Login:
Hasło:
zapomniałem hasło
zarejestruj się
skórka:
Baza Wiedzy

Przedwiośnie - Nawłoć V (Stefan Żeromski)

wstecz

Stefan Żeromski - Przedwiośnie


Nawłoć (c.d.)


Jednego z ostatnich dni listopada, wróciwszy po całodziennej nieobecności do Nawłoci z miasteczka Śnieguły, dokąd jeździł z Hipolitem, Cezary zastał na stole w swoim pokoju kartkę od księdza Anastazego, napisaną ołówkiem, wielkimi literami, tej osnowy: "Przychodź natychmiast do pokoju Karoliny! Anastazy". Zanim Cezary mógł się zorientować, co to znaczy, i zanim zdążył ręce obmyć po drodze, drzwi się otworzyły i nie wszedł, lecz wtargnął do pokoju ksiądz Anastazy w komży i stule. Cezary żachnął się i na chwilę oniemiał.
- Chodź żywo! - krzyknął ksiądz.
- Co to wszystko znaczy? - sarknął młody człowiek.
- Do pokoju Karoliny! Słyszysz!
Ksiądz rozkazywał. Łkając. Chwycił despotycznym gestem rękę Cezarego i pociągnął go brutalnie. Cezary wyrwał rękę i uniósł się:
- Proszę mię zostawić! Nie jestem parafianinem księdza.
- Natychmiast! Rusz się! Karolina umiera!
- Cóż to znowu?
- Umiera! To złote dziecko! Pragnęła cię widzieć przed śmiercią. O to jedno błaga i błaga. Ruszaj, bo możemy jej nie zastać!
Ksiądz Anastazy głośno, bezradnie zaszlochał. Cezary był tak oszołomiony, że wybiegł z pokoju bez czapki, razem z księdzem, nie myśląc o tym, co robi. Gdy się jeden przez drugiego przepychali we drzwiach i pędzili przez park, Cezary dopytywał się nie mogąc tchu złapać:
- Co się stało? Skąd? Co takiego?
- Siebie się pytaj!
- Co ksiądz pleciesz!
- Siebie się pytaj! Słuchałem jej ostatniej spowiedzi. Rozumiesz? Milczę. Lecz ty - bij się w piersi!
- Milczże ksiądz zupełnie!
- Boże, bądź miłościw!...
Na stopniach ganku stał Hipolit. Łamał ręce i tłukł głową o słup ganku. Właśnie w tej chwili wpadły przed ganek konie, gniada para cugowa, cała tak w pianach, że maści tych przepysznych koni nie było widać. Jędrek nie mógł powstrzymać koni lecących w skok, co siły w kościach i mięśniach. Bryczka oparła się aż między drzewami parku. Wyskoczył z niej młody lekarz, chirurg z miasta. Nie witając się z nikim, w kapeluszu i paltocie, z pudełkiem narzędzi pod pachą pobiegł za Hipolitem przez sienie i pokoje. Za nimi dopiero szedł ksiądz i Cezary. Z dala, z trzeciego pokoju, słychać było jęki rozpaczliwe, istny ryk Karoliny wijącej się w boleściach. We drzwiach jej pokoju tłoczyły się ciotki, pani Wielosławska, służące, Maciejunio, Wojciunio, dwórki, żona ekonoma, baby fornali. Wszystko to bełkotało, biegało, coś przynosiło i wynosiło, radziło i płakało. Najtrzeźwiejszy był Maciejunio, który wciąż coś dźwigał i wszystkich uspokajał.
Cezary jego pociągnął za ramię i spytał szeptem:
- Co się stało?
- Panienka zaniemogła.
- Co jej jest?
- Straszne boleści.
- Żołądkowe?
- Nie. To coś złego.
Nachylił się do ucha Baryki i stanowczo wyszeptał:
- To mi wygląda na otrucie.
- Sama miałaby się otruć?
- Tego nie wiem. Przyszła z ogrodu z krzykiem. I oto tak się wije już z godzinę czasu.
- Otrucie nie mogłoby trwać godzinę czasu.
- Nie wiem.
Jakby na zawołanie wysunął się z pokoju lekarz. Rozejrzał się niecierpliwie po zebranych i niechętnie mruknął:
- Za późno. Kto tu z państwa jest pan Baryka?
- A co? - zapytał Cezary.
- Proszę wejść. Chora wzywa.
Cezary wszedł do pokoiku, gdzie nigdy jeszcze nie był. Uderzył go potworny wygląd twarzy Karoliny. Była cała szara, twarz miała jakby z ceraty, z czarnymi dołami pod oczyma. Wszystka bez przerwy drgała. Jęknęła:
- Panie Cezary... Żegnam pana.
- Co pani zrobiła? - krzyknął w uniesieniu.
- Ja nic nie wiem. Coś się dzieje... ze mną... Bądź zdrów, Czaruś...
W pokoju nie było nikogo. Z nagła wszedł ksiądz Anastazy. Szlochając, gestem nie znoszącym przeczenia wsunął prawą rękę Cezarego w zimną, drgającą dłoń Karoliny, okręcił obiedwie ręce stułą i począł szepcząc łacińską modlitwę kreślić znaki krzyża nad tymi rękami związanymi.
Twarz Karoliny złagodniała. Światło białe przez nią przeleciało. Wśród nadludzkich, widać, boleści przebił się uśmiech. Gościł przez chwilę na wargach czarnych jakby z żelaza. Cezary nachylił się i złożył pocałunek na tych wargach, których pierwszy dotknął ustami - i ostatni. Odskoczył, bo usta te bezwładnie się rozchyliły i wśród jęku potwornego cały język spomiędzy nich się na zewnątrz wywalił. Jeszcze raz, drugi, jęk się powtórzył - i wszystko ustało dziwnie raptownie. Lekarz przyłożył ucho do piersi Karoliny. Długo słuchał. Strzepnął palcami, podniósł się i począł sprzątać swe statki, szukać porzuconego paltota i kapelusza. Karolina umarła. Doktor rzekł:
- Państwo będą łaskawi dać znać do powiatowego lekarza. Tu jest wyraźne otrucie.
Najprzód milczenie, później jęk powszechny, płacz serdeczny, krzyk, rumor głosów odpowiedział na to oświadczenie. Wszystko zaroiło się, zakotłowało. Ksiądz Anastazy, oblegany przez wszystkich, płacząc gorzko, powiedział:
- Nic wam, bracia i siostry, nie mogę powiedzieć, choć wiem wszystko. Sami wiecie, że nie mogę nic powiedzieć, com słyszał na spowiedzi. Tylko to jedno: módlcie się za nią gorąco, bo to nie jest samobójczyni. To jest ofiara.
Ludzie prości padli zaraz na kolana tuż przy drzwiach pokoju Karoliny. Ksiądz upadł na twarz tuż przy łóżku i wśród płaczu głośno się modlił. Cezary stał w progu izby. Patrzał na śniadą, prawie czarną twarz Karoliny. Śniło mu się, że już dawno taką samą twarz widział, gdy wywoził trupy z Baku. Tak samo do niego jedna wołała, choć już jej słów słychać nie było. Ledwie ludzie skończyli szeptanie modlitwy, szmer ich, gwar, bełkot rozniósł się po całym domu. Z dworu wytoczyli się na dziedziniec, w gumna i czworaki, do zabudowań we dworze i na wsi.
- Cóż to się stało? Jakim sposobem? Dlaczego? Kto winien? Poczęto zbierać dane dla ustalenia historii tego dnia. Ale to szło z trudem, gdyż Karolina zazwyczaj była wszędzie, wciąż się krzątała, wciąż biegała dokądś i skądś szła z powrotem. Jakże tu było ustalić dokładne dane? Maciejunio stwierdził, iż on pierwszy usłyszał jej krzyk, wołanie o pomoc na ganku. Domyślał się przeto, że przyszła z ogrodu. Lecz w ogrodzie i w parku nikt jej nie widział, gdyż tam było o tej porze pusto. Poczęto śledzić krok za krokiem, minutę za minutą, gdzie Karolina tego dnia była: w oborach, w domu ekonoma, w czworakach, w domu rządcy, w kurniku, w chlewach. Poczęto ustalać ścisłą chronologię tych jej wypraw i stwierdzono, że po obiedzie, więc najpóźniej, była w mieszkaniu rządcy, pana Turzyckiego. A więc wszyscy, nawet pani Wielosławska, obiedwie ciotki, wuj Michał, Hipolit, Cezary, Maciejunio - pobiegli do "Arianki". Pani Turzycka, stale zatrudniona, jeżeli nie w kuchni, to w jej okolicach, nic nie wiedziała, co się stało "na dworze". Gdy jej oznajmiono, że Karolina nie żyje, zupełnie zaniemówiła. Siadła na krześle i wytrzeszczonymi oczyma patrzyła na ten zbiór wysoko postawionych person. Coś niezrozumiałego mamrotała i ględziła w kółko. Wreszcie wybuchła:
- Ale przecie panna Karusia była tutaj u nas nad wieczorem! Zdrowa jak rybka! Najłaskawsza, najmilsza osoba! Co też państwo mówią!
- O której godzinie Karolina była tutaj? - spytał wuj Michał.
- O której godzinie? Zaraz... Bo to nie patrzyłyśmy na godzinę. Rozmawiałyśmy sobie, gadu-gadu... Weszła, zamknęła drzwi, bo przez te drzwi wieje zawsze, usiadłyśmy w tym naszym, żal się Boże! saloniku - i tego... Która to była godzina, jak tu u nas była panna Szarłatowiczówna, Wandziu, gdzie ty jesteś? Wandziu!
Z drugiego pokoju dał się słyszeć głos nieśmiały panny Wandy Okszyńskiej. Najprzód zwykłe chrząknięcie, a później głos:
- Była czwarta. Po czwartej.
- Czwarta - powtórzyła pani Turzycka z dokładnością. - Po czwartej.
- Czy Karolina jadła tutaj co u państwa albo może piła? - zapytał Michał Skalnicki w sposób niewinny i jakby plotkarski, gromadzący wszelkie wersje przedpogrzebowe, jak to bywa.
- A piła. Lubiła wodę z sokiem porzeczkowym. Zawsze u nas piła albo wodę z porzeczkowym, albo herbatę z żurawinowym. Zrobiłam trochę tego soku porzeczkowego na zimę. To panna Karolina piła ten sok. Jak przyszła, mówię grzecznie: "Paniusia się napije herbatki z żurawinami..." A panna Karolina na to...
- Całą szklankę wypiła'?
- Tak, całą. Zdaje się, że całą szklankę. A może i co zostało. Tego nie pamiętam, proszę państwa. Rozmawiałyśmy. Czy to można...
- Proszę pani... A może tu jeszcze stoi gdzie ta szklanka, z której nieboszczka Karusia sok piła? Trzeba by zobaczyć, co to za sok, że jej tak zaszkodził!
- Sok porzeczkowy zaszkodził!... - przeraziła się pani Turzycka. Mój sok! - Zbielała wszystka na twarzy i zatrzęsła się całym obfitym ciałem. - Ten sok mógłby zaszkodzić pannie Karolinie? Sok, który ja sama, własnoręcznie przygotowałam? Nie, proszę pana! Wszystko można na mnie powiedzieć, ale sok, który ja przygotowałam, pannie Karusi nie mógł zaszkodzić! To już trudno i darmo! - zdecydowała z godnością i dumą obrażoną.
- Sama pani podawała jej szklankę z wodą i sokiem?
- Czy ja sama podałam? Zaraz! Sama pobiegłam do kuchni, jak panna Karusia objawiła swą wolę, że napiłaby się wody - nabrałam szklankę wody z blaszanego wiaderka. Woda przecie z naszej studni, najczystsza w świecie. Potem weszłam do śpiżarki i wyniosłam stamtąd flaszkę z sokiem. Postawiłam tę flaszkę na tacce. Obok flaszki wodę w szklance. Zawołałam moją siostrzeniczkę, tę Wandzię, biedactwo, co ją państwo byli łaskawi zabrać na zabawę do Odolan - żeby zaniosła tackę do pokoju i żeby podała pannie Karusi, bo sama poszłam zamknąć śpiżarkę. Nieraz się tak zostawi śpiżarkę na dwie minuty, a potem tego brak, tamtego nie ma. Kto wziął, kto ruszał - utnij głowę, wbij zęby w ścianę - nie wiadomo.
- A więc to panna Wandzia przyniosła wodę z sokiem z kuchni do pokoju? - pytał uprzejmie wuj Michał.
- Tak, Wandzia.
- A gdzież jest panna Wandzia, siostrzeniczka pani dobrodziejki?
- Wandziu - chodź ino tutaj! - zawołała pani Turzycka. Z sąsiedniego pokoju wyszła panna Wanda i dygnęła przed zebranymi. Znała już wszystkich, często bywała we dworze, doświadczyła wielu łask i niemało przyjemności od tych osób, więc nikogo się już nie lękała. Zresztą oswoiła się towarzysko podczas tego na wsi pobytu, nabrała pewnej ogłady w obcowaniu. Blask lampy naftowej niewyraźnie oświetlił twarz panny Okszyńskiej. Stała spokojnie niedaleko drzwi, skubiąc według swego nałogu pensjonarskiego brzeg fartucha.
- To pani podała wodę w szklance naszej kuzynce, Karolinie Szarłatowiczównie? - pytał pan Skalnicki występując niejako w imieniu wszystkich zebranych. Mówił dobrotliwie, po ojcowsku i bardzo grzecznie.
- Tak. Ja podałam - odrzekła Wanda.
- Czy podała jej pani sok osobno we flaszce, a wodę osobno w szklance, czy też sama pani nalała soku do szklanki?
Panna Wanda nie odpowiadała od razu. Robiło to wrażenie, że zbiera myśli i przypomina sobie te drobne wydarzenia. Odpowiedziała wreszcie:
- Panna Karolina nalała sobie soku z flaszki do szklanki.
- Tak że pani nic innego nie robiła, tylko przeniosła tacę z kuchni do tego saloniku i tu pani na stole tacę postawiła?
- Jeszcze... Jeszcze wzięłam z szafy w tamtym pokoju cukier w srebrnej cukiernicy i postawiłam na tacy.
- Bo czasem - wtrąciła z pośpiechem pani Turzycka - panna Karusia dokładała cukru. Choć ten sok był słodki. - Boże drogi! Jeszcze jak, ale oczywiście z kwaskiem, więc lubiła dosłodzić. Wandzia, poczciwości dziecko, wzięła z szafy cukier wiedząc już z góry o guście panny Karoliny, postawiła na tacy i przyniosła.
- A czy pani, panno Wando, osłodziła tę wodę dla naszej kuzynki, czy to zrobiła ona sama? - spytał Hipolit.
- Ja osłodziłam tę wodę.
- Pani'? - pochwycił Michał Skalnicki.
- W tym pokoju czy w tamtym? - pytał Hipolit.
- W tamtym pokoju... - rzekła Wanda po chwili wahania.
- Dlaczego pani już z góry słodziła wodę cukrem? - pytał Hipolit.
- Bo panna Karolina tak lubiła. Lubiła, żeby było słodko.
- Ile łyżeczek cukru pani wpuściła do szklanki? - nastawał Wielosławski.
- Dwie.
- Pani wie na pewno, że to był cukier, a nie co innego? Może pani przez pomyłkę wsypała do tej szklanki nie cukru, lecz czego innego?
- To był cukier z cukiernicy.
- Pani to doskonale pamięta?
- Pamiętam.
- A może by pani poznała szklankę, z której piła nasza krewna?
- Poszukajże tej szklanki, moje dziecko! Może tutaj gdzie ta szklanka stoi! Trzeba panów przekonać o twej niewinności... - mówiła pani Turzycka niespokojnie, z troską, ale i nie bez ironii.
- Nie. Marynia zabrała tackę ze szklanką, umyła ją i jużeśmy w niej piły kawę z ciocią. Albo ciocia, albo ja piłyśmy kawę z tej szklanki.
- Bo mamy, muszę się przyznać, mało szklanek, więc się je ciągle myje... - wtrąciła zjadliwie pani Turzycka. - Uposażenie administratora dóbr nawłockich nie jest tego rodzaju, żeby można sobie pozwolić na tuzin szklanek, nie mówiąc o serwisach. Te rzeczy nie są dla nas dostępne, ludzi pracy, pracy bardzo ciężkiej i bardzo odpowiedzialnej... - dorzuciła z przejęciem.
- Tak, tak.... - rzekł Hipolit. - A jednak może pani będzie łaskawa pokazać nam ten słoik czy flakon, z którego nasza krewna nalewała sok, na którego wysmażenie pozwala jednak uposażenie administratora dóbr nawłockich....
Pani Turzycka powstała z miejsca i truchcikiem pobiegła do drugiego pokoju, a następnie dalej. Wkrótce przyniosła flakon z przezroczystego szkła, w którego połowie był gęsty sok. Hipolit poprosił pannę Wandę o łyżeczkę. Gdy przyniosła i podawała tę łyżeczkę, spojrzał na nią spode łba, napastliwie i nieustępliwie. Panna Wanda miała na twarzy zwykły swój wyraz zalęknienia i depresji. Podała łyżeczkę i odeszła ku framudze pod oknem, gdzie się wtuliła popod muślinową firankę. Hipolit nalał na łyżeczkę soku z flaszki i sprobował go odrobinę. Smakował, delektował się, wreszcie mruknął:
- Sok - klasa! Ha, nie ma co! To przecie nie sok Karolinie zaszkodził. To coś innego. Nieprawdaż, wujaszku?
- Tak, to coś innego... - poszepnął Skalnicki kręcąc czarnego wąsa.
W tym czasie wszyscy siedzieli na kanapie i wyściełanych krzesłach w grobowym milczeniu. Maciejunio stał przy drzwiach i podparłszy ogoloną brodę przysłuchiwał się uważnie wszystkiemu, co jaśnie państwo mówią. Cezary patrzał wciąż na pannę Wandę. On jeden wiedział o pewnym szczególe, o szybkim nakryciu jego ręki ręką tej niemrawej pannicy. Myślał wciąż o tamtej chwili.




Nikt tego nie zauważył, żeby śmierć, sekcja zwłok i pogrzeb panny Karoliny Szarłatowiczówny wywarły jakiekolwiek wrażenie na Cezarego Barykę. Gdy panna Wanda Okszyńska, na skutek znalezienia we wnętrznościach zmarłej śladów strychniny, która śmierć spowodowała - była wezwana do sędziego śledczego, a nawet aresztowana, później zaś wypuszczona na wolność wskutek braku jakiegoś realnego przeciwko niej dowodu - to te wszystkie awantury, doprowadzające całą okolicę do stanu białej gorączki, Cezarego mało wzruszyły. Można utrzymywać, iż wojna, z jej okrucieństwem, a przed wojną widoki dostrzeżone w rewolucjach bakińskieh wyziębiły w nim wrażliwość na sprawy tragiczne. Cezary zbyt wiele już widział tych "smutnych kawałków", ażeby mógł się nimi przejmować do głębi. Przeciwnie - tragizm wydarzeń rodził w nim suchość, czerstwość, zdrętwiałość wewnętrzną, a nadto rozniecał jakąś chełpliwość, cynizm, zdolność do przechwalania się, przelicytowywania w okrucieństwie i jeżeli nie samą zbrodniczość instynktu, to pewien surogat zbrodniczości, snobizm uwielbiający zdolność do zbrodni. Gdyby był wcale nie widział wojennych i rewolucyjnych "kawałków", byłby się ich nie tylko bał, ale i lękał. Wspomnienie groźnych widoków kazało patrzeć na takie tam drobne wypadki jak zadzióbanie jednej perliczki przez drugą - jako na fatałaszki. Takieź to on sceny widywał? Widywał, jak niewinną dziewczynę ormiańską zgraja chłopów potężnych gwałciła - drab po drabie - a później ostatni pchnął ją nożem pod to serce, które już prawie nie biło. Widywał, jak potem ta zgraja zapalała papierosy i podśpiewując szła w swoją stronę. Cóż tam Karusia i ta druga!
W gruncie rzeczy jednak ani widziane z bliska zajścia wojenne i widziane z bliska zajścia rewolucyjne nie wpłynęły tak decydująco na usposobienie Cezarego, jak jego rozszalała namiętność do Laury Kościenieckiej. Jego zapalczywość miłosna była tej miary, że wypadki nawłockie służyły mu za temat do interesujących nowinek, które zanosił swej pani. Szczęśliwy był, gdy mógł dostarczyć czegoś prosto z igły, na gorąco: aresztowano Wandę Okszyńską, gdyż w czasie sekcji znaleziono strychninę we wnętrznościach Karoliny. Podczas rewizji znaleziono słoik z takąż strychniną w szafie rządcy Turzyckiego. Wanda prawie nie broni się. Zaprzecza i basta. O niczym nie wie. Nigdy słoika ze strychniną w szafie wuja nie widziała. Po cóż by miała sypać truciznę do szklanki Karoliny? Lecz któż ją wsypał? Czy ona sama? Służącej wtedy w domu nie było. Turzycki był na folwarku Chłodek. Były w mieszkaniu rządcy dwie osoby - pani Turzycka i Wanda. Pani Turzycka? Brak wszelkich poszlak. Wanda? Ten podlot, klapak, muzykus nie wiedzący o świecie bożym, ta głupia i tchórzliwa Wanda? O tajemnym uścisku ręki przez tęż głupią Wandę (ach, jakże głupią!), nikomu nigdy nie wspomniał. Po cóż miałby dorzucać sobie liść wawrzynu, a jej kamień potępienia? I to nie: nie chciał po prostu, żeby się na niego Laura gniewała, żeby go miała w podejrzeniu. Wszakże nie mówił ani jej, ani nikomu o pocałunkach z Karusią. Po cóż miałby mówić o jednym idiotycznym uścisku ręki?
I tak oto coraz to nowe ploteczki, wiadomostki, wersje, pogłoski Cezary nosił swej pani. Widywał ją tajemnie to tu, to tam, w hotelu w mieście albo u niej w nocy. Zachowywał się chytrze, tak przebiegle, tak ostrożnie i przewidująco, iż mógłby być nazwany człowiekiem-łasicą czy tchórzem, z gatunku tych tchórzów, które mężnie nocą wkradają się do kurników. Lecz do czasu dzban wodę nosił. Urwało się wreszcie ucho - i cały dzban roztłukł się bez ratunku.
Było to tuż-tuż przed Bożym Narodzeniem. Cezary miał zamiar spędzić święta w Nawłoci, a na Nowy Rok wrócić do Warszawy i zabrać się do nauki. Zabierał się zaś tak kategorycznie do nauki, ponieważ pani Laura wybierała się na kilka tygodni karnawału również do Warszawy. Miał jechać również do Warszawy pan Barwicki, ale to na zapał Cezarego do nauki niewiele wpływało. Pewnej nocy grudniowej, późno, około trzeciej, Cezary wymknął się z mieszkania i poszedł do Leńca. Biegł, jak zwykle, na przełaj przez pola, więc szybko przeszedł odległość dzielącą te folwarki. Noc była spokojna, ciemna. Śnieg prószył. Cezary znał już w ogrodzeniu pewien przełaz łatwy do przebycia, więc prawie pędem, po grudzie z lekka przyprószonej śniegiem, dotarł do drzwi wiadomych. Były otwarte, więc wszedł cicho i dotarł do biblioteki. Lecz skoro tylko tam stanął, poczuł, że jest coś złego. Poczuł czyjąś obecność w tym pokoju. Przystanął tedy i powstrzymawszy oddech nasłuchiwał.
Nagle poraziło go w oczy światło latarki elektrycznej, nagle rzucone. W tej samej chwili usłyszał świst i poczuł w lewym policzku potworny ból. Był tak srogi, że Cezary zaskowyczał i schylił się ku ziemi chwyciwszy się za głowę obiema rękami. Wtedy świsnęły nad nim nowe razy kija czy bata. Ten, kto go bił, stał o krok przed nim, sapiąc i klnąc. Cezary poznał głos. To był Barwicki. Myśl ta przemknęła przez jego głowę. Nienawiść, silniejsza niż ból, a przez ból podjudzona i podsycona, dała mu taką moc, jakiej w sobie ani przeczuwał. Rzucił się naprzód z gołymi rękami, szukając przeciwnika. A wywijając rękami w powietrzu, macając naokół w ciemności, trafił na szpicrutę, którą mu ciosy zadawano. Baryka uchwycił i szarpnął tę szpicrutę, wydarł ją z ręki wroga, w mgnieniu oka ujął za cieńszy koniec przy pętlicy i grubą gałką rękojeści począł prać w ciemność. Trafił w adwersarza i poraził go widać, w głowę, bo tamten z jękiem zwalił się na ziemię. Cezary znalazł go w mroku i począł w mściwym obłędzie kuć obcasami, gdzie trafił - w głowę, w boki, w piersi. Mając w ręku narzędzie do zadawania ciosów, bił nim teraz bez miłosierdzia. Barwicki porwał się z ziemi na kolana i chwycił Barykę za nogi. Runęło na ziemię jakieś krzesło. Obydwaj wydawali teraz zduszone szepty nienawiści bijąc się z całej siły pięściami i wodząc po dywanie w zapamiętałej walce. Wtem błysło światło. - Laura! - Stała w progu ze świecą w ręce. Zaprzestali bitwy. Podnieśli się na nogi. Szepnęła do Barwickiego:
- Skąd się tutaj wziąłeś?
- Poczekałem na twojego amanta. Wróciłem się z drogi. Poczekałem tutaj w bibliotece na twojego faworyta.
- Na mojego gościa.
- Gość o czwartej w nocy.
- Wolno mi przyjmować, kogo chcę.
- I kiedy chcesz?
- I kiedy chcę.
- Zgadzam się, moja pani, i zaraz opuszczę te tak gościnne progi.
Chciałem tylko gościowi pani zostawić pamiątkę, żeby ją nosił kilka tygodni i wiedział, z kim ma do czynienia.
- Ty teraz będziesz nosił swoją ruski miesiąc! - zaśmiał się Baryka.
- Jestem tak wspaniałomyślny, że nie będę go wyzywał na pojedynek. Nie chcę pani kompromitować.
- Ale szpiegowałeś mię! Więc już mię skompromitowałeś. I z jakiej racji?
- Przecie nie może pani zaprzeczyć, że zasługiwałaś na czujną uwagę legalnego narzeczonego.
Pani Laura nie odpowiedziała. Zwróciła się do Cezarego:
- Jak pan śmiał wdzierać się tutaj o tej porze. Widzi pan, do czego doszło! Pańskie nierozsądne amory, pańskie prośby bezskuteczne, wyznania i tym podobne głupstwa, na które jestem wciąż narażona, były sobie dobre za dnia jako rozrywka, jako flirt. Ale żeby ośmielić się nocą wchodzić do mego domu! Kompromitować mię, narażać na taki skandal!
- Mówiłem pani - odparł Baryka - że nienawidzę pani narzeczonego. Mówiłem to czy nie? Wiedziałem, że tu stróżuje po nocy, i przyszedłem właśnie, żeby go obić jego własną szpicrutą. Widzi ją pani? Tą oto! Jego własną, a jest w moich rękach. Biłem go grubym końcem po łbie. O, tak!
Cezary w szaleństwie, nie zważając na obecność kobiety, uderzył Barwickiego. Gruba kula rękojeści ugodziła tamtego w bok głowy i w ramię, aż się z jękiem przygiął. Laura zasłoniła go sobą. Krzyknęła:
- Jak pan śmie'? To mój narzeczony!
- Byłoby dobrze, żeby pani odeszła do swej świetlicy, bo będę go jeszcze bił. A pani mi przeszkadza!
- Precz z mego domu, młokosie! - zawołała z teatralnym gestem.
- Lauro! - rzekł Cezary przybierając również teatralną pozę.
- Niech mi się pan zaraz, natychmiast stąd wynosi!,- mówiła błagając go oczyma, żeby wyszedł.
Ale Cezary popadł w zajadłość furii. Nie wiedział, co robi. Obrócił momentalnie szpicrutę w ręce: ujął ją za twardą, okrągłą rączkę i raz, drugi raz usiłował dosięgnąć Barwickiego poprzez rozkrzyżowane ręce Laury. Barwicki, ogłuszony poprzednim uderzeniem, słaniał się poza narzeczoną.
- Panie Baryka! - krzyknęła.
- A co?
- Wyjdźże pan stąd! Wyjdź stąd! Wyjdź stąd!
- Dobrze. Pójdę. Zaraz pójdę. Chciałem tylko...
Nie wiedząc, co już gada, dorzucił:
- Chciałem wam, mili, poprawni narzeczeni, dać moje błogosławieństwo na nowe, zyskowne gospodarstwo.
To mówiąc smagnął Laurę szpicrutą poprzez twarz i rozstawione ręce. Po czym ze szpicrutą w ręce wyszedł.




Wałęsał się po polach. Trafiwszy na stóg siana wygrzebał w nim wnękę i wtulony w nią, jęczał, a nawet wył z rozpaczy. Widział wciąż światło w dalekim dworze Leńca i po sto tysięcy razy powtarzał sobie, że nigdy tam już noga jego nie postanie. Oto tam teraz Laura i ten człowiek śmieją się z niego, jak on swego czasu, pławiąc się w szczęściu, drwił z Barwickiego. Któż wie, może to tamten teraz zacznie powiększać światło przyćmione, żeby mu w tym stogu siana ciemno zbytecznie nie było. Przy świetle tamtego figla świetlnego widział swoje nieszczęście. A nie szło teraz samo. Jak to jest we zwyczajach ludzkiej niedoli, która jak wilk jest samoistnym zwierzęciem, lecz lubi chadzać w stadzie, obskoczyło go stado. Wyszły nań z tej nocy wspomnienia: śmierć Karoliny i zbrodnia głupowatej Wandy. Dlaczegóż to zginęły dwie tamte? Dlatego, ażeby Laura mogła być teraz z Barwickim. O rozpaczy!
Cezary zobaczył swoje rozkosze z Laurą, kiedy to każde usta po dwa języki rozkoszy mieściły w sobie, i czuł, czuł wszystkimi naraz zmysłami, obłędem rozumu i męką duszy, że ją na zawsze utracił. Kto, u diabła, podźwignął jego rękę, ażeby on nią uderzył Laurę! To ta Karolina zadała szpicrutą cios w twarz Laurze! Jakżeżby sam dokonać potrafił takiej ohydy, takiej zbrodni, tak nędznego plugastwa! Bić w twarz szpicrutą mdłą, słabą kobietę! Bić Laurę! Bić tę, która miliony pocałunków złożyła na jego ustach! Bić te usta! O nędzo, o hańbo! Bić ją dlatego, że zasłoniła sobą człowieka od uderzeń twardą, ołowianą kulą w ciemię - kimkolwiek by był ten człowiek! Ten człowiek nie miał w ręku żadnego narzędzia obrony. Słaniał się. Do diabła! Horror!
Cezary wił się w swej jamie z siana i zatykał sobie pięściami usta, żeby nie ryczeć z bólu na te całe puste pola. Och, wspomnienia, wspomnienia raju, który sam jednym uderzeniem na zawsze zniweczył! Wspomnienie wieczoru w obcym mieście, kiedy w hotelu zastukał do drzwi numeru. Wspomnienie nigdy nie zapomniane, wiecznie radosne, skoro te drzwi się otwarły i ręka obnażona, najsprawiedliwszej miary od ramienia do dłoni, wciągnęła go do wewnątrz... Jakże zapomnieć rozkoszy pierwszego objęcia i tego lotu skróś niebios czułości, dobroci, łaski i samej najczystszej, samej najistotniejszej miłości? Wyrzec się Laury? O, lepiej umrzeć! Roztrzaskać sobie głowę, ażeby w niej nie było myśli o wyrzeczeniu się tego daru niebios, tego arcydzieła ziemi, tej piękności najwyższej i najczystszej, jaką ziemia z łona swego wydała! Cezary łkał.
Długo płakał nie mogąc sobie poradzić. Osaczyły go teraz te trzy kobiety, niczym trzy jędze. Spotkał je tutaj nie wiedząc, że je spotka, i wszystkie trzy skrzywdził tak po chamsku. Dla jednej stał się porte-malheur, dla drugiej stał się inspiracją do zbrodni, a trzecią pobił. Ostatnią za to, że go do szaleństwa kochała. Co czynić ze sobą? Jak wybrnąć z tego piekła wyrzutów sumienia? Co przedsięwziąć? Jak się wobec siebie samego zrehabilitować? Dokąd uciec przed sobą?
Wylazł ze swej nory i zaciśnięte pięści skierował przeciwko domowi Laury. Wygrażał tymi zaciśniętymi pięściami i gadał:
- Będziesz żałowała wiecznie, dokąd żyć będziesz, naszych tajnych wieczorów! Będziesz wylewała morze łez, żeś nie jego wypędziła ze swego domu, lecz mnie! Mnie wygnałaś? Słuszniem cię chlasnął! Ty tchórzliwa, przewidująca, interesowna, sprytna, przebiegła, podła! On ci majątek oczyści z długów'? A ja - precz! Ja precz? Ja do tajnych jeno uciech, a on oficjalny małżonek! Skonasz z żalu za mną, będziesz tak samo ręce gryzła, jak ja w tej chwili! Ale już nie ma dla nas naszej radości. Jakże mam wrócić, ja do ciebie, ja mężczyzna, ja żołnierz, którym cię pobił wobec drugiego mężczyzny? Trza iść w świat!
Ale zamiast odejść "w świat", wrócił do swej pieczary w sianie. Nabrał kilka naręczy suchej trawy i usłał sobie jakby łoże. Zawinął się w siano i przyzwyczajony na wojnie do leżenia na ziemi, wyciągnął się na wznak.
Było zimno. Po nocy cichej, ku porankowi, suchy mroźny wiatr począł ciągnąć polami. Śnieg drobny polatał i prószył niepostrzeżenie. Cezary widział i słyszał, jak w poprzek pustych pól, po czubach zmarzniętych zagonów ostry wiatr zimowy ciągnie w swoją dalekość. Dusza jego była jak rola rozorana, w której każde nasienie może korzeń zapuścić. Nie mógł spać, gdyż ciało jego drżało, a serce biło prędko, mocno i głucho. Nadto cios w policzek, zadany przez Barwickiego, teraz narywał jak wrzód. Cezary macał policzek palcami i wyczuwał wzdłuż całej twarzy jakby walec nabrzmiały. Jakże tu teraz zjawić się w Nawłoci? Wrócić i rano zasiąść przy śniadaniu z takim na gębie basałykiem? Przecie to każdy pozna, że od pobicia. Stare ciotki, jaśnie pani, Skalnicki, księżyna, Hipolit - och, Hipolit! - a nawet ów Maciejunio. Każdy pomyśli: "ehe, bratku! dostało się po pysku, ewentualnie po mordzie..."
To na nic! Trzeba uciekać. Uciekać w świat! W szeroki świat!
I oto Cezary poczuł leżąc na wznak na wygrabku siana, kryjącym szczerą, zmarzniętą ziemię, iż jest znowu sam, jak niegdyś w Baku. Poczuł, że nie ma poza nim nic a nic, a przed nim niewiadome martwe pole, przez które wiatr ciągnie z końca świata w koniec świata. A do tutejszej jego samotni nie przyjdzie już, niestety, ojciec, gnany przez miłość, tajemniczą siłę, z końca świata na drugi koniec świata. Bo już go nie ma. Śpi jak kamień. Leży jak skiba gliny zmarzniętej i wmarzniętej w głuche pole. Oto tu znalazła się na drodze przyjaźń, gościnność, przychylność. Wszystko wdeptane zostało w ziemię szalonymi nogami. I jest znowu sam jeden, jak w Baku, odrębny od wszystkich, w szczerym polu - człowiek.
Przelotny wiatr stał się dlań dobry i czuły: śpiewał mu gorzką pieśń swoją o wiecznej śmierci i wiecznym powrocie do życia. Na skrzydła swoje brał jego uczucia zranione i niósł je dokądś, jak nosi nasiona rodzajne, kołysał go do snu jak ostatni przyjaciel. Lecz sen nie spływał na powieki od jego pieśni monotonnej. Zimno obejmowało uściskiem ręce i nogi, wdzierało się pod ubranie i dreszczem biegło po krzyżu. Cezary zerwał się z miejsca i pognał w pola. Oczy, przyzwyczaiwszy się do ciemności, spostrzegały zagony, bruzdy, przydęte byliny na miedzach i drzewa w dali.
W pewnej chwili od strony Leńca dał się słyszeć turkot. Widać było światło latarni poruszające się równomiernie: to Barwicki odjechał z Leńca. Ha! Cóż? Można by teraz pójść do Laury... Już go tam przecie nie ma. Jeden odszedł, przybędzie drugi. To bywa! Zaśmiał się głupio, jak wilkołak w pustym polu, i pobiegł dalej. W oknie Laury, w wielkiej szybie półkolistej u góry, światło rozszerzyło się, podniosło się, potem z wolna przygasło. Nie! Już nie pójdzie do niej żebrać o miłość po tamtym! Nic nie znaczą przysięgi i zaklęcia, że tylko jeden posiada jej serce. Oszukuje obydwu. To jest jedyną pewnością.
W drodze swej trafił na znany przełaz do ogrodu. Wszedł do lenieckiego sadu i w zupełnym prawie upadku świadomości, gdzie jest i co się z nim dzieje, znalazł się przy drzwiach, przez które zawsze wkraczał do tego domu.
Nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte. Okrążył narożnik, stanął pod oknem, w którym już światło zgasło, i całą potęgą duszy błagał:
- Laura! Laura!
Ale cały dom wzgardliwie milczał. Okno było zamknięte. I cała ziemia milczała. Pokiwał głową. Odszedł. Wydostał się znowu na pola i szedł długo, bez celu, niosąc w sobie nagą i cuchnącą męczarnię odtrącenia. Znalazł się w lesie. Szum sosen w tym lesie sprawił mu ulgę, jakby muzyka głęboka i wyrafinowana. Usiadł tam, między sosnami, na jakimś pniaku, który ze śniegu wystawał. Ujął głowę w dłonie i patrzył w dzieje uczuć swojego życia. Minęły długie godziny, zanim się ocknął. Dniało. Biaława siność napełniała las. Wiatr znowu nacichł i niezgłębione milczenie leżało nad tymi miejscami.
Cezary wyszedł z lasu i rozglądał się po okolicy. Zdawało mu się, że ją pierwszy raz widzi. W każdym razie w tym lesie nie był jeszcze nigdy, choć zbiegał już całą tę stronę na koniu i piechotą. Rozpoznał, że zabrnął poza wieś chłopską Nawłoć, od jej strony południowej, między kościołem i dworem. W pobliżu majaczyły jakieś zarośla i drzewa. Poszedł ku nim, licząc, iż tam droga być musi. Wkrótce, skacząc po zmarzniętych zagonach, przyszedł do owych zarośli. Był to cmentarz nawłocki, leżący między dworem a wsią.
Cmentarz był źle ogrodzony, a raczej zupełnie rozgrodzony. Stały jeszcze słupy, niegdyś obrobione do kantu, a dziś sypiące się w próchno. Leżały na ziemi żerdzie przegniłe i śniegiem przydęte. Cezary chciał przeciąć cmentarz idąc na wskróś, tym bardziej że widać było pod śniegiem ślad ścieżki czy alejki. Przypomniał sobie, że przecie był tutaj niedawno na pogrzebie Karoliny Szarłatowiczówny. Stanął. Rozglądał się. Cmentarz wiejski! Niskie, niziutkie - nie groby, lecz grobki. Małe jakieś wzgóreczki, czasem uklepane łopatą i otoczone niegdyś, pod wiosnę, murawą. Czasem doły zapadnięte, zaklęknięte w ziemię. Tam i sam krzyżyk drewniany z wianuszkiem ziela wonnego. Czasem napis na tabliczce z blachy. Imię i nazwisko wypisane czarną farbą z zabawnymi ortograficznymi błędami i prośbą żebraczą o modlitwę, której nigdy nikt nie spełnia. Istny obraz wsi. Tu groby maleńkie i przyziemne, a wśród nich, w samym środku, marmurowe pomniki ze złoconymi napisami, złamane kolumny z granitu i białe anioły ze sczerniałymi twarzami i wygniłymi oczyma. Tam leżą panowie. W samym środku grób rodzinny Wielosławskich, ogromny, wspaniały, przywalony wielością płyt marmurowych, które deszcz porył w bruzdy, jak ryje glinę na polu. Cezary zbliżył się do tego rodzinnego grobu. Wszakże to tutaj odkopano z boku ziemię, otwarto ceglaną ściankę i wsunięto w czarną czeluść zgnilizny Karusię uśmiechniętą i wesołą, która miała usta słodsze ponad czereśnie i maliny.
Cezary mijał uliczkę prowadzącą w poprzek cmentarza do bramy z oberwanymi wrótniami. Było mu wszystko jedno, iść tu czy tam. Pamiętał, że przy grobowcu rodzinnym była ławeczka drewniana, na której pani Wielosławska siadała, gdy szła pomodlić się przy zwłokach męża. Na tej ławeczce ktoś siedział. Cezary zawahał się. Tamten podniósł zwieszoną głowę. Był to ksiądz Anastazy. W rewerendzie' i kaszkiecie niebieskawym, jakie noszą wiejscy chłopcy w tamtych stronach, upodabniał się do koloru kamieni i marmurów, głazów i żelaz na pomnikach.
- Dzień dobry, Cezary! - rzekł nieswoim głosem. - Skąd idziesz i dokąd tak rano?
- Chciałem odwiedzić Karolinę.
- Ja także. Idąc na mszę świętą, co dzień rano ją odwiedzam. No, ja ci nie przeszkadzam. Módl się.
- Ksiądz jesteś od modlitw.
- Ja - tak. Ale ja, to już jakby z urzędu, z zawodu. A ty w tym wypadku powinieneś specjalnie.
- Sam wiem, czy mam się modlić, czy nie.
- Oprócz ciebie, mój bracie, ja jeszcze drugi i ostatni wiem, żeś powinien.
- O ile mi wiadomo, ksiądz jest obowiązany do chowania tajemnicy spowiedzi.
- Niewątpliwie. Ale tutaj nas nikt żywy nie słyszy. A zważ, słuchają nas umarli! I ona słucha - twoja ofiara.
- Jaka ofiara? Cóż to znowu za brednie!
- Zakochała się w tobie na śmierć i życie. Rzecz dziewczyńska, rzecz ludzka. A ty? Nie kochałeś jej przecie, boś się zakochał, ale w innej - a dlaczegoś ją całował?
- Tak mi się podobało. Rzecz chłopczyńska całować piękne dziewczęta.
- Aleś ty całował niewinną dziewczynę, sierotę, wygnankę, bezdomną, która sobie tutaj, w naszym domu, pracą surową i uczciwą na chleb zarabiała. I słuchaj mię, ty odszczepieńcze! - szlachciankę! Widzisz, jak ją Bóg za te pocałunki z byle kim strasznie poraził! Ty mi się tu stawiasz za swym moskiewskim rozbestwieniem! Padnij natychmiast na kolana u jej mogiły i proś o przebaczenie.
- Moja to rzecz, moje z nią porachunki... Ja księdza o rady ani o wskazówki szlachecko-katolickie nie prosiłem.
- Nic ze mną tym stawianiem się nie wskórasz! Ja jestem właśnie od tego, żeby kruszyć ludzkie zatwardziałe sumienie. I twemu nie daruję!
- Moje sumienie nic mi nie wyrzuca. Mogłem był ją uwieść, gdybym był chciał. A nic jej złego nie zrobiłem. Moje pocałunki sprawiały jej rozkosz. Sama ich szukała. Płakała i męczyła się - tak sądzę - skoro jej odmówiłem pocałunków.
- Milcz! Milcz! Milcz! Ja tego słyszeć nie chcę! A jeśli masz dobrą wolę o tym mi mówić, to nie tutaj. Chodź ze mną! Włożę komżę, stułę na szyję, usiądę w konfesjonale i wysłucham cię. Zrzucisz z serca kamienie, które je przygniatają. Jeżeli będę mógł, to ci dam rozgrzeszenie. Zaręczam ci przez Boga wiecznie żywego, bracie Czarusiu, ulgi doznasz w swym sercu!
Cezary roześmiał się serdecznie. Wśród tego śmiechu mówił:
- Niedoczekanie twoje, księżulku, żebyś mię na swój arkan pochwycił! Ja jestem wolny źrebiec. Jeść możemy pospołu, gawędzić, urżnąć się również, bo ksiądz to lubisz i znasz się na jakości potraw i wartości napojów lepiej ode mnie. Ale skądże pretensja, żeby z takimi kwalifikacjami rządzić tak subtelnym organizmem jak ludzkie, jak moje sumienie?
- Bo ja, widzisz, oprócz tego, że jestem gurmandzista i bibosz oprócz tego, że lubię wesołość, śmiech, żart, jestem jeszcze pokorny i wierny sługa boży.
- Wiem o tym. Ale ja nie jestem z parafii. Ani z tej, ani z żadnej.
- Toteż chodzisz po ziemi, między cichymi i poczciwymi dziećmi bożymi jak złośliwy napastnik, a śmierć i morderstwo leżą na twoich śladach, choć krok twój jest taki swobodny, niewinny, lekki, iście chłopczyński.
- Nic, nic. Jakoś przejdę dalej.
- A któż cię to tak potraktował niegrzecznie? Masz siną pręgę na twarzy.
- Upadłem na drodze i skaleczyłem sobie twarz.
- Tiens! Widzisz, nie masz kroku pewnego. Potykasz się i ty. Niepewnie krok stawiasz.
- Nie kieruje moimi krokami ta doskonała księża zasada: rozkazywać z najgłębszą pokorą i słuchać rozkazów z niezgłębioną dumą. Chodzę po swojemu. Ale jakoś i tak dam sobie radę.
- Niech ci Bóg wszystko przebaczy. I niech cię strzeże ode złego. Muszę już iść do kościoła. Zostań tu sam - i płacz przy tym grobie, w cichości duszy.
- Farecur! - mruknął Cezary.
Ksiądz nie odpowiedział. Szybko odszedł.




Cezary powrócił do swego pokoju chyłkiem, z twarzą osłoniętą, ażeby go zaś kto nie zobaczył ze śladem ciosu szpicruty na twarzy. Zawiązał twarz chustką, zakopał się w łóżko i zasnął jak kamień. Spał przez cały dzień i część nocy. Obudziło go światło w pokoju i odgłos kroków. To Hipolit Wielosławski stał nad łóżkiem. Cezary niechętnie podniósł głowę.
- Cezary! Co się z tobą dzieje? Nie jadłeś i nie piłeś...
- Spałem.
- Dobrze. Ale każże sobie cokolwiek przynieść. Co każesz?
- Proś, żeby mi tu przynieśli herbaty. Jestem cokolwiek niezdrów i dlatego nie mogę iść do stołu.
- No, do stołu nie ma po co, bo już wszyscy dawno śpią. Ale Maciejunio coś ci sprokuruje.
- Nie trzeba! Słowo ci daję, że nie trzeba! Poczekam do jutra.
- Chłopcze! Co się z tobą dzieje! Co tam ukrywasz na twarzy?
- Szedłem przez park wieczorem. Gałąź mię uderzyła w policzek.
- Dziwna gałąź, która trafia akurat w policzek. Nawet gałęzie dają w naszych stronach po twarzy. Co za kraj przestarzałego honoru!
- Tak. Kraj cokolwiek zanadto przestarzałego honoru.
- Czaruś! - rzekł nagle Hipolit z wyrzutem - cóż ty, bracie, tak się kryjesz przede mną! Nie chcę ci się narzucać, skoro się kryjesz.
- Ależ nie kryję się! Spałem.
- Widzę przecie, że chowasz w sobie jakąś mękę. Coś się tu dzieje dookoła ciebie, czego nie mogę zrozumieć. Mówią mi różne głupstwa, a nawet świństwa. Niczemu nie wierzę. Teraz ta pręga na twarzy...
- Daj mi pokój!
- Czyż nie byliśmy żołnierzami jednego strzeleckiego rowu! - mówił Hipolit ze łzami, chwytając towarzysza za rękę. - Poznałem cię do dna i nie mieliśmy obadwaj tajemnicy przed sobą. Jeden za drugiego szedł jakby za siebie samego. Słowo -jeden trupem by się był położył za drugiego. A teraz ty w moim gnieździe rodzinnym, tu, na moich śmieciach, zmagasz się z jakimś wrogiem, a mnie w tej sprawie już nie masz za brata. To mię boli, Baryka!
- Są sprawy, z których się zwierzyć nie można przed nikim, nawet przed tobą.
- Nie ma takiej sprawy, z której ja nie mógłbym się przed tobą zwierzyć. Przecież nie chodzisz kraść koni ani nie rozbijasz na publicznej drodze!
- No widzisz - prawie...
- E, głupiś! Jedno ci powiem: jeżeli masz jakie zajście, jeżeli się z kim zmagasz, jeżeli na ciebie przypadła bieda ponad siły, nieszczęście głuche... Z kimkolwiek byłaby sprawa, o cokolwiek - stoję przy tobie! Słowo - i będę prał, jakbyś ty sam prał swoją własną ręką! Chcesz sekundanta, chcesz zastępcy, chcesz alter ego, chcesz pośrednika - o cokolwiek sprawa - jestem!
- Dziękuję ci, Hip! Ja przecie wiem o tobie. Ale ja nie mam sprawy.
- Kto cię uderzył przez twarz?
- Gałąź w parku.
- Nie chcesz mnie?
- Nie.
- Rozumiem. Już więcej ci się nie będę nastręczał ze swą figurą.
- Hipolit, braciszku! Zostaw mię.
- Już między nami, znaczy, nie ma tamtego, co było w rowach.
- Powiem ci tylko jedno: tam w rowach nie było pięknych kobiet. O więcej się nie dopytuj. Dośpiewaj sobie resztę, bo nic ci więcej powiedzieć nie mogę. To sekret.
- Sekret, o którym przez cały dzisiejszy dzień wszystkie wróble na wszystkich dachach ćwierkały.
- Doprawdy?
- A cóż ty myślisz! Chcę stanąć przy tobie, chcę cię zasłonić i walić na prawo i lewo... Co tylko każesz... A ty z pompą: sekret!
- Mam do ciebie jedną wielką prośbę.
- Wszystko!
- Pozwól mi pojechać na tydzień, na dwa tygodnie do tego małego folwarczku - na Chłodek. Chciałbym być sam, nawet ciebie nie widywać... No, i żeby mnie ludzkie oko nie widziało. Chciałbym tę gębę zagoić i pomyśleć w tym czasie nad wszystkim, co mię tutaj otoczyło. Nie mogę teraz ani tutaj być, u was, ani wrócić do miasta. Mam w sobie tuman, tuman...
- Dziś dam dyspozycję. Dostaniesz tam izdebkę. Ale to będzie małe, proste, ordynarne. Bo tam przecie nie ma komfortu.
Cezary nie mógł mówić. Wyciągnął do przyjaciela rękę. Hipolit ujął jego dłoń i długo ją ściskał. A wreszcie puścił tę rękę z jękiem:
- Na Chłodek - sam... Ech, ty głupcze! Ty dardanelski ośle! Zmarnowałeś Karusię! Uradziliśmy byli tutaj w rodzinie, żeby Karusię jakoś wyposażyć. Postanowiliśmy dać jej ten Chłodek w posagu. Zdawało się, że ty ją lubisz. Marzyłem: pobiorą się, osiądą na tym Chłodku. Myślałem, że będziemy przez życie nasze sąsiadami. Ech, ty głupcze!...




Następnego dnia rankiem, zanim we dworze nawłockim powstawano, Cezary przeniósł się na Chłodek. Nie żegnał się z nikim, gdyż i tak, po śmierci Karoliny, nie był zbyt dobrze widziany przez mieszkańców tego dworu. Hipolit odprowadził go osobiście i "wręczył" ekonomowi Gruboszewskiemu. Dokonawszy zaś tego "wręczenia" w sposób urzędowy i niejako prawniczy, zaraz odjechał swymi małymi saneczkami. Cezary przyjrzał się spod oka panu Gruboszewskiemu, a tamten pokaszlując i gładząc obwisłe wąsiska przyglądał się swemu gościowi. Wreszcie zaprosił do wnętrza dworku niezbyt gościnnym gestem:
- Proszę pana do środka...
Środek był tuż, jak gdyby na wierzchu. Dzieliły go od świata, deszczu, wiatru i zbyt wielkiego mrozu ściany modrzewiowe, bielone, a powyginane ze starości tak dalece, że każda z tych ścian miała linię nie pionową, lecz falistą. Z małego ganeczku wchodziło się do sieni wyłożonej płaskimi kamieniami, a z sieni niskie, odwieczne drzwi okute prowadziły do izby szerokiej, o kilku oknach. Podłoga w tej stancji również była jakaś falista, leżąc wprost na ziemi. Spomiędzy szpar między starymi balami podłogi wydostawała się glina czasu jesiennych szarug i zimowych odwilży, a wielkie letnie ulewy przepływały w poprzek tychże balów, gdyż niestety, spróchniałe i zbutwiałe przyciesie nie mogły ich już po staremu odeprzeć i powstrzymać. W dużym "pokoju" stały dawne meble z mocno obdartym pokryciem. Na ścianach wisiały lanszafty tak zakurzone i sczerniałe, że po prawdzie, nie wiadomo było, po co one wiszą już na swych zardzewiałych gwoździach lat tyle, skoro żadnego lanszaftu i nic nikomu nie pokazują. Duży, czarny stół na próchniejących nogach stanowił jak gdyby centralny punkt tego domu. Stała tam już kawa w imbryku, śmietanka w dzbanku pobielanym, leżał chleb, symetrycznie otoczony przez maselniczkę, cukierniczkę, stanowiącą piękny zabytek czasów dawno minionych, przez stare noże, zgładzone od ostrzenia i krajania, oraz przez widelce z powyłamywanymi zębami. Stary, równie antyczny jak wszystko w jego domu, pan Gruboszewski wziął z rąk Cezarego walizkę i zaniósł ją do następnego pokoiku, małego, o jednym oknie. Tam ustawił ostrożnie walizkę przy łożu z jesionowego drzewa, zasłanym doskonałymi poduszkami i niebieską, jedwabną kołdrą.
- Mamy tylko dwa pokoje, proszę jaśnie pana - sumitował się pan Gruboszewski - więc tutaj jaśnie pan raczy rozgościć się według swego życzenia. Ja ze współmałżonką będę w tamtym pierwszym pokoju.
- Proszę pana! Nie jestem wcale "jaśnie pan", lecz najzwyklejszy Baryka. Przykro mi, że narobiłem państwu takiego zamętu.
- Th... Gdzież tam! - mówił nieszczerze Gruboszewski. - Gość w dom, Bóg w dom - dodał już najzupełniej kłamliwie, a nawet oszukańczo.
- Państwo już dawno tutaj mieszkają, na Chłodku? - pytał Cezary, żeby tylko coś powiedzieć.
- Trzydzieści pięć lat, proszę łaski pana. Idzie na trzydziesty szósty, odkąd my na ten Chłodek nastali. Człowiek się na dobre zestarzał w tym samym miejscu. Mchem człowiek obrósł jako kamień w tutejszym polu.
- Tak. To kawał czasu.
- Nic się w tym domu nie zmieniło przez te długie lata. Te same ściany, te same belki, ten sam dach, te same graty. Domisko to stare jak świat. Na belce w tamtej stancji stoi napis: Anno Domini 1782. Jest tu na ganku cztery słupy. Jeden jest niepewny. Tknąć go palcem, wylatuje. Już tak wylatuje dwadzieścia cztery lata. Wszyscy wiedzą w domu i w okolicy: od tego słupa z daleka, bo może przytłuc!
- Czemuż go pan nie przytwierdzi mocnym bretnalem?2
- Nie mój dom. Nie ma co do tego dyspozycji. Nie mam poręcznej drabiny. A słup i tak latami stoi. A ile to ja, proszę łaski pana, zboża przez te lata wydał do śpichlerzów państwa nawłockiego! Któż by to zliczył! Ile się to mąki przemełło w tutejszym młynie!
Tymczasem proszono do śniadania. Przy tym śniadaniu, które było takie samo jak w nawłockim dworze i takimi samymi obstawione ceregielami, rolę Maciejunia pełniła pani Gruboszewska, jejmość w obcisłym czarnym stroiku oraz w czarnym nakryciu głowy siwej i, powiedzmy, łysawej - jejmość chuda i koścista, której widok nieco Cezarego przestraszył. Zapraszanie i nastawanie do objadania się było intensywniejsze niż w Nawłoci.
Tymczasem Cezary szukał niższego życia, samego życia. Zwierzył się z tym panu Gruboszewskiemu. Ten nie bardzo zrozumiał. Człowiek żyjący samą istotą życia, człowiek praktyczny, człowiek nagiego faktu w życiu i nagiego interesu nie mógł zrozumieć, iż ktoś może poszukiwać istoty życia. Ale ów poszukiwacz był to przyjaciel pana Hipolita, dziedzica, więc wolno mu było poszukiwać, czego chce. Pan Gruboszewski, człowiek żyjący istotą życia, widział w tym poszukiwaczu istoty życia po prostu kontrolera nasłanego przez dwór dla zbadania zastarzałych ekonomskich nadużyć - tajnego spostrzegacza, donosiciela, a nawet kandydata na posadę ekonoma na Chłodku, domniemanego swojego następcę. Toteż patrzał na przybysza i czekał. Na wszelki wypadek, starym obyczajem gościł, karmił i poił gościa, kimkolwiek on tam jest w owej istocie rzeczy. Zawsze łatwiej jest z człowiekiem, gdy sobie podje, a zwłaszcza rzeczy smacznych, których w byle mieście nie widział.
Zaraz po śniadaniu Cezary zwrócił się do swego gospodarza z propozycją pomocy we wszelkiej pisaninie, w prowadzeniu ksiąg, rubryk, wykazów, rachunków, papierów. To już najgorzej nastroiło ekonoma Gruboszewskiego.
"Widzisz go! Chwat! Do papierów, do ksiąg, do rachunków! Zjesz ty diabła czubatego, zanim ja ci dam << papiery >> !"
- Jakież to tu u nas papiery! - westchnął głośno. - Mało tu piszemy. Wszystko w oczach i na palcach. Wszystko jawnie i po bożemu. Pisze się, oczywiście, rachunki, wykazy, a owszem! Porządek - to u nas pierwsza rzecz na Chłodku! Już, chwalić Boga, trzydzieści pięć lat, a idzie na trzydziesty szósty. Owszem, zaraz pokażę księgi...
- Nie tak znowu zaraz. Przy okazji. Rad bym dziś zobaczyć gospodarstwo, młyn, wieś. Porozmawiać z ludźmi, posłuchać, co też mówią, jak mówią...
Tu już Gruboszewski nie miał ani cienia wątpliwości, że stoi przed nim człowiek, który chce go wygryźć z posady, wysadzić z ekonomii na Chłodku i "puścić w świat z torbami". Rozpacz zakotłowała się pod czaszką człeczyny.
- A co to za przygodę szanowny pan mieć musiał, że aż taką kresę przez oblicze wyniósł? Czy to jeszcze z wojny?
- Nie. Upadłem w nocy na schodach i skaleczyłem się tak mocno...
Pani Gruboszewska poczęła wnet doradzać użycie rozmaitych medykamentów, zalecała zwłaszcza maść ze świeżego wosku, oliwy, terpentyny i czegoś tam jeszcze. Pobiegła nawet żwawym truchcikiem do spiżarni za wielką kuchnią, żeby tę maść przygotować według starego przepisu, który się nazywa po łacinie unguentum, a który jeszcze ojciec - świeć Panie nad jego duszą! - szeroko chłopom aplikował.
Nim powróciła z maścią, Cezary wymógł na Gruboszewskim spacer do młyna i dookoła zabudowań folwarku. Młyn był stary, typu panującego nad rzekami i stawami polskimi jeżeli nie za Piastów, nie za Jagiellonów, to na pewno za obieralnego Stefana Batorego. Było w tym starym klekocie nawet coś pięknego, gdy się tak, w dobie aeroplanów i telegrafów bez drutu, obywał bez żelaza, posiłkując się według prastarego obyczaju kamieniem jeno i drzewem. Jego pierwotne drewniane maszyny - koła podsięwodne i paleczne, walce, skrzynie, żarna, rzeszota, sita i pytle - były wymyślnymi wynalazkami cieślów, kamieniarzy i sitarzy - były "sposobami" zarzuconymi dawno-pradawno przez geniusz rolniczej wioski na siły dzikiej rzeki okolicznej i twardość życiodajnego ziarna.
Baryka musiał zajmować się tymi zjawiskami zewnętrznymi i myśleć o nich niejako przemocą, ażeby w sobie pokonać męczarnię wspomnień i poduszczenia tęsknoty. Chodził, biegał, rozmawiał, dopytywał się, oglądał, rozważał, śmiał się, dowcipkował, a nad jego głową huczała groza burzy rozpętanej. Wesoło i kordialnie zaznajomił się z młynarzem Sylwestrem - gadał z wieśniakami oczekującymi na mąkę razową i otręby, a serce rozpętane waliło w jego piersiach jak więzień skazany na śmierć. Jakieś wzmianki w rozmowie: "ot, tamten gospodarz jest spod Leńca, a ten to z Ognichy, na drodze do Odolan" - rzucały nim jak czerepem bezsilnym w jamę rozpaczy głuchej i bezdennej. Tym usilniej, tym zawzięciej rozmawiał, interesował się, dociekał, badał, wchodził w istotę rzeczy.
Sylwester, młynarz stary na owym Chłodku, siedział już w tymże młynie kilkadziesiąt lat, bo nastał tu jeszcze przed Gruboszewskim. Gdzie - Gruboszewski! Był jeszcze za tamtego ekonoma, za Przesławskiego. - Ludzie go tu - powiadał - znają jak kraj szeroki, z tej i z tamtej strony Jasnej Góry. - Płucaż miał, płuca! Wrzeszczał, rzeczywiście, na cały tamtejszy kraj - każde jego słowo przekrzykiwało wszystkie "korce", tryby, walce, palce i pytle, gadające rzecz swoją. Sylwester postękując przypatrywał się spod oka młodemu obieżyświatowi, o którego sekretnej misji szepnął mu już okumon Gruboszewski. Gadał z tym większym wrzaskiem, a podstępnie, obłudnie, chytrze. Chłopów było pełno we młynie. Gospodarzy zasobniejszych i małorolnych chudziaków, którzy chciwymi oczami wpatrywali się w wymyślne i cudaczne Sylwestra maszyny, czy im aby mąki i otrąb nie podbiorą nad miarę.
Dziwiła Cezarego rozmowa z wieśniakami. Słuchali, gdy im to i owo opowiadał o wojnie. Synów na tej wojnie mieli, braci, krewniaków. Lecz gdy nawrócił do rzeczy pokoju, przeważnie go nie rozumieli i on ich nie rozumiał. Nawet nie to, żeby go nie rozumieli: nie obchodziło ich, nudziło ich to, co mówił. Lubili gadać i słuchać tylko o tutejszym, o realnym, o widocznym, dotykalnym, o tak dotykalnym i tutejszym, że on znowu tego nie rozumiał. Wszystko musiało być na przykładzie z tej okolicy, wszystko musiało tutaj się przydarzyć i o tutejsze stosunki zaczepiać. Inaczej było obce, dalekie, nienaskie, zaświatowe, a więc nie interesujące. Wszystko, cokolwiek mówili i czym się interesowali, zahaczało się o jadło i napitek, obracało się dokoła opału i odzienia, przeżycia zimy i przednówka, a doczekania drugiego lata. A na drugie lato i drugą jesień będzie znowu to samo: wyrobić, wydębić z okrutnej, twardej ziemi tyle, żeby przejeść całą zimę bez głodowania, przetrzymać przednówek - i znowu dalej - do "nowego".
W pewnej chwili tych gawęd o jadle i przyodziewku od zimna, Cezarego pchnął nóż wściekłości: "Cóż za zwierzęce pędzicie życie, chłopy silne i zdrowe! Jedni mają jadła tyle, że z niego urządzili kult, obrzęd, nałóg, obyczaj i jakąś świętość, a drudzy po to tylko żyją, żeby nie zdychać z głodu! Zbuntujcież się, chłopy potężne, przeciwko swojemu sobaczemu losowi!" - myślał Cezary siedząc na worku miękkich otrąb. Ta myśl, ten grzmot wewnętrzny był pewną siłą duchową, przeciwstawiającą się burzy szalejącej nad miękkimi postawy duszy.
Siedział we młynie aż do obiadu, wciąż zaciekle z chłopowinami pogadując. Później, przed samym już obiadem, obszedł stajnie, obory, stodoły i śpichlerz folwarczny, włażąc jak istny detektyw w najdrobniejsze szczegóły.




Dwa tygodnie spędził na Chłodku jako gość państwa Gruboszewskich, stale podejrzewany przez nich o czyhanie na posadę ekonoma. Jadł, pił, spał i pracował od świtu do nocy. Co robił? Jakąś robotę wykonywał forsownie. Wstawał rano, do dnia, to znaczy o ciemnej nocy grudniowej, pospołu z jegomością Gruboszewskim. Szedł spać z kurami, to znaczy około piątej po południu. Co dzień był gdzie indziej: we młynie - na gumnie, przy młocce cepami, wianiu, mierzeniu i odstawianiu do śpichrza gotowego ziarna - w lesie, podczas rąbania sążni drzewa na opał - przy połowie ryb na Wiliją - w oborach, przy udoju wieczornym i rannym. Nadto łaził po wsi wstępując do chałup nowo poznanych gospodarzy. Badał tu zwłaszcza życie bezrolnych komorników, których było niemało we wsiach sąsiednich, otaczających wieńcem na przygórkach rozrzuconym Chłodek leżący w dolinie.
Komornicy - byli to chłopi i ich rodziny nie posiadający wcale roli, a zamieszkujący "kątem" u gospodarzy przeważnie małorolnych, którzy jednak posiadali własne skrawki roli, własne chaty, stodoły i obórki. Komornicy chodzili na zarobek do dworów, służyli za fornali i ratajów, a także zarabiali u bogatych chłopów jako najemnicy i parobcy w gospodarstwach włościańskich dostatnich, lepiej prowadzonych i zasobnych w inwentarz. Życie komorników było nędzne nad wyraz. Latem wychodzili na zarobek w bogatsze okolice. Niegdyś, przed "wielkimi wojnami", wędrowali masowo za granicę Słowiańszczyzny do rdzennych Niemiec jako "obieżysasy". W czasie wojen rozmnożyli się, narośli i wypełnili wioski i wioszczyny. Wojny nie wygubiły ich, lecz właśnie rozpleniły - nic im nie przydając. Wielu z nich skrwawiło się, pokryło ranami i zdobyło kalectwo w walce o wolność narodu polskiego, a ojczyzna, w nowe państwo przekształcona, nie zdołała jeszcze nic dla nich uczynić, zajęta ogólnymi biedami i ciągłym zmaganiem się z zewnętrznym wrogiem. Czekali cierpliwie - żyjąc w swych kątach, na cudzym przykominiu, śpiąc na ławkach i po zapieckach, nie mając własnego domu i nie mając nic zgoła, co by swoim nazwać mogli. Był tego po wsiach, wśród posiadaczów i półposiadaczów, tłum, mnogość, powszechność. Słaniali się po drogach jako dziady, tłukli się po dziedzińcach zabudowań, plącząc się i nie wiedząc, o co ręce zaczepić. Jakże straszną była ich zima! Jakże potworne wśród nich grasowały choroby! Jakież katusze znosiły kobiety tego klanu pariasów, gdy w ich potomstwo uderzały krosty albo to straszniejsze, co ściśnie w gardle i zadusi nieletnie dzieciątko, niczym bezlitosna kuna, ćkórz, wytracający całe kurniki ptasich piskląt.
Przez szpary we wrótniach stodółek przypatrywał się starcom i staruchom wywleczonym z ogrzanych chałup przez dzieci i wnuki zdrowe na umarcie w mróz, zawieję, złożonym na snopku kłoci, aby prędzej dosz1i i nie zadręczali żywych, spracowanych i głodnych, swym kaszlem, charkaniem krwią albo nieskończonymi jękami. Podziwiał tę pierwotną, barbarzyńską bezlitość, która jest nieuniknioną ekonomią życia, życia takiego, jakie jest na wsi.
Oto miał przed oczyma drugi biegun systematów urządzenia żywota ludzkiego na świecie. Patrząc na skręconą staruszkę, która na snopku słomy w stodole pomimo wszystko skonać nie mogła, a żyć w tych warunkach nie mogła również, wspominał matkę swą i jej ostatnie godziny. Tam, w świecie urządzonym według najlepszego społecznie ideału, załatwiano się szybciej i skuteczniej pomagano śmierci. Cezary plątał się teraz wśród mieszkańców wiosek, przypatrywał się ich robocie i odpoczynkowi, wglądał w ich garnusie przystawione do cudzego ognia, badając, co też jedzą. Przebiegał nawłockie lasy obserwując źle żywionych podrostków, obdartusów i sankiulotów, wyschłe, schorzałe babiny, jak kulkami obłamywały gałęzie suche, a potem wiązki ich dźwigały na plecach upadając pod ciężarem, wlokły się poprzez równinę śniegową, ażeby w mróz srogi ogrzać ręce i warzę zgotować przy ogniu świętym. Zaprawdę, gdy huczał srogi polski wicher - serce mu nieraz pękało. Pękało tak szczerze i głęboko, iż własne jego zgryzoty przymierały.
Zjadł "Wilię" w domu ekonomostwa Gruboszewskich, w gronie rodziny, synów, zięciów, córek i ich potomstwa, co się z różnych stron do starych na Chłodku zjechało. Nie chciał być w Wigilię w Nawłoci, pomimo że szrama na twarzy dawno się zagoiła i tylko nieznaczna siność wskazywała, że tam niegdyś było cięcie zdrowe. Na próżno Hipolit Wielosławski przyjeżdżał na Chłodek, na próżno, wyprowadziwszy przyjaciela w pole, błagał go o przybycie do Nawłoci. Nic nie pomogło.
W czasie tej to Hipolita wizyty padła wiadomość rzucona mimochodem:
- Ale, ale, czy ty wiesz, Czaruś, że nasza piękna sąsiadka, pani Laura, jest już panią Barwicką.
- Nic o tym nie wiem... - mrukął Cezary czując, jak w nim serce i krew w żyłach lodowacieje.
- Jakże! Przysłali zawiadomienie o ślubie.
- Gdzie? O ślubie?
- Z Krakowa. Ślub za jakimś tam indultem. Zawiadomienie na brystolu, litografowane morowo, z tytułami i genealogiami. Chcesz, to ci przywiozę?
- A mnie to po co?
- Myślałem, że cię to obchodzi.
- Do diabła z tym! - mruknął Cezary i zaczął mówić o czym innym.
Ale ta wiadomość w serce go poraziła. Teraz już zgasły wszelkie tajne nadzieje. Ustały już wszelkie marzenia zaskórne, hodowane w pomroce pomimo wszystko. Potworność faktu, oczywistość tryumfu Barwickiego dusiła go za gardło.
Cezary musiał "robić" podwójnie. Chodził, biegał, wtrącał się, wścibiał, podglądał, nasłuchiwał. Uczył się ostatnich sekretów życia biedoty. Pewnego jednak dnia wstawszy o ciemnej nocy do dnia, oświadczył panu Gruboszewskiemu, że już ma dosyć, dłużej tu już nie będzie marudził. Odjeżdża do miasta. Powraca do swoich trupków w prosektorium. Pan Gruboszewski ucieszył się, jakby mu kto cały Chłodek na własność darował. Do trupów w czymś tam takim? Bagatela. Tak-że trza było gadać od samego początku, że to chodzi o romanse i filozofie!
Cezary napisał do Hipolita bilecik z prośbą o konie do stacji. Zanim konie nadeszły, zebrał swoje manatki, zapakował walizkę i czule, ogniście żegnany, pojechał do Nawłoci. Pani Wielosławska i strupieszałe ciotki, Michał Skalnicki i Maciejunio (ksiądz Anastazy odjechał już był do swej parafii, gdzie pełnił obowiązki wikarego) - słowem wszyscy żegnali go ze smutkiem, w którym jednak nie było za tym gościem żałoby. Patrzyli na niego spod oka i żegnali go gorzkim pozdrowieniem.
"Bądź zdrów, gościu - mówiły ich spojrzenia. - Dach nasz był twoim dachem, drzwi nasze stały przed tobą otworem, ale ty dziwnym byłeś gościem. Bóg z tobą!"
Trzeba było pożegnać jeszcze państwa Turzyckich, którzy nie jednę wyświadczyli usługę. Cezary rad by był uniknąć tej wizyty, ale nie było sposobu wykręcić się sianem.
Wspaniałe hamany cugowe - czarna para - zaprzężone do malutkich saneczek z delią' niedźwiedzią na nogi - biła kopytami przed "Arianką" i rozmiatała śnieg rwąc się do skoku. Toteż wizyta nie mogła być długa. Cezary chwilę zabawił. Ucałował rączki pani Turzyckiej, coś tam naopowiadał przyjemnego i cmoknął w wąsiska pana. Zbiegł ze schodów.
Ale gdy już miał wyjść z wielkiej sieni, udało mu się jeszcze rzucić okiem na schody. Wtulona we wnękę głęboką, nachylona nad poręczą czaiła się tam Wanda Okszyńska. Była blada, bladozielona jak mur bielony, obok którego tkwiła. Była wychudła i jakaś zestarzała. Oczy jej, podkute czarnymi obwódkami, wlepione były w tego pana Czarusia, który tak ciężko na jej życiu zaważył. Spostrzegłszy, że patrzy w jej stronę, skinęła ku niemu dwukrotnie głową. A gdy ukłoniwszy się z daleka, wybiegł ze swoją walizką w ręku, zawisła nad tą poręczą. Przymknęła oczy i wtuliła się w zimną wnękę. Głowę jej nieszczęśliwą jedynie mroźny mur podparł i chłodem litościwym otrzeźwił.
Jędrek lewo-ledwo mógł utrzymać lejce karych. Pognały jak burza środkiem alei. Przy końcu tej alei Jędrek odwrócił się do swego pana z pytaniem:
- Na prost czy na Leniec?
- Jedź, jak chcesz. Zdążymy na pociąg.
- Bardzo kopno na prostaki. Opłotki pozadymane. Konie trudno utrzymać. Wpakujemy się między opłotki. Będą skakały...
- No więc na Leniec. Ruszaj! Bata nie waż się! Lejcami lekko...
Konie poniosły sanki szeroką drogą. Cezary podniósł oczy na tę okolicę, siedlisko takich uniesień, takiej radości, a teraz zwierciadło takiej żałości. Cóż to się stało z tą ziemią! Folwarki okoliczne na tle białego śniegu zawleczone były niebieskawą mgłą i miały w swych kształtach zimowy wyraz tamecznego życia: smutek, obcość, troskę. Jakże były inne, jak obce duszy, jak ponure te kielichy niedawnego wesela! Oto grusze polne, które mijał w szczęściu. Oto las. Oto te zarośla przydrożne, które umiały śpiewać swoją własną pieśń miłosną do wtóru zawistnej pieśni duszy. - Leniec!
Cezary przypatrywał się pałacykowi spod zwisłych powiek. Wchłaniał oczyma po raz ostatni kształt dużego okna na górze, barwę ogrodu. Okno na górze było zasłonięte firankami. To znak, że pani nie ma.
Nie dał rady: grube, samotne łzy, z całej siły trzymane pod powiekami, spłynęły po jego policzkach. Hipolit Wielosławski udawał, że ich nie widzi. Coś gadał do Jędrka. O coś się złościł. Krzyczał swe: - trzymaj naręcznego, trzymaj go! - Tylko mocną żołnierską ręką objął wpół Cezarego i pod pozorem obawy, żeby kolega nie spadł z wąskiego siedzenia, przycisnął go z całej siły do piersi.

dalej

wszelkie prawa zastrzeżone © 2007 Fundacja Nauka i Wiedza