| | | |
|
|
Requiem Aeternam... c.d.(Stanisław Przybyszewski)
wstecz
Stanisław Przybyszewski - REQUIEM AETERNAM... (c.d.)
*
Na dnie mej duszy spoczywa straszna, przerażająca tajemnica, okropne wspomnienie obłąkanej, piekielnej mszy rozpaczy i szału, mszy, w której ma chuć w śmiertelnych kurczach skonała, kiedy po raz ostatni była  i cały mój byt z zawias wyważyła.
A teraz zdradzę straszną tajemnicę, wściekły tryumf epileptycznej chuci, raz jeszcze przeżyję wszystko w takiej potędze, jakby się to było dziś stało, raz jeszcze będę się sycił obłąkaną rozkoszą chwili, w której byłem wampirem i raz jeszcze się stanę przepotężną chucią, co z mózgu mego zrobiła sobie śmieszną zabawkę.
Nie wiem, sen to był czy jawa, nie wiem, czy to był tylko majak jakiegoś urojenia, może odbicie obrazów oddziedziczonych i w głębi mej duszy ukrytych. Linie dnia spływają z linią nocy, nad jasnym południem zawisła krwawa tarcz miesiąca, a w wodzie przepastnej studni widzę na jasnym dniu odbicie miliona gwiazd w północnej ciemni.
Pomnę: siedziałem bez ruchu, stępiały, z pięścią w ustach, by nie krzyczeć, z oczyma dziko wyłupionymi, z strasznie wykrzywioną twarzą: dzikie zwierzę w rozpętaniu dzikich instynktów.
Coś musiałem w sobie zniszczyć, zębami wkąsać się w najtajniejszą głąb mej duszy, głęboko, powoli, coraz głębiej; coś odgryźć, a powoli, powoli, by ból był straszniejszy, dzikszy, okrutniej szy, odgryźć długimi, ostrymi zębami.
Szarpnąłem. Ból, jakby mi ktoś żywe serce z piersi wyrwał.
Teraz byłem prawie wesół. Podałem się z rozkoszą dziwnym majaczeniom.
Wszystkie moje uczucia i myśli rozkołysały się w burzliwy takt jakiejś straszliwie głębokiej, upiornej muzyki z twarzą staromeksykańskiego bóstwa.
Każdy ton był jak kawałek stopionego metalu, co w straszliwym żarze spadał w spektrum mej duszy i tam linię rysował.
Nie słyszałem muzyki, czułem ją tylko dokładnie, jako olbrzymie, nieskończone spektrum, z krzyczącymi pstrymi liniami.
Ich barwa przypominała mi kolor, jakim był obmalowany lew asyryjski w jakimś muzeum.
Dziwiło mnie tylko, że widziałem tak dokładnie ultrafioletowe promienie, ale nie jako barwę, tylko w kształt fali odbitej o skały, zdawała się ustawicznie wracać poprzez szeregi napływających bałwanów.
Widziałem muzykę w palących się pożarną łuną, żgających, wielkich płomieniach barw. Z początku czułem coś jak ogromne ognisko gangreny, tak to wszystko chwilami bolało.
To znowu gasła pożoga, a wtedy uczuwałem, że lecę w jakąś otchłań, zaprzepaszczam się, a wtedy chwytałem rozpacznie naokoło siebie, by się znowu wdrapać w górę.
Tylko tego nie rozumiałem, jak by to coś w mej duszy doszczętnie wyrwać, jak by to zębami uchwycić - tkwiło głęboko, czułem coraz dotkliwiej, a wyrwać to musiałem - to coś, o czym zachowałem niejasne wspomnienie, a przypomnieć sobie nie mogłem, co by to mogło być.
Było zupełnie ciemno; straszna, ciemna, jak czarna kotara gęsta noc, a na szybach łkał i zawodził w sobie skupiony deszcz.
Spektrum w mej duszy rozżarzało się coraz silniej.
Każda kreska dźwiękowa stała się osobnym bólem.
Delikatny, długi rząd z długimi przeźroczystymi palcami i ostrymi szponami.
I każda kreska żgała jak długie, aż do biała rozpalone igły w mój mózg, w regularnych odstępach, a każda wydobywała nowy oddźwięk bólu.
Czasami zdawało się, że igły stały się piszczałkami organowymi, na których w niesłychanych stodwudziestkach wygrywało coś straszliwą symfonię mąk, orgiastyczną kadencją brutalnych delirii bólu.
Wrzasnąłem jak zwierzę, potem zacząłem krzyczeć - silniej jeszcze. Musiałem krzyczeć, zdwoiłem natężenie, jakie mnie krzyk ten piekielny kosztował: cieszyłem się z tego; teraz już umyślnie krzyczałem.
Przytomność na chwilę mnie nie opuściła.
Było, jak gdybym przyłożył długie, delikatne obcążki do zgangrenowanego miejsca, którego zębami uchwycić nie mogłem; a teraz ciągnąłem powoli, powoli - o, to była straszliwa rozkosz.
Tak, tak: trzeba było jeszcze raz po raz gwałtownie podrywać, to więcej jeszcze bolało.
Naraz począłem się trząść na całym ciele, fala ultrafioletu poczęła biec coraz gwałtowniej w dzikich bałwanach wstecz, coś rwało mnie w tył, szarpało, przemocą rzucało, jak gdyby mi silną pięścią straszne razy w piersi wydzielano.
Wiedziałem, co to ma znaczyć, ale nie miałem odwagi o tym myśleć - nie powinienem tego wiedzieć i naturalnie nie wiedziałem - nie, nie, nie!
Podskoczyłem: byłem przecież tak wesoły, tańczyłem i gwizdałem jeden długi, przeciągły ton.
Całą mą duszę skierowałem na niego; wsłuchiwałem się w niego, pieściłem, głaskałem, stworzyłem sobie z niego krajobraz, tak miękki jak szeroki płaszcz utkany z rozkosznych ultrafioletowych promieni; otuliłem się w niego, cały się w nim skryłem; było co prawda trochę smutno, ale to smutek dziecka, kiedy się już wypłacze: tysiąc ocząt figlarnych aniołków poczęły się uśmiechać - chwila, słodka chwila dziecka, gdy się uspokaja.
Było tylko trochę - troszeczkę zimno.
Ryknąłem w obłędzie.
Schwyciła mnie szalona tęsknota za lodowatymi, trupimi rękoma; wściekła tęsknota i chuć przerażająca, potworna. Szumiała, okrążała mnie apokaliptycznymi skrzydły, a musiałem ją przecież zabić, ubezwładnić albo zahipnotyzować, uśpić, pot lał mi się z czoła, zimny, wilgotny pot; miałem to uczucie, jakiego często doznawałem, gdym zimowymi ranka
Wszystko było w porządku w mej głowie.
W agonii mego przestrachu popadłem w jakiś rodzaj fizjologicznego jasnowidzenia, widziałem krew moją, jak w szalonym pędzie biegła przez żyły, widziałem całą gwałtowną pracę w każdej komórce i z przerażeniem czułem, jak rosło szalenie, bezgranicznie w wymiarach nie z tego świata.
Rozdzieliłem się; jak kapitan tonącego statku stałem na szczycie stacji kontrolującej mej świadomości i patrzałem na rozszalałą walkę.
Teraz musiałem się sam do walki wmieszać i instynktownie począłem mówić, bełkotać, bez związku, aby się tylko ogłuszyć.
A z skłębionych, ochrypłych dźwięków mej mowy wysłyszałem szydzące, dzikie okrzyki:
Hu, hu! Jestem ladacznicą Naną, siedzę na MuffacieM, jadę i krzyczę:
Hu, hu! Wio koniku, wio!
I coraz silniej i dokładniej czułem trupie ręce: jak długie kleszcze wysuwały się z jakiejś nory ku mnie, objęły mnie żelaznymi obcęgami i poczęły mną targać, szarpać, rwać - ciało moje to się poddawało, to znowu gwałtownie opierało, wyrywałem się, ale nic nie pomagało. Padłem wznak, to mnie znowu coś na nogi stawiało, i tak krok za krokiem, w strasznych podrzutach, podskokach, w kurczowych wysiłkach, a w końcu w bezsilnym oporze zatoczyłem się do bocznego pokoju.
W ponurym świetle jarzących się gromnic leżał w trumnie trup kobiecy.
Gromnice dogorywały; światło było niespokojne, pryszczało i drżało, i rzucało dziwne cienie na twarz kobiety.
Przykucnąłem, a w rdzeniach włosów poczułem kłucie jak od szpilek na całej głowie.
Było coś w jej twarzy, co mnie przyciągało i do ziemi przykuwało. Na twarzy, grą światła pocentkowanej jak skóra tygrysia, ujrzałem nagle straszną wizję: szeroko rozdziawiona paszczęka grzechotnika, z dziwnie latającym, długim językiem. Słyszałem dokładnie jadowity syk - a może ja sam syczałem.
Przypadłem do ziemi jak zwierzę na śmierć zranione; chciałem się sam w siebie przepaść, chciałem się pod ziemię skryć - ale oczu oderwać nie mogłem: musiałem patrzeć.
Połączenie pomiędzy trupem a mną było tak silne, że czułem, jak mi potężne galwaniczne strumienie wyżerały oczy, z krtani mej rwały się zwierzęce ryki, w strasznej męce, w potwornych porodach.
Usta moje ułożyły się w dziwny sposób, począłem parskać, wiedziałem, że naśladuję trupa.
To gazy pośmiertne, krzyknęło coś we mnie.
Nie, nie! ona mówi - mówi - mówi - Boże ukrzyżowany - rzeczywiście mówi.
I mówiła.
I w tej samej chwili padłem omdlały na ziemię.
Słyszałem jej głos, płynący ku mnie z nieziemskich oddali.
Siedziałem z nią w jakiejś kawiarni, gdzieś w kącie, w przytłumionym świetle.
- Boże, Boże, jak ja Cię kocham. Wszystko, wszystko kocham u Ciebie, Twoje powłóczyste, zmęczone spojrzenia, Twoje wytworne ruchy, Twoje nogi arystokratyczne i Twoje ręce, takie inteligentne, długie i wąskie ręce.
O, Twoje usta kocham i Twoje czoło - wszystko, wszystko.
A kiedy grasz, to masz czasami takie wściekłe uderzenia. Rzucasz rękę na klawisze z taką mocą i zaciekłością, jakby w nich tkwiło to wszystko, co w Tobie zamiera.
Tylko włosy zawsze w nieporządku - musisz je szczotkować.
Spojrzała na mnie z figlarnym uśmiechem, ale ja byłem zmęczony, syty i wstręt przegryzał mi duszę.
- Co ci jest - spytała nagle.
- Nic!
Patrzała na mnie wylęknionymi oczyma i przytuliła się do mnie.
- Kochasz mnie - pytała i przesuwała lekko swą piękną rękę po mej głowie.
- Może być; nie wiem. Odsunąłem z wolna moje krzesełko. Patrzała na mnie z tym samym przerażeniem i przestrachem, z jakim patrzał na mnie mój stary pies, gdym go i musiał zabić.
Oparłem głowę na rękach, patrzałem w szklankę, by nie potrzebować spotykać się z jej oczami.
Widzisz, jeżeli ktoś jest tak zdegenerowany i chory, jak ja, to nie wie nigdy, co się z nim dzieje. Stany duszy zmie j nią j ą się z przerażającą szybkością, popadają z jednej krańcowości w drugą. Co teraz miłością, za chwilę przemienia się w obrzydzenie i nienawiść.
Chciałem na nią spojrzeć, ale nie miałem odwagi.
-Ty!
- Co?
Dźwięk jej głosu był w tej chwili zgrzyt pękniętego dzwonu.
- Jesteś przecież rozsądna, nie jesteś dzieckiem, mogę Ci przecież wszystko powiedzieć.
Milczała.
Pamiętasz Sonatę Kreutzera Tołstoja? To, co mówi o tym wstręcie i płciowej nienawiści - rozumiesz mnie?
Czułem, jak drżała na całym ciele, wyprężyła się, a potem nagle opadła.
I teraz stałem się brutalnym parobkiem.
Pastwiłem się nad nią z dziką, krzyczącą rozkoszą kata.
- Męczę się, od samego początku się męczyłem. Pamiętasz, jak pierwszą noc pozostałaś u mnie i strasznie zmęczona natychmiast usnęłaś? Wiesz, com wtedy robił Boże najdroższy - ciało Twoje było mi tak obojętne, tak obojętne - wstałem i zacząłem robić z Tobą eksperymenty snu. Wziąłem dzbanek wody i począłem ją lać do miednicy. Ciekaw byłem, co będziesz śnić. Lałem coraz silniej, aż się przelękniona obudziłaś. Pytałem Ci się czule, coś śniła, i cieszyłem się, że mózg Twój z taką dokładnością odpowiada na podrażnienia zewnętrzne.
Pamiętasz? Śniłaś, że w Twoim mieście rodzinnym wybuchł ogień i Ze wszech stron zlatują się ludzie z fasami i kubełkami, by ogień gasić.
Jej spojrzenie czułem teraz cieleśnie na całej skórze - straszne, na śmierć gotowe spojrzenie.
Teraz nadeszła chwila ostatniego ciosu.
- Trudno, nie mogłaś mi dać szczęścia, a teraz, teraz... Słuchaj, wiem, że jestem brutalny, ale nie mogę dłużej żyć z Tobą, stałaś mi się ciężarem...
W tej samej chwili zniknęła za kotarą przy wyjściu.
Opadłem ze sił i patrzałem bezmyślnie w szklankę...
A więc poszła, poszła...
Poczęło widnieć w mej głowie.
Zdjął mnie straszny lęk, przeraźliwy strach; zerwałem się, by biec i szukać ją...
I w tej samej chwili oprzytomniałem, znowu ujrzałem trumnę, wizja prysła.
Na trumnie leżał trup kobiecy.
Chwilę szukałem przyczynowego związku między trumną a sceną w kawiarni; na próżno.
Tylko rosnący, pieniący się lęk połączony z straszliwą tęsknotą, pragnącą, dziką tęsknotą za tą, co, ot, tu martwa leżała.
A martwa twarz mówiła obłąkaną mową gromnicznego, niespokojnego światła i patrzała na mnie lubieżnymi, przymrużonymi oczyma.
I coraz gwałtowniej rwało się we mnie pożądanie hieny, a w strasznej potędze wyzwalającej się bestii zmógł się mój mózg.
Wiedziałem teraz, że muszę się jej dotknąć, czekałem tylko sankcji mózgu.
I mózg ulitował się nade mną.
Przypomniałem sobie nagle, że podług starego podania odbija i utrwala się na martwej źrenicy ostatnia walka przedśmiertna.
Otóż to to, to, to, co widzieć musiałem, straszną zagadkę życia na dnie martwego oka, piekielną noc poślubną, w której życie z śmiercią się parzy.
Miałem tylko tę jedną myśl, co wybiegła poza mój mózg, ostrym końcem wwierciła się w martwe oko i tam na jego dnie połączyła się z drugim biegunem; połączenie było dokonane. W oczach moich pryskały iskry; trzeszczące, zielone iskry elektrycznego światła.
Druty połączenia spopielały się na końcach, skracały się coraz więcej, musiałem się przysuwać.
Coraz bliżej; jak pantera czołgałem się ku trumnie - teraz już stałem tuż, tuż przy niej.
Drżącymi, dyszącymi palcami starałem się podnieść powieki; drżałem i latałem na całym ciele; straszliwy, wykrzywiony uśmiech ohydnej lubieży przeczołgał się po jej twarzy.
A nagle począłem skrzętnie pracować. Podniosłem wreszcie powiekę, ale palce moje zsunęły się po twarzy, błąkały się po niej, zdjął mnie paroksyzm gorączki, pracowałem obcymi rękoma, miałem uczucie, że głowa mi się oderwała i wyleciała za okno, śmiałem się i krzyczałem, a wyrazy moje odbijały się od ściany i zasypywały mnie gradem kamieni - całowałem jej twarz, kąsałem ją, wssałem się w jej ciało i nagle wgryzłem się wściekłymi zębami, z krwawą pianą na ustach, w jej pierś.
Szarpałem, gryzłem trupie ciało, straszliwy śmiech, w którym się każdy nerw w konwulsjach bólu szarpał i kurczył, rozpierał mi piersi - a naraz potoczyłem się i padłem wznak.
Stało się coś straszliwego
Umarła kobieta powstała w trumnie w upiornym majestacie i z szerokim ruchem rąk uderzyła mnie z gwałtowną, przerażającą siłą obydwiema pięściami w piersi.
Odleciałem daleko - bez przytomności.
*
Zewnątrz stało się wnętrzem, jawa .- snem, rozkosz - obrzydłym jadem, a ból wstrętną pijawką, co się do serca przypiła i krew z niego wysysa.
A Ty? Gdzie jesteś? Żyjesz jeszcze? Umarłaś?Nie wiem. W mózgu moim pełno przerw i tam, a pomiędzy pojedynczymi, świadomymi stanami braknie połączenia przyczynowego.
A zresztą - to wszystko drobnostka, rzecz nic nie znacząca.
Teraz jedno mnie tylko obchodzi. Cóż teraz?
Ale rzeczywiście, z całą straszną grozą powagi i pewności śmierci, pytam się: cóż teraz?
A jeżeli Bóg rzeczywiście istnieje? Jeżeli dusza rzeczywiście nieśmiertelna, a w jednym kościele katolickim można naprawdę osięgnąć zbawienie?
Ale brak mi wiary, wiary, wiary.
Wiara w Charcota i w boskie dopuszczenie przy opętaniu.
Wiara w Kant-Laplace i Darwina, a równocześnie w stworzenie świata w siedmiu dniach.
Wiara w bóstwo Chrystusa i w bluźnierstwa Sftraussa lub Renana .
Wiara w Niepokalane Poczęcie Marii Panny i w najpierwotniejsze fakta embriologii.
Nie! to nie da się połączyć!
Nie ma ratunku!
Wstręt i obrzydzenie...
Gdyby dwa ogniska gangreny wżerały się coraz bliżej ku sobie - moja bezsiła, niewiara i to straszne obrzydzenie ku wszystkiemu i wszystkim, a teraz złączyły się w swym ropiącym się dziele zniszczenia.
Gdyby podziemne źródła, powstałe z ustawicznej ulewy, przesiąkają bezustannie najgłębsze pokłady mej duszy, rozsadzają i kruszą je.
Jak brutalne światło skwarnego lata zatruwają mi pokarm ziemi, w której tkwię, z której siłę moją czerpię, wysuszają i rozsadzają chlorofil we wszystkim, co z tej ziemi bujnym kwieciem wytrysło.
I tak zmieniło złoto swą wartość na miedź, rozprysły wszystkie nadzieje, myśli i uczucia straciły swoje napięcie, stały się prostymi odruchami; pełen szczęścia i rozkoszy świat rzeczy stał się niepewnym, bezistotnym symbolem, szarą mgłą, nachuchaną na szklistą szybę - a Ty, ach, Ty stałaś się piekielną córką, szatańską Lilith z głową Sfinksa, bujną grzywą włosów, co ci głęboko w czoło wrastają, i z delikatnymi, szlachetnymi rysami mej matki.
I chwyciłaś mnie w Twe ramiona, spętałaś mnie ciężkimi zwojami Twoich włosów, jedną ręką zerwałaś gwiazdę, że spadła i z sykiem zatonęła w Cichym Oceanie, drugą zdajesz się chwytać krańce ziemskiego globu, by mnie ponieść w kosmiczną nieskończoność, gdzie przestrzeń staje się głupim urojeniem, a czas sam siebie w ogon gryzie, bo się rozpostrzeć nie może.
I objąłem żelaznymi kleszczami Twoją szyję, wssałem się rozpalonymi ustami w Twoją pierś dziewiczą i piję z Twoich żył mleko matczyne z krwią zmięszane.
O, ponieś mnie, ponieś, gdzie roztrzaskane światy błądzą samotnie i same o siebie się roztrzaskują.
O, ponieś mnie, ponieś, gdzie gęste snopy gwiezdnych promieni w dół spływają, gdyby struny o siebie trącają i z nieskończenie cichą, drżącą gdyby pierze edredonoweT, miękką harmonią świat cały zapełniają -
Ponieś na jakiś punkt, gdzie siły przyciągające wszystkich słońc się znoszą, a ja stracę i ciężar, i wagę, i wszystkie stosunki od czasu, przestrzeni i środka -
Och, ponieś, ponieś z skrzydły krzyczącymi radosne fanfary, skrzydły, co w dzikiej tęsknocie rwą się ku gwiazdom, ponieś tam, gdzie cała ma wielkość skurczy się w maleńki, głupi atom -
Gdzieś w bezatmosferyczne światy, gdzie kształty moje stopnieją jak młody śnieg na południowym słońcu, gdzie się z wszechświatem zleję i jak lejąca się lawa meteora w kosmiczny ocean spłynę:
Rwij, szarp, nieś na przekór głupiemu prawu ciężaru i materii -
Ponieś na rozkołysane morze rytmów eteru -
Na jakąś gwiazdę o miliardy lat od ziemi odległą, gdzie mógłbym spocząć, a tysiące stuleci nie dłużę] żyć jak jeden moment, a oddalenie od ziemi nie dalej jak ostrze dogmatu o protoplazmie, ostrze, na którym gdyby ite rożnie ziemię nasadzę i w słońce rzucę, by się tam z swego kału oczyścić mogła i zbawić w złotym nic słonecznym.
Ale nawet tego nie zdoła - nawet w żarach słońca pozostanie plamą błota.
Tylko nieś, szarp, rzuć poprzez wszystkie krańce, bym sam siebie niszczyć nie potrzebował.
Jak blask światła połamany przez tysiąc szkieł, odrzucony od tysiąca zwierciadeł, chcę powrócić do pierwotnej idei, z której powstałem.
Jak promień słońca, co padł na błotną ulicę i syty, i pijany jej brudnym ciepłem, chcę powrócić do prasłońca, co mnie tu wysłało, by sobie i ludziom przynieść szczęście i radość, i wielki Pokój...
Tylko nie z powrotem do ziemi jako marny żer dla robactwa, do wstrętnej, ohydnej kopulacji anorganicznych i organicznych pierwiastków, do nowego, piekielnego życia poprzez szereg głupiego rozwoju.
Jakież to straszne!
A jednak - stać się musi. Boć tak mi stało napisane.
*
Teraz rozpoczyna się agonia - koniec nadchodzi.
Jakżeż to było?
Leżałem w łóżku; a w tyle głowy czułem jak gwoźdźmi przybitą, nieskończenie szeroką świadomość, że teraz muszę koniec zrobić.
Było, jakby w głowie mej kołował jakiś poplątany węzeł, wirował coraz silniej, zataczał coraz wścieklejszy kręgi w strasznym pragnieniu, by się rozplatać i rozwinąć w długie, delikatne nitki myśli.
A potem naraz jak dzika fala przypływu w drganiach konwulsji, a poprzez nią wężykowata linia chorego niepokoju, co się ku górze wiła, coraz gęstsza, czarniejsza, coraz szybsza i niespokojniejsza, aż naraz uczułem jakąś dziką gonitwę, szum, jak gdyby tabun złych duchów powietrze przerywał, i jakiś nadludzki strach śmierci, w którym mózg pęka, pragnie sam przed sobą uciec, i, jak popękany pierścień zapadającego się świata, obtańczyć słońce olbrzymimi kręgi w opętanej taranteli.
I znowu cisza.
Cicha, miękka, letnia błogość. Upojona rozkosz, co się kołysała na ciemnoniebieskiej, zwiewnym złotem obszytej toni.
Zgrzyt, piekło, wybuch tysiąca gejzerów.
W głowie rozszalał się obłąkany taniec Wita, i gdyby obcą siłą gwałtownie poderwany, stanąłem wyprężony jak w skurczu.
Czułem, że mięśnie twarzy boleśnie się skurczyły, tak że czułem głębokie kłucie rozpalonych szpilek, a szeroką męką rozwarte oczy zdawały się z orbit wypływać:
Stałem w rogu pokoju z rewolwerem przy skroni i dyszałem.
Nie rób tego, nie rób tego! nie, nie! Na Boga nie! tylko tego nie!
Odetchnąłem głęboko:
Boże, jakżeż można się tak przerazić, to przecież nie ja, i to czarny paletot, co wisiał w rogu, na ścianie.
Wyciągnąłem się znowu w łóżku, strasznie wyczerpany, objąłem głowę obiema rękoma, znowu siadłem, przycisnąłem dłonie z taką siłą do skroni, że jeszcze ból uczuwam.
Jakieś nieświadome, głupie skojarzenia myśli przewłóczyły się po mej głowie - owa groźna fala przypływu rozbiła, skropliła się w pojedyncze perły, co się wydłużały, jak gdyby kazano im przeciekać przez jakiś cieniuteńki otwór, widziałem krople w długich sznurach, co się raz po raz urywały - raz - dwa - trzy - cztery... a za każdą rażą słyszałem, jak się rozbijały gdzieś w głębi o jakąś szklistą toń.
Jedno tylko rozlewało się błyskawicą poprzez czarną noc spienionych fal myśli:
Nie zrobisz tego!
A myśl ta poczęła łowić i wędki zastawiać w błotnistej sadzawce, wabiła tak długo, aż inna myśl wędkę pochwyciła.
Tak, a potem - potem właśnie to zrobisz!
I obydwie myśli zbliżały się coraz ku sobie, objęły się, siadły jak żmije wyprężone na ogonach, prężyły się coraz wyżej, splotły się - i patrzały długo z łepkami w tył wy . giętymi na siebie - patrzały długo, przenikliwie, a potem rozśmiały się cicho ku sobie.
Spełniło się to, co mi było przeznaczonym.
Tak będę stał, tak pistolet przyłożę do skroni i tak, zupełnie tak będę krzyczał i dyszał - nie zrobisz tego! nie zrobisz tego! - a równocześnie jedno pociągnięcie: straszne
światło sądu ostatecznego zatańczy mi w oczach - teraz posłyszę huk, gdyby grzmot walącego się łańcucha skał w bezdenne przepaści:
Stało się.
Drżałem na ciele jak osika, serce chciało klatkę piersiową rozbić, a w skroniach biła krew o moje dłonie w dzikich podrywach i szałach.
Niepokój wzrastał, straszliwy lęk rozszarpywał doreszty kłębek mych myśli, rozstrzępiał ich związki i połączenia gdyby nasienny pył jesiennych kwiatów na wszystkie strony, coś mnie wgniatało przemocą w poduszki, kurczyłem i giąłem się, by nie ulec temu pchaniu, i nagle zerwałem się i znowu - całkiem z sił opadłem. Wkucnąłem w siebie.
Oczy wlepiłem w podłogę bezmyślny, oszołomiony straszną pustką i nocą.
To tylko wiedziałem, ze muszę coś wreszcie załatwić, coś do końca przemyśleć, coś, przed czym miałem śmiertelny strach.
I nagle chwyciłem oburącz krawędź łóżka: na podłodze czołgała się rozwiewna jaśń światła.
Przerażenie było tak okropne, że na chwilę straciłem przytomność.
Kiedym przyszedł do siebie, zrozumiałem, że prawdopodobnie zapalono lampę w domu przeciwległej ulicy.
I rozbiegło się po mnie uczucie nieskończonego ukojenia; byłem prawie wesół. ^
Ale naraz pomyślałem, że dlatego jestem tak zadowolony, bo ten szeroki promień światła odwrócił i rozprószył moją uwagę, którą przecież na czym innym, na czymś nieskończenie strasznym skupić miałem.
Zimny pot wystąpił mi na czoło; wiedziałem, że od nowa muszę się tej strasznej męce poddać i ta pewność wżerała się ostrym, trującym językiem w mój mózg.
Teraz siadłem znękany na krawędzi łóżka, pochyliłem głowę zbolałą, ująłem ją w dłonie i myślałem, myślałem.
Uczułem bezmierną litość nad sobą samym. Gorące, wielkie łzy ściekały mi z oczu. Wtedy nie wiedziałem, że płaczę - ach, cóż mnie wtedy to obchodzić mogło.
Nie płakałem łez wyzwolenia, płakałem pogrzebowym śpiewem indyjskiego kacyka, co własny grób opłakuje.
Nie wiem, jak długo tak siedziałem.
Gdym ocknął, uczułem ziębiący lodowaty ból.
Więc stałem w pośrodku pokoju i szukałem czegoś.
Aha! Papierosa.
Zdawało mi się, że wszystko minęło.
Zapaliłem papierosa, ubrałem się, otwarłem okno i stałem długo przy oknie w nieziemskim, majestatycznym spokoju.
Nie myślałem o niczym, wyprężałem się tylko coraz wyżej, rosłem, potężniałem w straszliwym majestacie mego spokoju i ciszy, w groźnym, ponurym, przemożnym pragnieniu śmierci.
Jakieś dalekie wspomnienie prześlizgło się cichym jaśnieniem przez moją głowę.
Ujrzałem się naraz w kościele wiejskim. Ponury półzmrok. Gromnice jarzyły się tępym blaskiem jak płonące oczy, co na próżno starały się przedrzeć woniejące mgły kadzidła, co z trybularza w szerokich pasmach płynęły ku monstrancji. Wżerały się do połowy w gęste tumany, a potem rozlewały się i syciły mgły kadzideł jasnym złotem, tak jak pierwsze promienie słońca sycą blaskiem opary powstające z dymiących się łąk jesiennych.
Zaraźliwa choroba wyniszczyła połowę ludnościS i co wieczór zbierał się lud w kościele, rzucał się na krzyż i ryczał, i wył w śmiertelnych potach trwogi i rozpaczy:
"Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas, Panie" .
A pieśń rwała się dzikim rykiem, co serce wśród bolesnych drgań z ciała wyszarpywał, to znowu w bełkoczących jękach, co wszelkie słowo w krtani dławią, to znowu w stekach i rozpacznych krzykach, że żyły w mózgu pękały - i pieśń przestała być pieśnią, stała się piekielnym pragnieniem życia, olbrzymią lawiną rozpostartą na nieskończonym obszarze, co się lada chwilę stoczyć miała - stała się chmurą, co już, już się obrywała i cały świat potopem zalać miała.
A w tym cielesnym straszliwym refrenie "Wybaw nas, Panie!" jęczały dzwony, ryczały strachem wielkiego sądu organy i zwierzęce rżenie konających, i przerażony krzyk dzieci - włosy dębem stawały i mózg się mącił, kirem obłędu się zakrywał.
A naraz straszny ryk płaczu, płaczu obłąkanej rozpaczy i przeraźliwej grozy - ręce gdyby las szkieletów podrzucały się ku ołtarzowi - lud rzucał się, szalał w konwulsjach płaczu, bił się pięśćmi w piersi, walił czołem o posadzkę i krzyczał bezustannie:
Wybaw nas, Panie!
A gdy stary siwy kapłan objął ołtarz obiema rękoma, kiedy straszny kurcz płaczu rzucał go na wszystkie strony, kiedy on, który z pogardą patrzał na oprawców, co go w powstaniu żywcem zakopać chcieli, jęczał i bełkotał ku Bogu w obłąkanym śmiechu - wtedy naród oszalał.
Słyszę tylko dziki ryk, szatański skowyt, jakby się całe piekło rozpętało.
Zdjęła mnie straszna groza przed tą bolesną, przerażającą chucią ku życiu, groza przed tym konwulsyjnym strachem śmierci i bezmyślnie, w febrycznych drganiach powtarzałem bezustannie:
Wybaw nas, Panie!
A ponad ludem tronował anioł śmierci z błędnym uśmiechem na ustach, straszny i okrutny, i znaczył tych, co umrzeć mieli, swym płomienistym mieczem.
Czyż i ja byłem pomiędzy nimi?
A z mej krtani rwie się przemocą, bolesne, żarliwe, ostatnią iskrą życia drgające:
Wybaw nas, Panie!
Pomnę: znowu przebłyskujące wspomnienia:
"Patrzę na niebo, a niebo ciche, patrzę na ziemię, a ziemia śpi"...
Śpi ziemia, niebo tak ciche i tak głębokie, i tak gwiazdami obsiane...
Niewypowiedziana cisza ujęła me serce w swe chłodne dłonie - cisza grobów i szerokich, zadumanych smętarzy.
Była chwila, kiedy niewidzialne ręce pomazańca Bożego wyjęły Przenajświętszy Sakrament z Tabernaculum wszechnatury i pokazały go światu całemu. A świat padł na oblicze swoje w grozie i strachu: pełen oczekiwania, drżący i świętą czcią przejęty czuł, że nadchodzi tajemna chwila, w której chleb w ciało, a wino w krew się przemieni.
Teraz powinny zadzwonić dzwonki w długich odstępach po trzykroć razy, teraz powinien rozbiec się żarliwy szmer przygłuszonego nabożeństwa, co serca ludu rozpiera, drżenie cudu przeniknąć świat cały, jak gdyby miliony w piersi się uderzały:
Sanctus, Sanctus, Sanctus!
l ziemia cicha, niebo zieje strumienie srebrnego światła gwiazd i wszystko spoczywa w kornej, głuchej ciszy, bo Ja, Pan, który wszystko z siebie wyłonił - Ja, Pomazaniec, Ja, Arcypasterz przyjmuję ostatnią świętą komunię.
Głęboka błogość, niebieska błogość świtów i przeczuć przyszłego życia rozlała się świętym strumieniem w mych żyłach; czułem, że skrzydła mi wyrastają, że się rozpościerają gdyby dwa olbrzymie żagle, że rwą się do lotu; pienie oswobodzenia i tęsknoty za wieczną przyszłością wytrysnęło z mej piersi - byłem szczęśliwy jak słońce południa, gdy się morzem światła na niebieskie morze oceanu położy i doń się przytuli - a otóż nagle schwycił mnie obłęd w swe upiorne szpony - obłęd, z którym tak długo walczyłem.
Noc dławiła, dusiła dzień w śmiertelnych, miażdżących uściskach, krwawą czerwień zmartwychpowstania zalewała szatańska czerń potępienia.
Strach i groza prężą się gdyby dwa węże w sól przemienione, pnące się z odętymi cielskami ku straszliwej Sodomie nieba.
W oczach moich prysnął grad deszczu siarczanegó. Szeroka, płomienna bruzda rozdarła niebo na dwoje, jakieś słońce zagasło, spurpurowiało jak czarna, zgangrenowana rana - drży, trzęsie, obrywa się, spada i rwie za sobą cały łańcuch gwiazd.
A z rozdartego nieba widzę w obłokach siarki i ognistej lawy rozpustną twarz z przymkniętymi, mrugającymi oczyma; usta otwarte jak w krzyku najwyższej lubieży, a włosy rozwarkoczone poprzez niebo jak wściekłe komety ogniste.
A z rozdartego nieba wydzierają się kobiece ręce, straszne, bezcielesne, ręce, co ku mnie się wyciągają.
I z rozdartego nieba wyrasta apokaliptyczna nierządnica - okrąża mnie w szerokich kołach - już chwyta, obejmuje mnie; wyrywam się, padam na ziemię, walczę, szarpię się z nią - piana krwi burzy się na moich ustach:
Astarte!
Przyszła po swoją ofiarę:
Ta, która się upaja najstraszliwszymi męki.
Ta, co kazała Onanowi szukać nowej orgii płciowej, by go oddać na pastwę strasznej śmierci ukamienowania.
Ta, co wiemy lud poprowadziła do wyzwolenia świętego grobu, by mu za nagrodę owieńczyć czoło męczenniczą koroną syfilitycznych wrzodów .
"Ta, co wysysa samicę mężowi z krwi i Tzuca go w sodomicznej chuci na męża -
Ta, która silniejszą jest od porządku rzeczy, bo przewraca wszystkie instynkty i maże swe oblicze kazirodczym nasieniem -
Astarte, Szatanie!
Na moich ustach czuję Twój lodowaty, z rozpusty spłodzony pocałunek śmierci - ^
Tak! jestem śmierci poświęcony.
Duszo, Ty moja silna, wielka duszo, coś mi mą płeć pożarła, gdzież jesteś teraz?
Mózgu, ty biedny, chory mózgu, coś się miał stać moim bogiem, moim ojcem, gdzieżeś się ukrył, teraz kiedy na Golgothę i krzyż idę, w jakąś norę się wczołgał?
Jak czarna głucha plama wisi słońce przylepione na niebie...
Eli, Eli lamma sabacthani...
*
Przez okna moje wpływa strumień żądnego, parnego gorąca, płodzącego szału nocy, rozpustnego krzyku mężczyzn, co na ulicach samiczki nawołują.
Widzę całą naturę jako apokaliptyczną apoteozę wiecznie drgającego phallosa, co w brutalnej, bezgranicznej rozrzutności leje nasienne strumienie na świat cały..
Na mym biurku wazon z kwiatami, których całe życie rozgrywa się w płci; z bezwstydną niewinnością pną się ku zapładniającemu nasieniu.
Czuję lubieżne drgania tworzenia, słyszę bełkoczące szepty miłosne ziemi - hermaphrodyty, świętej, samczej dziewicy, otulonej w ślubne zwoje nocy.
A jak bogato obsiana złotymi plemnikami. Jak ciemna jest i głęboka!
Ale ponad tym bezwstydem chuci i żądz, ponad tą potworną apokalipsą płciowości, tą szatańską ewangelią zmysłów - wysoko ponad zapładnianiem i rodzeniem, oksydacją i redukcją zatronował mój wyniosły, głęboki, królewski spokój bezpłodu.
Natura się wyczerpuje; już oszczędza. Już nie może tak się rozrzucać jak ongi, kiedy się jeszcze żadne oko ludzkie nie rozkoszowało obłąkańczym przepychem flory z okresu węgla kamiennego , fauny czasu kredowego ; teraz pracuje, jak to biedne robactwo ludzkie - po ludzku, chciwie i ostrożnie według prawa najmniejszego zużycia sił.
Nie tworzy już ichtiosaurów ani ichtiodontów, nie tworzy ani stygmarii, ani lepidodendronów. Biedne, śmieszne zwierzęta, co w trzodzie żyją - to cały jej płód; wyczerpuje się w mikrokosmie, w bakteriach na to tylko, by stoczyły i pożarły jej marny twór - aż ziemi pędzi w górę chore kwiaty, w które na uwiąd starczy chora ziemia wpluwa truciznę.
Ponad tą nędzą, nad tą oszczędnością i skąpstwem, ponad tą całą filisterską biedotą panuje wolna, nieokiełznana, rozrzutna, jak obłoki gazu rozlewna,
moja wielka, pańska dusza w całej potędze swej niepłodności.
I dlatego zginąć musi, bo jest za wielka i święta, i królewska, aby się łączyć z nędzną plebejuszowską płcią i płodzić dzieci - znowuż według prawa najmniejszego wysiłku.
Ponad całym światem, ponad tą śmieszną gonitwą za nową orgią chuci, by się w coraz to nowych formach rozwoju objawić - ponad ohydnym okrucieństwem płci, co człowieka z gęsią skojarza -
ponad zbrodniczą niesumiennością BogaNatury, co ludzi tworzy na to, by w rozpacznym obłędzie zawodzili opętany taniec bytu -
ponad tym wszystkim panuje moja wolna, bezpłodna dusza z swym spokojem, bezpoczątkowej wieczności.
Ona, święty zwyciężony zwycięzca -
Ona, wszystko obejmująca, początek i koniec.
Ona, najwyższy, najpotężniejszy wyraz mego rodu.
Ona, co umrzeć musi, bo sama tego pragnie, bo nie może żyć w wstręcie i ohydzie, bo tęskni za czystością wyzwolenia.
I idę.
A ty bądź mi zdrowa.
Zniknęłaś z mego mózgu, wyrwałem Cię z mego serca.
Miałaś być mistyczną syntezą, w której pan i chłop we mnie mieli spocząć w bratnim uścisku, miałaś zebrać i skupić moje najtajniejsze siły płciowe i spotęgować je w pragnieniu nowej przyszłości -
miałaś zlepić to, co od początku było we mnie złamane, żelazny rdzeń wbić w krzyż pacierzowy mego bytu -
najdelikatniejsze struny miałaś we mnie potrącać, w których może drżał kawałek duszy w ślubnym uścisku z moją płcią.
Tego wszystkiego nie zdołałaś i dusza ma Cię odtrąciła.
Ale teraz: w tej wielkiej chwili, w której się może z Tobą połączę i w jedno zleję,
teraz, ukochana moja, położę głowę na Twym łonie, będę całował Twoje długie, piękne ręce - u Twych stóp rzucam krwawy ciężar mego panowania ponad światem i wszystkim jego płodem -
teraz daję Ci moją duszę z powrotem.
Ty moja ukochana, oblubienico śmierci, Ty ukochana całą bezgraniczną głębią mej pustki.
Słyszę coś, co jest głębokie jak świat, ciemne jak noc, a panuje ponad wszelkim bytem.
To tęsknota za tą syntezą, której rozkosze wywyższyły mnie nad wszystkich ludzi - syntezą, którą na próżno przez Ciebie osięgnąć pragnąłem. I weź, weź moją duszę, niech się rozleje w kształtach Twego ducha i powróci razem do praidei, z której Ja Ciebie stworzyłem.
Zimny dreszcz poranny czołga się po mym ciele:
Nadszedł już mój czas.
A gdy wzejdzie młody, czysty, święty dzień ponad ślubnym łożem natury, ten biały młody dzień, który Ja, władca bytu, Ja, w którym i przez którego wszystko istnieje - wtedy mnie już nie będzie.
Wsteczna metamorfoza może się rozpocząć...
Zielone Świątki 93
|
|