Login:
Hasło:
zapomniałem hasło
zarejestruj się
skórka:
Baza Wiedzy

Iliada 7A

Wstecz

Homer - Iliada

Pieśń VII
cz. 1


Tak powiedział i bramę przekroczył Hektor przesławny
wraz z Aleksandrem, swym bratem. Bo obaj pragnęli w duszy,
jeden i drugi, na nowo stanąć do bitwy i walczyć.
Jak bogowie, co dają żeglarzom stęsknionym w podróży
wiatr pożądany, gdy z trudem wygładzonymi wiosłami
morze smagają - ich ciała znużenie obezwładniło -
tak się obydwaj Trojanom tęskniącym za nimi zjawili.
Jeden z nich natarł na syna możnego Areitoosa,
mieszkańca Arny; Menestios urodził się z wielkookiej
Fylomeduzy i Areitoosa, co nosił buławę.
Hektor zaś Eijoneja ostrzem swej włóczni ugodził
w szyję pod hełmem spiżowym i w lot mu rozwiązał kolana.
Glaukos, syn Hippolocha, lykijskich wódz wojowników,
Ifinoosa, co synem był Deksijosa, ugodził
włócznią w spotkaniu zażartym w ramię. Ten koni dosiadał
szybkich. Spadł z wozu na ziemię - osłabły jego kolana.
Kiedy spostrzegła bogini, o jasnych oczach Atena,
że tak padają Argiwi gęsto w spotkaniu zażartym,
zaraz ze szczytów Olimpu pośpiesznie na ziemię spłynęła
w stronę świętego Ilionu. Przeciw niej ruszył Apollon,
widząc ją z szczytów Pergamu. Ten chciał dla Trojan zwycięstwa.
Idąc ku sobie oboje, pod dębem się wreszcie spotkali.
Pierwszy przemówił tak do niej syn Dzeusa, władca Apollon:
"Czemuż to, Dzeusa możnego córo, z gwałtownym pośpiechem
schodzisz z Olimpu? Do czego nakłania cię wielkie serce?
Czy ofiarować Danajom pragniesz bezsporne zwycięstwo
w walce, nie czując litości nad losem Trojan ginących?
Jeśli mnie jednak usłuchasz, to będzie o wiele korzystniej.
Teraz już bitwę przerwijmy i walkę na śmierć i na życie,
dziś, a nazajutrz niech znowu toczy się wojna do końca,
który Ilionu dosięgnie, gdy tak się wam, nieśmiertelnym,
z całego serca podoba ten gród powalić i zburzyć".
Na to odrzekła bogini, o jasnych oczach Atena:
"Zgadzam się, Z - dala - godzący, bo właśnie myślałam to samo,
kiedy schodziłam z Olimpu pomiędzy Achajów i Trojan.
Tylko jak przerwać masz zamiar zmagania tych mężów zażarte?".
Na to jej tak odpowiedział syn Dzeusa, władca Apollon:
"Gniewem natchnijmy Hektora, który jest jeźdźcem wybornym,
aby na rękę chciał wyzwać któregoś z dzielnych Danajów
i w pojedynku z nim stanął do walki na śmierć i na życie.
Wtedy wzburzeni Achaje o pięknych nagolenicach
rzucą jednego ze swoich do starcia z boskim Hektorem".
Rzekł. Usłuchała bogini, o jasnych oczach Atena.
Sercem zrozumiał Helenos, Pryjama syn ukochany,
zamysł ten, który bogowie przyjęli podczas narady.
Stanął więc obok Hektora i w takie ozwał się słowa:
"Synu Pryjama, Hektorze, mądrością do Dzeusa podobny,
zechciej mnie teraz usłuchać, twym bratem jestem rodzonym.
Rozkaż, by inni spoczęli - Trojanie i wszyscy Achaje,
ty zaś sam wyzwij któregoś z najlepszych spośród Achajów
do pojedynku i stawaj do walki na śmierć i na życie.
Jeszcze cię Mojra śmiertelna i przeznaczenie nie wzywa,
wszystko to sam usłyszałem od bogów, co trwają wieczyście".
Tak powiedział. Rad wielce był Hektor, gdy tego wysłuchał,
wszedł więc w sam środek i Trojan falangi w miejscu zatrzymał,
włócznię w pół drzewca ująwszy. I wszyscy w miejscu stanęli.
Siąść Agamemnon Achajom o pięknych nagolenicach
kazał. A także Atena i srebrnołuki Apollon
siedli oboje, przybrawszy kształt ptaków, sępów drapieżnych,
w górze na dębie ojcowskim Dzeusa, co dzierży egidę,
bawiąc się ludźmi. Stłoczone gęsto wojenne szeregi
w krąg najeżyły się groźnie od tarcz, od hełmów i włóczni.
Tak jak przelewa się morze, kiedy je Zefir poruszy
i niespodzianym tchem wzburzy, a głębia pod nim czernieje -
tak kołysały się Trojan szeregi w krąg i Achajów
pośród równiny, gdy Hektor do obu wojsk tak powiedział:
"Nuże, Trojanie i w pięknych nagolenicach Achaje!
Powiem - słuchajcie - co serce w mej piersi mówić mi każe.
Dzeus, co ster trzyma wysoko, przymierza nam nie potwierdził,
ale zamysły złowrogie waży dla jednych i drugich,
pokąd wy Troi o basztach wspaniałych nie zdobędziecie
albo nie padnie z was każdy przy sprawnych w żegludze okrętach.
Wy, tu zebrani, najlepsi jesteście ze wszystkich Achajów,
jeśli więc serce którego do pojedynku się skłania,
pierwszy niech z wszystkich wystąpi, by walczyć z boskim Hektorem.
To wam powiadam, a Dzeusa wzywam na świadka umowy:
jeśli mnie który z was spiżem o długim ostrzu przeszyje,
niechże zawładnie mą zbroją i niesie do wklęsłych okrętów,
ciało zaś moje do domu niech odda i niechaj na stosie
spalą je w ogniu Trojanie i żony Trojan - po śmierci.
Jeśli zaś ja go pokonam - tę chwałę da mi Apollon -
zbroją zawładnę i wezmę ją do świętego Ilionu,
aby zawiesić w świątyni Apolla, co godzi z daleka,
zwłoki zaś oddam do waszych dobrze pokrytych okrętów,
niech poległego pogrzebią o bujnych włosach Achaje
i niech mogiłę mu wzniosą nad Hellespontem szerokim,
może ktoś wtedy tak powie z ludzi żyjących w przyszłości,
wielowiosłowym okrętem po morzu ciemnym jak wino
płynąc: ?A oto mogiła dawno zmarłego człowieka!
Choć był najpierwszy wśród dzielnych, zabił go Hektor przesławny?.
Może tak powie niejeden i sława moja nie zginie?".
Tak powiedział. A wszyscy w milczeniu trwali głębokim.
Wstyd był nie przyjąć wyzwania, a strach do walki wystąpić.
Lecz Menelaos nareszcie powstał i zaczął przemawiać,
łając i lżąc zgromadzonych, ogromnie w duszy strapiony:
"Ale z was zuchy! Kobiety achajskie, a nie Achaje!
Jakaż sromota to będzie dla nas i hańba straszliwa
teraz, jeżeli z Danajów nie ruszy nikt na Hektora.
Bodaj z was wszyscy w proch ziemski i w wodę się obrócili,
tak jak tu siedzi z was każdy w martwocie bez czci i sławy.
Więc ja sam pancerz przywdzieję! Bo wiem, że w górze nad nami
losy zwycięstwa dla ludzi wieczni trzymają bogowie".
Tak powiedział i zaczął nakładać zbroję przepiękną.
Menelaosie, to byłby już koniec twojego żywota
pod Hektorowych rąk ciosem - był przecież o wiele silniejszy -
gdyby wodzowie Achajów do ciebie wnet nie podbiegli.
Sam Agamemnon Atryda, władca potężny, za rękę
prawą ująwszy go, zabrał głos i do niego powiedział:
"Menelaosie szlachetny, ty oszalałeś! I po co
ta nierozwaga? Zaniechaj tego, choć jesteś strapiony!
Czoła lepszemu od siebie w spotkaniu stawiać nie pragnij,
toć Pryjamidy Hektora tak samo lękają się inni
i sam Achilles wśród bitwy, co sławę mężom przynosi,
z nim pojedynku unika, chociaż od ciebie dzielniejszy.
Zasiądź więc teraz z powrotem w gromadzie swych towarzyszy -
przeciw tamtemu innego muszą dziś wybrać Achaje.
Chociaż jest nieustraszony i ciągle walki niesyty,
mniemam, że rad by odpocząć, gdy mu się uda ujść cało
z bitwy nieszczęsnej i z walki okrutnej na śmierć i na życie".
Tak powiedział bohater i serce braterskie nakłonił,
mówiąc, jak słuszność wskazuje. Ten jego rady usłuchał,
a towarzysze z radością wnet zbroję mu z ramion zsunęli.
Wtedy spomiędzy Argiwów wstał Nestor i tak im powiedział:
"Biada! Ogromne nieszczęście dosięga dziś ziemię Achajów!
Jak ubolewałby nad tym Peleus starzec, wyborny
jeździec, szlachetny mąż w rodzie i mówca, pan Myrmidonów,
który w swym domu raz pytał mnie z ciekawością ogromną
o pochodzenie każdego z Argiwów i jego potomnych.
Gdyby usłyszał, jak wszyscy dziś przed Hektorem stchórzyli,
pewno wyciągałby nieraz do nieśmiertelnych ramiona,
by dusza ciało rzuciła i zeszła w głąb domu Hadesa.
Gdybym ja, Dzeusie, nasz ojcze, Ateno i ty, Apollonie,
taki był młody, jak wtedy, gdy nad Keladontem walczyły
tłumy Pylejów i sprawnych do włóczni Arkadyjczyków
blisko przy murach fejańskich, z obu stron rzeki Jardanu.
Ereutalion wiódł szyki w bój, mąż do bogów podobny.
Zbroję na swych ramionach miał wodza Areitoosa,
Areitoosa boskiego, którego zwą Buławnikiem.
Tak go nazwali mężowie i w pięknych przepaskach kobiety
z takiej przyczyny, że nigdy włócznią ni łukiem nie walczył,
tylko żelazną buławą druzgotał wrogów falangi.
Jego to Likurg pokonał, ale podstępem, nie siłą,
w wąskim parowie. Tam nawet buława go od zagłady
nie ocaliła żelazna. Bo przedtem Likurg wskroś ciała
włócznią go przebił i na wznak powalonego tak zgładził.
Zbroję zdarł z niego. Tę Ares darował mu spiżozbrojny.
Potem zwycięzca ją nosił sam pośród walk Aresowych.
Kiedy się w końcu postarzał Likurg w komnatach domowych,
dar z niej uczynił dla druha swojego, Ereutaliona.
Ów posiadając tę zbroję, wyzywał wszystkich najlepszych,
którzy tak drżeli i bali się tak, że nikt nie śmiał z nim walczyć.
Ale mnie serce ciągnęło uparcie, by stawić mu czoło
śmiało i ufnie, choć byłem z nich wszystkich wiekiem najmłodszy.
Kiedy zaś przyszło do walki, zwycięstwo mnie dała Atena -
najsilniejszego wśród ludzi i największego zabiłem.
Miejsca niemało zajmował, gdy runął w pył rozciągnięty.
Gdybym był młody dotychczas i nie osłabły me siły,
walczyć wnet miałby z kim Hektor o hełmie wiejącym kitami.
Spośród was, choć najdzielniejsi jesteście ze wszystkich Achajów,
żaden z ochotą nie staje, ażeby z Hektorem walczyć".
Starzec tak wszystkich wyłajał. Wtedy dziewięciu z nich wstało:
władca narodów najpierwszy wśród wielu, wódz Agamemnon,
potem wstał z miejsca Tydeusa potomek, Diomedes waleczny,
i Ajasowie dwaj pełni niepowstrzymanej odwagi,
później Idomen, a za nim Meryjon, co Idomeneusa
dzielnym był druhem, podobny Enyaliowi zabójcy,
także wstał Eurypylos, Euajmona syn świetny,
Toas z nim Andrajmonida i wreszcie boski Odysej.
Wszyscy z nich stanąć pragnęli do walki, z boskim Hektorem.
Nestor więc zwrócił się do nich i tak rzekł jeździec gereński:
"Teraz niech jeden po drugim losuje. Na kogo los padnie,
ten rozraduje o pięknych nagolenicach Achajów
i sam też będzie rad w duszy, jeśli uniknie zagłady
w strasznym spotkaniu i w walce okrutnej na śmierć i życie".
Tak powiedział. I każdy los znakiem swoim oznaczył,
w hełm go rzucając skórzany Agamemnona Atrydy.
Potem podniósłszy ramiona do bogów, tłum cały się modlił;
i tak przemawiał niejeden, wzrok w niebo wznosząc szerokie:
"Dzeusie, nasz ojcze, wskaż losem Ajasa lub syna Tydeja,
albo też króla mężnego Mykeny w złoto bogatej".
Tak mówili. A Nestor, gereński jeździec, losami
w hełmie skórzanym potrząsnął i - jak pragnęli - los wypadł,
los Ajasowy. Wziął herold ten znak i między tłumami,
z prawej począwszy, wskazywał najwaleczniejszym z Achajów.
Każdy zaś z nich, nie poznając swojego, w lot się uchylał.
Wreszcie natrafił na tego, znak niosąc między tłumami,
który do hełmu los rzucił, a był nim Ajas przesławny.
Rękę wysunął, a herold, zbliżywszy się, znak mu podał.
Tamten, spojrzawszy, los poznał i rozradował się w duszy.
Rzucił go zaraz pod nogi na ziemię i tak powiedział:
"Mój to jest los, przyjaciele. I całą się duszą raduję
sam, bo zwyciężę - jak myślę - w spotkaniu boskiego Hektora.
Nuże więc, podczas gdy będę przywdziewał zbroję wojenną,
wy ubłagajcie modlitwą Dzeusa, możnego Kronidę,
w ciszy, wśród samych was, aby nie mogli jej zmącić Trojanie,
albo i jawnie, bo przecież nikt nas nie może zatrwożyć.
Ani mnie siłą wbrew woli nikt spłoszyć z pola nie zdoła,
ani zręcznością, bo sądzę, że nie na byle młodzika
mnie w Salaminie ojczystej zrodzono i wychowano".
Tak powiedział. Błagali więc Dzeusa, możnego Kronidę,
i tak niejeden przemawiał, patrząc w niebiosa szerokie:
"Dzeusie, nasz ojcze, co władasz Idą, czcigodny, przesławny,
daj Ajasowi zwycięstwo, zaszczytną okryj go sławą,
jeśli zaś także Hektora tak kochasz i tak drżysz o niego,
obdarz tą samą potęgą obydwóch i sławą tą samą!".
Tak mówili, gdy Ajas spiż wkładał olśniewający.
Kiedy zaś pełną już zbroją osłonił całe w krąg ciało,
ruszył gwałtownie - tak samo jak Ares kroczy ogromny,
kiedy do bitwy wśród ludzi wyrusza, tych, których Kronida
pożerającą im duszę waśnią do walki podżega.
Szedł tak z pośpiechem wódz Ajas ogromny, obrona Achajów.
Uśmiech miał dziki na twarzy i szerokimi krokami
stąpał, a włócznią, co długi cień kładła, groźnie potrząsał.
Widząc takiego, Argiwi radość poczuli ogromną,
z Trojan każdego lęk przejął, zadrżały wszystkie kolana.
Serce samego Hektora zaczęło tłuc mu się w piersi,
lecz niepodobna już było cofnąć się skrycie i w tłumie
bitwy uniknąć, bo przecież on sam wyzywał do walki.
Ajas tymczasem się zbliżał, trzymając tarczę jak wieżę,
z siedmiu skór tarczę spiżową, którą mu Tychios wykonał
wśród rzemieślników najlepszy. Dom jego mieścił się w Hyle.
Właśnie ten zrobił mu tarczę wyborną i połyskującą
z siedmiu skór wołów tuczonych, a ósmy płat był ze spiżu.
Niosąc przed piersią tę tarczę, wnet Ajas, syn Telamona,
stanął w pobliżu Hektora i groźnym głosem zakrzyknął:
"Teraz, Hektorze, nareszcie sam będziesz mógł się przekonać,
że nie brak dzielnych tak samo pomiędzy tłumem Danajów
prócz Achillesa o sercu lwa, łamiącego szeregi!
Lecz on przy rufach wygiętych swych sprawnych w żegludze okrętów
spoczął na ludów pasterza gniewny, na Agamemnona.
Nas jednak, którzy przeciwko sobie wyjść w pole gotowi,
znajdzie się wielu. Zaczynaj więc pojedynek i walkę".
Odrzekł mu Hektor potężny o hełmie wiejącym kitami:
"Telamonido szlachetny, Ajasie, władco narodów,
ty mnie nie próbuj doświadczać jakbym był dzieckiem bezsilnym
albo kobietą, dla której wojenne sprawy są obce!
Znam się na walkach wybornie i znam się na zabijaniu.
Wiem, jak na prawo i lewo wywijać tarczą z wołowej
skóry wyschniętej i stawać z nią w boju nieustraszenie,
wiem, jak mam runąć w bitewną wrzawę najszybszych rumaków
i jak przy pieszym spotkaniu z groźnym Aresem zatańczyć.

wszelkie prawa zastrzeżone © 2007 Fundacja Nauka i Wiedza