+ Pokaż spis treści

Achilles walczy z rzeką Ksantos


[...]
Gdy wydając Ksant gniewny wyrazy człowiecze,
Z głębi swoich przepaści do Achilla rzecze:
"Achillu, ufny w męstwo i od bogów wsparty,
Za co na biednych ludzi tak jesteś zażarty?
Jeśli Jowisz Trojany oddał w ręce twoje,
Przynajmniej nie w mych nurtach srogie czyń zaboje.
Zawalony trupami, ściśnioną mam drogę,
I toczyć już do morza wód moich nie mogę.
Tu li mają Tro Janie zginąć nieszczęśliwi?
Przestań! Dość dla twej chwały, że ci się bóg dziwi."
Achilles rzekł: "Skamandrze, słuszne twoje żale,
Lecz później cię usłuchani, dzisiaj trwam w zapale,
Dzisiaj walczę bez przerwy, mszcząc się za lud grecki,
Aż do miasta zapędzę ten naród zdradziecki
I z walecznym Hektorem zmierzę się wzajemnie:
Czy ja zginę od niego, czyli on ode mnie."
Znowu rzeź wzmaga, nic mu oprzeć się nie zdoła,
Wtedy Ksant rozżalony na Feba tak woła:
"Gdzie łuk? Gdzie twoje strzały? Także możesz, Febie,
Mylić wolą Jowisza? On zlecił na ciebie,
Abyś wspierał Trojany do zachodu słońca,
Do nocy; jakżeś dla nich zawodny obrońca!"
Achilla nic w zapędzie rycerskim nie wstrzyma,
Skacze w koryto: rzeka mąci się i wzdyma,
Wzrusza gwałtownie wódy i z swego łożyska
Powałom obalone trupy na brzeg ciska,
Ryczy jak wół; w głębokich swych otchłań ukryciu
Ocala tych, co jeszcze zostali przy życiu.
Groźne wały, o puklerz bijąc, strasznie warczą;
Już się im oprzeć siły Achilla nie starczą,
Już silnym porwanego pędem nurty niosły.
On się za wiąz chwyciwszy na brzegu wyrosły
Wyrywa go z korzeniem i kruszy brzeg cały,
Gałęzie jakby tama zatrzymują wały:
Wysoki wiąz na wodzie jak most się roztoczył.
Bohatyr z czarnych głębi na niego wyskoczył
I zdumiony na pole czym prędzej ucieka.
Sczerniona bardziej jeszcze nadyma się rzeka
I ściga za Achillem, aby go oddalić,
A nieszczęśliwych Trojan od zguby ocalić.
Rycerz na rzut oszczepu wielkie sadzi skoki
Albo jak lekkim skrzydłem wzniesień pod obłoki
Orzeł, górny król ptaków, zdobycz swoje pędzi,
Tak on bystrze się rzuca i kroków nie szczędzi
Miedź mu jęczy na piersiach, krzywym skacze zwrotem
A rzeka za nim ściga z szumiącym łoskotem.
Jak gdy rurmistrz od źródła sączącego wody
Wiedzie strumień przez gaje, przez wdzięczne ogrody;
Tylko co uprzątnęła zawady motyka,
Po głazach, po krzemieniach słychać bieg ponika,
Na pochyłej on z wolna toczy się równinie,
I ubiegłszy rurmistrza, słodko mrucząc, płynie -
Tak wody, choć prędkiego, Achilla goniły:
Przy boskiej sile słabe bohatyrów siły.
Ilekroć chciał się oprzeć; mocno stawiać nogi,
I widzieć, czy go wszystkie niebios pędzą bogi,
Tylekroć Ksant wezbrany w trop za nim poskoczył
I groźnymi bałwany ramiona otoczył.
Przerażeń, wyskakuje, ucieka od brzegu,
Ale Ksant gniewny w krętym ścigając go biegu
Mdli mu kolana, ziemię spod nogi podrywa.
Patrzy w niebo i z gorzkim jękiem się odzywa:
Jowiszu! Czyż bogowie tak są zagniewani,
Że mię nie wyrwie żaden z tej strasznej otchłani?
Potem niechaj najtwardszy wyrok na mnie padnie.
Jakże mię matka moja zawiodła szkaradnie,
Że pod Troją obaczę ostatnią godzinę
I pod jej mury strzałą Apollina zginę.
Oby, co najdzielniejszym w tej ziemi jest mężem,
Hektor mię był zwycięskim obalił orężem!
Jak rycerz z rąk rycerza zginąłbym ślachetnie.
Dzisiaj dni moje wyrok najnikczemniej przetnie:
Pogrążony w tych wałach, marnie stracę ducha
I umrę w głębi, na kształt lichego pastucha."
Ledwie skończył, aż w ludzkiej postaci Pallada
I wielki władca morza do niego przypada;
Ściskając go za ręce, utwierdzają słowy.
Neptun rzekł: "Nie trać serca, synu Pelejowy!
Jowisz cię stale kocha, za jego rozkazem
Ja i Pallas na pomoc pośpieszamy razem.
Byś od tej zginął rzeki, w losach nie wyryto:
Sam ujrzysz, jak się w swoje usunie koryto.
Ty słuchaj naszej rady: ciągnij bój zawzięty,
Rżnij, zabijaj, nie wprzódy wracaj na okryty,
Aż Trojan, którzy będą mogli ujść od zgonu,
Zwycięską ręką wpędzisz w mury Ilijonu;
Aż pod twoim orężem legnie Hektor śmiały,
Bo ten jest dzień dla twojej przeznaczony chwały."
To rzekłszy śpieszą, bogów gdzie siedziało grono.
Rycerz od nich przyjąwszy nowy zapał w łono
Leci w pole, Ksant próżno wznosi nurty swoje,
Tocząc trupy młodzieńców i świetne ich zbroje,
Próżno szumnymi wały bije go bez przerwy:
Zwycięża rzekę Pelid wsparty od Minerwy.
Rozgniewany, że rycerz tak długo się trzyma,
Nie ustaje Skamander, lecz bardziej się wzdyma,
Wody podnosi, ile tylko podnieść zdoła,
I wielkim głosem wsparcia Symoentu woła:
"Bracie! Razem nam trzeba moc nasze natężyć,
Abyśmy mogli tego rycerza zwyciężyć.
Nie dostoją Trojanie, obali ich grody,
Daj więc pomoc, ze wszystkich źródeł wypuść wody,
A podniósłszy do góry twoje groźne wały,
Tocz razem w bystrym pędzie pnie, kamienie, skały,
By wstrzymać tego męża, którego dłoń śmiała
Gromi i godne czyny nieśmiertelnych działa.
Lecz wiem, że go zwyciężyć dla nas rzecz nietrudna,
Moc i kształt go nie zbawi ani zbroja cudna,
Którą ja wkrótce błotem w mych głębiach okryję
I samego aż na dnie moim w piasek wbiję,
Czarnym obwiodę mułem: niech leży na wieki!
Nie potrafią go nigdy stąd wydobyć Greki.
Nie odbierze ich części w pogrzebnym obrzędzie,
Tu ciało jego zgnije, tu grób jego będzie."
Zaraz z okropnym szumem wzniósł wody obfite,
Pianą, krwią i gęstymi trupami okryte:
Na powietrzu zawieszeń stanął potok wzdęty.
Już nim zupełnie rycerz został ogarnięty.
Krzyknęła Juno, trwożna, żeby nie utonął,
Żeby go potok w głębiach swoich nie pochłonął;
Więc prędko tymi słowy do Wulkana rzekła:
"Śpiesz, synu! patrz, jak rzeka sroży się zaciekła;
Ty sam uskromisz Ksantu wody szalejące.
Natęż twe siły, natęż twe tchnienie gorące,
Ja z mor;za wzbudzę wiatry: przez ich silne wianie
\Vmoże się ogień, pożar niezgasły powstanie.
I trupy, i trojańskie zbroje zniszcz płomieniem,
I drzewa wdzięczny Ksantu brzeg chłodzące cieniem.
Potern zwróć na koryto ognie nieodporne,
A nieczuły na groźby, na prośby pokorne,
Pal i w zapędzie twoim żadnej nie znaj miary;
Dopiero za mym znakiem wstrzymasz twe pożary "
Wraz Wulkan ogniom biegu wolnego pozwala,
Ogarnia całe pole i wszystko wypala;
Trawi trupy, niezmiernym pożarem oddycha.
Cofa się rzeka w biegu, równina osycha.
Jak w jesieni, hojnymi namoczone wody,
Dech Boreasza czyści z wilgoci ogrody,
Widok ten miłym czuciem gospodarza wzrusza,
Tak Wulkan pali trupy, równiny osusza.
Potem na rzekę zwraca pożary ogniste,
Zjada zielone wierzby, więzy rozłożyste,
Topole i cyprysy, i te piękne ziela,
Których kwiat Ksantu brzegi tak wdzięcznie wyściela.
Igrające po głębiach ryby ledwie żyją,
Omdlewają od ciepła i na dnie się kryją.
Pala się wody Ksantu, wrą spienione wały,
Więc się smutnym odzywa głosem zaziajały:
"Któż z bogów twojej mocy wystarczy, Wulkanie?
Z tym ogniem strasznym dla mnie nierówne spotkanie.
Przestań! Pelid niech mury trojańskie wypróżni,
Za co dane im wsparcie mnie i ciebie różni?"
Kipiała woda, gęstą wyziewając parę.
A jako gdy zabiją wieprza na ofiarę,
Rozpalone naczynie na żarze ognistym
Skwarzy tłustość i miota wybuchem pienistym,
Tak Ksant, gdy go pożary swymi Wulkan niszczy,
Uwięziony w korycie, warzy się i świszczy.
Nareście mocą jego całkiem przytłoczony,
Pokornym głosem wzywa litości Junony:
"Za co mię gniew najbardziej twego ściga syna?
Czyż moja większa niżii bogów drugich wilia
Od których pomoc w boju zyskują Trojanic?
Ja wstrzymam się, gdy każesz; niechże on przestanie.
Przysięgam Trojan więcej nie bronić ud zgonu.
Choćby Grecy dostali murów Ilijonu;
Przysięgam: choćby Troja w żywych ogniach stałą
Nigdy ode mnie wsparcia nie będzie już miała"
Gdy Juno te pokorne usłyszała żale,
Tak mówi do Wulkana: "Wstrzymaj się w zapale
Dość twą moc okazałeś, przestań go już dręczyć;
Czyż bóg boga dla ludzi ma tak srodze męczyć?
Uśmierza Wulkan ognie i gasi w tej porze,
Rzeka wraca w koryto, pędzi nurty w morze.
Już się i Ksant nie miota, i Wuikan spokojny.
Bo Juno, chociaż gniewna, zabroniła wojny.