Login:
Hasło:
zapomniałem hasło
zarejestruj się
skórka:
Baza Wiedzy

Czarodziejka Kirka

Mity i opowieści w eposach Homera - Odyseja


Czarodziejka Kirka


[...]
Więc u wyspy Eei stajem. Mieszka na niej
Kirka, pięknokędzierna, gadająca pani,
Złowrogiego Ajeta rodzona siostrzyca.
Obojgu ojcem Słońce, co ziemi przyświeca,
Matką jej Persa, którą Okeanos rodzi.
Tam cichutko pod brzegi okręt nasz podchodzi
I zawija: bóg któryś użyczył pomocy.
Na brzegu wypocząwszy przez dwa dni, dwie nocy,
Bośmy pracą zmęczeni, a niedolą zbici,
Lecz w trzecim, gdy różana Jutrzenka zaświeci,
Biorę oszczep, a mieczem przypasan do boku,
Wyszedłem na szczyt skały i patrzę, czy oku
Nie zjawi się człek jaki lub glos jego schwycę.
I kiedym tak z wiszaru patrzał w okolicę,
Ujrzałem, jak słup dymu z ziemi się podnosił
Poza lasem: tam Kirka mieszka, z tegom wnosił.
I zaraz rozważałem w głębi mego ducha:
Czy mam dotrzeć do miejsca, gdzie ten dym wybucha?
Więc gdy się z niepewnymi myślami szamocę,
Stanęło, że wprzód zajrzę do nawy w zatoce,
By drużynę nakarmić i w kraj wysłać szpiegów.
Z tą myślą gdym do morskich przybliżał się brzegów,
Jakiś bóg się zlitował mego utrapienia
I zesłał mi z ogromnym porożem jelenia,
Co przybiegł, wyskoczywszy z leśnego czabani,
By w strudze z słonecznego ochłodzić się skwaru.
W lot go też ugodziłem przez sam środek krzyży:
Grot miedziany przepędzon brzuchem wyszedł niżej;
Rycząc wił się, dopóki nie skonał zabity.
Oparłszy się on nogą, grot, którym przeszyty,
Wywlokłem i rzuciłem tuż obok zwierzyny.
Sam zaś nad strugą gibkiej nadawszy wikliny,
Ukręciłem powróseł sążnistych kilkoro
I wiążę srogiej bestii do kupy nóg czworo;
A zarzuciwszy na się, dźwigałem na grzbiecie,
Wspierając krok oszczepem, gdyż ciężar to przecie
Nie lada, aby jeden człowiek mu podołał.
Więc doniósłszy do nawy, towarzyszy-m zwołał
I tak do nich mówiłem: "Druhowie kochani!
Choć niedola nas głobi, to nikt do otchłani
Aisa pójść nie pójdzie wpierw, nim go dosięże
Dzień przeznaczeń. Więc ducha nie tracić nam, męże,
I póki na tym statku co pić i jeść mamy,
Używajmy, a głodnej śmierci się nie damy."

Rzekłem, a oni mojej usłuchali mowy:
Na brzegu morskim wszystkie odkryły się głowy,
Podziwiają jelenia tuszę, wzrost wysoki,
A kiedy go na wszystkie oglądnęli boki,
Ręce sobie umyli i strawę biesiadną Sporządzali.
Tak przez dzień, aż gdy mroki padną,
Używamy na mięsie i na słodkim winie.
A kiedy słońce zaszło, ziemię noc obwinie,
Spać się kładzieni na brzegu bitym morską falą.
Nazajutrz, skoro krasne zorze się rozpalą,
Zwołuję ich na radę i tak się ozowię:

"Słuchajcie, nieszczęść moich wspólnicy, druhowie!
Nikt z nas nie wie, gdzie wieczór, gdzie poranne zorze,
Nikt nie wie, kędy Helios chowa się pod morze
I gdzie wschodzi. Dlatego myślmy o sposobie,
Co począć, choć sposobu nie widzę na dobie.
Właśnie z szczytu wiszarów widziałem na oczy,
Że to wyspa, w niezmiernej wód morskich roztoczy
Pływająca, nizina równa, pośród której
Widziałem, jak za borem dym wił się do góry."

Gdym to rzekł, wszyscy smutni i jakby z nóg ścięci,
Gdyż Antyf lestrygoński stanął im w pamięci,
Nie mniej Kiklop, łakomy na mięso człowiecze.
Nuże w płacz, łza rzęsista po twarzach im ciecze,
Lecz te łzy woli mojej złamać nie zdołały.
Wraz pancerną drużynę dzielę w dwa oddziały
I dowódców wyznaczam. Nad jednym oddziałem
Sam byłem, zaś nad drugim Eurylocha dałem.
I losujemy z sobą, wstrząsając spiżowy
Szyszak, z którego wypadł los Eurylochowy.
Ten, dwudziestu dwóch wziąwszy, ruszył w drogę dalej,
Płacząc po nas, bo żal im nas, cośmy zostali.

Zamek Kirki znaleźli w dolinie prześlicznej,
Cały z ciosu, wyniesień nad kraj okoliczny;
Lecz wilków, lwów spotkali ćmę pod zamku bokiem:
Kirka je tak przyswoić umiała ziół sokiem.
Toteż one potwory na drużynę naszą
Nie rzuciły się, owszem, kornie się im łaszą,
Jako psy, gdy gospodarz kęski im rozdaje
Po skończonej biesiadzie. Takież obyczaje
Mają tu lwy i wilki, chociaż ich paszczęka
Zawsze straszna, i każdy potworu się lęka.
Wszedłszy zatem w dziedziniec pani pięknowłosej,
Doleciały ich z komnat jakieś dźwięczne głosy:
To śpiew Kirki; śpiewając na krosnach wyszywa
Dzieło cudne; cudowną praca bogiń bywa.
Wtem Polites do swoich tak rzekł (chłop to dzielny,
Przed innymi miał u mnie szacunek rzetelny):
"Bracia! Tutaj ktoś żyje i przy krosnach śpiewa
Śliczne pieśni, aż echo po zamku odbrzmiewa.
Bogini czy niewiasta - wołajmy, niech gada!"

Tak rzekł - i wołać na nią poczęła gromada.
Jakoż się promieniste otwarły podwoje,
Ona wyszła, w komnaty zaprosiła swoje.
I, głupcy, w próg jej weszli wszyscy, krom jednego
Eurylocha; ten został, zwietrzywszy coś złego.
Ona gości swych sadza w krzesła, stół zastawia
Serami, a miód złoty z mąką im przyprawia,
Toż i wino pramnejskie, lecz durzące zioła
Miesza w nie, by o domu zapomnieli zgoła.
Więc gdy zjedli, wypili, Kirka ich dotyka
Różdżką i do świńskiego zapędza karmnika.
Bowiem łby ich, szczecina, kwiczenie, kształt cały
Były świńskie, li człecze mózgi im zostały.
Smutnie w chlewach leżącym rzuciła bogini
Żołądź, bukiew, derenie - zwykły karm dla świni.

Euryloch przypadł zdyszan do czarnego statku,
O tym, jaki ich spotkał, donosząc przypadku.
Lecz i słowa wybełtać nie mógł, mimo chęci,
Taki ból gardło ścisnął; łza tylko się kręci
W oczach mu, co świadczyło o mocy cierpienia.
Długo go wypytujem, wreszcie z osłupienia
Wyszedł i opowiedział, co ich tam spotkało:
"Cny Odysie, twej woli zadosyć się stało!
Bór przeszedłszy, w dolinie znaleźliśmy śliczny
Dworzec z ciosu, z widokiem na kraj okoliczny.
Ktoś w nim mieszkał, bo śpiewy przy krosnach słyszano;
Bogini czy niewiasta? Więc na nią wołano.
Wyszła, we drzwiach stanąwszy do komnat zaprasza,
I próg jej przekroczyła głupia gawiedź nasza.
Jam został, gdyż mi nie w smak szły te zaprośmy;
A tak naraz straciłem wszystkich z mej drużyny -
Próżnom czekał i czekał, żaden nie powrócił!"

Skończył, a jam co żywo na siebie narzucił
Miedny miecz, srebrnokuty, łuk ze strzał sajdakiem
I każę się tym samym poprowadzić szlakiem.
Ale on się oburącz u kolan mych wiesza
I te lotne wyrazy roniąc z łkaniem mięsza:

"0, nie wlecz mię ze sobą, ty boski Odysie!
Czuję, że sam nie wrócisz, że nie uda ci się
I tamtych wyprowadzić. Uchodźmy bez zwłoki!
Uchodźmy, nim nas straszne dosięgną wyroki!"

Tak błagał, a ja tymi słowy go odprawię:
"Chcesz zostać, Eurylochu, to cię i zostawię,
Jedz i pij tu przy nawie na lądu krawędzi,
Ja sam idę, konieczność jakaś mię tam pędzi."

Rzekłem i precz odszedłem od brzegu i łodzi.
Tak idąc, sama droga w dolinę przywodzi,
Gdzie był dwór czarownicy Kirki. Już podchodzę
Pod zamek, kiedy Hermes zjawił się na drodze,
Z złotą laską i w kształty młodzieńcze przyodzian:
Wyglądał jak w rozkwicie pierwszym piękny młodzian.
Więc rękę mi podawszy, tymi zagabł słowy:
"Dokąd to, nieszczęśliwcze, dążysz przez parowy
Po nieznanym gościńcu? U Kirki tam siedzą
Ludzie twoi zamknięci w chlewach, z świńmi jedzą.
Czy może chcesz ich odbić? Ej, prędzej być może,
Że nie wskórasz i z nimi zamkną cię, niebożę!
Lecz nic to! Ja z tej biedy wybawięć koniecznie;
Dam ci czar, z którym możesz iść do niej bezpiecznie,
Gdyż moc jego odwróci od ciebie cios wszelki.
Jednak wyucz się pierwej zdrad tej zwodzicielki:
Choć w jadło wmiesza trutkę, choć wino zaprawi,
Przemienić cię nie zdoła, to ziółko cię zbawi
Od zdradzieckich jej czarów. Weź przestrogę drugą:
Gdyby cię Kirka chciała dotknąć różdżką długą,
Dobądź wraz wiszącego u boku bułata,
Rzuć się na nią i pogroź, że ją miecz rozpłata.
Zlęknie się i nuż wabić zacznie do łożnicy -
Ty się nie dróż i kładź się w łóżko czarownicy,
Byś i druhów wybawił, i sam był podjęty.
Lecz niechaj wprzódy bogom wykona ślub święty,
Że już ci czarodziejskich sideł nie chce stawić,
Aby, rozbrojonego, męskiej siły zbawić."

Tak rzekł Hermes i ziółko pokazał mi one
Z ziemi wyrwane, dziwną mocą obdarzone:
Korzonki miało czarne, kwiat białości mleka;
Moły zwie się u bogów. Dotąd nie ma człeka,
Który by je wykopał. Wszystko w mocy bożej!
Po czym Hermes do górnych olimpskich przestworzy
Pognał przez leśny ostrów, jam w zamek się kwapił
I w drodzem się myślami sprzecznymi wciąż trapił.
Wreszciem stanął przed bramą wiodącą w mieszkanie
I wołam; snadź ją moje dobiegło wołanie,
Gdyż wyszła i drzwi jasne otwarła przede mną.
Zaprosiła, więc wszedłem, lecz z trwogą tajemną.
Posadziła mię w krześle z srebrnymi gwoździami,
Postawiła podnóżek zaraz pod nogami,
W złotej czaszy wyniosła wino zielonkawe.
Już soków czarodziejskich wlała w nie przyprawę,
Częstowała; jam wypił, lecz nie czułem zmiany.
Po czym różdżką mię dotknie: "Precz, zaczarowany! -
Rzekła - ruszaj do chlewa leżeć na barłogu
Wraz z tamtymi." Jam na to polecił się Bogu,
Mieczam dobył i obces rzuciłem się do niej
Grożąc, że ją zabiję. Ona się nie broni,
Tylko z krzykiem przestrachu i zgięta we dwoje
Błagała, dłońmi stopy obejmując moje:

"Ktoś jest? Z jakiego ludu? Który kraj cię rodzi?
Dziwno mi, że mych czarów moc tobie nie szkodzi,
Gdyż nikogo z śmiertelnych ten napój nie szczędził,
Ktokolwiek aby kroplę przez zęby przepędził.
O, zaprawdę, ty w piersi masz serce ze spiży!
Czyś ty nie Odys? Pomnę, co mi on bóg chyży
Z złotą laską powiadał: że i tu zawinie
Lotny okręt, że na nim Odysej przypłynie
Wracający spod Troi. Jeśli tak, to schować
Tobie miecz; lepiej w łożu obojgu kosztować
Słodyczy i miłością łączyć się wzajemnie,
Bym ufność miała dla cię, a tyś ufał we mnie."
Tak mówiła - jam na to twardo: "Rzecz nielekka
Żądać, Kurko, miłości ode mnie, od człeka,
Któremuś przemieniła druhów w nierogate,
A teraz mnie samego wabisz w tę komnatę
Do łożnicy, ażebym bezbronny, w pieszczotach
Zbył dzielności, zapomniał o rycerskich cnotach.
Do łożnicy mię żadną nie wciągniesz potęgą,
Nie dam ci się, boginie, póki pod przysięgą
Nie zaręczysz, że nic mię złego tu nie czeka!"

Rzekłem, a ona przysiąg żądanych nie zwleka.
I kiedy uroczyste śluby bogom czyni,
Wtedy wszedłem w wspaniałą łożnicę bogini.

Na dworze czarodziejki cztery śliczne panny
Kręcą się przy bogini w służbie nieustannej;
Ród ich boski, córami są źródeł i gajów,
I świętych, wpadających do morza ruczajów.
Jedna z nich krzesła mości, z wierzchu ścieląc cenne
Purpurowe kobierce, a na spód płócienne.
Druga do pysznych siedzeń przysuwa stoliki
Szczerosrebrne, ustawia złociste koszyki.
W krużu srebrnym znów wino miesza trzecia dziewa
I napój weselący po czarkach rozlewa.
Czwarta wodę przyniosła i ogień rozżarzy
Pod trójnogiem, gdzie woda na kąpiel się warzy;
A gdy się ta w miodniku dobrze już zagrzeje,
Nimfa w wannę mię sadza, strumień ciepły leje,
?agodnie mi obmywszy głowę i ramiona,
Aż członkom powróciła krzepkość ich wrodzona.
Po tej łaźni znów miękką oliwą wyciera,
Chlenę na mnie zarzuci, w chiton mię ubiera
I prowadzi w komnatę do srebrnego krzesła
Z podnóżkiem i w nie sadza. Teraz znowu wniesła
Służebna na miednicy nalewkę złocistą,
Z której lała na ręce moje wodę czystą.
Gdym się umył, stoliczek gładki mi przystawi,
A za nią i klucznica z chlebami się jawi:
Stawia misy przekąsek, jakie ma spiżarnia,
I jeść każe. Lecz wstręt mię do jadła ogarnia
I w głębokiej zadumie siedzę tak bezwładny.
Kirka zaraz postrzegła, żem potrawy żadnej
Rękami ani ruszył, tylko w myślach tonę.
Więc zbliża się i słowa mówi uskrzydlone:
"Czemu to jak mruk siedzisz u stołu, Odysie?
Tu masz wino, przysmaków pełno w każdej misie,
A tyś nie tknął, i czemu? Porzuć próżną trwogę,
Przysięgłam ci na bogi, więc zdradzić nie mogę."
Tak mówiła - jam na to: "Niech cię to nie dziwi,
Kirko, że człek, co w sercu sprawiedliwość żywi,
Za nic strawy nie dotknie i ust nie napoi,
Póki wolnymi braci nie obaczy swojej.
Chceszli przeto, bym jadła skosztował i wina,
Wypuść ich, niech tu stanie przede mną drużyna."
Rzekłem, a ona z różdżką czarnoksięską w dłoni
Wyszła, pootwierała chlewy i wygoni
Dziewięcioletnie wieprze z każdego karmniku,
Druhy moje; ci Kirkę obiegli śród kwiku,
Ona zaś do każdego, tak jak stali kołem,
Poszła i czarodziejskim wraz dotknęła ziołem.
Zaraz szkaradnej szczeci zbyły się ich ciała;
Skutek onych uroków, jakie im zadała.
Znów ludźmi są jak pierwej, tylko odmłodnieli,
Urośli i na twarzach dziwnie wypięknieli.
Od razu mię poznali, ściskali za ręce
I nuż w płacz, lecz z radości po tak ciężkiej męce.
Płacz w zamku się rozlega, Kirka płacze z nimi,
Potem do mnie się zbliża, słowy mówiąc tymi:

"0, przemądry Odysie, słuchaj rady mojej!
Idź nad morze, gdzie okręt twój w zatoce stoi,
Niech go zaraz na suche wciągną wysypisko,
Potem w dołach zakopią sprzęt, ładugę wszystką,
W końcu ty z pozostałą czeladzią wróć razem."

Tak rzekła - jam, posłuszny, poszedł za rozkazem
Spiesznie do naszej nawy, co stała w przystani,
I zastałem tam druhów: siedzieli zebrani
W kupę i narzekali, że im życie zbrzydło.
Tak w zagrodzie cielęta, kiedy z paszy bydło
Powraca do obory na noc, rwą się z klatek,
Pędzą i przypadają z bekiem do swych matek:
Podobnie moje druhy, skoro mię obaczą,
Przypadają i do mnie tuląc się w głos płaczą.
Wżdy nie smutku, radości były to oznaki,
Iście jakby przeniosło ich co do Itaki,
W kraj rodzinny, gdzie każdy rodził się i chował.
Chórem krzyczą, jam ledwo ich słowa zmiarkował:
"0, nasz boski, twój powrót tyle nas weseli,
Jakbyśmy już na naszej Itace stanęli!
Lecz mów: jaki los spotkał naszych towarzyszy?"

Tak wołali; jam odparł, gdy się zgiełk uciszy:
"Wpierw łódź naszą wyciągnąć na to wysypisko,
Potem w doły pochować, co w łodzi jest, wszystko!
A kiedy to się zrobi, zbierać się bez zwłoki,
Iść za mną, gdyż pójdziemy na dworzec wysoki
Bogini, towarzyszy waszych tam ujrzycie
Jedzących i pijących: wesołe im życie."

Rzekłem - i na mój rozkaz każdy iść gotowy,
Li Euryloch takimi odwodził ich słowy:
"Gdzie to iść mamy? Jakaż pokusa was pędzi
W zamek Kirki na zgubę? Ona nie oszczędzi
Żadnego, wszystkich zmieni w lwy, wilki i wieprze,
Przemienionych wraz zmusi służyć jej w najlepsze,
Obchodzić wkoło zamek, wartować pod bramą.
A czyż tam u Kiklopa w jamie nie to samo
Spotkało tych, co oślep z Odysem tam leźli?
Przez jego to szaleństwo, biedni, śmierć znaleźli!"

Skończył, a jam się w duchu łamał z przedsięwzięciem:
Mamli z pochew obnażyć miecz ostry i cięciem
?eb mu strącić z tułowiu - o, niechajże spadnie,
Choć to bliska krew moja! Lecz tu mię opadnie
Drużyna, dłoń wstrzymuje i błaga słowami:
"Witeziu, rozkaż tylko, on nie pójdzie z nami!
Zostawim go przy lodzi na piasek wciągniętej,
A ty prowadź nas, wodzu, w Kirki zamek święty!"
Tak mówili i ze mną ruszyli szeregiem.
Euryloch, nierad zostać sam jeden nad brzegiem,
Poszedł także; snadź zląkł się gniewów moich gromu.
Tymczasem pozostałych druhów w swoim domu
Ugaszczała boginka; do łaźni ich wzięto,
Namaszczono oliwą, pięknie ogarnięto
W chleny, w chitony. A tak zeszliśmy ich w chwili,
Gdy w biesiadnej komnacie jedli, wino pili.
Po wzajemnych uściskach, gdy każdy przygody
Opowiedział już swoje, nuż płakać w zawody,
Aż zamek się rozlegał wzdychaniem i płaczem.

Wtem boginią się do mnie zbliżyła cichaczem
I rzekła: "Cny Odysie, przebiegły i sławny!
Przestańcież raz już jęczyć, rzućcie płacz ustawny!
Wiem, ile bied znieśliście prując słone wody,
I wiem, jakie na ziemi wróg wam zadał szkody;
A że u mnie nie zbywa na mięsie i winie,
Krzepcie się, a duch dzielny do piersi wam wpłynie,
Taki sam, jak był ongi, gdy ojczyste skały
Żegnaliście. Dziś każdy mdły i osowiały,
Tylko burz, nędz minionych karmi się widziadły,
A wesołości nie zna - cierpienia was zjadły."
Tak rzekła - i skłoniła wszystkich nas ku sobie.
Więc rok cały, jak doba idzie tuż po dobie,
Przy winie, smacznej strawie, siedzim tam gościną.
Lecz gdy Hory obiegną krąg roku i miną,
Wiele przeszło księżyców, dni minęło wiele,
Wezwali mię na tajne słówko przyjaciele:

"Niebaczny! Mógłżeś zabyć o ojczyźnie drogiej,
Jeśli los ci przeznaczył żywym wrócić w progi
Twego zamku i smugi rodzinne powitać?"

Tą mową męskie serce umieli tak schwytać,
Że gdy z słońca zachodem cień okrył nas szary,
Jam z Kirką wszedł pod pyszne łożnicy kotary
I błagałem, pokornie ściskając kolano:
"Boginio, spełń raz świętą przysięgę mi daną,
Że do dom nas odprawisz. Tęskni mi drużyna;
Dzień w dzień łzami, żalami powrót przypomina,
Ilekroć twarz odwrócisz lub nie jesteś z nami."

Tak rzekłem, a boginią tę odpowiedź da mi:
"Bystrogłowy Odysie! Nie chcę ja was dłużej
Zatrzymywać u siebie, lecz wprzód do podróży
Innej się przygotujcie: trzeba wam z kolei
Zwiedzić gmachy Aisa, kraj Persefonei,
Gdzie z dusza tebańskiego pogadasz wróżbity,
Ślepego Tejrezjasza - duch to znamienity!
Persefona mu z życiem nie wzięła rozumu
I on jeden jest mądrym śród mar czczego tłumu."
Po tej mowie na serce spadł mi smutek wielki;
Siadłem płacząc na łóżku i jak zbawicielki
Wzywam śmierci, niech zaraz wtrąci mię w noc wieczną!
A gdym łzami ukoił tę boleść serdeczną,
Dopiero się na taką odpowiedź odważę:
"0, Kirko! Któż mi drogę przez morze pokaże?
Któż żywy do Hadesu mógł dopłynąć w nawie?"

Takem rzekł; ona na to odparła łaskawie:
"0 mój mądry Odysie! Niech cię nie obchodzi,
Kto ma być w tej żegludze przewodnikiem łodzi.
Maszt tylko zatknij, podnieś z żaglem białym reje
I czekaj, aż z północy dobry wiatr powieje.
Z nim płynąc, gdy Ocean przemkniesz niezbrodzony,
Natrafisz na brzeg płaski, gdzie gaj Persefony,
Pełen olsz, topól gonnych, a i wierzb jałowych.
Tam z okrętem na głębiach stań oceanowych,
A sam idź w gmach Aisa. Podwójnym korytem
W nurt Acheronu Pyriflegeton z Kokytem,
Co z Stygu wody bierze, wpadają u skały,
Gdzie z ogromnym łoskotem łączą się ich wały.
Cny Odysie! W pobliżu onej tam opoki
Dół wykopiesz na łokieć długi i szeroki.
Nad dołem czyń obiatę zmarłym: niech weń ścieka
Jedna tam zlewka miodu przaśnego i mleka,
Druga wina., a trzecia wody, maki białej.
Potem ślubuj, by cienie zmarłych cię słyszały:
Że gdy 'wrócisz, w Itace dasz na stos żertwienny
Jałowicę bez skazy i inny dar cenny;
A na cześć Tejrezjasza że pod nóż ofiarny
Pójdzie najlepszy z trzody baran, całkiem czarny.
A gdy dostojne mary przebłagasz zaklęciem,
Zarżniesz im czarną owcę wraz z czarnym koźlęciem,
?bami ku Erebowi, oblicze zaś swoje
Odwrócisz w górę rzeki i niebawem roje
Duszyczek nieboszczyków zaczną się tam znęcać.
Ty zaś swoją czeladkę masz słowy zachęcać:
Niech w lot obie owieczki miedny nożem ścięte
Obłupi, na stos rzuci, i potęgi święte
Aisa, Persefony wezwie bijąc czołem.
Ty zaś miecza dobywaj i groź ostrzem golem
Marom zmarłych, by do krwi nie lazły rozlanej
Wpierw, nim przyjdzie Tejrezjasz przez cię wywołany.
Wnet też stanie przed tobą, o, pasterzu ludów,
Ów prorok i wywróży, ile jeszcze trudów
Czeka cię, wskaże drogę, usunie przeszkody,
Byś mógł wrócić do domu przez te słone wody."

Skończyła. A gdy z brzaskiem zorzy noc uciekła,
Zaraz mię w miękką chlenę i chiton oblekła,
Siebie zaś srebrnolitą przyodziawszy szatką,
Powłóczystą i cienką, spięła kibić gładką
Złotym pasem misternej złotniczej roboty
I pod zasłoną skryła bujnych włosów sploty.
A jam z izby do izby biegł przez gmach zamkowy,
Śpiącą jeszcze drużynę tymi budząc słowy:
"Wstawajcie, wy, słodkimi snami kołysani!
Zbierać się! - taki rozkaz naszej boskiej pani."

Tak rzekłem, do posłuchu kłoniąc moje chwaty;
Lecz i tu się bez smutnej nie obyło straty,
Gdyż Elpenor, najmłodszy z druhów, dzieciuch prawie,
Głowy tępej a z wrogiem nietęgi w rozprawie,
Spać był poszedł osobno na zamkowe szczyty,
Aby chłodu tam zażyć, gdyż winem był spity.
Usłyszawszy on łoskot i zgiełk w dolnym gmachu,
Zerwał się i zapomniał w tym pierwszym przestrachu
Znaleźć wschody, zejść po nich bez żadnej mitręgi,
Lecz prosto z dachu skoczył i połamał kręgi;
Dusza poszła do Hadu, rozstawszy się z ciałem.

Więc gdy cała drużynę przy sobie już miałem,
Wyruszam i tak mówię idąc: "Przyjaciele!
Nie myślcie, że nam droga do domu się ściele,
Do ziemi ojców. Kirka każe w inne strony
Płynąć nam, w kraj Aisa, srogiej Persefony,
By tam z duszą pogadać wieszcza Tejrezjasza."

Słysząc to, lamentować pocznie wiara nasza,
I nuż tarzać się w kurzu, nuż z głowy rwać włosy.
Ale mię nie złamały ich płaczliwe głosy.

Więc do nawy stojącej u morskiej przystani
Idziemy wszyscy smutni, ponurzy, spłakani.
Szła i Kirka z koziołkiem i barankiem czarnym.
A wiążąc je u łodzi, sama cieniem marnym
Gdzieś wionęła. Nie dojrzy oko śmiertelnika
Bóstwa, gdy niewidome robi się i znika."

wszelkie prawa zastrzeżone © 2007 Fundacja Nauka i Wiedza