nieraz śród wody gwar jakoby w mieście,

Ogień i dym bucha gęsty,

I zgiełk walczących, i wrzaski niewieście,

I dzwonów gwałt, i zbrój chrzęsty.


Nagłe dym spada, hałas się uśmierza,

Na brzegach tylko szum jodły,

W wodach gadanie cichego pacierza

I dziewic żałośne modły.


Co to ma znaczyć? - różni różnie plotą,

Cóż kiedy nie był nikt na dnie;

Biegają wieści pomiędzy prostotą,

Lecz któż z nich prawdę odgadnie?


Pan na Płużynach, którego pradziady

Były Świtezi dziedzice,

Z dawna przemyślał i zasięgał rady,

Jak te zbadać tajemnice.


Kazał przybory w bliskim robić mieście,

I wielkie sypał wydatki;

Związano niewód głęboki stop dwieście,

Budują czółny i statki.


Ja ostrzegałem: że w tak wielkim dziele

Dobrze, kto z Bogiem poczyna,

Dano więc na mszą w niejednym kościele

I ksiądz przyjechał z Cyryna.


Stanął na brzegu, ubrał się w ornaty,

Przeżegnał, pracę pokropił.

Pan daje hasło: odbijają baty,

Niewód się z szumem zatopił.


Topi się, pławki na dół z sobą spycha,

Tak przepaść wody głęboka.

Prężą się liny, niewód idzie z cicha,

Pewnie nie złowią ni oka.


Na brzeg oboje wyjęto już skrzydło,

Ciągną ostatek więcierzy;

Powiemże, jakie złowiono straszydło?

Choć powiem, nikt nie uwierzy.


Powiem jednakże: nie straszydło wcale,

Żywa kobieta w niewodzie,

Twarz miała jasną, usta jak korale,

Włos biały skąpany w wodzie.


Do brzegu dąży; a gdy jedni z trwogi

Na miejscu stanęli głazem,

Drudzy zwracają ku ucieczce nogi,

?agodnym rzecze wyrazem:


"Młodzieńcy, wiecie, że tutaj bezkarnie

Dotąd nikt statku nie spuści,

Każdego śmiałka jezioro zagarnie

Do nieprzebrnionych czeluści.


I ty, zuchwały, i twoja gromada

Wraz byście poszli w głębinie,

Lecz że to kraj był twojego pradziada,

Że w tobie nasza krew płynie -


Choć godna kary jest ciekawość pusta,

Lecz żeście z Bogiem poczęli,

Bóg wam przez moje opowiada usta

Dzieje tej cudnej topieli.


Na miejscach, które dziś piaskiem zaniosło;

Gdzie car i trzcina zarasta

Po których teraz wasze biega wiosło

Stał okrąg pięknego miasta.


Świteź i w sławne orężem ramiona

I w kraśne twarze bogata,

Niegdyś od książąt Tuhanów rządzona

Kwitnęła przez długie lata.


Nie ćmił widoku ten ostęp ponury;

Przez żyzne wskróś okolice

Widać stąd było nowogródzkie mury,

Litwy naówczas stolicę.


Raz niespodzianie obległ tam Mendoga

Potężnym wojskiem car z Rusi;

Na całą Litwę wielka padła trwoga,

Że Mendog poddać się musi.


Nim ściągnął wojsko z odległej granicy,

Do ojca mego napisze:

ťTuhanie! w tobie obrona stolicy,

Spiesz, zwołaj twe towarzyszeŤ.


Skoro przeczytał Tuhan list książęcy

I wydał rozkaz do wojny,

Stanęło zaraz mężów pięć tysięcy,

A każdy konny i zbrojny.


Uderzą w trąby, rusza młódź, już w bramie

Błyska Tuhana proporzec,

Lecz Tuhan stanie i ręce załamie,

I znowu jedzie na dworzec.


I mówi do mnie: ťJaż własnych mieszkańców

Dla obcej zgubię odsieczy?

Wszak wiesz, że Świteź nie ma innych szańców

Prócz naszych piersi i mieczy.


Jeśli rozdzielę szczupłe wojsko moje,

Krewnemu nie dam obrony;

A jeśli wszyscy pociągniem na boje,

Jak będą córy i żony?Ť


ťOjcze - odpowiem - lękasz się niewcześnie,

Idź, kędy sława cię woła,

Bóg nas obroni: dziś nad miastem we śnie

Widziałam jego anioła.


Okrążył Świteź miecza błyskawicą

I nakrył złotymi pióry,

I rzekł mi: 'Póki męże za granicą,

Ja bronię żony i córy'Ť.


Usłuchał Tuhan i za wojskiem goni,

Lecz gdy noc spadła ponura,

Słychać gwar z dala, szczęk i tętent koni

I zewsząd straszny wrzask: ťura!Ť


Zagrzmią tarany, padły bram ostatki,

Zewsząd pocisków grad Ieci,

Biegą na dworzec starce, nędzne matki,

Dziewice i drobne dzieci.


ťGwałtu! - wołają - zamykajcie bramę!

Tuż, tuż za nami Ruś wali.

Ach! zgińmy lepiej, zabijmy się same,

Śmierć nas od hańby ocaliŤ.


Natychmiast wściekłość bierze miejsce strachu;

Miecą bogactwa na stosy,

Przynoszą żagwie i płomień do gmachu

I krzyczą strasznymi głosy:

ťPrzeklęty będzie, kto się nie dobije!Ť

Broniłam, lecz próżny opor,

Klęczą, na progach wyciągają szyje,

A drugie przynoszą topor.


Gotowa zbrodnia: czyli wezwać hordy

I podłe przyjąć kajdany,

Czy bezbożnymi wytępić się mordy;

ťPanie! - zawołam - nad pany!


Jeśli nie możem ujść nieprzyjaciela,

O śmierć błagamy u ciebie,

Niechaj nas lepiej twój piórun wystrzela,

Lub żywych ziemia pogrzebieŤ.


Wtem jakaś białość nagle mię otoczy,

Dzień zda się spędzać noc ciemną,

Spuszczam ku ziemi przerażone oczy,

Już ziemi nie ma pode mną.


Takeśmy uszły zhańbienia i rzezi:

Widzisz to ziele dokoła,

To są małżonki i córki Świtezi,

Które Bóg przemienił w zioła.


Białawym kwieciem, jak białe motylki,

Unoszą się nad toplelą;

List ich zielony jak jodłowe szpilki,

Kiedy je śniegi pobielą.


Za życia cnoty niewinnej obrazy,

Jej barwę mają po zgonie,

W ukryciu żyją i nie cierpią skazy,

Śmiertelne nie tkną ich dłonie.


Doświadczył tego car i ruska zgraja,

Gdy piękne ujrzawszy kwiecie,

Ten rwie i szyszak stalony umaja,

Ten wianki na skronie plecie.


Kto tylko ściągnął do głębini ramię,

Tak straszna jest kwiatów władza,

Że go natychmiast choroba wyłamie

I śmierć gwałtowna ugadza.


Choć czas te dzieje wymazał z pamięci,

Pozostał sam odgłos kary,

Dotąd w swych baśniach prostota go święci

I kwiaty nazywa cary".


To mówiąc pani z wolna się oddala.

Topią się statki i sieci,

Szum słychać w puszczy, poburzona fala.

Z łoskotem na brzegi leci.


Jezioro do dna pękło na kształt rowu,

Lecz próżno za nią wzrok goni,

Wpadła i faią nakryła się znowu,

I więcej nie słychać o niej.