
Wybuch Pierwszej Wojny Światowej nie był zaskoczeniem. Spodziewano się nadejścia batalii, w której musiały zmierzyć się imperia przeżywające gwałtowny rozwój technologiczny i przemysłowy, gromadzące nieznane dotąd ilości uzbrojenia, rywalizujące o pozycję w świecie. Wrogość pomiędzy państwami Trójprzymierza i Trójporozumienia wynikała nie tylko z realnego konfliktu interesów. Krzyżowaniu się wpływów w koloniach, na Bałkanach, wyścigowi o hegemonię gospodarczą towarzyszyły zjawiska natury ideologicznej, a nawet psychologicznej, czy psychospołecznej. Do masowego konfliktu parły nie tylko państwa i rządy. Krwi pragnęły społeczeństwa. Zwykli ludzie.
Czynnikiem mobilizującym narody do bezwzględnej konfrontacji była ideologia nacjonalistyczna. Ekspansję kosztem innych nacji podniosła ona do rangi powszechnie akceptowanego programu. Pewności siebie dostarczało posiadanie ogromnych, starannie wyszkolonych, nowocześnie wyposażonych armii. Hołubione odpowiednią polityką rządów większości imperiów armie traktowane były jak depozytariuszki mitu narodowej potęgi. Ufne we własną siłę społeczeństwa patrzyły na przyszłą wojnę jak na romantyczną przygodę, jak na pojedynek, który stoczony zostanie szybko, z zachowaniem dżentelmeńskich norm i obyczajów i który rozwiąże nabrzmiałe problemy.
Zwaśnione strony przystępowały do wojny przekonane nie tylko o swej mocy, ale także o słuszności reprezentowanej przez się sprawy. Rzec można, że dla obu bloków charakterystyczne było poczucie misji, jaką miały do spełnienia, rzucając się w wir wojny. Kraje zachodnie - Wielka Brytania i Francja, a wraz z nimi również Rosja, stawały do walki jako obrońcy istniejącego porządku. Pragnęły ochronić stabilizację, wpływy, normy i obyczaje symbolizowane przez epokę wiktoriańską i światowy ład - Pax Britannica. Niemcy, ciągnące ze sobą dogorywającego już kolosa Austro-Węgier, chciały zburzyć fundamenty la belle epoque. Gwałtownie rozwijające się od czasów zjednoczenia na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Cesarstwo, pragnęło poprzez wojnę z sędziwymi potęgami Europy osiągnąć prymat w świecie - pozycję odpowiadającą impetowi eksplozji gospodarczej, technologicznej i naukowej. Kajzerowskie Niemcy były państwem na wskroś nowoczesnym pod względem materialnym, ale też i mentalnym - totalna wojna, zniszczenia, masowy zaciąg do wojska były zjawiskami, które miały prowadzić do stworzenia nowej, lepszej, pożądanej rzeczywistości. To Niemcy rzuciły światu rękawicę. Wyzwanie przyjęto bez lęku.
Jak Europa długa i szeroka - od Londynu i Paryża, przez Berlin i Wiedeń do Petersburga - wieść o wypowiedzeniu wojny przyjmowano z euforią. Rozentuzjazmowane tłumy wiwatowały na cześć monarchów, rządów, parlamentów, wodzów. Ulice szalały z radości. Alkoholowe bankiety ciągnęły się do białego rana, upalne noce przełomu lipca i sierpnia sprzyjały spontanicznemu manifestowaniu radości tłumów. Szczególnie gorąco fetowano przedstawicieli partii socjalistycznych, którzy niedawno głosili programy pacyfistyczne, a w obliczu konfliktu ulegli ideom narodowego solidaryzmu. Do szeregów wojsk zgłaszały się setki tysięcy ochotników. Optymizm łączył cywilów i żołnierzy. W obu gotujących się do walki obozach spodziewano się zdobyć stolicę przeciwnika najdalej w ciągu kilku tygodni. Najwybitniejsi stratedzy i teoretycy wojskowości żywili mocne przekonanie, ze nowoczesna wojna nie będzie trwała dłużej.
Satysfakcji z powodu rozpoczęcia wojny towarzyszyło spokojne, oczekiwanie na jej efekty. Nie martwiono się o los odchodzących na front milionów żołnierzy. Mieli wszak wrócić, jak to ujął Wilhelm II, "nim opadną liście". Matki z ufnością żegnały synów, żony - mężów, narzeczone - swych chłopców. Maszerujące bez końca oddziały odprowadzano kwiatami, wiwatami, oklaskami... Mało kto dostrzegał w nich podzwonne dla "pięknego wieku dziewiętnastego" i pobudkę zwiastującą narodziny epoki przemocy, zbrodni i kataklizmów, jakie ludzie zgotować mieli - ludziom.