+ Pokaż spis treści

6. Antoni i Alojzy

Jesteś tu: Baza wiedzy

Baza wiedzy
[-]

Akademia Pana Kleksa: Antoni i Alojzy



      Przez cały wrzesień lały ulewne deszcze. Na krok nie wychodziliśmy z domu, zabawy w parku i gry na boisku ustały zupełnie, pan Kleks posmutniał i stał się
dziwnie małomówny, jednym słowem - wyraźnie zaczęło się coś psuć w naszej Akademii. Któregoś wieczoru pan Kleks oświadczył nam, że życie bez
motyli i bez kwiatów bardzo go nuży i że wskutek tego musi zacząć wcześniej chodzić spać. Pożegnaliśmy się tedy z panem Kleksem i udaliśmy się do
naszej sypialni.
- Nudno mi - rzekł jeden z Aleksandrów.
- A ja wam coś powiem - odezwał się nagle Artur - pan Kleks ma jakieś wyraźne zmartwienie. Czy żaden z was nie zauważył, że stał się trochę mniejszy, niż był dotychczas?
- Istotnie! - zawołał jeden z Antonich. - Pan Kleks maleje.
- A może mu się popsuła jego powiększająca pompka - zapytał Anastazy.
Nie brałem udziału w rozmowie, gdyż byłem bardzo senny. Położyłem się więc do łóżka i usnąłem natychmiast. Śniło mi się, że jestem młotkiem i że pan Kleks rozbija mną po kolei wszystkie moje guziki. Uderzenia młotka rozlegały się
po całej Akademii i wzmogły się do tego stopnia, że wreszcie się obudziłem, ale uderzenia nie ustały. Począłem więc nasłuchiwać. Nie ulegało wątpliwości, że owo stukanie dolatywało z parku i że ktoś wali w wejściową bramę. Obudziłem natychmiast Anastazego, narzuciliśmy na siebie płaszcze i świecąc latarkami, pobiegliśmy do parku. Za bramą stał fryzjer Filip w towarzystwie dwóch jakichś
nieznanych chłopców. Wszyscy trzej przemoczeni byli do ostatniej nitki i deszcz ociekał z nich strumieniami. Anastazy otworzył bramę i wpuścił niezwykłych nocnych gości.
Nowi uczniowie pana Kleksa! - zawołał Filip zanosząc się od śmiechu. - Przyszłe znakomitości słynnej Akademii, cha, cha! Jeden ma na imię Anatol, a drugi Alojzy. Obydwaj na A, cha-cha! Anatolu, przedstaw się kolegom, bądź dobrze wychowany.
Młodzieniec nazwany Anatolem ukłonił się mówiąc:
- Jestem Anatol Kukuryk. A to jest mój młodszy brat Alojzy. - Z tymi słowy wskazał dłonią na drugiego chłopca, którego obaj z Filipem trzymali pod ręce.
- Bardzo nam przyjemnie panów poznać - rzekł z galanterią Anastazy. - Niepotrzebnie jednak stoimy na deszczu. Panowie pozwolą za mną.
Udaliśmy się wszyscy do Akademii, pozostawiliśmy w sieni zmoczone okrycia, po czym Anastazy wprowadził gości do jadalni i usadowił ich przy stole. Byli widać bardzo zmęczeni, gdyż Alojzy natychmiast usnął i kiwał się na krześle jak chińska figurynka. Filip przestał się śmiać i oznajmił, że miał zamiar przyprowadzić Anatola i Alojzego do Akademii przed wieczorem, ale zbłądził po drodze i wskutek tego dopiero po północy zdołał odszukać ulicę Czekoladową.
- Jesteście pewno, panowie, głodni - rzekłem. - Będę musiał obudzić pana Kleksa i zawiadomić go o przybyciu panów.
- Koniecznie trzeba obudzić pana Kleksa! - zawołał Filip śmiejąc się znowu. - Mam dla niego świeżutkie piegi, cha-cha! Bardzo chcielibyście zobaczyć pana Kleksa, cha-cha! Nieprawdaż, Anatolu?
- Będzie to dla mnie wielki zaszczyt - odrzekł grzecznie Anatol.
Wobec tego pobiegłem czym prędzej na górę i zapukałem do sypialni pana Kleksa. Ponieważ nikt nie odpowiedział, zapukałem powtórnie, potem jeszcze raz. Ale pan Kleks miał widocznie bardzo mocny sen albo też w ogóle nie chciał się obudzić. Nacisnąłem klamkę. Drzwi były zamknięte na klucz. Sądziłem, że może Mateusz usłyszy moje stukanie, na próżno jednak w dalszym ciągu dobijałem się do drzwi - nikt mi nie odpowiadał. Postanowiłem więc sam pójść do kuchni i przyrządzić kolację dla obu chłopców i dla Filipa. Znalazłem w spiżarni dzbanek z mlekiem, pieczywo, masło, trochę sera, kurę na zimno. Ustawiłem to wszystko na tacy i sięgnąłem do kredensu po talerze i szklanki. Naraz w jednej ze szklanek dostrzegłem coś szarego. W przekonaniu, że to mysz, nakryłem szklankę dłonią i zbliżyłem się do światła. To, co zobaczyłem, napełniło mnie przerażeniem. W szklance siedział pan Kleks. Maleńki pan Kleks. Wyraźnie rozpoznałem jego głowę, jego dziwaczny strój, nawet piegi na jego nosie. Siedział na dnie szklanki i spał.
Wyjąłem go delikatnie dwoma palcami i położyłem na talerzyku. Zetknięcie z chłodną porcelaną obudziło pana Kleksa. Zerwał się na równe nogi, szybko rozejrzał się dookoła, po czym wydobył z kieszeni powiększającą pompkę i przyłożył ją do ucha. Niebawem też zaczął się powiększać, zeskoczył z talerzyka na krzesło, potem na podłogę, a po paru chwilach stał się normalnym, zwykłym panem Kleksem. Byłem tym wydarzeniem zupełnie oszołomiony i nie wiedziałem, jak się zachować.
Pan Kleks przyglądał mi się uważnie przez jakiś czas, aż wreszcie rzekł do mnie surowo:
- To wszystko tylko ci się śniło! Rozumiesz? Idiotyczny, głupi sen! Po prostu jakieś brednie! Zabraniam ci o tym śnie i opowiadać komukolwiek. Pan Kleks ci zabrania! I żeby mi się i więcej takie sny nie powtarzały! Pamiętaj!
Przeprosiłem pana Kleksa, bo cóż innego miałem uczynić, po czym oznajmiłem mu o przybyciu Filipa z dwoma chłop-
- Poradźcie sobie beze mnie - rzekł pan Kleks. - Daj im kolację i niech idą spać, a rano z nimi porozmawiam. Filip może położyć się w moim gabinecie na otomanie. Dobranoc.
Po tych słowach wyszedł trzasnąwszy za sobą drzwiami. Wybiegłem za nim i widziałem, jak po poręczy wjeżdżał na górę. "Coś się psuje w Akademii" - pomyślałem. Wróciłem do kuchni, wziąłem tacę z kolacją i zaniosłem ją do jadalni. Alojzy spał w dalszym ciągu. Filip i Anatol zabrali się do jedzenia, nie zwracając na niego uwagi.
- Może obudzić pańskiego brata? - zagadnął Anastazy Anatola. - Pewno jest bardzo głodny.
- O, nie. To zbyteczne! - odrzekł Anatol. - Taki pokrzepiający sen zastąpi mu w zupełności jedzenie. Alojzy bardzo nie lubi, żeby go budzić.
- Zobaczycie, chłopcy, to będzie chluba waszej Akademii, ten śpiący królewicz! - śmiał się Filip zajadając kurę.
Po kolacji Anastazy zaprowadził Filipa do gabinetu, ja zaś udałem się do sypialni, aby przygotować łóżka dla obu chłopców. Gdy kończyłem przygotowania, w drzwiach ukazali się Anastazy i Anatol. Anatol niósł na rękach śpiącego Alojzego.
- Bardzo nie lubi, żeby go budzić - wyjaśnił raz jeszcze Anatol. - Dlatego też nie będziemy go wcale rozbierali: niech sobie śpi w ubraniu.
Położyliśmy go więc ostrożnie na łóżku, rozebraliśmy się szybko i usnęliśmy wreszcie po dziwnych wydarzeniach tej nocy. Nazajutrz zbudziłem się bardzo wcześnie. Przybycie nowych uczniów do Akademii stanowiło sensację niepospolitą. Szturchnąłem Alfreda, który spał w sąsiednim łóżku, i opowie- działem mu szeptem o Anatolu i Alojzym. Alfred zbudził śpiącego obok Artura, Artur Aleksandra i po chwili w sypialni wrzało jak w ulu.

Ranna pobudka Mateusza zastała wszystkich na nogach. Chłopcy przyglądali się ciekawie Anatolowi, którego, obudziła nasza krzątanina, oraz Alojzemu wyciągniętemu nieruchomo na łóżku.
Nagle drzwi się otworzyły i wszedł pan Kleks.
- Dzień dobry, chłopcy! - zawołał od progu. - Gdzie są wasi nowi koledzy?
Anatol usiadł na łóżku i rzekł uprzejmie:
- Jestem, panie profesorze. Nazywam się Anatol Kukuryk, a to mój młodszy brat.
Wskazał przy tym na Alojzego, który przez cały czas nawet nie drgnął.
Pan Kleks przyjrzał się w milczeniu Anatolowi i podszedł do Alojzego.
Długo stał nad nim zagłębiony w swych myślach, wreszcie nachylił się i krzyknął mu prosto w ucho:
- Nazywasz się Alojzy, prawda?
Alojzy nie drgnął.
- Czy mnie słyszysz, Alojzy? - krzyknął znowu pan Kleks.
Alojzy nie drgnął.
Wówczas pan Kleks podniósł mu powieki i zajrzał w oczy, dłonią potarł mu policzki i czoło, poklepał po rękach. Ale to nie zdołało obudzić Alojzego.
- Popatrzcie, chłopcy - zwrócił się do nas pan Kleks.
- Alojzy nie jest żywym człowiekiem, tylko lalką. Byłem zawsze przeciwny wprowadzeniu lalek do mojej Akademii. Ale teraz już nic nie poradzę. Alojzy został w nocy podstępnie przemycony. Będę miał z nim mnóstwo kłopotów. Muszę go nauczyć czuć, myśleć i mówić. Spróbuję, może mi się uda. Adasiu, weź sobie do pomocy Alfreda i dwóch Antonich i zanieście Alojzego ostrożnie do szpitala chorych sprzętów. Lekcji żadnych dzisiaj nie będzie, gdyż jestem zajęty. Jeśli nie będzie deszczu, możecie pójść z Mateuszem do parku.
Po tych słowach pan Kleks trochę jak gdyby się przykurczył i wyszedł z pokoju.
Bez chwili zwłoki przy pomocy trzech wyznaczonych kolegów zabrałem się do przenoszenia Alojzego. Jakżeż wielkie jednak było moje zdziwienie, gdy okazało się, że niczyja pomoc nie jest mi potrzebna i że sam jeden z łatwością mogę unieść Alojzego. Był lekki jak piórko. Gdy trzymałem go na rękach, chłopcy otoczyli mnie ze wszystkich stron, pragnąc dokładnie mu się przyjrzeć. Gdyby nie zadziwiająca lekkość i martwota, Alojzy niczym właściwie nie różniłby się od żywego człowieka. Kształt głowy, włosy, wyraz twarzy, układ ust, wilgotna po-
włoka oczu, zarys czoła, nosa i podbródka, ręce i paznokcie na palcach, wszystko to było tak naturalne, tak łudząco prawdziwe, że mało kto od pierwszego wejrzenia rozpoznałby w Alojzym lalkę. Nawet masa, z której ulepiona była twarz i ręce, miała elastyczność i ciepło, właściwe tylko i wyłącznie ludzkiemu ciału. Krótko mówiąc, wykonanie tej wspaniałej, niezwykłej lalki godne były najwyższego podziwu. Zachwyt nasz nie miał granic, a przy tym pożerała nas ciekawość, czy pan Kleks zdoła Alojzego ożywić i jak ułożą się nasze stosunki z lalką, która stanie się sztucznym człowiekiem. Anatol wtrącił się wreszcie do naszej rozmowy i bardzo uprzejmie zaczął wyjaśniać nam budowę lalki, którą kochał jak brata. Skorzystałem z tego, wyrwałem się kolegom i pobiegłem z Alojzym do pana Kleksa, który wyczekiwał już niecierpliwie w szpitalu chorych sprzętów.
- Połóż go na tym stole - rzekł do mnie - natychmiast zabierzemy się do roboty.
- A więc mogę tu zostać? - zapytałem nieśmiało.
- Owszem - odparł pan Kleks - potrzebna mi będzie pomoc.
Ponieważ nie jedliśmy jeszcze śniadania, pan Kleks po raz pierwszy poczęstował mnie pigułkami na porost włosów, po czym polecił mi, abym Alojzego rozebrał.
Okazało się, że tylko głowa i dłonie lalki ulepione były z cielesnej masy, wszystkie zaś pozostałe jej części pokrywała cienka warstwa miękkiego metalu o mieniącym się różowym połysku.
Pan Kleks wyjął z kieszeni spodni duży słoik z maścią i rzekł.
- Tą maścią będziesz nacierać Alojzego tak długo, aż pod metalową powierzchnią pojawią się naczynia krwionośne. Musisz uzbroić się w cierpliwość, gdyż nacieranie potrwa bardzo długo. Zacznij od nóg, a zajmę się przez ten czas płucami i sercem. Praca nasza trwała kilka godzin bez przerwy. Pan Kleks odśrubował blachę, która pokrywała klatkę piersiową lalki, i niestrudzenie majstrował w jej wnętrzu. Mnie od nacierania wprost omdlewały ręce, doprowadziłem jednak wreszcie do tego, że pod metalowym naskórkiem Alojzego pomału zaczęły się ukazywać liczne rozgałęzienia cieniutkich żyłek.
- Nogi mają już dosyć - rzekł po pewnym czasie pan Kleks nie patrząc wcale w moją stronę. - Zajmij się teraz rękami.
Zabrałem się wobec tego do wcierania maści w ramiona i dłonie Alojzego. Właśnie w chwili gdy pojawiły się już na nich naczynia krwionośne, rozległ się dźwięk dzwonka wzywającego na obiad.

Pan Kleks, purpurowy z napięcia i wysiłku, rozprostował plecy, przyśrubował z powrotem blaszaną pokrywę do klatki piersiowej lalki i rzekł do mnie z zadowoleniem.
- Doskonale! Świetnie! Idź teraz na obiad, a ja tymczasem popracuję nad mózgiem tego kawalera.
Z żalem opuściłem szpital chorych sprzętów i udałem się do jadalni. Pierwszy podbiegł do mnie Anatol, a za nim pozostali koledzy i zarzucili mnie tysiącami pytań:
- Czy Alojzy już chodzi?
- Co mówi?
- Co robi pan Kleks?
- Kiedy zejdzie na dół?
- Co Alojzy ma w głowie?
- Czy Alojzy już myśli?
Opowiedziałem im dokładnie o wszystkim, co działo się w szpitalu chorych sprzętów, a potem szybko zabrałem się do jedzenia, aby co rychlej wrócić do przerwanej pracy. Gdy byliśmy już przy deserze, drzwi od jadalni otworzyły
się nagle. Dwadzieścia pięć par uczu zwróciło się w ich kierunku. W drzwiach stał Alojzy podtrzymywany przez pana Kleksa.
Stawiając niezręczne i płochliwe, kroki, posuwał się z wolna naprzód, rozglądał się ciekawie dookoła i przesadnie gestykulował lewą ręką.
- Macie go! - zawołał z tryumfem pan Kleks. - Poznajcie się z waszym nowym kolegą.
- Dzień dobry, Alojzy! - odezwał się pierwszy Anatol, olśniony widokiem lalki.
- Dzień do-bry - odrzekł Alojzy wymawiając z trudem
każdą sylabę.
- Powiedz, jak się nazywasz! - krzyknął mu w ucho pan Kleks.
- A-loj-zy Ku-ku-ku... - zaciął się Alojzy powtarzając monotonnie i bez przerwy pierwszą sylabę swego nazwiska.
Pan Kleks otworzył mu usta, wsunął pod język dwa palce i szybko przykręcił jakąś śrubkę.
- No, spróbuj mówić teraz.
Lalka odetchnęła głęboko i powiedziała już nieco płynniej:
- A-loj-zy Ku-ku-ryk. Nazywam się A-loj-zy Ku-ku-ryk.
- Doskonale - klasnął w dłonie pan Kleks - doskonale! Siadaj teraz do stołu, a wy, chłopcy, dajcie mu coś do zjedzenia.
Alojzy takim samym powolnym, ostrożnym krokiem zbliżył
się do stołu, siadł na krześle i rzekł bezdźwięcznym głosem:
- Daj-cie mi jeść.
Jeden z Antonich podsunął mu talerz z makaronem i podał widelec.
Alojzy ujął niezgrabnie widelec w garść i zabrał się do jedzenia. Znaczna część nabieranego makaronu wypadała mu z ust, resztę zaś powoli żuł i z trudem połykał.
- Smaczne - powiedział z bladym uśmiechem, gdy już opróżnił talerz.
Z zadziwiającą szybkością nabierał wprawy w jedzeniu, w ruchach i w mowie.
Po godzinie zaczął układać dłuższe zdania, ą pod wieczór wdał się z panem Kleksem w rozmowę o Akademii. Nazajutrz zaprowadziliśmy go do parku na spacer. Chodził już zupełnie poprawnie i próbował nawet gonić Anatola, ale
zaczepił się o własną nogę i upadł. Jadł coraz staranniej, nauczył się trzymać w dłoniach nóż i widelec, a na trzeci dzień sam się umył, uczesał i ubrał. Po tygodniu nikt nie byłby już w stanie rozpoznać w Alojzym zwyczajnej lalki, powołanej do życia przez pana Kleksa.


Historia o księżycowych ludziach

      Gdy rano jak zazwyczaj przynieśliśmy panu Kleksowi nasze senne lusterka, pan Kleks rzekł do nas bardzo poważnie:
- Słuchajcie, chłopcy! Jutro punktualnie o jedenastej rano odbędzie się wielka uroczystość w naszej Akademii. Domyślacie się zapewne, o co chodzi. Otóż opowiem wam, co moje prawe oko widziało na księżycu, czyli historię o księżycowych ludziach. Na uroczystość tę zaprosiłem sąsiednie bajki. Powiększyłem trzykrotnie salę szkolną, aby wszyscy mogli się w niej pomieścić. Cały dzisiejszy dzień przeznaczam na przygotowania. Chciałbym, abyście wyglądali schudnie i czysto. Poza tym proszę, abyście zajęli się uporządkowaniem parku i Akademii. Mateusz udzieli wam niezbędnych wskazówek. Ja przez ten czas przygotuję odpowiedni poczęstunek dla gości. Proszę mi nie przeszkadzać i nie wchodzić do kuchni. Czy mogę na was liczyć?
- Tak jest, panie profesorze! - zawołaliśmy chórem.
Niezwłocznie zabraliśmy się do roboty. Jedni z nas trzepali fotele i dywany, inni zaciągali i froterowali podłogi, myli okna, uprzątali ścieżki, pucowali obuwie, kąpali się, jednym słowem, w Akademii zawrzało jak w ulu. Mateusz bez przerwy krążył nad nami, zaglądał w najmniejsze szpary, poganiał nas i
sprawdzał to, cośmy zrobili. Zdawało się, że wszystko idzie jak najlepiej i że nic nie jest w stanie zakłócić panującej w Akademii harmonii.
Stało się jednak inaczej.
Na świeżo zafroterowanej posadzce w gabinecie pana Kleksa pojawiła się nie wiadomo skąd kałuża atramentu. Z poduszek, które wietrzyły się na dziedzińcu, zaczęły się nagle unosić tumany pierza. Obsiadło ono dywany, meble i nasze ubrania, tak że ledwo mogliśmy się potem doczyścić. Okazało się, że czyjaś niewidzialna ręka poprzecinała poduszki nożem. Ale to jeszcze nie koniec. W sypialni naszej ni z tego, ni z owego pojawiły się ogromne ilości sadzy. Fruwała po pokoju, opadając na czystą pościel i bieliznę. Gdy jeden z Adamów usiadł na otomanie, rozdarł sobie spodnie, gdyż z otomany sterczały ostre gwoździe. Krzesła ktoś złośliwie wysmarował klejem. W łazience nie wiadomo kto poodkręcał wszystkie krany i woda zalała nie tylko całą łazienkę, ale i kuchnię, wskutek czego pan Kleks musiał włożyć na nogi głębokie kalosze. Nie mogliśmy w żaden sposób ustalić, kto tu jest winowajcą. Byliśmy wściekli, że cała nasza praca idzie na marne, i podejrzliwie spoglądaliśmy jeden na drugiego.
Po południu jednak bomba wreszcie pękła. Artur, wchodząc po schodach na pierwsze piętro, spostrzegł przypadkiem przez uchylone drzwi Alojzego, który nożyczkami przecinał druty elektryczne. Pobiegł więc szybko po mnie i obaj niespodziewanie wpadliśmy do pokoju. Alojzy roześmiał się głupio, ale nie przerwał bynajmniej swego zajęcia. Wyrwałem mu z rąk nożyczki. Tak go to rozgniewało, że kopnął stojący obok stół i wywrócił go wraz ze wszystkim, co na
nim stało.
- Alojzy, opamiętaj się - rzekł Artur.
- Nie chcę się opamiętać! - zawołał Alojzy. - Będę wszystko niszczył, bo tak mi się podoba! To ja wylałem atrament w gabinecie, to ja podziurawiłem poduszki, to ja napuściłem sadzy do sypialni! I co mi zrobicie? Nic. A jeśli będziecie mi się sprzeciwiali, podpalę całą tę budę i już! Przrażeni pobiegliśmy do kuchni do pana Kleksa i opowiedzieliśmy mu o łobuzerskich wybrykach Alojzego. Pan Kleks upuścił na podłogę tort, który trzymał właśnie w rękach, i zasępił się bardzo. - Przewidziałem, że z tym Alojzym będą nieprzyjemności - rzekł z zakłopotaniem. - Trudno. Dajcie mu, chłopcy, spokój, to nie jest wina jego, lecz mechanizmu. Tak jak nastawia się budzik na pewną godzinę, można również nastawić mechaniczną lalkę na wykonywanie pewnych czynności. Czuję w tym sprawkę Filipa. Ale jestem zupełnie bezsilny. Rozumiecie? Jestem bezsilny.
Przez chwilę panowało milczenie, po czym pan Kleks ciągnął dalej:
- Nie znam mechanizmu Alojzego. Jest to sekret Filipa, który go skonstruował. Dlatego też musimy być dla Alojzego wyrozumiali i cierpliwi. W gruncie rzeczy prześcignął was wszystkich. Jest po prostu cudownym tworem. Nauczył się już
w Akademii wszystkiego i umie nawet mówić po chińsku. Zdaje mi się, że dosłownie zjadł mój słownik chiński, bo nigdzie go nie mogę znaleźć. Idźcie do swojej pracy. Myślę, że Alojzy sam wreszcie się uspokoi, gdy zobaczy, że nikt nie zwraca na niego uwagi.
Wyszliśmy z kuchni bardzo strapieni. O ile Anatol był miłym chłopcem i dobrym kolegą, o tyle Alojzy od dłuższego już czasu dokuczał nam swymi drwinami i docinkami. Kpił sobie ze wszystkich i ze wszystkiego, odnosił się z lekceważe-
niem do pana Kleksa, po nocach nie dawał nam spać. A Mateuszowi przy każdej sposobności wyrywał pióra z ogona. Początkowo znosiliśmy cierpliwie jego wybryki, potem jednak zaczęliśmy go unikać, tak że wolny czas musiał spędzać samotnie albo z Anatolem, którego nieustannie dręczył, potrącał i szczypał. Był antypatycznym, obrzydliwym chłopcem, chociaż istotnie nie można było mu odmówić niezwykłych zdolności, inteligencji i sprytu.
Trzeba go było za wszelką cenę na jakiś czas unieszkodliwić, dlatego też poświęciłem się dla dobra sprawy i zaproponowałem mu, aby poszedł ze mną do parku na szczygły. Alojzy zgodził się, wobec czego urwaliśmy kilka gałązek
ostu na przynętę, przygotowaliśmy pętlicę z końskiego włosia i zastawiliśmy sidła, sami zaś przyczailiśmy się w pobliskich krzakach.
- Nudno mi - rzekł szeptem Alojzy. - Jesteście głupcy, jeśli możecie wytrzymać z tym waszym panem Kleksem. Przy pierwszej sposobności ucieknę stąd i wyjadę do Chin. Właśnie nigdzie indziej, tylko do Chin. Tak sobie postanowiłem.
Nic mu na to nie odpowiedziałem, on zaś snuł dalej swoje zwierzenia:
- Nie prosiłem pana Kleksa, aby uczył mnie myśleć. Mogłem bez tego się obejść. Wiem, że jestem zupełnie niepodobny do was, chociaż na pozór niczym się od was nie różnię. Właściwie nie cierpię was wszystkich, a na pana Kleksa nie mogę patrzeć. Zobaczysz, co ja jeszcze narobię. Długo będziecie mnie pamiętali.
Mówił coraz głośniej, wreszcie jednak uspokoił się, oparł głowę na rękach i po chwili usnął. Skorzystałem z tego, wypuściłem złapanego szczygła i cicho stąpając na palcach, pobiegłem do Akademii. Chłopcy kończyli już swoje zajęcia. Pokoje i sale lśniły czystością, aż przyjemnie było spojrzeć. Zjedliśmy
wcześnie kolację i poszliśmy spać. Alojzego nie było i nikt nawet o niego się nie zatroszczył. Postanowił widocznie spędzić noc w parku, czemu wcale się nie dziwiłem, gdyż wiedziałem, że ciało jego nie odczuwa chłodu.
Nazajutrz wystroiliśmy się od rana i oczekiwaliśmy przybycia bajek. Pan Kleks po raz pierwszy włożył na siebie zamiast zwykłego swego surduta tabaczkowy frak z zielonym wyłogami i w milczeniu przechadzał się po Akademii. Był cokolwiek
mniejszy niż dnia poprzedniego, ale w nowym stroju zmiana ta była ledwie dostrzegalna.
Już o godzinie dziesiątej zaczęli nadchodzić zaproszeni goście. Park zaludnił się mnóstwem najrozmaitszych postaci, jakie dzisiaj można oglądać tylko w teatrze lub w kinie. Aczkolwiek była to już późna jesień, w parku przygrzewało słońce i klomby oraz kwietniki nagle pozakwitały. Przed ganek zajeżdżały powozy i złocone karety, w powietrzu latające dywany i skrzynie furkotały jak samoloty. Przeróżne królewny i księżniczki ciągnęły w otoczeniu swoich dworzan i paziów. Gnomy i krasnoludki roiły się na ścieżkach, jak owe żaby po spuszczeniu stawu przez pana Kleksa. Przybywały też zwierzęta znane z niektórych bajek, a więc kot w butach, kura znosząca złote jajka, niedźwiadek Miś, Koziołek Matołek, Kaczka Dziwaczka, lis-przechera, czapla i żuraw, a nawet konik polny i mrówka. Rusałka jechała w szklanym powozie napełnionym wodą, a dokoła niej pluskały się złote rybki. Nie brak też było Arabów, Indian i Chińczyków oraz najrozmaitszych cudzoziemców z bajek i opowieści różnych-ludów. Pan Kleks witał wszystkich przy wejściu do Akademii, a co najdziwniejsze, każdego znał osobiście. Muszę również stwierdzić, że najwspanialsi nawet królewicze okazywali panu Kleksowi szczególny szacunek i jego zaproszenie uważali dla siebie za zaszczyt. Widząc to, doznawałem uczucia dumy, że jestem uczniem takiego znakomitego człowieka.
Sala szkolna, po rozszerzeniu jej przez pana Kleksa, stała się tak obszerna, że wszyscy goście pomieścili się w niej z łatwością, a gdyby miało ich być nawet trzy lub cztery razy więcej, na pewno dla nikogo nie zabrakłoby miejsca.
Mnie wraz z pozostałymi chłopcami przypadło w udziale zajmowanie się gośćmi. Roznosiliśmy więc na srebrnych tacach i półmiskach przyrządzone przez pana Kleksa przysmaki. Były tam przeróżne torty i ciastka, czekoladki, kwiaty i owoce
w cukrze, pierniki, lody, kremy, winogrona i orzechy, wyśmienite przysmaki wschodnie dla bajek arabskich, napoje gorące i zimne, a nawet kompoty i cukierki z kolorowych szkiełek, z motyli i z pelargonii.
Dla znawców i smakoszów przygotowane były również pigułki na porost włosów, sny w pastylkach oraz zielony płyn. Żabka Podajłapka usadowiła się za moim uchem i podszeptywała mi, kogo i jak ma obsłużyć, co bardzo ułatwiało mi pracę.
Kiedy wszystkie zaproszone bajki już się zebrały i zajęły miejsca, ustawiliśmy się pod ścianami. Punktualnie o godzinie jedenastej pan Kleks wszedł na katedrę. W swym tabaczkowym fraku, z Mateuszem na ramieniu, z rozwianym włosem i mnóstwem galowych piegów na nosie wyglądał wspaniale.
Salę zaległa cisza.
Pan Kleks odchrząknął i zaczął swoją opowieść:
- Daleko, daleko, za borem, za rzeką, gdzie już nikt nie mieszka, biegnie wąska ścieżka. Ścieżka biegnie w górę przez kosmatą chmurę, przez białe obłoki biegnie w świat wysoki, gdzie w dali podniebnej wisi księżyc srebrny. Moje prawe oko bywało wysoko, wszystko, co widziało, mnie opowiedziało. Cała powierzchnia księżyca pokryta jest górami z miedzi, srebra i żelaza. Góry poprzecinane są we wszystkich kierunkach długimi, krętymi korytarzami, od których prowadzi niezliczona ilość drzwi do leżących wzdłuż korytarzy pieczar. Mieszkają w nich księżycowi ludzie, którzy nazywają się Lunnami.
Na powierzchni księżyca panuje wieczysty mróz, dlatego też Lunnowie nigdy nie opuszczają wnętrza gór. Snują się nieustannie po swoich korytarzach, wędrują z piętra na piętro, zapuszczają się w głąb swojej planety, drążą niestrudzenie metalowe ściany i prowadzą pracowite życie mrówek. Roślinności na księżycu nie ma żadnej, nie ma też żadnych innych żywych istot prócz Lunnów. Lunnowie nie posiadają ani ciała, ani kości. Utworzeni są z mglistej miazgi podobnej do obłoków i mogą przybierać najrozmaitsze, dowolne kształty. Miazga ta pokryta jest przezroczystą elastyczną powłoką, przypominającą żelatynę. Wszyscy Lunnowie mają naczynia ze szkła, w których spędzają czas wolny od pracy. Każde z tych naczyń posiada odrębny kształt, dzięki czemu Lunnowie mogą wyodrębniać się jedni od drugich. Mieszkania Lunnów wypełnione są dziwacznymi sprzętami z żelaza i miedzi. Są to przeróżne krążki, płytki, talerze, misy, poustawiane na trójnogach lub pozawieszane na ścianach. Światła Lunnowie nie posiadają, natomiast sami promieniują w miarę potrzeby. Żywią się zielonymi kulkami, które wyrabiają z miedzi. Wydają dźwięki podobne do uderzeń srebrnych dzwonków i doskonale w ten sposób porozumiewają się między sobą.
Lunnowie poruszają się podobnie jak obłoki, to znaczy - płynąc. Do pracy nie używają żadnych narzędzi i we wszystkim, co robią, posługują się różnymi promieniami, które z siebie wydzielają. Tacy są księżycowi ludzie zwani Lunnami.
Na południowej półkuli księżyca, w Wielkiej Srebrnej Górze, mieszka władca Lunnów, potężny i groźny król Niesfor. On jeden tylko osiągnął taki stopień doskonałości, że utracił swą przezroczystość i ukształtował swe płynne ciało bez potrzeby uciekania się do szklanego naczynia. Król Niesfor podobny jest do człowieka ziemskiego, ma nawet ręce i nogi, brak mu tylko twarzy, dlatego też głowa jego posiada formę gładkiej kuli. Król Niesfor nigdy nie wypuszcza z dłoni wąskiego długiego miecza. Gdy który z Lunnów narazi się na jego gniew,
przekłuwa go ostrzem swej klingi. Wtedy z żelatynowej powłoki wypływa promienista miazga i ulatnia się w jednej chwili. Powłokę przekłutego Lunna król
Niesfor zabiera do swego srebrnego pałacu i chowa do żelaznej skrzyni.
Pewnego dnia król Niesfor przełamał obyczaje swojego ludu i wyszedł na powierzchnię Srebrnej Góry. Wtedy właśnie stała się rzecz, której nikt nie był w stanie przewidzieć... - w tym miejscu pan Kleks przerwał i uważnie czegoś nasłuchiwał. Po chwili zaczął zdradzać zaniepokojenie, które wyraźnie udzieliło się wszystkim obecnym. Z parku dolatywały krzyki, trzask łamanych gałęzi, brzęk tłuczonych szyb. Widocznie zaszło coś szczególnego.
Zgiełk przybliżał się coraz bardziej, aż nagle drzwi do sali rozwarły się z łoskotem i w progu stanął Alojzy. Był rozczochrany, brudny, ubranie miał pomięte. W dłoni
trzymał sękaty kij. Na twarzy jego malowała się wściekłość.
- A cóż to znaczy, panie Kleks? - zawołał głosem, który
zmroził i przeraził wszystkich. - Zachciało się wam urządzać zabawy beze mnie! Co? Mnie się zostawiło szczygłom na pożarcie, a tu przez ten czas opowiada się bajeczki! Czego się gapicie na mnie, wy wszyscy? Fora ze dwora! Wynosić się stąd, pókim dobry!
Przy tych słowach zaczął wymachiwać kijem nad głowami wystraszonych gości.
Pan Kleks zaniemówił, spoglądał przed siebie szklanym wzrokiem i nerwowo szarpał brwi. Alojzy bez żadnych przeszkód buszował po sali, wreszcie zbliżył się do stołu zastawionego przysmakami pana Kleksa i z całych sił uderzył w stół kijem. Rozległ się trzask, odłamki porcelany i szkła posypały się we wszystkie strony, a kremy i napoje ochlapały najbliżej siedzących gości. Anatol usiłował obezwładnić Alojzego, ale jednym pchnięciem pięści został obalony na podłogę.
Powstał popłoch nie do opisania. Jedna królewna i dwie małe księżniczki zemdlały, pozostali zaś goście pozrywali się z miejsc i zaczęli uciekać drzwiami i oknami.
Pan Kleks stał nieruchomo jak słup soli, skurczył się tylko nieco i ze smutkiem spoglądał na Alojzego.
- Hej! Panowie, panowie! - krzyczał Alojzy - może byście się tak trochę pospieszyli? Zmykaj, Kaczko Dziwaczko, bo cię zjem na obiad. Uciekaj, mrówko, bo cię rozdepczę! Teraz ja się bawię, cha-cha-cha!
Z ciżby tłoczących się do drzwi gości wysunęła się nagle piękna blada pani o dumnej postawie. Podeszła do Alojzego i rzekła doń stanowczym głosem:
- Jestem Wieszczką Lalek. Żądam od ciebie, abyś natychmiast opuścił salę!
Ale Alojzy nie był już zwykłą lalką i dlatego Wieszczka nie miała nad nim władzy. Roześmiał się jej szyderczo w twarz, odwrócił się plecami i rozpychając się brutalnie, zawołał:
- To jeszcze nie koniec, panie Kleks! Odechce się panu pańskich bajeczek! Z pańskiej Akademii zostaną trociny. Rozu- mie pan? Tro-ci-ny!
Alfred, nie mogąc znieść tej sceny, rozpłakał się. Inni chłopcy stali przerażeni i spoglądali na pana Kleksa. Ja dygotałem wprost z oburzenia i uczucia przykrości.
Sala stopniowo opróżniała się, aż wreszcie opustoszała całkiem. Z parku dolatywał turkot odjeżdżających powozów i karet. Zemdloną królewnę wynieśli jej paziowie na rękach. Zostaliśmy sami z panem Kleksem znieruchomiałym i zapatrzonym przed siebie.
Tymczasem sala zmniejszyła się i powróciła do zwykłych swoich rozmiarów, niebo zachmurzyło się i znowu zaczął padać drobny jesienny deszcz.
Alojzy z miną pełną zadowolenia rozsiadł się w fotelu na wprost pana Kleksa i wyzywająco gwizdał. Wreszcie pan Kleks się ocknął. Rozejrzał się po pustej sali,
popatrzył na nas, stojących pod ścianami, potem na Alojzego i rzekł spokojnie jak gdyby nigdy nic:
- Szkoda, chłopcy, że nie mogłem opowiedzieć do końca historii o księżycowych ludziach. Będę musiał odłożyć to do innej książki! Trudno. Zdaje się, że czas już na obiad. Prawda, Mateuszu?
- Awda, awda! - zawołał Mateusz i pofrunął w kierunku jadalni.
Nie zwracając uwagi na Alojzego, pan Kleks przeszedł obok niego, uniósł się w powietrze i popłynął w ślad za Mateuszem, przytrzymując rękami rozwiewające się poły swego tabaczkowego fraka.

Taki to był wspaniały człowiek!


Sekrety pana Kleksa

      Kiedy przed pół rokiem zacząłem pisać ten pamiętnik, wcale nie przypuszczałem, że zajmie on tyle miejsca i że będę miał do opisania tak wiele rozmaitych, przedziwnych wydarzeń. Ostatnio zaś wypadki potoczyły się tak szybko, że trudno mi wprost uporządkować je w pamięci. Najważniejsze jest to, że z panem Kleksem od pewnego czasu zaczęły się dziać rzeczy całkiem niezrozumiałe. Przede wszystkim więc zauważyliśmy wszyscy, że coś popsuło się w jego powiększającej pompce. Jak już wspomniałem przedtem, odbiło się w sposób widoczny na jego wzroście: pan Kleks z każdym dniem stawał się odrobinę mniejszy i nigdy już nie mógł osiągnąć wzrostu z dnia poprzedniego. Wprawiało go to w stan zdenerwowania, coraz bardziej był roztargniony i zamyślał się w chwilach najmniej stosownych. Któregoś dnia zamyślił się wjeżdżając po poręczy do góry i przez parę godzin siedział na niej okrakiem pomiędzy dwoma piętrami. Innym razem, fruwając nad stołem z polewaczką w ręce, zapomniał, że jest w powietrzu, i zadumał się tak głęboko, że spadł na półmisek z pieczenia baranią, czego wcale nie zauważył.
Od pewnego czasu ubytek wzrostu pana Kleksa stał się wprost zatrważający. Alfred, który był najmniejszy spośród nas, przewyższał go niemal o głowę.
- Zobaczycie, że jeśli tak dalej pójdzie, za miesiąc w ogóle nie będzie już pana Kleksa - drwił sobie na głos Alojzy.
Muszę zaznaczyć, że to, co Alojzy, wyprawiał w Akademii, przechodziło wszelkie wyobrażenie. Po awanturze z bajkami nikt już nie mógł sobie z nim poradzić, a pan Kleks puszczał mu płazem wszystkie wybryki.
Alojzy wstawał, kiedy chciał, opuszczał wykłady, na sennych lusterkach malował karykatury pana Kleksa, bez pytania wchodził do kuchni i wrzucał do garnków żaby i pająki, podziurawił igłą baloniki pana Kleksa i wszystkim nam nieustannie dokuczał. Nienawidziliśmy go i doznawaliśmy uczucia ulgi, gdy Alojzy zasypiał albo wychodził do parku. Pan Kleks na wszystko mu pozwalał, tak jak gdyby go się bał. Mało tego - w miarę jak wzrastało zuchwalstwo Alojzego, słabła władza i powaga pana Kleksa. Coraz częściej zaniedbywał kuchnię i zapominał o naszych obiadach, nie dbał zupełnie o swoje piegi, a nawet przestał zażywać pigułki na porost włosów, wskutek czego całkiem niemal wyłysiał i stracił zarost na twarzy.
Ale dziwna ta przemiana dotknęła nie tylko samego pana Kleksa. Również gmach Akademii skurczył się nieco, pokoje zrobiły się niższe, meble i sprzęty zmniejszyły się, łóżka stały się krótsze. Park, który dotąd przypominał rozległą puszczę, zmalał i przerzedził się, a potężne dęby i buki przeistoczyły się w małe i niepozorne drzewa. Przemiana ta odbywała się oczywiście stopniowo i bardzo powolnie, jednak po miesiącu stała się już tak widoczna, że wszyscy odczuwaliśmy smutek i lęk. Jeden tylko Alojzy nie tracił animuszu, śpiewał na cały głos, gwizdał, trzaskał drzwiami, wybijał kamieniami kolorowe szyby, drażnił Mateusza i chwilami stawał się nie do zniesienia. Pan Kleks przyglądał mu się w milczeniu, drapał się z zakłopotaniem w łysinę i co pewien czas usypiał zapominając nieraz po przebudzeniu napić się zielonego płynu. Zrozumieliśmy, że zbliża się koniec naszej Akademii.
W Wigilię Bożego Narodzenia pan Kleks zebrał nas wszystkich w sali szkolnej i rzekł do nas ze smutkiem w głosie:
- Drodzy moi chłopcy, nie mogliście nie zauważyć tego, co dzieje się dookoła was. Widzicie, jak od pewnego czasu zmalałem. Mówiąc do was, muszę stać, ażebyście mnie mogli widzieć zza katedry. Wszystko, co was otacza, zmniejsza się i maleje.
Rozumiecie chyba sami, jaka jest tego przyczyna. Ot, po prostu i zwyczajnie bajka o mojej Akademii dobiega końca. Bądźcie przygotowani na to, że wkrótce już Akademia ta w ogóle przestanie istnieć, a i ze mnie prawie nic nie pozostanie. Przykro mi będzie rozstać się z wami. Spędziliśmy wspólnie cały rok, było nam wesoło i przyjemnie, ale przecież wszystko musi mieć swój koniec.
- A co z nami się stanie, panie profesorze? - zawołał Anastazy tłumiąc płacz.
Pan Kleks spojrzał nań z rozczuleniem i rzekł:
- Mój Anastazy, każdy z was ma swój dom, do którego wróci. W każdym razie pamiętaj o jednym: dziś o północy obowiązkowo otwórz bramę, po czym klucz wrzuć do stawu. Znajdziesz przy brzegu przeręblę, którą specjalnie w tym celu
wyrąbałem w lodzie. Na tym zakończy się właśnie bajka o Akademii pana Kleksa.
Wszystkim nam zrobiło się niezmiernie smutno. Otoczyliśmy pana Kleksa i całowaliśmy go po rękach, które stały się już tak małe, jak ręce dziecka. Pan Kleks obejmował nas serdecznie, potrząsał swoją łysą główką i nieznacznie ocierał łzy z oczu. Była to bardzo wzruszająca scena, którą przez całe życie zachowam w pamięci.
Tymczasem nadszedł wieczór. Za oknami padał śnieg i pełno płatków śnieżnych migotało na szybach. Pan Kleks otworzył lufcik, spojrzał w niebo i rzekł do nas
z łagodnym uśmiechem:
- No, dosyć, chłopcy, przestańcie się rozrzewniać! Przygotowałem dla was niespodziankę wigilijną, chodźcie ze mną na górę.
Pan Kleks lekko jak piórko wśliznął się po poręczy, my zaś podążaliśmy za nim przeskakując po kilka schodów naraz. Gdy zebraliśmy się już wszyscy na drugim piętrze, pan Kleks wyjął pęk kluczy i otworzył nimi drzwi do pokojów, które dotąd stale były pozamykane. Mrok jednak zapadł tak szybko, że nic nie mogliśmy w ciemnościach rozpoznać. Pan Kleks wyjął tajemniczo z ogniotrwałej kieszonki płomyk świecy i wszedł do jednego z pokojów. Po chwili pojawiły się w głębi światełka i niebawem rozlała się dokoła niezwykła jasność. Byliśmy olśnieni. Pośrodku ogromnej sali stała wspaniała choinka, rozświetlona setkami płoną-
cych świeczek i przepysznie ubrana ślicznymi zabawkami, łańcuchami, złotymi i srebrnymi nićmi, płatkami szklanego śniegu i mnóstwem najrozmaitszych ozdób. Choinkę otaczały pięknie nakryte stoły, uginające się pod ciężarem półmisków, salaterek i waz. W uroczystym nastroju zasiedliśmy do wieczerzy.
Rozglądając się wkoło, spostrzegłem, że byliśmy w tej samej sali, w której poprzednio mieścił się szpital chorych sprzętów. Rozpoznałem też większość otaczających mnie mebli Były to stoły, krzesła, stoliki, zegary, które jeszcze niedawno przypominały stare rupiecie, teraz zaś, wyleczone przez pana Kleksa, lśniły, połyskiwały świeżutką politurą i wyglądały jak nowe.
Pan Kleks wbrew dotychczasowym zwyczajom siedział wśród nas i zajadał z apetytem przeróżne gatunki ryb piętrzących się na półmiskach. Po wieczerzy zebraliśmy się wszyscy dookoła choinki, gdyż pan Kleks przygotował dla nas gwiazdkowe podarunki, które nam rozdawał niczym święty Mikołaj.
Gdy przyszła kolej na Alojzego, okazało się, że nie ma go pośród nas, i nagle stwierdziliśmy, że nie było go również podczas wieczerzy.
Pan Kleks zaniepokoił się bardzo.
- Gdzie jest Alojzy? Co się z nim stało? Mateuszu, leć czym prędzej i szukaj Alojzego.
Anatol przerażony zerwał się z krzesła.
- Panie profesorze - zawołał - ja wiem, gdzie on jest!
Prosiłem go i błagałem, żeby tego nie robił. Nie chciał mnie usłuchać.
Pan Kleks podbiegł do Anatola i, blady jak płótno, wpił się palcami w jego ramię:
- Mów! Mów! Gdzie jest Alojzy!
- Alojzy jest w sekretach pana profesora - wyszeptał
Anatol drżącym głosem i bez sił opadł na krzesło. Spojrzałem odruchowo na sufit. Z góry wyraźnie dobiegały odgłosy czyichś kroków. Pan Kleks jednym susem znalazł się przy oknie, otworzył lufcik i wypłynął na zewnątrz. Zrozumieliśmy, że stała się rzecz straszna. Żaden z nas nie ośmieliłby się nigdy wedrzeć do sekretów pana Kleksa. Wiedzieliśmy, że za coś podobnego groziło, poza innymi karami, wypędzenie z Akademii. Zresztą zbyt szanowaliśmy pana Kleksa, aby którykolwiek z nas odważył się przekroczyć jego surowy zakaz. Na to mógł sobie pozwolić tylko Alojzy, ta znienawidzona przez wszystkich, zuchwała, zarozumiała i przemądrzała lalka.
W ogromnym napięciu oczekiwaliśmy dalszego rozwoju wypadków. Gdy tak trwaliśmy pełni niepokoju, rozmawiając szeptem między sobą, nagle drzwi otworzyły się i do sali wpadł Alojzy, cały wysmarowany sadzą, niosąc w dłoniach niewielką hebanową szkatułkę.
- Mam sekrety pana Kleksa - zawołał zdyszany. - Zaraz je obejrzymy! Patrzcie, oto są sekrety, cha-cha-cha!
Z tymi słowy postawił szkatułkę na stole, otworzył ją wytrychem i wysypał z niej kilkanaście porcelanowych tabliczek, zapisanych drobnym chińskim pismem.
Nie rozumieliśmy, co to znaczy. Nikt z nas nie znał chińskiego. Byliśmy oszołomieni niezwykłym wyglądem Alojzego i jego zuchwalstwem.
- Ja jeden tu czytam po chińsku! - zawołał Alojzy. - Ja jeden potrafię odkryć sekrety pana Kleksa. Dowiemy się wreszcie, kim jest ten napuszony dziwak! Cha-cha-cha!
Naraz w otworze lufcika ukazała się blada, wykrzywiona twarz pana Kleksa. Kiedy wpłynął do sali, był o połowę mniejszy niż przedtem. Miał po prostu wzrost pięcioletniego chłopca. Alojzy widząc, że nie zdąży odczytać tajemniczych chińs-
kich tabliczek, zmiótł je jednym zamachnięciem ręki ze stołu na podłogę i począł je deptać z całych sił obcasami, aż potłukł je i starł na drobny proszek. Nikt nie zdążył mu przeszkodzić w tym dziele zniszczenia.
- Zniszczyłeś moje sekrety, Alojzy - rzekł pan Kleks głosem spokojnym, lecz surowym. - Wobec tego ja zniszczę ciebie. Jesteś dziełem moich rąk i z rąk moich teraz zginiesz.
Po tych słowach włożył do ucha powiększającą pompkę, nacisnął ją parokrotnie, połknął kilka pigułek na porost włosów i po chwili stał się dawnym, wspaniałym panem Kleksem. Brawura i zuchwalstwo Alojzego znikły bez śladu. Pan Kleks wyjął z jednej z szaf dużą skórzaną walizkę, otworzył ją i postawił na stole. Następnie zbliżył się do Alojzego i nie mówiąc ani słowa, posadził go na stole obok walizki. Przygotowaniom tym przypatrywaliśmy się z zapartym tchem. Po chwili pan Kleks objął dłonią prawe ramię Alojzego, odśrubował je i bezwładną zupełnie rękę włożył do walizki. W podobny sposób odkręcił również drugą rękę oraz nogi i wrzucił na dno walizki. Na stole pozostał jedynie kadłub z głową.
Alojzy milczał, śledząc z przerażeniem czynności pana Kleksa. Pan Kleks ujął go tymczasem oburącz za głowę i pokręcił nią w lewą stronę. Śruba lekko ustąpiła i niebawem głowa Alojzego została oddzielona od tułowia. Wówczas pan Kleks
odśrubował ciemię i wysypał z głowy całą jej zawartość. Były tam litery, płytki dźwiękowe, szklane rurki oraz mnóstwo kółek i sprężynek. Wreszcie pan Kleks rozebrał na części tułów Alojzego, części te ułożył wraz głową w walizce i walizkę zamknął.
Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą: Alojzy - ta niegodziwa karykatura człowieka - przestał istnieć. Jeden tylko Anatol miał łzy w oczach.
- Mój Boże - szeptał - mój Boże, co teraz powiem Filipowi? Przecież kazał mi pilnować i strzec Alojzego. Taka piękna lalka... Taka piękna!
Tymczasem pan Kleks na nowo skurczył się i zmalał. Zwrócił do nas swoją twarzyczkę dziecka i rzekł:
- Nie przejmujcie się, chłopcy, tym wszystkim. Domyślałem się, że takie właśnie będzie zakończenie naszej bajki. Niebawem będzie już po wszystkim. Alojzy wykradł mi moje sekrety. Na tych porcelanowych tabliczkach, które podeptał
i potłukł, wypisana była cała wiedza, którą przekazał mi doktor Paj-Chi-Wo. Skończyło się odtąd gotowanie kolorowych szkiełek, unoszenie się w powietrzu, odgadywanie waszych myśli, powiększanie przedmiotów, leczenie chorych sprzętów. Utraciłem wszystkie moje umiejętności, z których słynąłem w sąsied-
nich bajkach i które wsławiły mnie i moją Akademię. Zamiast jednak martwić się, zaśpiewajmy sobie lepiej kolędę. Zgoda?
Zanim pan Kleks zdążył zaintonować pieśń, otworzyły się drzwi i wszedł fryzjer Filip. Czapkę i futro miał pokryte śniegiem. Był czerwony od mrozu i wściekłości.
- Czemuż to nie otwieracie bramy? - wołał trzęsąc się z gniewu. - Musiałem przełazić przez mur, żeby się do was dostać. Durnie! Dosyć już mam tej waszej Akademii! Anatolu, zabieram cię do domu. Gdzie Alojzy?
Anatol nieśmiało zbliżył się do Filipa.
- Alojzy... Alojzy... tam... w walizce - wybełkotał z przerażeniem w głosie.
Filip podbiegł do walizki, otworzył ją, spojrzał i zachwiał się na widok zepsutej lalki.
- A więc tak, panie Kleks! - syknął przez zęby. - Tak pan dotrzymał naszej umowy? Dwadzieścia lat pracowałem nad moją lalką, znosiłem panu piegi i kolorowe szkiełka, oddałem panu cały mój majątek, aby mógł pan stworzyć tę głupią
Akademię. Miał pan za to z Alojzego zrobić człowieka. I co pan zrobił? Zmarnował pan cały trud, cały wysiłek mojego życia! Nie ujdzie to panu płazem, nie, panie Kleks. Ja panu pokażę, co potrafi Filip, kiedy chce się zemścić. Ja panu pokażę!
Po tych słowach-wyjął z bocznej kieszeni długą brzytwę, otworzył ją i zbliżył się do choinki. Pan Kleks obserwował go w milczeniu i stał się tylko jeszcze mniejszy, aniżeli był przedtem. Filip, nie powstrzymywany przez nikogo, zabrał się do roboty. Ostrzem brzytwy obcinał po kolei wszystkie płomyki świec jarzących się na choince i chował je do kieszeni futra. W miarę znikania płomyków w sali poczęło się ściemniać, aż wreszcie zapadł zupełny mrok. Co się działo dalej, nie wiem. Ogarnięty trwogą wybiegłem na schody i nie wiedząc nawet kiedy i jak, znalazłem się na dziedzińcu. Była piękna, mroźna noc grudniowa. Śnieg przestał padać i w świetle księżyca iskrzyła się jego biel. Cała Akademia, jej mury i park widoczne były jak na dłoni. Mignęła mi przed oczami postać Anastazego, a po chwili usłyszałem zgrzyt zamka. Anastazy otworzył bramę i jak przez sen zobaczyłem przesuwające się przede mną wydłużone cienie moich kolegów. Chciałem krzyknąć: "Do widzenia, chłopcy!", ale głos zamarł mi w krtani.


Pożegnanie z bajką

      Księżyc raził mnie w oczy i oblewał swoim tajemniczym blaskiem. Usiadłem na ławce, gdyż poczułem nagle okropne znużenie. Całym wysiłkiem woli panowałem
nad sobą, aby nie usnąć. W tej samej jednak chwili uderzyła mnie rzecz niezwykła: gmach Akademii nie był już dawnym wspaniałym gmachem. Nie spostrzegłem zupełnie, że zmniejszył się o połowę i nadal kurczył się w moich oczach. To samo stało się z parkiem i z otaczającym go murem. Szumiało mi w uszach, a przed oczami fruwały czerwone płatki. Gmach Akademii zmniejszał się bez przerwy.
Gdy był już wielkości zwyczajnej szafy, z drzwi jego wyszła jakaś maleńka postać, która zbliżyła się do mnie. Był to pan Kleks. Taki sam pan Kleks, jakim widziałem go niegdyś w szklance.
Tymczasem niebo nade mną się obniżyło i księżyc wisiał na nim jak lampa na suficie. Mur otaczający Akademię przybliżył się i wyraźnie rozróżniałem w nim furtki prowadzące do sąsiednich bajek. Czas upływał i wszystko dokoła mnie kurczyło się coraz bardziej. Powieki mi się kleiły i ogarnęła mnie taka senność, że niepostrzeżenie usnąłem. Gdy po chwili otworzyłem oczy, przeobrażenie otaczających mnie przedmiotów dobiegało końca. Znajdowałem się w pokoju oświetlonym z góry dużą kulistą lampą. Gmach Akademii przemienił się w klatkę, w której siedział zamyślony Mateusz. W miejscu gdzie przypadał park, leżał piękny zielony dywan, haftowany w drzewa, krzaki i kwiaty. Tam, gdzie był mur stała biblioteka, a furtki w murze zamieniły się w grzbiety książek, na których wyciśnięte były złotymi literami ich tytuły. Znajdowały się tam wszystkie bajki pana Andersena i braci Grimm, bajka o dziadku do orzechów, o rybaku i rybaczce, o wilku, który udawał żebraka, o krasnoludkach i o sierotce Marysi, o Kaczce Dziwaczce i wiele, wiele innych.
Siedziałem na tapczanie, a u mych stóp na podłodze stał pan Kleks. Był już nie większy niż mój mały palec. Rąk i nóg jego nie mogłem zupełnie rozróżnić i właściwie jedynie łysa główka jaśniała w świetle lampy.
Ująłem go delikatnie w dwa palce i postawiłem na swojej dłoni. Ledwie dosłyszalnym głosem pan Kleks rzekł do mnie:
- Bądź zdrów, Adasiu, musimy się pożegnać. Jesteś miłym i dzielnym chłopcem. Życzę ci powodzenia w życiu. Kto wie, może spotkamy się jeszcze w jakiejś innej bajce.
Po tych słowach pan Kleks stał się znów o połowę mniejszy. Był wielkości śliwki, a potem - potem już tylko wielkości orzecha laskowego.
I nagle zaszła rzecz najmniej oczekiwana.
Przedmiot wielkości orzecha laskowego przestał być panem Kleksem, a stał się guzikiem. Po prostu zwyczajnym guzikiem, który połyskiwał bladoróżową powierzchnią. Mateusz, zdawało się, czekał tylko na ten moment. Wyfrunął z klatki, usiadł mi na ramieniu, potem zeskoczył na moją dłoń, porwał w dziób guzik i sfrunął z nim na podłogę. Czyż nie domyślacie się jeszcze, że był to guzik od cudownej czapki bogdychanów, cudowny guzik doktora Paj-Chi-Wo, mający przywrócić Mateuszowi jego książęcą postać? Czyż nie przyszło wam dotychczas na myśl, że pan Kleks był owym guzikiem, który doktor Paj-Chi-Wo przeobraził w człowieka?
Jeżeli chodzi o mnie, uprzytomniłem sobie to dopiero wówczas, gdy dostrzegłem stopniowe przemiany Mateusza. Począł on mianowicie pęcznieć i powiększać się. Skrzydła jęły pomału przybierać kształt ludzkich ramion, nogi wydłużyły się,
na miejscu dzioba zaznaczyły się zarysy twarzy. Przybierając coraz bardziej na wzroście. Mateusz już po kilku minutach stał się większy ode mnie. Zanim zdążyłem zdać sobie sprawę z zachodzących w mych oczach wydarzeń, ujrza-
łem przed sobą wytwornego pana w wieku lat czterdziestu, o włosach przyprószonych lekką siwizną.
Skłoniłem się przed nim nisko i rzekłem:
- Cieszę się, że mogę powitać Waszą Książęcą Mość. Sądzę, że Wasza Książęca Mość zasiądzie niebawem na tronie swojego ojca.
Przemówienie moje nie bardzo było udane, ale przecież nie miałem nawet czasu, aby je sobie obmyślić i przygotować. Mateusz, przeobrażony w człowieka, wysłuchał mych słów z powagą, a potem nagle roześmiał się serdecznie, pogłaskał
mnie po twarzy i rzekł:
- Kochany chłopcze! Nie jestem żadnym księciem. Po prostu opowiedziałem ci bajkę, a tyś uwierzył w jej prawdziwość. Historia o królu wilków była przeze mnie zmyślona.
- No, a książę? A doktor Paj-Chi-Wo? - zapytałem zdziwiony.
- Bajka zawsze jest tylko bajką, mój chłopcze - odrzekł z uśmiechem.
- Kim więc jesteś. Mateuszu? Co to wszystko ma znaczyć?! - zawołałem gubiąc się już zupełnie.
- Jestem autorem historii o panu Kleksie - odparł szpakowaty pan. - Napisałem tę opowieść, gdyż ogromnie lubię opowieści fantastyczne i pisząc je, sam bawię się znakomicie.
Z tym słowy wziął ze stołu otwartą książkę, która tam leżała, zamknął ją i wstawił do biblioteki obok innych bajek.
Na grzbiecie tej książki widniał napis:

Akademia pana Kleksa


Wstecz