Wstecz
Homer - Iliada
Pieśń VIII
cz. 1
W szacie o barwie szafranu spłynęła Eos na ziemię,
kiedy Dzeus gromem władnący bogów zawezwał na radę.
Szczyt więc najwyższy zajęli Olimpu o wielu wierzchołkach.
Pierwszy się do nich Dzeus ozwał, a inni w skupieniu słuchali:
"Wszyscy bogowie, słuchajcie mnie i słuchajcie, boginie!
Powiem wam teraz to wszystko, co serce powiedzieć mi każe.
Niechaj mi żadna kobieta z bogiń i żaden mąż z bogów
nie śmie przeszkadzać w przemowie, ale niech wszyscy pospołu
staną, a zgodnie, bym łatwiej rzecz doprowadził do końca.
Który mi z bogów - niech tylko tego zobaczę! - wyruszy
pomoc nieść dzielnym Trojanom albo walecznym Danajom,
ten porażony przeze mnie ze wstydem na Olimp powróci
albo zostanie strącony w mrok straszliwego Tartaru -
bardzo daleko, gdzie jest najgłębsza otchłań pod ziemią,
tak pod Hadesem głęboko, jak niebo jest z dala od ziemi,
gdzie są bramy żelazne, a próg u bram tych spiżowy.
Wszyscy poznacie, żem mocarz od wszystkich bogów silniejszy.
Próbę możecie, bogowie, podjąć i niech was przekona:
linę na szczycie Olimpu zawieście złotą i potem
wszyscy ciągnijcie ją na dół, bogowie i wszystkie boginie,
lecz nie zdołacie przeciągnąć potęgi Dzeusa na ziemię
ze szczytu nieba, chociażby wysiłek wasz był największy.
Gdybym zaś ja chciał pociągnąć was wszystkich z morzami i z ziemią -
wierzyć możecie mym słowom - pociągnąłbym was bez trudu.
Później obwiązałbym linę wokoło wierzchołka Olimpu,
mocno zacisnął i wszystko wisiałoby znów w przestrzeni.
Tak ja przewyższam potęgą niezmierną i bogów, i ludzi".
Tak powiedział. A wszyscy słów jego w milczeniu słuchali,
tym przemówieniem zdumieni, bo z wielką przemawiał Dzeus mocą.
Rzekła nareszcie bogini, o jasnych oczach Atena:
"Ojcze nasz wielki, Kronido, co wszystkich mocarzy przewyższasz,
dobrze my wiemy, że twoja potęga jest nieprzemożona,
ale tak żal nam Danajów wybornie władnących włóczniami,
którzy złym losem ścigani w tych bitwach nieszczęsnych polegną.
Jednak, gdy tak rozkazałeś, unikać bitwy będziemy,
tylko wesprzemy Argiwów pożytecznymi radami,
aby nie wszyscy zginęli przez gniew twój prześladowani".
Odrzekł jej na to z uśmiechem Dzeus, co obłoki gromadzi:
"Ufaj mi, Tritogenejo, kochana córko! Słów moich
z serca szczerego nie rzekłem. Chcę być dla ciebie łaskawy".
Tak powiedział i zaprzągł konie o nogach spiżowych,
rącze jak wicher i strojne pozłocistymi grzywami.
Ciało swe także przyodział szatą ze złota, bicz ujął
również złocisty, roboty pięknej, i wstąpił na rydwan.
Smagał rumaki batogiem. Do biegu się wnet porwały,
środkiem cwałując pomiędzy ziemią i niebem gwiaździstym.
Dotarł do Idy o wielu strumieniach, zwierząt macierzy,
gdzie miał w Gargarze swój ołtarz i sobie gaj poświęcony.
Konie tam w pędzie zatrzymał Dzeus, ojciec bogów i ludzi,
wyprzągł je z wozu i gęstą chmurą dokoła otoczył.
Sam zaś na szczycie siadł chwałą swą własną rozradowany,
patrząc na święty gród Trojan i na okręty Achajów.
Właśnie kończyli posiłek o bujnych włosach Achaje
w swoich namiotach, a potem pośpiesznie się uzbrajali.
Także w swym mieście Trojanie zbroje do walki wdziewali,
liczbą mniej liczni, lecz za to pragnieniem walki płonący -
gdy tak kazała konieczność - w obronie małżonek i dzieci.
Wszystkie otwarto wnet bramy i wojska się wynurzyły
piesze i konne tłumami. Zgiełk straszny w niebo uderzył.
Kiedy zbliżyli się wreszcie, idąc wzajemnie ku sobie,
zwarły się tarcze skórzane, włócznie i gniew bezlitosny
mężów okutych zbrojami ze spiżu. A tarcze wypukłe
sprzęgły się jedne z drugimi. Zgiełk straszny w niebo uderzył.
Razem zmieszały się jęki i triumfalne okrzyki
tych, co ginęli i nieśli zagładę. Spłynęła krwią ziemia.
Póki jaśniała świetlista Eos i święty dzień wzrastał,
póty z dwóch stron wzlatywały pociski. Ginęły narody.
Potem gdy Helios, swój tocząc krąg, w środek nieba już wkroczył,
podniósł Dzeus ojciec do góry złociste wagi przeznaczeń,
dwa na nich losy położył niosącej zagładę śmierci:
dla jeźdźców wybornych, Trojan, i spiżozbrojnych Achajów.
W środku ją wzniósł, równoważąc. Zły dzień Achajów przeważył.
Wyrok więc zguby Achajów ku ziemi wielu żywiącej
spadł, a dla Trojan się podniósł w górę do niebios szerokich.
Dzeus wtedy ozwał się gromem z Idy wyniosłej. Przeleciał
płomień przez wojsko. Achaje, widząc te znaki, strwożeni,
strachem przejęci, ze zgrozy pozielenieli jak trawa.
Wytrwać tam nie śmiał Idomen ani sam wódz Agamemnon,
ani też dwaj Ajasowie, choć Ares ich umiłował,
tylko sam Nestor pozostał gereński, obrońca Achajów.
Musiał pozostać - koń jego był ranny, bo sam Aleksander
boski ugodził go strzałą, mąż pięknowłosej Heleny.
Trafił go w głowę wysoko, gdzie koniom pierwszy włos grzywy
z czoła wyrasta. Ta rana najbardziej jest niebezpieczna.
Z bólu koń przednie kopyta wzniósł, bo cios mózg mu zadrasnął.
Inne spłoszyły się konie. Splątały uprząż spiżową.
Odciąć zaledwie rzemienie od konia zdołał sędziwy
Nestor i podnieść miecz w górę, gdy bystre konie Hektora
w zgiełku nadbiegły, niosące w pędzie mężnego woźnicę,
właśnie Hektora. I starzec pewno utraciłby duszę,
gdyby go szybko nie dojrzał Diomedes o głosie donośnym.
Krzyknął okropnie, do walki pragnąc pobudzić Odysa:
"Laertiado dostojny, przebiegły Odyseuszu!
Gdzie pędzisz tyłem do wroga, jak tchórz w spłoszonej gromadzie,
chcesz, by w ucieczce ktoś ciebie swą włócznią w plecy ugodził?
Nuże, od męża dzielnego musimy starca obronić!".
Tak powiedział. Nie słuchał go boski Odysej, co wiele
w życiu wycierpiał. Do gładkich podążał okrętów Achajów.
Chociaż więc sam, syn Tydeusa wmieszał się w pierwsze szeregi,
przed sędziwego Nestora, syna Neleusa, zaprzęgiem
stanął i w takie do niego ozwał się słowa skrzydlate:
"Starcze, nastają na ciebie o wiele młodsi wojacy.
Siły twe są wyczerpane, ciężka cię starość obarcza.
Masz bezsilnego woźnicę i konie od ran kalekie.
Nuże więc, wstąp na mój rydwan, a szybko, abyś zobaczył,
jak ujeżdżone są konie Trosowe, by na równinie
tu i tam mogły cwałować - w pościgu albo w odwrocie.
Eneaszowi je wziąłem, wojownikowi strasznemu.
Niechże twoimi się zajmą słudzy, a my dwaj na moich
w lot uderzymy na Trojan, wybornych jeźdźców, by Hektor
poznał, że bronią szaloną umie być włócznia w mej dłoni".
Tak powiedział. I jeździec gereński, Nestor, usłuchał.
Końmi Nestora zaś dzielni zajęli się towarzysze:
Eurymedon, co walkę ukochał, oraz Stenelos.
Tamci obydwaj zajęli miejsca na wozie Diomeda.
Nestor od razu pochwycił w swe ręce lejce błyszczące,
smagnął batogiem rumaki i w lot dopędził Hektora.
W niego, gdy na nich nacierał, cisnął swą włócznię Tydejda,
ale go chybił, lecz jego woźnicę i przyjaciela,
syna Tebaja o duszy wyniosłej, Eniopeusa -
ten trzymał lejce rumaków - w pierś przy brodawce ugodził.
Runął z rydwanu na ziemię Eniopeus, a konie skoczyły
wstecz bystronogie. Trafiony moc swą utracił i duszę.
Serce Hektora żal przejął gryzący o swego woźnicę,
lecz poległego opuścił, choć trapił się towarzyszem,
że porzucony tam został. Szukał innego. Niedługo
koniom zbywało opieki, bo Hektor znalazł od razu
syna Ifita, dzielnego Archeptolema, któremu
skoczyć na wóz rozpędzony kazał i lejce wziąć w dłonie.
Byłyby wtedy tam klęski i wydarzenia straszliwe
i do Ilionu zagnano by Trojan niby barany,
gdyby ich szybko nie dojrzał Ojciec i bogów, i ludzi.
Ozwał się gromem straszliwym i piorun cisnął jaskrawy
przed rumakami Diomeda. Głęboko ten zarył się w ziemi,
groźnym, siarczanym płomieniem przed pędzącymi rozgorzał.
Konie okrutnie spłoszone, cofając się, wóz podważyły,
tak że się lejce błyszczące z rąk wysunęły Nestora.
W duszy strwożony w te słowa odezwał się do Diomeda:
"Synu Tydeusa, wstecz skieruj konie o mocnych kopytach.
Czyżbyś nie poznał? Dzeus dzisiaj nie nam przeznaczył zwycięstwo.
Widać, że sławą tamtego zamierza dziś Dzeus Kronida
okryć. A może nas później, gdy zechce, także obdarzy.
Człowiek zamysłów Dzeusowych nie może przecież zniweczyć,
choćby posiadał moc wielką. Bóg jest o wiele silniejszy".
Na to mu tak odpowiedział Diomedes o głosie donośnym:
"Starcze, tak mówisz to wszystko, jak słuszność każe, zaiste,
ale mi boleść nieznośna przeszywa serce i duszę:
Hektor na pewno na jakiejś naradzie Trojan wypowie,
że go się uląkł potomek Tydeusa i skrył się w okrętach,
chełpić się będzie, a wtedy - niechże mnie ziemia pochłonie".
Na to mu tak w odpowiedzi rzekł Nestor, jeździec gereński:
"Synu dzielnego Tydeusa, jakieś ty słowa powiedział?
Miałby cię Hektor nazywać tchórzem i lichym człowiekiem?!
Ani Trojanie nie daliby wiary mu, ni Dardanidzi,
ani tarczami okrytych Trojan o duszach wyniosłych
żony, wszak im powaliłeś w proch tylu mężów kwitnących".
Tak powiedział i konie zawrócił o mocnych kopytach
w zgiełku bitewnym. Za nimi w ślady Trojanie i Hektor
z krzykiem okropnym miotali mnóstwo świszczących pocisków.
Wielki zaś Hektor o hełmie wiejącym kitami zawołał:
"Synu Tydeusa, dotychczas Danaje o bystrych rumakach
czcili cię miejscem zaszczytnym, mięsiwem i pełnym pucharem.
Teraz odmówią ci sławy, boś stchórzył niby kobieta.
Ruszaj więc, kukło nikczemna! Już ja się o to potrudzę,
abyś na baszty nie wstąpił nasze i do swych okrętów
kobiet nam nie uprowadził. Wpierw spotka ciebie zagłada".
Tak powiedział. Tydejda pasować zaczął się w duszy,
czy nie zawrócić rumaków i stanąć z Hektorem do walki.
Trzykroć w umyśle i w duszy postanowienie swe ważył,
trzykroć rozumny Dzeus z Idy gromami mu odpowiadał,
znak objawiając Trojanom, że w walce da im zwycięstwo.
Wielkim więc głosem wydawał Hektor Trojanom rozkazy:
"Pierś w pierś walczący Dardani, Trojanie oraz Lykowie,
bądźcie mi mężni i w walce uparci dziś, przyjaciele!
Wiem, że Kronida łaskawy przyrzekł mi głowy skinieniem
wielkie zwycięstwo i sławę, a klęskę ześle Danajom.
Głupcy ci mur tutaj wznieśli, który im nie da ochrony
żadnej. Bezsilne te mury memu nie oprą się męstwu.
Konie me również z łatwością rów jednym skokiem przesadzą.
A gdy dosięgnę nareszcie gładko ciosanych okrętów,
nie zapomnijcie, że trzeba płomień pożogi rozpalić,
abym okręty ich zniszczył ogniem, a samych Argiwów
pod okrętami wytracił od dymów już oczadziałych".
Tak powiedział i koniom jął rozkazywać w te słowa:
"Ksancie i ty, mój Podargu, Ajtonie i boski Lamposie,
dziś mi odsłużcie starania, którymi was otaczała
małżonka ma, Andromacha, szlachetna Eetiona
córka, co słodką jak miody pszenicę dla was sypała
w żłoby i z winem zmieszaną wodą spragnione poiła.
Pierwej niż mnie was karmiła, com jest jej mężem kwitnącym,
z czego się chełpię. Więc dalej, ruszajcie śpiesznie, by zdobyć
tarczę Nestora przesławną; niebiosów jej sława sięga -
sama jest cała ze złota i otok ma pozłocisty.
Także, by z bark Diomedesa, jeźdźca świetnego, zdjąć zbroję
z kunsztem ogromnym zrobioną, Hefajsta boskiej roboty.
Jeśli tę zdobycz weźmiemy, wierzcie, że wszyscy Achaje
jeszcze tej nocy odpłyną na swoich lotnych okrętach".
Tak powiedział chełpliwie. Zawrzała gniewem dostojna
Hera, porwała się z tronu, aż zadrżał Olimp ogromny,
do Posejdona, wielkiego boga, zwróciwszy się, rzekła:
"Wielki mocarzu, co wstrząsasz lądami! Czy, Posejdonie,
serce się w tobie nie wzrusza, gdy widzisz zgubę Danajów?
Przecież w Helice i w Ajgach składają tobie ofiary
liczne i pełne uroku, a więc ty daj im zwycięstwo.
Gdybyśmy bowiem zechcieli, wszyscy przychylni Danajom,
Trojan pognębić, grzmiącemu Dzeusowi się przeciwstawić,
sam opuszczony by został i smutny na Idy szczycie".
Z ciężkim jej sercem tak odrzekł Bóg wstrząsający lądami:
"Hero, w swej mowie zuchwała, jakie wyrzekłaś tu słowa?!
Ja nie zamierzam - zapewniam cię - z Dzeusem Kronidą walczyć.
Innym to także odradzam. Dzeus jest od wszystkich silniejszy".
Takie to sprawy bogowie w rozmowach swych poruszali.
Pole natomiast - od rowu i baszt do lotnych okrętów -
konie i ludzie okryci tarczami całe zajęli
ciżbą stłoczoną, gdyż spychał ich Aresowi dziś równy,
bogu, Pryjama syn, Hektor, bo Dzeus go sławą obdarzył.
Spaliłby on niezawodnie okręty niszczącym płomieniem,
gdyby nie Hera dostojna, co tchnęła w Agamemnona
ducha, choć on bez zachęty zagrzewał Achajów do walki.
Śpiesznie więc szedł wzdłuż namiotów i obok achajskich okrętów,
wielki swój płaszcz purpurowy trzymając w dłoni mocarnej.
Wreszcie przy statku Odysa przystanął, ogromnym i czarnym,
zakotwiczonym pośrodku, z dwóch stron był stamtąd słyszany:
z jednej w namiocie Ajasa, co synem był Telamona,
z drugiej zaś u Achillesa, których okręty na krańcach
stały, bo byli w swe męstwo ufni i w siłę prawicy.
Głosem ogromnym przemówił, co rozległ się wśród Danajów:
"Hańba wam, tchórze Argiwi, z wyglądu tylko waleczni !
Gdzie wasza duma głosząca, żeśmy dzielniejsi od dzielnych?
Gdzie te przemowy na Lemnos wypowiadane zuchwale,
gdy zajadaliście wołów o krzywych rogach mięsiwa
oraz spijali kratery win wypełnione po brzegi?
Wtedy z was każdy był gotów na stu lub dwustu uderzyć
Trojan w spotkaniu, a teraz żaden z was nie wart jednego -
syna Pryjama, Hektora, co spali nasze okręty.
Dzeusie, mój ojcze, czyś jeszcze którego z królów mocarnych
taką zgryzotą obarczył i wielkiej sławy pozbawił?
Przecież ty wiesz, żem nie minął pięknego twego ołtarza
nigdy, okrętem tu płynąc wielowiosłowym na zgubę,
ale przy każdym spalałem udźce i biały tłuszcz wołów,
Troję o murach warownych pragnąc jedynie w proch zburzyć -
więc ty, o Dzeusie, spełń chociaż to jedno tylko życzenie:
pozwól nam znaleźć ratunek w ucieczce i nie daj nam zginąć,
i nie dozwalaj Trojanom tak strasznie wytępiać Achajów".
Tak powiedział i ojciec Dzeus płaczącego wysłuchał,
dając mu znak ocalenia jego narodu, nie zguby.
Orła mu zesłał natychmiast, ze wszystkich znaków najlepszy.
Orzeł niósł w szponach sarniątko przez rączą łanię zrodzone,
lecz to sarniątko upuścił przy Dzeusa pięknym ołtarzu,
gdzie ofiarami był czczony wróżebny Dzeus przez Achajów.
A więc gdy ptaka spostrzegli, którego Dzeus im objawił,
mocniej na Trojan natarli z dawnym zapałem bojowym.
Żaden z Danajów tam nie mógł się chełpić, choć wielu ich było,
że szybkonogie rumaki wpierw nim Tydejda skierował
przeciw wrogowi. Ten skokiem rów przebył i przeciw nim walczył.
Pierwszy ze wszystkich powalił Trojanom męża bitnego,
Agelaosa, Fradmona syna, co wóz do odwrotu
właśnie zawrócił, i temu, który się cofał, wbił w plecy
włócznię pomiędzy barkami, w sam środek. Pierś mu przeszyła.
Runął trafiony z rydwanu, aż zbroja na nim zabrzękła.
Za nim Atrydzi szli obaj, Menelaj i Agamemnon,
dwaj Ajasowie następnie, zapałem tchnący bojowym,
potem Idomen, Meryjon - woźnica Idomeneusa,
co Enyaliowi, zabójcy mężów, z dzielności był równy.
Potem szedł Eurypylos, Euajmona syn dzielny.
Teukros kroczył dziesiąty, gotując łuk naprężony;
stawał, chroniony przez tarczę Ajasa Telamonidy,
wtedy unosił swą tarczę Ajas, a Teukros bohater
bacznie rozglądał się wkoło, a kiedy w ciżbie swą strzałą
kogoś ugodził i tamten padał, straciwszy swą duszę,
Teukros wtedy się cofał, jak dziecko pod skrzydła matczyne,
znów za Ajasa, a tamten błyszczącą tarczą go słonił.
Kogo więc Teukros bez skazy najpierw niechybnie ugodził?
Więc Orsilocha pierwszego, Ormena i Ofelesta,
Chromia, Dajtora i Lykofonta, co bogom był równy,
Amopaona Polyajmonidę, z nim Melanippa -
wszystkich powalił kolejno na ziemię wielu żywiącą.
Widząc go, rad był ogromnie nad wodze wódz Agamemnon,
kiedy ten łukiem potężnym trojańskie tępił falangi.