Wstecz
Homer - Iliada
Pieśń XIX
cz. 2
Na to mu tymi słowami przebiegły odrzekł Odysej:
"Synu Peleusa, Achillu najpotężniejszy z Achajów,
jesteś ode mnie silniejszy i potężniejszy niemało
w rzucie swej włóczni. Rozwagą jednak prześcigam zapewne
ciebie. Zrodziłem się wcześniej i więcej niż ty doświadczyłem.
Niechże więc serce twe ścierpi rozsądne moje przemowy.
Prędko obmierzła się staje dla ludzi wrzawa wojenna,
kiedy spiżowa broń wiele kładzie pokosów na ziemię
słomy, a ziarna tak mało, jak tylko wagę przechyli
Dzeus, co jedynym włodarzem jest wszystkich wojen wśród ludzi.
Pustym żołądkiem Achaje nie muszą zmarłych żałować,
wielu ich bowiem ginęlo przez te dni. Jeden po drugim
padał. Więc jakżeby ludzie z żałości się otrząsnęli?
Trzeba więc tych, co polegli, pogrzebać - z myślą niezłomną
w sercu - od razu i płakać zaledwie dzień jeden nad nimi.
Ci zaś, co między żywymi zostali po strasznej rozprawie,
winni o jadle i piciu pamiętać, ażeby tym dzielniej
z rozjątrzonymi wrogami potykać się bezustannie,
w spiż nieugięty odziawszy swe ciało. Niech żaden z Achajów
nie pozostanie w obozie, czekając drugiego wezwania.
Oto wezwanie! Nieszczęsny los będzie tych, co zostaną
obok okrętów Argiwów. Ale gromadnie szturmując
jeźdźców trojańskich, Aresa zapalczywego zbudzimy!".
To powiedziawszy, Odysej przywołał synów Nestora,
syna Fyleusa - Megesa, Toasa i Meryjona,
Lykomedesa - Krejonta syna i Melanipposa.
Zeszli się wszyscy w namiocie Agamemnona Atrydy.
Zaraz, co było słowami zapowiedziane, spełnili.
Wzięli z namiotu - jak przedtem obiecywano - trójnogów
siedem, błyszczących dwadzieścia mis i dwanaście rumaków.
Prędko wywiedli kobiety znające roboty kunsztowne.
Było ich siedem, a ósma - Bryzejda o pięknych licach.
Potem Odysej, zważywszy złoto na dziesięć talentów,
wyszedł, a młodzież achajska poniosła w ślad inne podarki.
Wśród zgromadzonych złożyli je w środku, zaś Agamemnon
powstał. A wtedy podobny do boga z głosu Taltybios,
dzika trzymając, przybliżył się do pasterza narodów.
Możny Atryda nóż ostry wydobył rękami obiema,
który przy pochwie ogromnej od miecza zawsze mu zwisał,
przyciął szczecinę na karku odyńca i ręce podnosząc,
modlić się zaczął do Dzeusa. Zasiedli wszyscy Argiwi
w ciszy i tak, jak należy, swojego króla słuchali.
Ten zaś w szerokie niebiosa wpatrzony tak zaczął się modlić:
"Niechże Dzeus pierwszy zaświadczy, najwyższy bóg i najlepszy,
Ziemia i Słońce, a także Erynie, co w mrokach podziemnych
zemstą ścigają tych ludzi, którzy złamali przysięgę,
że nie ująłem w ramiona nigdy Bryzejdy dziewczyny,
aby z nią łoże podzielić czy w innym jakimś zamiarze;
pozostawała w namiocie moim nie tknięta przeze mnie.
Jeślim jest krzywoprzysiężcą, niechże mi ześlą bogowie
liczne nieszczęścia, jak zawsze tym, którzy łamią przysięgi".
Tak powiedział i gardło odyńca spiżem poderżnął.
Potem Taltybios wnętrzności w bezdenne morza głębiny
rzucił z rozmachem na pastwę ryb. A tymczasem Achilles
powstał i tak do Achajów, co wojnę kochają, powiedział:
"Ojcze nasz, Dzeusie, ogromne na ludzi ślesz zaślepienie!
Nigdy by serca w mej piersi Atryda pewno nie wzburzył
tak nieugięcie i nigdy bez mojej zgody dziewczyny
nie uprowadził ode mnie bezwolnie, jeśliby nie chciał
tego sam Dzeus, by sprowadzić śmierć na tak wielu Achajów.
Teraz na ucztę odejdźcie, by potem ruszyć do bitwy".
Tak powiedział i radę rozwiązał zwołaną pośpiesznie.
Porozpraszali się wszyscy, szedł każdy ku swoim okrętom.
Myrmidonowie o duszach wyniosłych zajęci darami
zaraz zanieśli je w stronę okrętu boskiego Achilla,
wszystko złożyli w namiocie, usadowili kobiety,
konie zaś słudzy gorliwi do stada poprowadzili.
Wtedy Bryzejda do złotej podobna z lic Afrodyty,
gdy przeszytego spiżowym grotem Patrokla ujrzała,
z jękiem w ramiona go wzięła, a potem piersi szarpała
obu rękami i szyję powabną, i piękną twarz swoją.
Potem mówiła spłakana kobieta boginiom podobna:
"Byłeś, Patroklu, mej duszy nieszczęsnej ze wszystkich najmilszy!
Pozostawiłam cię żywym, odchodząc z tego namiotu,
a gdy powracam, ty jesteś, pasterzu narodów, umarły.
Zawsze tak dla mnie nieszczęście jedno z drugiego wynika.
Męża, któremu mnie dali mój ojciec i matka czcigodna,
grotem spiżowym widziałam pod miastem mym przeszytego,
także trzech braci, co byli z tej samej matki zrodzeni,
bardzo mi drogich. Zginęli w dniu jednym podczas natarcia.
Ty zabraniałeś mi płakać, gdy szybkonogi Achilles
zabił mi męża i zburzył miasto boskiego Mynesa.
Obiecywałeś to sprawić, że bogom równy Achilles
żoną mnie ślubną uczyni, zawiezie do Ftyi okrętem
swoim i ucztę weselną wśród Myrmidonów wyprawi.
Płaczę dlatego nad tobą, żeś poległ w bitwie, najmilszy!".
Tak przemawiała spłakana, a wkoło wzdychały kobiety
nad Patroklosem, a raczej każda nad własną żałobą.
Wkoło Achilla najstarsi tymczasem się zgromadzili,
prosząc, by przyszedł na ucztę, ale ten z jękiem odmówił:
"Błagam was, jeśli kto dla mnie jest przyjacielem kochanym,
niechże nie każe mi jadłem obfitym ani napojem
serca pokrzepiać, gdy taki cios mnie straszliwy ugodził.
Siły mam dość, by pozostać i wytrwać do słońca zachodu".
Tak powiedział i resztę wodzów na ucztę wyprawił.
Tylko zostali Atrydzi obydwaj i boski Odysej,
Nestor i Fojniks, woźnica sławny, i wódz Idomeneus,
aby pocieszać go w smutku rozważnie. Lecz żadnej pociechy
Achill nie prągnął, nim w krwawą paszczę zanurzy się wojny.
Snując wspomnienia, głęboko wzdychał i mówił tak w duszy:
"Nieraz i ty, nieszczęśliwy, z wszystkich przyjaciół najdroższy,
w moim namiocie sam smaczną mi przyrządzałeś wieczerzę
szybko i bardzo gorliwie, gdy szli Achaje na Trojan,
jeźdźców wybornych, z Aresem, co łez wyciska tak wiele.
Teraz ty leżysz przeszyty na wskroś, a me serce nie może
sycić się ani napojem, ni jadłem - choć tego nie braknie -
z żalu po tobie. Dotkliwszy cios nie mógłby mnie ugodzić,
nawet wiadomość o śmierci drogiego ojca mojego,
który we Ftyi łzy rzewne może w tej chwili wylewa,
tęskniąc za synem jedynym, co w obcym, dalekim kraju
walczy o grozę budzącą Helenę z trojańskim narodem;
ani o śmierci miłego mi syna, co chowa się w Skyros,
jeśli jest żywy podobny do bogów Neoptolemos.
Przedtem wierzyło me serce w piersi, że tylko sam zginę
w Troi daleko od Argos, gdzie paszy nie braknie dla koni,
ale że ty, Patroklosie, kiedyś powrócisz do Ftyi,
abyś mi syna drogiego na lotnym naszym okręcie
przywiózł ze Skyros do domu i pokazywał mu wszystko:
moją majętność i jeńców, i domy o dachach wyniosłych.
Mniemam ja bowiem, że Peleus, ojciec mój drogi, nie żyje
albo że ledwo w nim tleje żywota iskra - w zgryzionym
nędzną starością i stałym oczekiwaniem żałosnej
wieści o synu zabitym, która go w końcu dosięgnie".
Płacząc, tak mówił, a starcy dokoła niego wzdychali.
Każdy z nich o tym pamiętał, co w swoim domu porzucił.
Litość przejęła Kronidę, gdy w łzach tonących zobaczył.
Więc do Ateny z pośpiechem wyrzekł te słowa skrzydlate:
"Córko, czy już zapomniałaś o mężu takim walecznym?
Czy o Achilla twe serce już nie zatroszczy się wcale?
Oto on obok okrętów o dziobach wysokich przebywa,
nad przyjacielem kochanym płacząc. Gdy inni odeszli
spożyć posiłek, ten został, napoju nie pragnąc ni jadła.
Pośpiesz więc, aby mu nektar wlać i ambrozję upojną
wsączyć do piersi, ażeby głód go nie zdołał osłabić".
To powiedziawszy, podniecił i tak gorejącą Atenę.
Do długoskrzydłej orlicy podobna o głosie donośnym
z nieba spłynęła przez eter jasny. Tymczasem Achaje
zbroje wkładali pośpiesznie w obozie. Więc Achillesowi
nektar z ambrozją upojną wsączyła Atena do piersi,
aby mu głód bezradosny osłabić kolan nie zdołał.
Sama wróciła do domu o mocnych zrębach - dumnego
Dzeusa. Achaje w tym czasie ruszyli od lotnych okrętów.
Jak zawierucha śnieżystych płatków od Dzeusa lecąca
pod Boreasza, zrodzona w eterze, mroźnym oddechem -
tak unosiła się hełmów zawieja dokoła okrętów
połyskująca radośnie i tarcz na środku wypukłych,
z napierśnikami mocnymi pancerzy i włóczni z jesionu.
Blaski do nieba sięgały, a ziemia się radowała
błyskawicami spiżowych grotów i drżała pod hukiem
ludzkich stóp. W środku swą zbroję przywdziewał boski Achilles.
Zęby zacisnął ze zgrzytem, a oczy mu rozgorzały
niby płomienie pożogi. Lecz serce jego rozdzierał
żal nieskończony. Pałając gniewem na Trojan, darami
zbroił się boga. Hefajstos je wypracował kunsztownie.
Najpierw na nogi sprężyste nałożył nagolenice
piękne, srebrnymi klamrami u obu kostek ściągnięte.
Potem swe piersi pancerzem połyskującym otoczył
i miecz spiżowy dokoła ramion zarzucił, srebrnymi
zdobny ćwiekami. Następnie tarczę ogromną i ciężką
podniósł. Z daleka szedł od niej blask jak od tarczy księżyca.
Tak jak żeglarzom na morzu pojawi się blask daleki
rozżarzonego ogniska, co płonie w górach wysoko
w chacie samotnej w tym czasie, kiedy wichury bezwolne
niosą ich poprzez głębiny rybne od bliskich daleko -
tak blask Achillesowej tarczy eteru dosięgał,
pięknej, okrągłej, wykutej kunsztownie. A potem na głowę
włożył hełm ciężki. Jak gwiazda światło rozlewał dokoła
zdobny końskimi kitami hełm, chwiały się pozłociste
grzywy - Hefajstos grzbiet hełmu obficie nimi ozdobił.
Boski Achilles próbować jął zbroi: czy wkoło przylega
dobrze i czy dla kruchego ciała swobodę zapewnia.
Ale ta była jak skrzydła wznoszące narodów pasterza.
Z miejsca, gdzie stały oszczepy, wyciągnął włócznię ojcowską,
długą, ogromną i ciężką. Nie mógł jej żaden z Achajów
dźwignąć. Jedynie Achilles tą włócznią zdołał potrząsać -
z wyżyn peliońskich jesionem. Ściął go dla ojca drogiego
Chejron ze szczytu Pelionu, by niosła śmierć bohaterom.
Zajął się w końcu Alkimos i Automedon zaprzęgiem
koni. Wsunęli do jarzma z dwóch stron ozdobne rzemienie,
w pyski wędzidła i lejce ściągnięte mocno do tyłu
umocowali przy wozie wojennym. Chwyciwszy błyszczący
bicz, co mu dobrze pasował do ręki, wnet Automedon
skoczył na wóz. A w ślad za nim wszedł w swym rynsztunku Achilles,
zbroją świecący promiennie, jak słońce na wysokości.
Z groźbą straszliwą zakrzyknął na konie ojca swojego:
"Ksancie i rączy Baliosie, Podargi dzieci przesławne!
Inaczej o ocalenie dbajcie dziś swego woźnicy,
wieźcie go znów do Danajów; gdy przesycimy się bitwą,
nie pozostawcie go w polu, jak Patroklosa martwego".
Na to mu tak odpowiedział spod jarzma koń bystronogi,
Ksantos, schyliwszy swą głowę - przy pochyleniu tym grzywa
cała spod jarzma spłynęła, sięgając nisko do ziemi -
ludzki głos dała mu Hera, białoramienna bogini:
"Jeszcze cię dziś ocalimy w bitwie, potężny Achillu,
ale dzień zguby twej bliski. Nie my będziemy jej winne,
tylko Bóg wielki i Mojra, która w krąg wszystko zwycięża.
Wszak to nie przez ociężałość naszą czy gnuśność leniwą
z ramion martwego Patrokla ściągnęli zbroję Trojanie,
ale to z bogów najpierwszy, syn pięknowłosej Latony,
zabił go wśród najdzielniejszych i sławę dał Hektorowi.
My popędzimy przed siebie szybko jak tchnienie Zefiru,
który jest w locie najszybszy. Lecz tobie już przeznaczono,
że zwyciężony zostaniesz przez boga i przez człowieka".
Tak powiedział i zaraz Erynie mu głos odebrały.
Z wielkim zaś gniewem rzekł na to o szybkich nogach Achilles:
"Po co mi śmierć przepowiadasz, Ksancie? Nie twoja to sprawa.
Dobrze wiem o tym bez ciebie, że paść mi tu przeznaczono,
z dala od ojca drogiego i matki. Jednakże wbrew temu
walki nie przerwę, nim Trojan w bitwie do szczętu nie zetrę".
Rzekł - i z okrzykiem popędził rumaki o mocnych kopytach.