Login:
Hasło:
zapomniałem hasło
zarejestruj się
skórka:
Baza Wiedzy

Iliada 1B

Wstecz

Homer - Iliada

Pieśń I
cz. 2


Zawrzał z kolei wściekłością Atryda. A wtedy się podniósł
Nestor o dźwięcznej wymowie, przesławny mówca z Pylosu.
Słowa Nestora od miodu słodsze z ust jego płynęły.
Dwa pokolenia już mową człowieczą władnących ludzi
przeszły, zrodzone w tym czasie i razem z nim wychowane
w Pylos najświętszym, a teraz Nestor nad trzecim panował.
Bardzo rozumnie jął do nich przemawiać i tak powiedział:
"Biada nam! Wielkie nieszczęście spadło na ziemię Achajów!
Pryjam i jego synowie cieszyliby się niezmiernie,
wielką też inni Trojanie uczuliby radość w duszy,
gdyby wiedzieli o wszystkim, co was niezgodą zwaśniło,
was, co jesteście z Danajów pierwszymi w bitwie i w radzie.
Lecz posłuchajcie mnie. Obaj jesteście młodsi ode mnie.
Ja przestawałem już nieraz z waleczniejszymi mężami
od was obydwóch i żaden z nich nie śmiał mnie lekceważyć.
Ani widziałem podobnych, ani ich kiedy zobaczę:
męża, jak był Pejritoos lub Dryas, pasterz narodów,
bogom podobny Polifem lub Kajneus, albo Eksadios,
lub Ajgeida Tezeusz, co równy był nieśmiertelnym.
Najpotężniejsi to byli ze wszystkich mężów na ziemi,
najpotężniejsi i walki z najsilniejszymi toczyli -
z Centaurami górskimi, i wyniszczyli ich plemię.
Więc obcowałem z owymi mężami, gdy z Pylos przybyłem,
ziemi ogromnie dalekiej, tam sami mnie bowiem wezwali.
Z nimi do walki stawałem pospołu. A teraz nikogo
nie ma wśród ludzi śmiertelnych, kto mógłby w boju im sprostać.
Oni jednakże rad moich i słów mych życzliwie słuchali.
Także i wy posłuchajcie, korzystniej jest bowiem usłuchać.
Ani więc ty, choć tak możny, nie żądaj od niego dziewczyny,
zostaw ją - wcześniej otrzymał ten dar od synów Achajów,
ani ty, synu Peleusa, nie wszczynaj waśni z królami,
przeciwstawiając się gwałtem. W czci bowiem nie jest mu równy
żaden król berło dzierżący. Sam Dzeus go sławą obdarzył.
Wprawdzie ty jesteś potężny, zrodziła cię matka - bogini,
lecz potężniejszy jest tamten - panuje nad liczniejszymi.
Ty zaś pohamuj zajadłość, Atrydo. Ja o to cię proszę:
gniew na Achilla powściągnij, bo on dla wszystkich Achajów
jest najpewniejszą obroną w zmaganiach wojny okrutnej".
Na to mu tak odpowiedział władca i wódz Agamemnon:
"Wszystko to słuszne jest, starcze, co powiedziałeś, zaiste,
ale ten mąż chce górować zuchwale ponad wszystkimi,
wszystkim chce swoją przewagę narzucać, wszystkimi władać,
wszystkim rozkazy wydawać. Nie każdy zechce go słuchać.
Jeśli bogowie sprawili, że świetny jest w rzucie włóczni,
czy przez to dali mu prawo na innych miotać obelgi?".
Przerwał Atrydzie te słowa i tak rzekł boski Achilles:
"Mógłby mnie każdy nazywać tchórzliwym albo nikczemnym,
jeślibym tobie ulegał we wszystkim, co tylko wypowiesz.
Innym, co zechcesz, polecaj, natomiast mnie rozkazywać
nie śmiej, bo sądzę, że nigdy rozkazów twych nie usłucham.
Jeszcze ci jedno zapowiem, a przyjmij do serca te słowa:
nigdy już rąk nie podniosę do walki o moją dziewczynę,
ani z innymi, ni z tobą, gdy odbieracie mi dary!
Co zaś do innych mych łupów na lotnym czarnym okręcie,
tych już nie będziesz mógł unieść na pewno wbrew mojej woli.
Jeśli chcesz - spróbuj. Niech wiedzą i niech zobaczą to inni -
prędko krwią twoją sczerniałą grot by opłynął mej włóczni".
Kiedy tak starli się z sobą nieprzyjaznymi słowami,
wstali, zrywając obrady pod okrętami Achajów.
Potem Pelida do swoich namiotów i czarnych okrętów
wrócił, z nim syn Menojtiosa i towarzysze mu wierni.
Okręt zaś lotny rozkazał zepchnąć na morze Atryda,
wybrał dwudziestu żeglarzy i hekatombę umieścił
dla Apollona, a potem Chryzejdę o twarzy uroczej
przywiódł. Dowódcą okrętu przebiegły został Odysej.
Potem, wstąpiwszy na okręt, wilgotnym szlakiem pomknęli.
Wówczas Atryda rozkazał obmywać się wojsku ze zmazy,
więc obmywali się wszyscy, do morza brud ciała zlewali
i hekatombę złożyli w ofierze Apollonowi
z cielców i kozłów nad brzegiem nieurodzajnej głębiny.
Zapach mięsiwa do nieba wzlatywał z dymem ofiary.
Tak się trudzono w obozie. Tymczasem wódz Agamemnon
zemsty nie wyrzekł się, którą Achillesowi wpierw groził,
lecz Taltybiosa wezwawszy i Eurybata, co byli
jego sługami wiernymi i heroldami, powiedział:
"Idźcie mi wnet do namiotu boskiego Achilla Pelidy
i przyprowadźcie za rękę Bryzejdę o twarzy uroczej.
Jeśli jej wydać nie zechce, to wtedy sam ją zabiorę,
gdy z liczniejszymi nadejdę. To będzie dla niego gorsze".
Rzekłszy to, obu wyprawił i groźny rozkaz dorzucił.
Poszli zmartwieni nad brzegiem nieurodzajnej głębiny,
gdzie Myrmidonów namioty i lotne stały okręty.
Tam Achillesa znaleźli obok namiotu, przy czarnym
jego okręcie. Rad nie był Achilles, gdy ich zobaczył.
Obaj przed wodzem strwożeni i czcią przejęci stanęli -
żaden z nich nie śmiał przemówić ani go o nic zapytać,
ale on w sercu zrozumiał to wszystko i tak im powiedział:
"Witam was, obaj heroldzi, posłowie Dzeusa i ludzi!
Zbliżcie się. Was nie obwiniam, lecz tylko Agamemnona,
który przysyła was w sprawie Bryzejdy, mojej dziewczyny.
A więc, przez Dzeusa zrodzony Patroklu, przyprowadź dziewczynę,
niechże ją z sobą zabiorą i niechaj będą świadkami
wobec bóstw błogosławionych i wobec ludzi śmiertelnych,
i okrutnego Atrydy króla, jeżeliby kiedy
mojej pomocy wezwano, ażebym klęskę od innych
zechciał odwrócić. Bo tamten trwa ciągle w zgubnym szaleństwie
i nie potrafi przed siebie już spojrzeć ani za siebie,
aby ocalić walczących pod okrętami Achajów".
Tak rzekł. Patroklos drogiego mu towarzysza usłuchał
i wyprowadził z namiotu Bryzejdę o twarzy uroczej,
aby ją oddać. Odeszli wraz z nią ku okrętom Achajów.
Z żalem szła z nimi dziewczyna. A wtedy boski Achilles
łzy wylewając, oddalił się zaraz od swych towarzyszy,
usiadł nad morzem spienionym, w toń patrząc koloru wina,
i wyciągając ramiona, tak błagał matkę kochaną:
"Matko, jeżeli na takie niedługie zrodziłaś mnie życie,
sławy mi chociaż nie skąpić powinien Dzeus olimpijski
z wyżyn huczący gromami. On jednak czcią mnie nie darzy.
Oto szeroko władnący Atryda, wódz Agamemnon,
zelżył mnie, bowiem nagrodę mi daną dla siebie zagrabił".
Rzekł tak, łzy lejąc. I matka czcigodna go usłyszała,
w morza będąca głębinach przy swoim ojcu sędziwym.
Wzniosła się chyżo jak obłok zamglony przez siwe bezmiary,
blisko przy synu kochanym, co łzy wylewał, usiadła.
Gładząc go ręką, wezwała go po imieniu i rzekła:
"Dziecko, ty płaczesz? Dlaczego? Jaki ból przeszył twe serce?
Wyjaw to, nie kryj swych myśli, musimy znać to oboje".
Ciężko wzdychając, tak odrzekł o szybkich nogach Achilles:
"Wiesz o tym, po co więc wszystko tej, która wie, opowiadać.
Poszliśmy Tebę zdobywać, gród święty Eetijona.
Potem zburzywszy ją do cna, wzięliśmy łupy wojenne,
dzieląc je tak, jak należy, pomiędzy synów Achajów.
Dano w nagrodę Atrydzie Chryzejdę o twarzy uroczej.
Chryzes zaś, kapłan Apolla, co godzi z dala niechybnie,
przybył pod lotne okręty do spiżozbrojnych Achajów,
córkę swą pragnąc uwolnić, i okup niósł niezmierzony,
w rękach na berle złocistym trzymając błagalny wieniec
w dal godzącego Apolla, i prosił wszystkich Achajów,
a najżarliwiej Atrydów, którzy przewodzą narodom.
Wszyscy Achaje z radością tym prośbom wnet przyklasnęli,
chcąc kapłanowi okazać cześć i wziąć okup wspaniały.
Lecz nie po myśli to było Agamemnona Atrydy -
starca ze złością odprawił, twardymi łając słowami.
Z gniewem oddalił się starzec do domu. A wtedy Apollon
jego błagania wysłuchał, bardzo mu kapłan był drogi.
Miotać śmiertelne pociski jął na Argiwów. Ginęły
całe narody, a groty z rąk boga ostre padały
wszystkie na obóz szeroki Achajów, dopóki wróżbita
nie wytłumaczył wyroków Tego - co - godzi - z - daleka.
Pierwszy radziłem przebłagać natychmiast Srebrnołukiego,
jednak Atryda rozgorzał gniewem i z miejsca się porwał,
grożąc na razie słowami, a potem groźbę wypełnił.
Dziś bystroocy Achaje wiozą na lotnym okręcie
córkę kapłana do Chryzy i przebłagalne z nią dary,
a heroldowie niedawno z namiotu uprowadzili
moją dziewczynę, Bryzejdę. Mój dar od synów Achajów.
Więc ty - jeżeli to zdołasz - za swoim synem się ujmij,
wyrusz na Olimp i Dzeusa ubłagaj, jeżeli już kiedy
serce Dzeusowe zjednałaś przyjaznym słowem i czynem,
nieraz ja bowiem w komnatach swojego ojca słyszałem,
jak się chlubiłaś, żeś jedna broniła wśród nieśmiertelnych
czarnochmurego Kronidy, gdy nędzna przyszła nań zguba,
kiedy go chcieli skrępować inni bogowie Olimpu:
Hera, Posejdon, a także dziewicza Pallas Atena.
Ale ty przyszłaś, bogini, ażeby go z pęt wyzwolić,
i Sturękiego wezwałaś na Olimp błogosławiony;
zwą go bogowie Briareusem, a wszyscy ludzie śmiertelni
Ajgejoonem. Od ojca samego jest on silniejszy.
Obok Kronidy ów zasiadł i rad był ze swej potęgi.
Błogosławieni bogowie się zlękli i pęt zaniechali.
Wspomnij mu o tym, siądź obok, obejmij jego kolana,
błagaj, by zechciał Trojanom swojej pomocy udzielić,
wojsko Achajów zaś zepchnął między okręty i morze.
Niechże wyginą, radując się swoim władcą pospołu.
Spraw, by Atryda, szeroko władnący król Agamemnon,
pojął swój błąd, skoro zelżył najdzielniejszego z Achajów".
Odpowiedziała mu na to, łzy wylewając, Tetyda:
"Czemu chowałam cię, synku, zrodziwszy na ciężką dolę?
Tyś przesiadywać powinien, nie znając łez i cierpienia,
obok okrętów, gdy los twój tak krótkotrwały, znikomy.
Teraz nie tylko masz prędko zginąć, lecz jesteś ze wszystkich
najnieszczęśliwszy. Na gorzki los cię w pałacu zrodziłam.
Pójdę z tym słowem do Dzeusa, co rzuca z radością gromy,
wkroczę na Olimp śnieżysty - może mej prośby wysłucha.
Ty zaś pozostań przy swoich sprawnych do lotu okrętach,
w gniewie przeciwko Achajom wstrzymując się wciąż od bitwy,
ponad Okean Dzeus bowiem do Etijopów bez skazy
udał się wczoraj na ucztę, z nim razem wszyscy bogowie.
Lecz gdy dzień minie dwunasty, znów Dzeus na Olimp powróci.
Wówczas wyruszę do Dzeusa domostwa o ścianach spiżowych,
w prośbie obejmę kolana i sądzę, że mnie wysłucha".
To powiedziawszy, odeszła, pozostawiając Achilla
z duszą wzburzoną: żałował o pięknej przepasce dziewczyny,
którą zabrano przemocą, wbrew niemu. Tymczasem Odysej,
co hekatombę wiódł świętą, przypłynął na koniec do Chryzy.
Kiedy nareszcie wpłynęli do morskiej głębokiej przystani,
żagle zwinęli, składając na pokład czarnego okrętu,
maszt opuścili na linach, w łożysku go umieścili
szybko i okręt do portu powiedli, pracując wiosłami.
Tam zarzucili kotwicę i okręt przycumowali,
potem na morski brzeg wyszli, pod nimi łamały się fale,
i hekatombę wywiedli dla Apollona, co z dala
godzi, a w końcu Chryzejdę z morskospławnego okrętu
wyprowadzili. Odysej poszedł za nią w stronę ołtarza,
w ojca drogiego ramiona oddając, i tak powiedział:
"Przysłał mnie tutaj, Chryzesie, nad wodze wódz Agamemnon,
aby ci córkę twą oddać i Fojbosowi ofiarę
złożyć w imieniu Danajów. Pragniemy boga przejednać,
który Argiwów bez przerwy udręcza strasznymi klęskami".
Tak rzekł i w ręce ojcowskie dziewczynę oddał. Z radością
przyjął ów córkę kochaną. I wnet hekatombę chwalebną
wkoło ołtarza stawiają bogu szeregiem Danaje.
Kiedy obmyli swe ręce i jęczmień ofiarny pobrali,
Chryzes ramiona wzniósł w górę i zaczął głośno się modlić:
"Usłysz mnie dziś, Srebrnołuki, który nad Chryzą panujesz,
Killę najświętszą i Tened dłonią potężną osłaniasz!
Jeśli mojego błagania wpierw wysłuchałeś, przez łaskę
mnie okazaną tak bardzo niszcząc plemiona Achajów,
teraz mnie także wysłuchaj i spełnij moje błagania:
odwróć już teraz haniebną zagładę od ludu Danajów".
Tak przemawiał, błagając. Wysłuchał go Fojbos Apollon.
A gdy już modły skończono i jęczmień w krąg rozsypano,
karki bydlęce ugiąwszy, rżną bydło, skóry zdzierają,
udźce tną w płaty i tłustą błoną mięsiwo podwójnie
w krąg obwijając, na wierzchu kładą surowe kawały.
Spalił je starzec następnie na ogniu z polan i ciemnym
spryskał je winem. A młodzi hak pięciozębny trzymali
w rękach. Gdy udźce spalono, kiedy wnętrzności spożyto,
resztę pocięto na części, na rożny poosadzano,
piekąc starannie mięsiwo. A potem z rożnów je zdjęto.
Gdy odpoczęli po trudach i uczta już była gotowa,
jedli obficie. Niczego nie brakowało dla duszy.
Kiedy napojem pragnienie i jadłem głód nasycili,
chłopcy do dzbanów ogromnych nalali wina po brzegi,
rozpoczynając libację. Każdy brał puchar z kolei.
Cały dzień młodzi Achaje tańcem i grą zjednywali
boga, śpiewając mu pean przepiękny i sławiąc pieśniami
Tego - co - godzi - z - daleka. Z radością Fojbos ich słuchał.
Kiedy zaś słońce zagasło i ciemność opadła na ziemię,
wszyscy przy rufie okrętu udali się na spoczynek.
A gdy zjawiła się rankiem Eos o palcach różanych,
do szerokiego obozu Achajów znów odpłynęli.
Wiatry pomyślne im zesłał z daleka godzący Apollon.
Maszt postawili i żagle białe jak śnieg rozpostarli,
w które dął wiatr, wydymając je w środku, a fala dokoła
kilu, spieniona, skłębiona, głośno wzdychała, unosząc
okręt, co z fali na falę do celu mknął morskim szlakiem.
Do szerokiego nareszcie przybili obozu Achajów.
Okręt wnet czarny wywlekli na ląd nad morzem wzniesiony
i umocnili na piaskach, podparłszy długimi belkami,
sami zaś ku swym namiotom rozeszli się i okrętom.
Wciąż rozgniewany tymczasem trwał obok lotnych okrętów
bogom podobny Pelida, o szybkich nogach Achilles.
Nie uczestniczył w naradach wraz z przesławnymi mężami
ani w zmaganiach wojennych, choć serce własne przymuszał,
aby pozostać na miejscu. Pragnął już zmagań i bitwy.
Ale gdy po raz dwunasty Jutrzenka zabłysła na niebie
i powrócili na Olimp wiecznie żyjący bogowie
wszyscy, a Dzeus im przewodził, nie zapomniała Tetyda
prośby synowskiej, lecz z morskich srebrzystych fal wynurzona
wzniosła się z mgłami poranka na Olimp, w niebo ogromne.
Tam odnalazła Kronidę gromowładnego od innych
z dala - na szczycie najwyższym Olimpu o wielu wierzchołkach.
Blisko Tetyda usiadła, objęła jego kolana
lewą swą ręką, a prawą ujęła lekko pod brodę,
tak przemawiając błagalnie do władcy Dzeusa Kronidy:
"Dzeusie, nasz ojcze, jeżeli ci kiedy wśród nieśmiertelnych
słowem lub czynem pomogłam, to mojej prośby wysłuchaj.
Memu synowi daj sławę. Prędsza mu śmierć niźli innym
jest przeznaczona. A teraz nad wodze wódz Agamemnon
zelżył go, bowiem nagrodę mu wziął i dla siebie zagrabił.
Ale ty ukarz go, Dzeusie, rozumny władco Olimpu!
Trojan potęgę pomnażaj tak długo, dopóki Achaje
nie wynagrodzą synowi obelgi i czci nie okażą".
Tak powiedziała. Nie odrzekł nic Dzeus, co chmury gromadzi,
ale w milczeniu trwał długo. Kolana jego Tetyda
mocnym objąwszy uściskiem, powtórnie doń przemówiła:
"Więc mi przyrzeknij niezmiennie i znak daj swoim skinieniem,
albo też odmów - obawiać się nie masz czego - niech dobrze
wiem, że wśród bogów ja tylko nie jestem czcią obdarzona".
Z wielkim jej gniewem rzekł na to Dzeus, co obłoki gromadzi:
"Sprawa to zgubę niosąca. Buntujesz mnie przeciw Herze,
która i tak dość mnie drażni uszczypliwymi słowami,
ciągle mnie dręczy łajaniem zuchwale wśród nieśmiertelnych
bogów i czyni zarzuty, że w walce Trojan wspomagam.
Oddal się teraz najlepiej, ażeby cię nie dostrzegła
Hera. Mnie troskę pozostaw, ażebym wszystko wykonał.
Daję znak głowy skinieniem, a ty mym słowom zaufaj.
Taka jest bowiem największa z mej strony wśród nieśmiertelnych
słowa poręka, gdyż będzie nieodwracalne, niekłamne,
nieubłagane, co głowy skinieniem raz potwierdziłem".
Tak powiedział i skinął ciemnymi brwiami Kronida.
Skronie zaś władcy wieczyste opłynął włos ambrozyjski
bujny i zadrżał wstrząśnięty w posadach Olimp ogromny.
Po ukończonej naradzie wnet się rozstali. Tetyda
w morskie spłynęła głębiny ze świetlistego Olimpu,
Dzeus do domostwa powrócił. Powstali wszyscy bogowie,
ojcu wychodząc naprzeciw. Żaden się z nich nie ośmielił
zostać na miejscu, lecz wszyscy powstali na powitanie.
Pośród nich zasiadł na tronie. Ale nie dała się Hera
zwieść łatwowiernie. Dostrzegła, że z Dzeusem obrady toczyła
starca morskiego latorośl, Tetyda o srebrnych stopach,
a więc do Dzeusa Kronidy z przekąsem zaraz tak rzekła:
"Kto, obłudniku, wśród bogów odbywał z tobą narady?
Zawsze ci było przyjemnie na boku, z dala ode mnie,
knuć potajemne zamiary. I nigdy się nie zdobyłeś,
aby mi słowo życzliwe powiedzieć o swoich zamysłach".
Na to jej odrzekł tak Ojciec bogów i ludzi śmiertelnych:
"Chyba nie łudzisz się, Hero, że wszystkie moje zamysły
będą ci znane. Zbyt trudna to sprawa, choć jesteś mą żoną.
Tego, co możesz usłyszeć kiedyś w przyszłości, na pewno
żaden ni z bogów, ni z ludzi nie będzie wiedział przed tobą.
Jeślibym jednak zapragnął z dala od bogów snuć plany,
nigdy nie pytaj mnie o to ani ciekawie nie badaj".
Na to mu tak wielkooka, dostojna odrzekła Hera:
"Najokrutniejszy Kronido, jakieś ty słowa powiedział?
Nigdy nie pytam cię o nic ani ciekawie nie badam,
wszakże bez przeszkód zamyślasz to wszystko, czego zapragniesz.
Boję się jednak dziś strasznie, by ciebie nie nakłoniła
starca morskiego latorośl, o srebrnych stopach Tetyda.
Rano przy tobie usiadła, objęła twoje kolana.
Sądzę, że głowy skinieniem przyrzekłeś jej, że Achilla
uczcisz, a wkoło okrętów wygubisz wielu Achajów".
Na to jej tak odpowiedział Dzeus, co obłoki gromadzi:
"Ty podejrzewasz coś wiecznie, nieszczęsna, choć nic nie ukrywam,
ale niczego nie zdołasz w ten sposób wyjednać, a tylko
duszy mej obca się staniesz. To będzie gorsze dla ciebie.
Choćby to nawet się stało, postanowienia nie zmienię.
Siedź więc spokojnie i moich poleceń z pokorą wysłuchaj.
Pomóc by ci nie zdołali wszyscy bogowie Olimpu,
jeśli podejdę i groźną rękę na ciebie podniosę".
Tak powiedział. Dostojna, o oczach ogromnych Hera
zlękła się, cicho usiadła i ujarzmiła swe serce.
Smutek ogarnął Niebiańskich Bogów w domostwie Dzeusowym.
Wtedy tak do nich Hefajstos swym kunsztem sławny powiedział,
matce kochanej chcąc pomóc, Herze o białych ramionach:
"Zgubę nam niosą te spory i ścierpieć ich niepodobna,
jeśli z przyczyny śmiertelnych swarzycie się dziś oboje,
zwadę wszczynając wśród bogów. Już nawet nie użyjemy
uczty szlachetnej, jeżeli to, co jest gorsze, zwycięża.
Matce zaś swojej poradzę, chociaż to sama pojmuje,
aby starała się ująć drogiego ojca Kronidę.
Niechże nie łaje nas więcej i uczty radosnej nie mąci.
Przecież gdy tego zapragnie Olimpu błyskawicowy
Władca, przepędzi nas wszystkich, jest bowiem o wiele silniejszy.
Ale ty jego przejednaj pieszczotliwymi słowami,
a Olimpijczyk natychmiast stanie się dla nas łaskawy".
Tak powiedział i porwał się z miejsca, puchar podwójny
matce kochanej podając do rąk, przy czym znowu przemówił:
"Przecierp to, matko, i mężnie znieś wszystkie swoje zmartwienia,
abym cię, droga, na własne znów oczy nie ujrzał, jak będziesz
chłostą karana, bo chociaż przejęty żalem, nie zdołam
pomóc ci w niczym. Zbyt ciężko z Olimpijczykiem się mierzyć.
Już kiedy indziej, gdy chciałem ciebie ratować daremnie,
Dzeus mnie, chwyciwszy za nogę, w dół rzucił z progów wyniosłych.
Cały dzień z góry spadałem, aż kiedy słońce już zaszło,
spadłem na Lemnos. Niewiele tchu w mojej tłukło się piersi.
Tam Sintyjczycy mnie zaraz, gdy tak leżałem, podnieśli".
Tak rzekł. Zaśmiała się Hera, białoramienna bogini.
Śmiejąc się, puchar podany z rąk swego syna przyjęła.
Wtedy ów bogom kolejno od prawej strony nalewa
nektar w puchary przesłodki, czerpany z wielkiego dzbana.
Niepowstrzymana wesołość objęła błogosławionych
bogów na widok Hefajsta, jak po domostwie się krzątał.
Tak więc bogowie dzień cały, dopóki słońce nie zaszło,
biesiadowali. Niczego nie brakowało dla duszy:
ani formingi uroczej, którą miał w rękach Apollon,
ani pięknymi głosami pieśni przez Muzy śpiewanych.
Kiedy pogrążył się wreszcie w morzu promienny blask słońca,
wszyscy bogowie po uczcie spocząć do siebie odeszli,
gdzie dla każdego z biegłością kunsztowną dom wybudował
mistrz znakomity, kulawy na obie nogi Hefajstos.
Dzeus Olimpijczyk też poszedł do łoża, błyskawicowy,
tam, gdzie i przedtem spoczywał, gdy sen ogarniał go słodki -
poszedł, by spocząć przy Herze, o złotym tronie bogini.

wszelkie prawa zastrzeżone © 2007 Fundacja Nauka i Wiedza