Mity i opowieści w eposach Homera - Iliada
Śmierć Patroklesa z ręki Hektora
[...]
Patrokl w Automedonic, w koniach zapał nieci,
Ściga Trojan i Lików i na zgubę leci.
Głupi! Gdyby się sprawił, jak Pelid ostrzegał,
Pewnie by się przed srogą Parką był wybiegał.
Ale rada Jowisza nad ludzką przemaga:
Ucieczce się poddaje największa odwaga;
Nieraz podniósł w rycerzu męstwo i osłabił.
A wtenczas wzmógł Patrokla na to, by go zabił.
Jakie pierwsze, ostatnie jakie padły głowy,
Gdy cię na śmierć, Patroklu, skazał los surowy?
Legł Adrest i Autonoj, i Echekl, i Muli,
Perym, Pilart, Melanip zgubny cios poczuli,
Epistora, Elaza trup na trupie pada;
Tych zabił, a trwożliwa pierzchnęła gromada.
Już by Grecy trojańskie wyłamali bramy,
Bo nie mogły zwycięzcy żadne wstrzymać tamy,
Gdy na wieży Apollo usiadł zagniewany,
Myśląc Patrokla zgubić, a wesprzeć Trojany.
Po trzykroć go na mury niosła chęć gorąca,
Po trzykroć z szańców miasta Apollo go strąca,
W ogromny puklerz boską uderzając dłonią.
Lecz gdy jak bóg czwarty raz wpadał z krwawą bronią
Przerażającym głosem Apollo zawoła:
"Pódź precz! Nic tu twe ramię dokazać nie zdoła
Bo nie tobie wyroki dobyć Troi dały.
Choć mocniejszy, nie będzie miał Pelid tej chwały
Tak rzekł; on się nacierać więcej nie ośmiela,
Chroniąc się gniewu boga, który śmiercią strzela.
Pod Bramą Scejską trzymał rumaki ogniste,
A w głowie Hektor myśli rozważał dwoiste:
Czy jeszcze wpaść na Greków i tłum ich wygładzić
Czy zastępy trojańskie pod mury sprowadzić.
Wtem Apollo w postaci Azego przychodzi.
Starzec ten, brat Hekuby, z Dymanta się rodzi,
Obszerne dzierży włości we Frygów krainie,
Gdzie biegiem zapienionym bystry Sangar płynie.
"Czemu - rzecze Apollo - nie walczysz, Hektorze
Haniebna twa bezczynność w takiej jeszcze porze.
Gdybyś ty nie był mocny, a ja mdły i stary,
Za tę nikczemność słusznej nic uszedłbyś kary.
Zwróć konie na Patrokla, może go zabijesz
w I z łaski Feba wieczną chwałę się okryjesz."
To rzekłszy, w tłum się rzucił. Hektor kazał pędzić
Konie Cebryjonowi i bicza nie szczędzić.
Apollo między Greki zamieszanie szerzy,
A chwałę dla trojańskich gotuje rycerzy.
Hektor zaś wszystkie inne pomija orszaki
I na Patrokla bystre obraca rumaki.
Ten skacze z wozu, lewa ręką robi bronią,
A prawą kamień ostry uchwyciwszy dłonią
Ciska go i niepróżno swe siły natęża.
Cebryjona obala, walecznego męża:
Gdy na wozie Hektora trzyma lejce świetne,
Ogromny kamień w czoło uderzył ślachetne,
Odarł brwi, kości złamał i wybił mu oczy.
Rycerz z wozu jak nurek na ziemię się toczy
I na piasku bez duszy swe członki rozciąga.
Wtedy się z niego Patroki w te słowa urąga:
"Zręcznyż to mąż, który się tak lekko zanurza:
Choćby najgwałtowniejsza morzem tłukła burza.
On między waty z nawy spuścić się gotowy
I obfitymi gości nakarmić połowy.
Prawdziwie Troja nurków doskonałych liczy."
To powiedziawszy, leci do swojej zdobyczy.
A jako lew rozżarty na obory wpada,
Niszczy je, aż kto w piersi cios mu srogi zada,
Natenczas własną zgubion odwagą polegnie,
Tak też do Cebryjona ciała Patroki biegnie
Hektor wyskoczył z wozu. Jak się żrą i ranią
Dwa lwy na górach walcząc o zabitą łanią,
Oba zarówno mocni, oba równo głodni,
Tak dwaj bohatyrowie, ze sobą walczyć godni,
Patrokl i Hektor, wielki bój zaczęli toczyć,
Jeden w drugiego ciele chciwi oszczep zbroczyć.
Hektor za głowę chwycił i łup trzymał drogi,
Z drugiej zaś strony Patrokl ciągnął go za nogi.
A wojsko swej upiornej doświadczały mocy.
Jak wiatry, ten z południa, a drugi z północy,
Walczą, kto z nich obalić ma przyległe lasy,
Dęby i buki jęczą z strasznymi hałasy,
Długie się zawadzając gałęzie szeleszczą,
?amiąc się drzewa z hukiem przeraźliwym trzeszczą -
Tak między nimi walka uporczywa wszczęta
I o zgubnej ucieczce nikt z nich nie pamięta.
Dzidy ziemię okryły, krwawe niosąc razy,
I strzały z żył puszczane, i ogromne głazy,
Tarcze na piersiach mężów uderzając z trzaskiem.
A członki Cebryjona, obsypane piaskiem,
Szerokim ciałem ziemię szeroko zaległy:
Zapomniał jeździec sztuki, w której był tak biegły.
Póki słońce na górne wstępowało sklepy,
Z równą stratą ciskane obu stron oszczepy.
Lecz gdy się już zaczęło chylić do zachodu,
Przemogło wyrok męstwo greckiego narodu.
Mieli korzyść, bo z miejsca Trojanów odparli,
Unieśli Cebryjona i zbroję odarli.
Wtedy się w swym zapale Patrokł nie posiada
I, podobny do Marsa, na zastępy wpada:
Trzykroć na Trojan z krzykiem straszliwym naciera,
Trzykroć trupem dziewięciu mężów rozpościera.
Już czwartym grozi razem strwożonej gromadzie.
Stój, Patroklu! Tu wyrok dniom twoim kres kładzie.
Feb mu w przerażającej postaci zaskoczył;
Nie mógł go Patrokł widzieć, bo się mgłą otoczył.
On boską dłoń spuściwszy w ramię go uderza:
Rozciągają się cienie przed okiem rycerza,
Spada mu szyszak z jękiem pod końskie kopyta,
Wala się we krwi, w piasku owa groźna kita,
Której Mars żadnej plamy na placu nie zrobił,
Dopóki nią Achilles piękne czoło zdobił.
Dziś Jowisz ją na głowie Hektora rozwinie;
Smutny dla niego zaszczyt, bo niedługo zginie.
Ostry i silny oszczep w rękach mu się łamie,
Zlata puklerz niezłomny i odsłania ramię.
Feb sam odziera kirys. Obnażon ze zbroi,
Zadumiały, zmieszany, Patroki w miejscu stoi:
Odrętwienie żadnego nie da zrobić kroku.
Wtedy Euforb z oszczepem przyskakuje z boku,
Śmiały Euforb, którego wsławił się wiek młody
Dzidą, jazdą i w polu szybkimi zawody;
Rycerskie jego dzieła Mars by przyznał sobie:
Z wozu mężów dwudziestu w pierwszej zwalił próbie.
Od niego Patroklowi z tyłu cios zadany,
Lecz natychmiast wyciąga długi oszczep z rany
I w tłumie się ukrywa: choć Patroki był nagi,
I z nagim walczyć Euforb nie miał dość odwagi.
Boską ręką i ludzkim osłabiony ciosem,
Zaczął uchodzić rycerz przed ostatnim losem.
Obaczywszy to Hektor wpośród zbrojnej rzeszy
Z żelazną w ręku dzidą za Patroklem śpieszy
I aż w głębi wnętrzności raz utapia mściwy.
Padł z łoskotem i smutkiem napełnił Achiwy.
A jak odyniec, uciec nie znający podle,
Walczy na górach ze lwem przy maleńkim źródle,
Siłą chcąc rozstrzyc, kto z nich wody się napije,
Wreście lew zziajanego odyńca zabije -
Tak Patrokla, co strasznie na Trojan się sroźył,
Dzidą przebiwszy Hektor na placu położył.
Nareście z niego w takiej natrząsa się mowie:
"Więc ty sobie, Patroklu, w dumnej prządłeś głowie,
Że zwalisz mury Troi? Że trojańskie żony
W twardych więzach w achajskie uprowadzisz strony?
Głupi! Daleka od nich służba i niewola:
Dla nich me konie lecą wśród krwawego pola
I ja groźnym oszczepem przywodzę zastępy;
One bezpieczne, ciebie pożrą psy i sępy.
Twój Pelid cię przed smutnym nie zasłonił razem.
Zapewne on cię z takim wysyłał rozkazem:
"Nie pierwej mi, Patroklu, powracaj do nawy,
Aż na piersi Hektora zedrzesz kirys krwawy."
Tak ci mówił, tyś jego słów przypłacił zgubą."
Patroki omdlonym głosem: "Nadymaj się chlubą;
Woli bogów chce człowiek oprzeć się daremnie
Od Jowisza i Feba masz zwycięstwo ze mnie:
Oni mi zdarli zbroję, a tyś życie skrócił.
Takich jak ty dwudziestu dzidą bym wywrócił.
Z nieśmiertelnych do zgonu Feb mnie przysposobił,
Oszczepem zranił Euforb, tyś ostatni dobił.
Ale wyryj me słowa na sercu głęboko:
Światło dzienne niedługo twoje widzi oko,
Nieodzowny cię wyrok z bladą śmiercią goni,
Zgubny dla ciebie oszczep jest w Achilla dłoni."
Domawiał, gdy śmierć blada zamknęła mu wargi.
Poszła dusza, żałosne rozwodząca skargi,
Że ją twarde wyroki rzucić przymusiły
Miłe dla niej siedlisko młodości i siły.
Skonał. Hektor do niego w te rzekł słowa jeszcze:
"Za co mi śmierć rokujesz? Skróć te groźby wieszcze.
I ja oszczepu mego nie ciskam daremnie.
Któż wie, czyli Achilles nie zginie ode mnie!"
Rzekł i nastąpił trupa, i natychmiast z rany,
Nogami go kopnąwszy wyrwał grot miedziany.
Już Automedonowi równym ciosem groził,
Który w polu Achilla biegłą ręką woził,
Ale konie Peleja, bogów dar wspaniały,
Bystrym z niebezpieczeństwa pędem uleciały.