Login:
Hasło:
zapomniałem hasło
zarejestruj się
skórka:
Baza Wiedzy

VI - okopy


VI. Horror okopów
   
GALERIA cz. 1 GALERIA cz. 2


      Przyzwyczajeni do obcowania z apokaliptycznym wizerunkiem Drugiej Wojny Światowej, często nie uświadamiamy sobie, jakim koszmarem, jakim szokiem dla społeczeństwa końca XIX wieku było doświadczenie pierwszego światowego konfliktu. Pamięć o realiach lat 1939 - 1945: masowej eksterminacji całych narodów, holokauście, obozach zagłady, deportacjach, nalotach dywanowych, bombie atomowej - pamięć o tym wszystkim nie pozwala nam zazwyczaj dostrzec w Pierwszej Wojnie, jak ujął to prof. Jerzy Holzer, "prawdziwego początku XX wieku". A przecież przez dwadzieścia lat nazywano ją Wielką Wojną. Nie wyobrażano sobie, by ludzkość mogło spotkać coś bardziej potwornego.

      Sprawami nie wymagającymi komentarza są: zmobilizowanie dziesiątków milionów żołnierzy, ogromna liczba ofiar, wielkie zniszczenia i straty materialne, globalny charakter konfliktu. Składały się one na zbiorowe doświadczenie ludzkości, doświadczenie, które kazało strzec się w przyszłości podobnej hekatomby. Wszelako zjawiskiem, które odmieniło ludzkość przełomu wieków były realia, jakie towarzyszyły prowadzeniu walk. Nie tak wyobrażano sobie nie tylko czas, ale i charakter walk. Całkowicie bezzasadne okazały się rachuby na prędkie zwycięstwo, mające być efektem błyskotliwej, kilkutygodniowej ofensywy. U schyłku 1914 r. fronty zastygły w wojnie pozycyjnej. Podejmowane systematycznie ofensywy nie zmieniały zasadniczo (w większym stopniu na froncie zachodnim, w nieco mniejszym - na froncie wschodnim) sytuacji, polegającej na wtłoczeniu milionowych mas wojska w ciągnące się setkami kilometrów linie okopów. Trudny do ogarnięcia jest doprawdy koszmar, którego doświadczali żołnierze frontowi, pełniący miesiącami służbę w wyrytych w glinie, błocie i piachu rowach.

      Rytm walk w wojnie pozycyjnej wyznaczały stale podejmowane natarcia na linie przeciwnika. Dla atakujących oznaczały one konieczność wyjścia z dających prowizoryczne schronienie transzei i posuwanie się gęstymi tyralierami ku liniom wroga. Rzadko kiedy osiągano okopy przeciwnika. Nacierających witał grad kul, granaty, a przede wszystkim kanonada karabinów maszynowych. Ocaleli szczęśliwcy wycofywali się na swe stanowiska. Pole bitwy zasłane było stosami trupów. Skłębione ciała poległych często tworzyły kilkuwarstwowe wały przed liniami obrony strony atakowanej. W ten sposób przestawały istnieć całe bataliony i pułki. Z natarcia podejmowanego przez kilkusetosobowe oddziały powracało kilkunastu, kilkudziesięciu żołnierzy.

      Wojna pozycyjna była także straszna dla tych, którzy w okopach bronili się przed natarciami. Atak zazwyczaj poprzedzało zmasowane przygotowanie artyleryjskie. Drążone pod ziemią nory dawały słabe schronienie przed pociskami ciężkiej artylerii i minami moździerzy, zdolnych do precyzyjnego "wstrzelania się" w pozycje nieprzyjaciela. Celna salwa armatnia potrafiła zmienić odcinek okopów w mieszaninę błota, drewna, resztek wyposażenia i poszarpanego ludzkiego mięsa. Stłoczeni w głębokich ziemiankach żołnierze, chroniąc głowy w stalo-wych hełmach, przeczekiwali ostrzał artyleryjski, by po jego zakończeniu biegiem zdążyć na linie obrony i ogniem karabinowym powstrzymywać kroczące z przeciwka nie kończące się tyraliery wrogów.

      W przerwach między walkami żołnierze znosić musieli zimno, choroby, niezliczone stada szczurów, a przede wszystkim wciskającą się wszędzie wilgoć. Zima 1914/1915 r. mijała na froncie zachodnim pod znakiem nieustannej ulewy. Pola bitewne, przemielone ogniem artyleryjskim zmieniały się w trzęsawiska, w których żołnierze grzęźli po pachy. Woda zalewała okopy. Żołnierze obu stron wzajemnie zazdrościli sobie wyposażenia mającego lepiej chronić przed zimnem i wilgocią.

      Niesamowitym zjawiskiem było rodzące się po kilku miesiącach walk poczucie pewnej wspólnoty losu rozdzielonych linią frontu przeciwników. Kanadyjski historyk Modris Eksteins, w znakomitej książce "Święto wiosny. Wielka Wojna i narodziny nowego wieku", opisuje przykłady nawiązywania bezpośrednich kontaktów pomiędzy żołnierzami obu walczących stron. Na przełomie 1914/1915 r. przeciwnicy odnosili się do siebie z pewną dozą życzliwości, przestrzegali niepisanych umów o czasowym zawieszeniu broni i nie prowadzeniu ostrzału, a w czasie Świąt Bożego Narodzenia nawet odwiedzali się w okopach i ofiarowywali sobie prezenty. Te epizody, dość zresztą powszechne, budziły poważny niepokój dowództwa i konsekwentnie były zwalczane. Nie powtórzyły się już zresztą później w toku wojny. Zmęczenie, znużenie, presja nieludzkich warunków w pierwszych miesiącach walk kazały szukać ucieczki w ludzkie odruchy, w to, co stanowiło dotychczasowe oblicze europejskiej, chrześcijańskiej cywilizacji. W ciągu kolejnych miesięcy i lat konfliktu rzeczywistość frontowa pozbawiała człowieka części jego człowieczeństwa - stawał się maszyną zdolną do zabijania i krycia się przed śmiercią. W okopach pierwszej wojny rodził się człowiek XX wieku.

<<wstecz I WOJNA
strona główna
dalej>>

wszelkie prawa zastrzeżone © 2007 Fundacja Nauka i Wiedza