Mity i opowieści w eposach Homera - Odyseja
Scylla i Harybda
zapowiedź Kirki
Dalej są dwie opoki: jednej szczyt się jeży
Aż w niebiosa, a na nim gruby obłok leży,
Co nie znika ni latem, ni czasu jesieni;
I ten szczyt się nie złoci od słońca promieni.
Nań się wdrapać lub zejść zeń nie w ludzkiej to sile,
Choćby kto rąk dwadzieścia, a i nóg miał tyle.
Głaz bowiem jak ociosan, gładki z każdej strony,
We środku ma jaskinię; otwór jej zwrócony
Ku ciemnościom Erebu. Więc ona jaskinię
Okręt twój, Odyseju, niechaj tak ominie,
By z pomostu w ten otwór żadna nie doniosła
Strzała, ciśniona ręką łucznika z rzemiosła.
W tej jamie Skilla siedzi, słychać ją z daleka:
Skomli jakby miot szczeniąt i jak one szczeka.
Okropna to poczwara i nikt jej widoku
Nie zniesie; sam bóg nawet nie dotrzyma kroku.
?ap dwanaście szkaradnych jest u tej bestyi
I sześć szyj wyciągniętych, a na każdej szyi
?eb sprośny; w paszczy zębów trzy rzędy, a przy tem
Gęstych, a chropoczących przeraźliwym zgrzytem.
Zwykle na dnie pieczary leży tułów spory,
A łby tylko wystawia z głębi onej nory
I łapczywie czatując w paszcze swoje chwyta
Delfina, psa i wszystko, co ma Amfitryta
W swoim państwie podwodnym, wszystko, co się zdarzy.
Nie pochlubił się dotąd nikt z tylu żeglarzy,
By nie miał od niej szkody; każda jej paszczeka
Zwykle z łodzi unosi jednego człowieka.
Blisko od niej zobaczysz drugą taką skałę,
Lecz niższą, bo przerzucisz przez nią każdą strzałę.
Jest tam figowe drzewo ze skały zwieszone,
Pod nim groźna Charybda łyka morze słone:
Trzykroć w dzień je wyrzuca, trzykroć wciąga w siebie.
A gdy wciąga, o, niechże nie będzie tam ciebie!
Już by i sam Pozejdon nie mógł cię ratować.
Pamiętaj, Odyseju, łódź swoją sterować
Najbliżej popod Skillę, gdyż większym jest zyskiem
Sześciu ludzi utracić niż zginąć ze wszystkiem"
Skończyła, a jam na to tak jej odpowiedział:
"Boginio, chciej odsłonić prawdę! Niechbym wiedział,
Czy uchodząc Charybdy łakomego gardła,
Mógłbym Skillę ukarać, że moich pożarła?"
Tom mówił, a boginią rzekła tymi słowy:
"Ty byś i Skillę wyzwać na rękę gotowy,
Ty byś się porwał, śmiałku, i na same bogi.
A przecież nieśmiertelnym jest ten potwór srogi:
Nie da on ci się zabić i nic go nie złamie.
Jeden środek uciekać - na nic silne ramię.
Jeśli staniesz pod skałą, by wydać bój Skilli,
Ona sześć łbów powtórnie z czeluści wychyli
I drugich sześciu porwie. Spiesznie więc przepływaj
Koło niej, a boginkę Kratais przyzywaj,
Matkę Skilli, co życie dała tej szkaradzie;
Ta ją wstrzyma i odtąd nie będzie na zdradzie.
przygoda
Minąwszy zatem wyspę, ujrzałem w tej chwili
Jakby dym i wełn wielki łamiący się z grzmotem,
Aż z rąk wiosła wypadły ze strachu i potem
Same biły się z falą, a nawa jak wryta
Wraz stanęła, bo nikt się do wioseł nie chwyta.
Widząc to, cały pomost przebiegłem i mową
Taką cuciłem martwą czeladź okrętową:
"Bracia, tyle już nieszczęść przeszliśmy i znamy!
Nic tu nie ma gorszego jak wtenczas wśród jamy
Kiklopskiej, kiedy kamień zawalił nam wniście.
Jednak stamtąd - pamięta każdy oczywiście -
Jakem wywiódł was głową chytrą a przezorną.
Nuże, chłopcy, co każę, wykonać mi sforno!
Wszyscy niech chwycą wiosła, rzędem zajmą ławy
I wiosłują co siły. Może Zews łaskawy
Sprawi, że nas ucieczka od śmierci uchroni.
Ty zaś, sterniku, który ster nawy masz w dłoni,
Omijaj - a przestrogę wyryj sobie w głębi -
Owe dymy i wiry, gdzie morze się kłębi,
A bierz się popod skałę, bo gdybyś przypadkiem
Skręcił tam, koniec z nami byłby i ze statkiem."
Skończyłem. Oni rozkaz natychmiast spełnili.
Lecz o nieuniknionej nie rzekłem nic Skilli,
Aby drużyna moja, gdyby śmierć spostrzegła,
Zbiwszy się w trwożną kupkę wioseł nie odbiegła.
Już też i ja, niepomny na rozkaz surowy
Dany od Kirki, chciałem na bój być gotowy.
Jakoż zbroję-m wdział na się, dwa oszczepy w obie
Ręce-m wziął i stanąłem na okrętu dziobie,
Pewien, że potwór z skalnej wypadłszy komyszy
Stąd zacznie mi porywać moich towarzyszy.
Lecz nigdziem go nie zoczył, choć w szczelinach skały
Aż do znużenia oczy go moje szukały.
Pod strachem wpłynęliśmy w przesmyk, gdzie szła droga:
Tu nam groziła Skilla, tam Charybda sroga,
Co bezdenna paszczęką słoną wodę żłopie,
A kiedy ja wyrzuca, jak w kotła ukropie
Kipiała ona kołbań i białymi piany
Po szczyt obryzgiwała obu skał tych ściany.
A znów gdy słoną topiel wciągała do gardła,
Skały się trzęsły, kołbań do dna się rozwarła,
Aż widać było mułu czarnego pokłady.
Struchleli na ten widok, przestrach zjął ich blady,
Bo już śmierć nieochybna przed oczami stała.
Wtenczas Skilla wypadłszy sześciu nam porwała
Z nawy, a wszystko chłopcy i silne, i żwawe.
Owóź gdym się obejrzał na druhów i nawę,
Ujrzałem ręce, nogi w powietrzu drgające
Nad sobą i ich głowy na mnie wołające:
"0dysie!" - raz ostatni wyjękli biedacy.
Na brzegu z długą żerdką siedzący rybacy
Rybom zdradliwą pastwę rzucają do toni,
Wbitą na róg wołowy; rybki idą do niej
I trzepoczące na brzeg porwane są wędką -
Z takim oni trzepotem śmigli w otwór prędko,
Gdzie ten smok żreć ich począł, a w najsroższej męce
Krzycząc, do mnie błagalnie wyciągali ręce.
Nigdym okropniejszego nie spotkał widoku
W burzach morskich i w przygód przeróżnych natłoku.